Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Obwołuję wrzesień najgorszym miesiącem roku 2017. I w zasadzie jedynym złym miesiącem roku 2017. Chciałam Wam napisać, jak było źle, jak okropnie się czułam i co sobie myślałam, ale stwierdziłam, że rzyganie na blogu swoimi negatywnymi uczuciami (po raz kolejny) będzie grubą przesadą. W życiu nie zawsze jest idealnie. I mamy prawo do smutku. Ale zamiast wbijać się wspólnie w dół, lepiej się otrząsnąć. O ile jeszcze się da.

mered

Stres w pracy. Sezon grypowo-anginowy. Zimno. Nieumiejętne zarządzanie hajsem. Smród palonych w piecach plastików, przez co moja wakacyjna trasa do biegania stała się nieaktualna. Spięcia z mamą. Tęsknota za Poznaniem… I dodatkowo, wywołane zapewne wszystkim powyższym, napięciowe bóle głowy. We wrześniu wydarzyło się na prawdę sporo rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Określenie mojego nastroju niezadowoleniem będzie jednak takim eufemizmem jak nazwanie Nangi Parbat pagórkiem. Miesiąc zatem daleki od ideału, ale ważny, bo przypomniał mi oraz uświadomił kilka ważnych zasad, dotyczących higieny zdrowia psychicznego.

  1. Zmęczone ciało to ukojona psychika.
    Dlatego postanowiłam powrócić do ćwiczeń. Biegałam, ćwiczyłam z ciężarkami i robiłam wygibasy na macie. Ponieważ dosyć szybko zauważyłam efekty (m. in. wysmuklone ramiona i sucha koszulka pod pachami przy wchodzeniu na czwarte piętro), stwierdziłam, że nie mogę tego zniszczyć, więc udało mi się omijać też maka, nie pić coli i nie wpieprzać co chwila mąki. Efekt? Cztery kilo mniej i 200% więcej czasu spędzonego przed lustrem na podziwianiu własnego ciała. Coraz bardziej się lubię.
  2. To, kim jesteś, nie jest aż tak istotne w porównaniu do tego, kim chcesz być.
    Wiadomo bowiem, że ludzie są z natury leniwi. Każdy z nas ma do tego inny zestaw wad. Ja na przykład za bardzo jestem podatna na wpływ otoczenia, kiepsko radzę sobie z krytyką i mam ogromne trudności z kończeniem rzeczy (+ miliard innych). Ale chcę być pracowita, odważna, odporna i elokwentna. Dlatego muszę o tym pamiętać każdego dnia i zachowywać się tak, jak przystało na to, kim chcę być. A wtedy stanę się właśnie takim człowiekiem. I gdy inni zaczną to zauważać, będzie już dużo łatwiej (potwierdzone info). Life isn’t about finding yourself. Life is about creating yourself, jak powiedział George Bernard Shaw. Zgadzam się.
  3. Znajdź koło ratunkowe i skorzystaj z niego, zanim będzie za późno.
    Przed wpadnięciem w dół, kiedy jesteśmy już pod wpływem chandry, można jeszcze się uratować. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Dlatego powinniśmy zapisywać rzeczy, które sprawiają nam radość. Małe błahostki. I gdy zbliża się atak złego nastroju, trzeba sięgnąć po zestaw czynności, będący naszym kołem ratunkowym. Bo, jak wiadomo, kiedy depresja atakuje, nie widzimy już żadnych pozytywów. Wszystko jest do dupy, nie ma żadnego wyjścia, to, co kiedyś wydawało się fajne, teraz nie ma żadnej wartości. Jedną z takich czynności jest dla mnie… oglądanie vlogów Krzysztofa Gonciarza. Nic mi nie daje tak wspaniałego kopa do działania. Piękne obrazy, które widzę na wideo, zwracają mojej rzeczywistości właściwe barwy. Postaram się w najbliższych tygodniach napisać Wam więcej na temat koła ratunkowego, bo to wspaniała technika, która nieraz uratowała mnie w tym miesiącu od poważnego załamania. (I na razie jestem przeświadczona, że to ja ją odkryłam, ale to byłoby pewnie niemożliwe, skoro to taki banał. Znacie może jakieś artykuły, gdzie ktoś o takich kołach ratunkowych pisał? Dokształcę się chętnie, dajcie znać)!

