Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Ostatnie popołudnie października spędzam na powolnym pisaniu i głębokim oddychaniu. Trochę mam łzy w oczach, że przetrwałam kolejny ciężki miesiąc i ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolona. Tak więc są to łzy ulgi. Teraz jest mi dobrze i błogo.

Co się działo? Zacznijmy od życia osobistego.

Znaleźliśmy mieszkanie!

Dobrze, nie my znaleźliśmy, a zostało nam znalezione (:*). Praktycznie nie zaczęliśmy jeszcze na dobre szukać, a tydzień później wprowadzaliśmy się już do klimatycznego, przestronnego i schludnego mieszkanka w starej części Miasta Doznań. Nigdy jeszcze nie mieszkałam w tak sympatycznym miejscu. Stara kamienica, w powietrzu wiruje historia, jest dużo przestrzeni na uprawę kwiatów, więc niebawem zamierzam urządzić prawdziwe urban jungle.

Przez przeprowadzkę nie miałam w sumie sporo czasu na czytanie, skończyłam trzy książki. Jolantę, Czerwone dziewczyny i Szaloną geometrię miłości. Tej ostatniej nikomu nie polecam, chyba że najgorszemu wrogowi. Stek emocjonalnych bzdur, który w ogóle mnie nie zainteresował i muszę przyznać, że niektóre opisy po prostu pomijałam. Inaczej bym zasnęła. Totalna tandeta. Z każdej książki zawsze staram się wyciągnąć coś pozytywnego, ale losy bogatej lesbijki i jej nieustanne wzdychania w stosunku do nowej wybranki przez, uwaga, 448 stron, przyprawiły mnie o nic innego jak rozwolnienie mózgu oraz poczucie straty czasu. Fuj.

Myślałam sobie też, że uda mi się ominąć wątek #metoo, bo czy #jateż? Zaczęłam się zastanawiać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, by mężczyzna dotknął mnie wbrew mojej woli? Nie pamiętam. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek molestował mnie psychicznie, czyniąc niestosowne uwagi? Możliwe. Ale też tego nie pamiętam. Natomiast dowiedziałam się dzięki tej kampanii, i uwierzcie mi, spadło to ma nie jak prawdziwy grom z jasnego nieba, że ktoś mi bardzo bliski owszem. Przez długi czas. I muszę przyznać, że ta wiadomość bardzo, ale to bardzo na mnie wpłynęła. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić cierpienia tej osoby. I nie wiem, jakim człowiekiem mnie to czyni, ale wreszcie wiem, po której stronie we Wzgórzu Psów Jakuba Żulczyka bym stanęła.

Konkluzja dalej jest ta sama. Trzeba żyć dalej. Naprzekór wszystkiemu.

Na przykład pracy.

Zatem co tam, panie, w wydawnictwie?

Mindfuck, mętlik, #turkus. Może nie za przyjemnie, ale na pewno i ciekawie, i kolorowo.
Wiecie, miałam taki moment, że strasznie się w tym miesiącu mazałam. No, czułam się jak kupa. Chciałam, żeby ktoś wreszcie zobaczył moje starania i powiedział: tak, Emilka, dobrze zrobiłaś. Doceniam, naprawdę, widzę to. I poklepał po główce. Ale, do cholery, to jest jednak praca na etat. Prawdziwa walka o przetrwanie. A ja już jestem za duża, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy.
Na całe szczęście praca dalej przynosi mi mnóstwo satysfakcji. I tak, w tym miesiącu, premierę mają dwie wspaniałe książki. Dumna jestem, że mogę tytułować się ich redaktorem prowadzącym, bo współpraca z tymi autorkami była po prostu przecudowna, a oba tytuły są niesamowicie wartościowe. Teatr snów autorstwa Iwony Anny Dylewicz to tajemnicza, mroczna historia Rudej, która zostaje porwana przez szkielety (fantastyka, super szybko się czyta, choć to 342 strony, polecam zwłaszcza spragnionym wartkiem akcji kobietom). Natomiast mający dzisiaj premierę Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata to zapis kolejnej podróży wspaniałej, niezrównanej, nieprzewidywalnej Katarzyny Maniszewskiej, którą Sikora określiła mianem Wonder Woman wśród podróżniczek. Zatem jeśli jesteście złaknieni przygód i poznawania świata, no to polecam. Kasia dodatkowo jest osobą obdarzoną świetnym poczuciem humoru, więc W 40 dni dookoła świata aż kipi od anegdotek.

A jakie newsy z blogowego światka?