Dzięki powyższym żywię nadzieję, że październik będzie o wiele lepszym miesiącem. Co więcej: po prostu nie pozwolę, żeby znowu było tak źle. Zresztą, nadchodzą magiczne wydarzenia! Ale o tym na koniec.

Tylko żebyście sobie nie myśleli, że we wrześniu nie robiłam nic innego, jak chodzenie na wkurwie albo leżenie bez odrobiny reiatsu. (Kto oglądał Bleacha)? Nie, nie, kochani, to już nie ja. I w ten sposób miesiąc razem z Sikorą zaczęłyśmy od udziału w IX Kongresie Kobietkobiet

Bardzo spodobała mi się atmosfera wydarzenia. Można było spotkać najróżniejsze kobiety. Siwe, z siatami pełnymi zakupów albo tytułem profesora. Młode, będące w ciąży albo skupiające się na rozwijaniu swoich artystycznych pasji. Te, które wiedzę chciały przekazać i takie, które chciały ją otrzymać. Uśmiech. Jedność. Wiedza. W skrócie: bardzo mi się podobało. I gdyby znowu nie ten cholerny ból głowy, na pewno wzięłabym udział w mnóstwie wykładów oraz spotkań, na które niestety w niedzielę nie dotarłam, a chciałam bardzo. Na szczęście za rok kolejny Kongres. I nie mogę się doczekać, żeby uczestniczyć w nim aktywniej.

Oprócz edukacji zażyłam też trochę kultury. Przeczytałam i nawet zrecenzowałam Cwaniary Sylwii Chutnik, widziałam i napisałam o moich wrażeniach z seansu The Square. Wcześniej niestety zapoznałam się też z Death Note w wersji Netflixa, czyli totalną porażką i dorzucam to do czynników, które prawie przysporzyły mi nawrotu depresji.

Po ponad sześciu latach mieszkania w Poznaniu pierwszy raz w życiu zwiedziłam też Śródkę. Wiem, straszny syf, że moja stopa dopiero teraz pierwszy raz stanęła na Moście Jordana, mój język posmakował doskonałej kawy z La Ruiny, a oczy na żywo zachwyciły się słynnym muralem… Shame. Fajnie było tak znów odkrywać Poznani, w dodatku w doskonałym towarzystwie… 😉

Na koniec chciałabym Wam polubić coś, co absolutnie mnie zauroczyło. Jak wiecie (albo nie, to się zaraz dowiecie), instagramuję sobie dosyć aktywnie (@emiliateofila) i co jakiś czas wpadam na interesujące profile. Ale to, co zobaczycie poniżej, sprawiło, że moje serce zabiło o wiele szybciej.

dzangiel

Profil @warsawjungle jest absolutnie zachwycający. Kocham roślinki, bardzo poprawiają mi humor. Moim małym marzeniem jest właśnie taka mała prywatna dżangiel w mieszkaniu. A na stare lata chciałabym słynąć jako ta pisarka, która ma własną oranżerię i tylko tam udziela wywiadów. @warsawjungle przypomina mi o tym pragnieniu, a dodatkowo daje mnóstwo inspiracji do aranżowania przestrzeni. Polecam, zarówno profil, jak i roślinki!

Od teraz na koniec każdego miesiąca będę robić właśnie takie podsumowanie. Dzięki temu mam zamiar po prostu więcej działać. Ale żeby i Wam przyszło to z korzyścią, postaram się polecać Wam fajne rzeczy i dzielić się z przeżyciami bardziej intymnymi niż w innych wpisach. Czekam na Wasz feedback. I tradycyjnie już zachęcam do polubienia profilu Fabryki dygresji na fejsie.

Trzymajcie się cieplutko w październiku i pochwalcie się wrześniowymi refleksjami.

Buziaki!

Wasza

Emilia

 

 

Sylwia Chutnik — Cwaniary

Sylwia Chutnik — Cwaniary

Halina Żyleta to główna bohaterka współczesnej powieści gangsterskiej Cwaniary. Autorka książki, będącej dramatem obyczajowym i wyciskaczem łez, to Sylwia Chutnik, którą poznałam literacko w trakcie lektury jej zbioru opowiadań (W krainie czarów). Pisarka nie bardzo życzliwa jest dla swojej pierwszoplanowej postaci. Halinę poznajemy na cmentarzu, kiedy stara się odpicować nagrobek nieżyjącego narzeczonego. Jest samotną, niedoszłą panną młodą a już wdową, w dodatku w ciąży. Na szczęście ma babcię, koleżanki i siłę własnych pięści.