Jestem z siebie wyjątkowo dumna. Licząc ten wpis, napisałam w październiku aż 8 notek! I, uwaga, do każdej się przyłożyłam. Wam zaś najbardziej spodobał się tekst pt. Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram, a zaraz za nim Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym, jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz. W ogólnej rocznej klasyfikacji zaś cały czas wygrywa kontrowersyjny wpis Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs. Ech, ta kasa, tyle emocji budzi, a niepotrzebnie.

Z drugiej strony miło byłoby mieć kiedyś taki komfort psychiczny, żeby na koniec miesiąca nie walczyć o przetrwanie i zastanawiać się, czy iść do dentysty teraz, czy w przyszłym miesiącu. Tymczasem masło kosztuje dalej 8 zł, a w necie pojawiają się takie piękne rzeczy…!

PolecamWam zatem dzisiaj dwa sklepy z ciuchami,

które absolutnie mnie ujęły.

Pierwszy to Floral Escape, absolutnie niesamowite kurtki, szorty i plecaki we florystyczne wzory, na które nie mogę się napatrzeć. Zresztą, sami zobaczcie:

Rewelacja, prawda?

A drugi sklep, który pokazała mi Sikora, to Dzień dobry. Sukienka Zielnik to moje małe marzenie, chyba będzie trzeba odżałować. 😉 Podziwiajcie na Insta, to firma jest Polska, a warto wspierać rodzime biznesy, to forma patriotyzmu, chyba wszyscy się z tym zgadzamy, a nie jakieś ali ekspresy, co nie?

Kończę. Napracowałam się w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę trudy, z jakimi się zmagałam, nie ma tragedii. Żyję. Doceniam to. Najważniejsze to nie zapominać, co w życiu ważne i dbać o to, a potem o dziwo większość rzeczy sama się układa.

Moi mili, życzę nam wszystkiego najlepszego na listopad. Dużo energii, zieleni i ciepłych skarpet. Przesyłam Wam uściski i pozdrowienia!

Wasza

Emilia

 

 

 

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

Wiecie, za co przede wszystkim uwielbiam moją pracę? Za to, że mogę poznawać fantastycznych ludzi. Chciałabym się z Wami nimi podzielić, bo dostarczają mi mnóstwo inspiracji, życiowej mądrości oraz są osobami, z których można śmiało brać przykład. Jedną z nich jest Katarzyna Maniszewska. Nieprzeciętna osobowość, a do tego autorka książek Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia oraz Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata. Ta ostatnia ma dziś premierę!

Emilia Teofila: Kasiu, jesteś osobą bardzo wszechstronną — ukończyłaś germanistykę i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, jesteś doktorem nauk humanistycznych, pracujesz jako wykładowczyni, jesteś członkiem Rady Naukowej Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, lecz przede wszystkim… podróżniczką! Co bardziej Cię ukształtowało jako osobę – uniwersytet czy świat poza nim? Co doradziłabyś młodzieży, która właśnie zastanawia się nad wyborem własnej życiowej drogi – pójście na studia, czy pójście w nieznane?

Katarzyna Maniszewska: Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, ale nie określiłabym się osobą wszechstronną. To nie jest tak, że jestem fizykiem i, dajmy na to, hobbystycznie muzykologiem. Moje zainteresowania są wobec siebie komplementarne, np. prowadzę w Collegium Civitas zajęcia  „Geografia terroryzmu”, które pozwalają mi łączyć wątki podróżnicze z bezpieczeństwem. Ale odpowiadając na pytanie, generalnie uważam, że każdy powinien wybierać swoją własną drogę. Nie jestem rzecz jasna przeciwnikiem studiów, uważam, że edukacja formalna rozszerza horyzonty, a i w życiu zawodowym nie jest bez znaczenia, ale szczerze przyznaję, że więcej nauczyły mnie podróże niż szkoła. Zresztą, obecnie podczas studiów istnieje  wiele możliwości podróżowania, wymian studenckich, stypendiów, staży zagranicznych etc. i bardzo zachęcam do korzystania z tych opcji! 

ET: Skąd w Tobie zrodziła się pasja do podróży?

KM: Chyba z lektury. A konkretnie przeczytanych w dzieciństwie książek takich jak Kon Tiki, Robinson Crusoe, W 80 dni dookoła świata czy przygód Tomka Wilmowskiego. Postanowiłam w dorosłym życiu realizować swoje dziecięce marzenia. 🙂

ET: Czego można się nauczyć, zwiedzając świat?

KM: Podróże to kopalnia wiedzy o świecie, o kulturze, historii, geografii, ale także o sobie samym. Otwierają oczy. Zwłaszcza podróże w pojedynkę, z plecakiem, pozwalają sprawdzić się w różnych sytuacjach, często znacząco wykraczających poza tzw. strefę komfortu. 