Zarówno Halina jak i Celina, Bronka oraz Stefa, hobbystycznie piorą mężczyzn w bramach albo ciemniejszych podwórkach. Częściowo jest to przyjemność sama w sobie. Ale kobiety tyle razy dostawały cęgi od mężczyzn i życia, że w końcu nie sposób się nie odwdzięczyć. Tytułowe cwaniary zatem mszczą się i wojują. Tak, jak to się robiło kiedyś, w tymże właśnie mieście, czyli stołecznej Warszawie.

Walczę o to samo, o co walczyli ci wszyscy w hełmach i panterkach. O siebie walczę, o swoje koleżanki. O sprawiedliwość.

Okazuje się jednak, że miasto chcą znów zagarnąć dla siebie źli ludzie. Deweloperzy i inni biznesmeni, którzy wzniecają pożary ostałych cudem po bombardowaniu kamienic, wysiedlają ludzi, zabierają im przeszłość i skazują na życie na wygnaniu. A do tego mordują ludzi, chcących im się przeciwstawić. Cwaniary nie mogą na to pozwolić. To bohaterki codzienności, niewyróżniające się wśród tłumu, wszak wiedzące, co jest w życiu najważniejsze. Przystępują zatem do walki o wolność, niemal jak w ’44.

Zdrowaś, cwaniaro, łaskiś pełna, dasz radę. Błogosławionaś ty między samochodami, między tramwajami, a siła twojej pięści wielka.

Jedną z głównych zalet książki jest nietuzinkowe uchwycenie Warszawy jako miasta z krwi i kości. Nie stolicy ze szklanymi konstrukcjami w centrum, nie bezdusznej otchłani dla pracowników korpo, dojeżdżających z pomniejszych wiosek w okolicy i chcących w weekend nabombać się koki. Warszawa to dom. Z warzywniakiem, podwórkiem, zepsutym autem przy garażu, babcią gotującą apetyczny obiad, który pachnie na całą ulicę i sąsiedzką patologią. Z miłością i wyrwą po tym, jak miłości zabrakło. Dzięki opisom Sylwii Chutnik zapragnęłam mieszkać w tym mieście. Może kiedyś się uda.

Kolejnym istotnym motywem jest śmierć. Śmierć, która zostaje tu podobnie opisana jak w przypadku opowiadania pt. W krainie czarów.

Co zrobić z tymi klamotami po zmarłym?
Tysiące przedmiotów, które człowiek pieczołowicie zbiera wokół siebie. Śrubki posegregowane w pudełkach, buty, wyjściowe koszule. Tylko pierwszego planu już nie ma. Śrubki straciły cały swój sens. Buty i koszule zostały pozbawione kontekstu.

Bardzo podoba mi się, że pisarka edukuje czytelników, by świadomi byli nadchodzącego końca i oswaja ich z tym faktem. Śmierć jest tak naturalna jak życie, jedno wynika z drugiego. I tylko materializm nie ima się zupełnie tych dwóch stanów. Ostatnio za każdym razem, kiedy wybieram się do sklepu (co wszak zdarza mi się na szczęście rzadko), zastanawiam się, czy ta konkretna rzecz na pewno jest mi potrzebna. Oczyma wyobraźni widzę niebieskie worki z, jakby to mój tato powiedział, gargamelstwem; nikomu niepotrzebnymi przedmiotami, które ktoś spakował po mojej śmierci. Wolałabym, gdyby zostały po mnie tylko zapisane kartki papieru.

Bez naszej wiedzy i zgody ktoś po prostu odchodzi, znika, umiera. To jest nie do zrozumienia, nie do wybaczenia. Za śmierć należy się zemsta.

Język książki jest bardzo dynamiczny. Sama fabuła wydaje się prosta, ale nie oznacza to, że lekturę można określić jako lekką. W Cwaniarach jest tak dużo śmierci, wzruszających momentów i ciężaru do udźwignięcia, że człowiekowi robi się trochę słabo podczas lektury. No, przynajmniej ze mną tak było. Pomimo jednak początkowej słabości, odczułam wielką siłę płynącego z powieści przesłania. By żyć godnie, póki można. A to oznacza życie aktywne; mówienie nie i niedawanie przyzwolenia na krzywdę. Nawet, jeśli wokół nie ma innych cwaniar. Bo jeśli kobieta sama się o siebie nie zatroszczy, to nikt inny za nią tego nie zrobi.

Polecam. Gorąco. I młodym, i starszym. Bez względu na płeć.

Wasza
Emilia

PS
Niestety, tak wyszło, że wpisy, powiedzmy, lifestyle’owe (o relacjach, o motywacji, o życiu po prostu) będą chyba raz w miesiącu. I tak już do końca roku. Bardzo mi przykro, ale mam czas ograniczony i dużo do zrobienia. Wiecie, druga książka sama się nie napisze. Ale jeśli uda się zebrać na FB 1000 lajków do końca roku, to w 2018 ruszamy z YT. Tak więc zachęcam do polubienia strony poniżej!

 

The Square (reż. Ruben Östlund) — To nie jest śmieszny film

The Square (reż. Ruben Östlund) — To nie jest śmieszny film

Czarna komedia to jeden z uwielbianych przeze mnie gatunków, zarówno w literaturze, jak i filmie. Ponad cztery lata temu zainteresowało mnie też kino skandynawskie, o czym wspominałam na blogu m. in. przy okazji recenzji Pewnego dżentelmena. Pomyślałam zatem, że The Square w reżyserii Rubena Östlunda będzie idealnym dla mnie filmem. Mądrym, ponurym z jednej strony, a z drugiej przezabawnym. Zwiastun jednak nie oddaje klimatu utworu. The Square bardzo mnie zaskoczył. Nie był śmieszny ani nawet zabawny. Był przerażający.

Christian (w tej roli Claes Bang) jest dyrektorem muzeum sztuki współczesnej. Jeździ Teslą, ma modne okulary, dwie córki z małżeństwa zakończonego rozwodem i kręgosłup moralny w ostatnim stadium erozji. Wydaje mi się, że gdyby postawić przed nim dwa przyciski, z czego na jednym napisane byłoby dobro, a na drugim zło, dostałby wylewu z niemocy podejmowania decyzji. To postać, która osiągnęła w życiu całkiem sporo, choć zupełnie nie wiadomo, dlaczego tak się stało. W dodatku Christian przypominał mi Radzimira Dębskiego i czekałam tylko, aż wyjmie zza pazuchy batutę.

Poznajemy go podczas rozmowy z, wydawać by się mogło, nieprzygotowaną do wywiadu dziennikarką o imieniu Anne (bardzo zdolna Elisabeth Moss). Kobieta jednak bardzo szybko zagania dyrektora w kozi róg. Nie tylko obowiązki służbowe przerastają Christiana. W drodze do pracy zostaje okradziony, zaś jego stosunki z ludźmi wokół są, delikatnie mówiąc, paralityczne.

Głównym wątek stanowi poszukiwanie przez Christiana złodzieja i nakłonienie go do oddania telefonu oraz przygotowania do nowej wystawy, której centralnym punktem ma być tytułowy square; kwadrat, w którego obrębie ma panować bezwzględny szacunek i dobro. Po drodze ku finałowi filmu możemy obserwować nieporadność Christiana, która bardziej irytuje i żenuje niż śmieszy. Reszta przeraża.

The Square uwypukla w zatrważający sposób fakt, iż wartości, jakimi kierowali się w życiu nasi dziadkowie, są obecnie sprowadzane do rangi performance’ów, eksponatów muzealnych czy sloganów reklamowych, za którymi stoi tylko pustka lub może odległe, ledwo słyszalne echo historii. Na relacje międzyludzkie, a zwłaszcza damsko-męskie, znów spada ciężka kotara wzajemnego niezrozumienia.

Scena łóżkowa w The Square należała do jednych z najbardziej tragicznych obrazów, jakie w życiu widziałam. Nie wiem, czy nie była przypadkiem nawet gorsza od mojego pierwszego razu. W zasadzie mogła śmieszyć, ale zaraz sobie pomyślałam, że to nie jest tylko i wyłącznie wizja reżysera, oparta na skrypcie. Takie przedstawienie intymności (czy też jej braku) nie wzięło się znikąd. Co, jeśli ludzie naprawdę się tak zachowują?

Później było już tylko gorzej, bo o ile nikomu pod kołdrę nie zaglądałam, o tyle wiem, jak działa psychologia tłumu oraz prawo silniejszego Trazymacha. A zatem to, co wydarzyło się w scenie z człowiekiem-gorylem (Terry Notary powinien dostać Oscara za odegranie tej roli; z ekranu popłynęło tyle emocji, że aż drżałam w fotelu!), jest nie tylko prawdopodobne, ale tak naprawdę… dzieje się cały czas. Tylko że większość z nas nie chce tego widzieć.

Wydarzenia toczyły się dosyć wolno. Nie przeszkadzało mi to, bo takie stonowane tempo akcji i stopniowo zagęszczająca się atmosfera stanowiły spójną całość, uwypuklając pustkę życia głównego bohatera. Z drugiej strony trochę szkoda, że oddechy od kolejnych ważnych dla fabuły scen, nie zostały wypełnione ładniejszymi ujęciami. Zapamiętałam tylko kadr z jednej z muzealnych sal, gdzie mieściła się ekspozycja kamiennych hałdek. Ale też nie zachwycił. Może dlatego, że sztuka w porównaniu z prawdziwymi uczuciami i wartościami zwyczajnie przegrywa, a zatem takie właśnie było zamierzenie reżysera? Był on również bardzo ascetyczny w doborze muzyki. Soundtrack jest dla mnie jednym z ważniejszych elementów. Tutaj niestety muzyka tak stopiła się z tłem, jakby prawie w ogóle jej nie było.

Choć zatem zachowanie bohaterów wydaje się być przerysowane, to życiowe doświadczenie pokazuje mi niestety, iż wcale tak nie jest. Pokuszę się więc na podsumowanie, że The Square nie jest wcale czarną komedią, tylko dramatem obyczajowym. Niepokojącym i dobrym obrazem bezpardonowo podsumowującym pustotę człowieczeństwa oraz ukazującym kontrast między pierwotnością a przeintelektualizowaniem.

7/10

Polecam The Square każdemu, kto chce rozruszać mózgownicę. Idźcie do kina, koniecznie, bo będziecie żałować!

 

Notatnik śmierci by Netfilm w reżyserii Adama Wingarda, w skrócie: syf

Notatnik śmierci by Netfilm w reżyserii Adama Wingarda, w skrócie: syf

Zaznaczę od razu: będę bezwzględna, bo czytałam mangę i oglądałam anime. Mało tego, widziałam też japońskie kinówki, które aż mnie wykręcały podczas oglądania. Łudziłam się, że kiedy Amerykanie wezmą się za reżyserkę epickiej historii o desu nôto, zrobią to po prostu lepiej. Wszystko, czego było potrzeba, to poważne podejście do tematu. I tego właśnie w tym filmie zabrakło.

Death note to nie jest jakaś tam opowiastka, półprodukt popkultury, którym można się było na chwilę zachłysnąć. Nie. Przedstawione w mandze i anime losy bohaterów wrastają w oglądającego i wstrząsają nim z każdym kolejnym odcinkiem, zmuszając do intensywnego rozmyślania. Czym jest dobro? Co tak naprawdę oznacza być sprawiedliwym? Co jest ważniejsze: lojalność czy etyka? I jak to możliwe, że zdarzają się takie momenty w życiu, kiedy te dwie wartości stają w opozycji do siebie? Co się dzieje po śmierci, która… czym jest tak naprawdę? Karą czy nagrodą?

To są pytania, nad którymi większość dorosłych ludzi się nie zastanawia. Chodzą do swojej pracy na etacie, wychowują dzieci tak, by dobrze się uczyły i nie przynosiły wstydu, wyjeżdżają na wakacje raz do roku i niewiele ich interesuje. Wyobraźcie sobie zatem, że grom powyższych pytań spada nagle na nastolatków pod wpływem kilku odcinków ściąganego z neta serialu animowanego. Jaka to wielka rzecz dla ich psychiki. Jak rozwijają się, rozmawiając na filozoficzne tematy na forach oraz przerwach między biologią w religią w szkole.

A teraz włączcie sobie soundtrack z anime i posłuchajcie, choć przez chwilę.

Co więcej, manga i anime to pochwała intelektu, zdolności dedukcji oraz wybicie ze zwykłego rytmu przeciętnego odbiorcę. Otóż dwójka głównych bohaterów, wiedząc, jak zakończy się ich relacja (któryś zginie – lecz który pierwszy?) zostają kimś w rodzaju najlepszych przyjaciół. Jak można darzyć kogoś uczuciem przyjaźni bądź miłości, kiedy podejrzewa się go o bycie największym zbrodniarzem? Dlaczego ludzie, choć na pozór tak różni od siebie, są w gruncie rzeczy identyczni?

Wobec powyższego należałoby wykazać trochę szacunku do pierwowzoru i poruszyć w filmie choć ze trzy wybrane etyczne kwestie. Ale nie. Twórcy scenariusza stwierdzili najwyraźniej, że chała, którą przygotują, i tak się sprzeda, bo nazwa do czegoś zobowiązuje. Co zatem nam postanowili zaserwować widzom podczas koszmarnego seansu? Tlenionego Lighta, który jest skrzywdzony przez los, bo jakiś przestępca zabił mu matkę, brzydką, nudną scenografię, bezsensowną bieganinę z pistoletem, który wygląda jak zabawka dla dzieci oraz totalny brak logiki. Idealny przepis na odmóżdżenie dla małolatów. Choć mogło być zupełnie inaczej…

Zacznijmy od tego, że o ile Nat Wolff może jeszcze postarać się wyglądać inteligentnie, o tyle z bezwzględnym geniuszem zła, aspirującym do roli boga, bardzo ciężko byłoby go pomylić. W Notatniku śmierci jego postać jest więc siusiumajtkiem-półsierotą, który korzysta z tytułowego notatnika, by ukarać zabójcę swojej matki i łobuziaka z ogólniaka, przez którego na początku filmu wylądował w kozie. Nie takiego Lighta chcieliśmy widzieć na ekranie, prawda? Przez Wolffa pomyślałam przez chwilę, że to parodia Death Note’a. Kiedy zaczął krzyczeć na widok boga śmierci, Ryuka (obdarzonego głosem przez samego Willema Dafoe, no chociaż tyle dobrego), zaczęłam się zanosić śmiechem. Dawno już się nie śmiałam podczas seansów. (Ostatnio chyba podczas ekranizacji Mrocznej Wieży, miałam jakiś groteskowy sen w kinowym fotelu…).

O grze aktorskiej Lakeitha Stanfielda w roli L’a raczej się nie wypowiem, bo jej nie było. Koleś fajnie biegał taki przygarbiony, i to jedyne, co mogę o nim powiedzieć. Jego postać była totalną wydmuszką. Z zewnątrz totalnie przejaskrawiona, w środku pusta. W dodatku… L zdenerwowany? Tudzież wkurwiony? Co. Ja. Pacze.

Najważniejszy wątek Notatnika śmierci został w ogóle wycięty w wersji Netfilmu. L i Light ledwo nawiązują kontakt.

Może dlatego fabuła była tak poszatkowana? Bo zamiast snuć kapitalny dramat psychologiczny, przypominający partię szachów między Anderssenem a Kieseritzkym, skupiono się na przestępcy bez jaj i ścigającym go śledczym, który pracuje intensywnie na cukrzycę. Ideał sięgnął bruku. Finał oczywiście musiał mieć miejsce podczas szkolnego balu. Amerykanie są jacyś zafiksowani na punkcie promów. Nie wiadomo zatem, w jaki sposób L wpadł na podejrzenie, że głównym złoczyńcą jest Light, ale wiadomo, że bez tańca-przytulańca nie ma filmu dla nastolatków.

Byłabym może w stanie to kupić, gdyby Notatnik śmierci w reżyserii Adama Wingarda był jeszcze ładnie zapakowany. Wiecie, cukierki w złotych papierkach smakują lepiej niż te w przezroczystej folii, nawet jeśli i jedne, i drugie są mordoklejkami. Niestety. Muzyki totalnie nie pamiętam, a scenografia… hm, była jakaś? W głowie pozostała mi tylko scena z diabelskim młynem. A przecież w anime, narysowanym wręcz ascetycznie, są piękne, proste sceny, które tak epicko obrazują to, co czeka bohatera! Damn!

 

Krótkie podsumowanie: jestem potwornie rozczarowana. Okropny jest ten rok 2017 pod względem filmów. Ostatecznie odsyłam wszystkich do mangi oraz anime, a filmowi daję przepełnione goryczą

2/10.

 

Fabryka życia #13 – Tragedia, horror, porażka, czyli… Jesień w odległej galaktyce!

Fabryka życia #13 – Tragedia, horror, porażka, czyli… Jesień w odległej galaktyce!

Zacznę cytatem z Gwiezdnych Wojen, kiedy na koniec Zemsty Sithów Obi-Wan krzyczy do Anakina: You were the chosen one…! I może to banalne, ale każdy powinien być wybrańcem w swoim życiu. Bohaterem swojej historii. Dobrym bohaterem. Tymczasem, nie ma co się oszukiwać, Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża…, a ponieważ Najjaśniejsze światło rzuca najmroczniejszy cień**, czasami wychodzą z nas potwory. Zmieniamy się w Dartha Vadera, ewentualnie w Hulka, jeśli ktoś woli Avengersów, i niszczymy wszystko dookoła.

A potem jest nam łyso, bo okazuje się, że mamy co najmniej piątkę ludzi, którzy oczekują przeprosin, a my nawet nie wiemy, dlaczego postąpiliśmy jak ostatnie chamidła. Zatem, co robić?

Ostatni tydzień był dla mnie po prostu podły. Skończył się najlepszy odcinek Gry o tron. Na następny sezon trzeba czekać ze dwa lata. Kto wie, ilu z nas w ogóle dożyje?

W pracy kadrowe dramaty, nerwówka, że hej. Nawet, jeśli ja się ze wszystkim wyrabiam, to kiedy inni niekoniecznie, ja za to odpowiadam. Suprise, motherfucker! Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, wujek Ben miał rację. Szkoda tylko, że w odróżnieniu od Petera Parkera, nie dysponuję wyrzutnią pajęczyny, która pozwoliłaby mi odsapnąć na szczycie budynku uniwerku ekonomicznego… Na pewno mają stamtąd spoko widok…

Ale kiedy zrozumiałam, że coś jest nie tak, bo wszystko, dosłownie wszystko mnie wkurwia, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego. I przypomniałam sobie o pewnej czynności, którą ostatnio zaniedbałam.

O oddychaniu.

I kiedy tak sobie przed zaśnięciem powolutku oddychałam, będąc świadomą każdego wdechu i wydechu, przyszło mi do głowy, że ja wcale nie jestem wkurwiona. Tylko że jest mi bardzo, bardzo smutno.

Nie trzeba byś specjalistą, żeby dojść do tego, że większość wiecznie wkurwionych ludzi jest po prostu smutnych, bo ma jakiś problem. I albo nie potrafi go pokonać, albo nawet nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia.

Ostatecznie namierzyłam mój problem i zaczęłam go zwalczać, ale apeluję z tego miejsca, żebyście się nie wkurwiali, kiedy napada na was bez powodu wkurwiony człowiek. Współczujcie mu raczej, bo jest z nim coś nie tak.

Niepokoi mnie także nadchodząca jesień. Bo wiecie, the winter is coming. To, że lato tego roku było do dupy, to sobie zapamiętam na długo i żywić będę do Wszechświata tyleż intensywne, co i bezsensowne pretensje… Tylko że noc zaraz wyprze dzień. Ulice zaleje plucha i brud. I będzie zimno w pizdu. I będzie po prostu ciężko trzymać się raźnie, z głową podniesioną do góry, próbując zachować pozory, że wie się, dokąd zmierza…

Oddychajmy.

Strasznie głupie mi się to wydawało, kiedy czytałam jakieś tam poradniki antystresowe i tam była porada: oddychaj głęboko i spokojnie. I co, to rozwiąże mój problem? Powietrze w moich płucach wyeliminuje rzucającego się autora, ból głowy czy tęsknotę za lepszym życiem? Oczywiście, że nie.

Ale kiedy oddycham, zaczynam myśleć szybciej i jaśniej. Nie jestem rozpraszana przez inne bodźce. Mój mózg, otrzymujący więcej powietrza, sam podsuwa rozwiązanie problemu. Mówi: Emilka, zrób tak i tak, no i pozamiatasz. Objawienie. O czym zatem muszę pamiętać, gdy ktoś mnie wytrąci z równowagi? O tym, że nie ma co się nakręcać, wyrzygiwać żalów i obmawiać motywów z przyjaciółmi. Tylko wyjść na chwilę i poodychać. I Wam też to gorąco polecam.

A W PRZYSZŁYM ODCINKU FABRYKI ŻYCIA (następna niedziela) SKANDAL GONI SKANDAL:

Ile schudłam w ciągu trzech tygodni i dlaczego tak mało?!

Co robię, kiedy nie piszę bloga i czemu nie mogę pisać cały czas?!

I co mnie łączy ze znanym masonem, Krzysztofem Gonciarzem?!

To be continued…

Pozdrowionka,
Wasza

Emilia

__________________

* Zemsta Sithów, Matthew Woodring Stover.
** Ibidem.