ET: Jacy są ludzie poza granicami Polski i czy można liczyć na pomoc nieznajomych?

KM: Przekonałam się podczas podróży, że ludzie nawet w najodleglejszych zakątkach globu są w gruncie rzeczy tacy sami, mają podobne potrzeby, marzenia, troski… Spotkałam się z ogromną życzliwością, serdecznością, gościnnością. Chociaż, jak to mawiam, idiotów nie brakuje w żadnym kręgu kulturowym i pod żadną szerokością geograficzną, więc — jak i w Polsce — są osoby otwarte i gościnne, skore do pomocy, a są i osoby niekulturalne, obawiające się obcych, pełne uprzedzeń i stereotypów.

ET: Jakie było Twoje najintensywniejsze przeżycie pośród wszystkich dotychczasowych podróży?

KM: Nie wiem naprawdę. Każda podróż przynosiła bardzo intensywne emocje – od euforii po skoku na bungee w Zambii czy też kiedy zobaczyłam po raz pierwszy posągi na Wyspie Wielkanocnej do skrajnej złości przy próbie kradzieży moich rzeczy w Zimbabwe czy też wulgarnych zaczepkach w Indiach. Ale ponieważ zawsze, nawet z niesympatycznych perypetii wychodzę cało i zdrowo, to traktuję to wszystko jako część doświadczenia, jakim są podróże.

ET: Dziś wyjątkowy dzień – premiera Twojej kolejnej książki, Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata. Jak znalazłaś pośród codziennych obowiązków czas na pisanie?

KM: Pisałam podczas urlopu – oto cały sekret 🙂 Notatki robiłam podczas podróży, potrzebowałam kilku tygodni w spokoju, że wszystko spisać i szczęśliwie mi się to udało. Jestem dość zdyscyplinowaną osobą, jak sobie coś postanowię to zwykle się tego trzymam. Późniejsza praca nad edycją tekstu poszła sprawnie, dzięki Twojej fachowej pomocy, moja droga Redaktorko! (Emilia jest redaktorem mojej książki — przypis KM 😉

mockup_podroznik

Sprawdź na http://www.sorus.pl/ksiazka/podroznik-bez-powodu-w-40-dni-dookola-swiata/

ET: Co mówią Twoi najbliżsi o Twoim bakcylu podróżniczym? Czy wyjazdy nie utrudniają Ci prowadzenia życia prywatnego?

KM: Mam to szczęście, że mam świetnych przyjaciół i rodzinę, która mnie wspiera, więc podróże nie są żadnym problemem w życiu prywatnym. Moi bliscy po prostu kibicują mi w realizacji podróżniczych pasji.

ET: Co w życiu przynosi Ci najwięcej satysfakcji — podróże, pisanie, a może jeszcze co innego?

KM: Największą satysfakcję przynosi mi praca nauczyciela — kiedy widzę, że młodzież nie tylko rozumie, chętnie się uczy, ale i dyskutuje, nie boi się wyrażać własnego zdania, szanuje opinie innych, angażuje w zajęcia, i przede wszystkim myśli — to jest największa satysfakcja. Sprawić, żeby zajęcia były dla nas wspólną intelektualną przygodą to jest ogromne wyzwanie, ale też prawdziwa radość dla wykładowcy.

ET: Czy określiłabyś siebie mianem feministki?

KM: Nie lubię etykietek, zwłaszcza tak szerokich i różnorako interpretowanych. Jestem po prostu sobą. Uważam, że wszyscy ludzie są równi i dyskryminacja z jakiegokolwiek powodu nie powinna mieć miejsca. A już na pewno nie z powodu płci. Ale niestety dyskryminacja kobiet ma miejsce. I to nie tylko w odległych zakątkach globu, ale i w naszym kraju. Uważam, że kobiety powinny mieć nie tylko na papierze równe prawa z mężczyznami, a także równe traktowanie (np. w miejscu pracy) i równy szacunek (autentyczny, a nie czysto deklaratywny). 

ET: Gdzie według Twojej opinii lepiej żyje się kobietom: w Polsce czy za granicą? Czy byłaś może w kraju, w którym kobiety są naprawdę równe mężczyznom?

KM: To bardzo szerokie zagadnienie… W wielu miejscach kobiety traktowane są przedmiotowo, i to uprzedmiotowienie ma różne oblicza. Pisałam o tym trochę w poprzednim „Podróżniku”. Byłam w miejscach, gdzie kobiety traktowane są właściwie jak własność mężczyzny, spotkałam taką sytuację np. w Papui Zachodniej, gdzie w tradycyjnym modelu rodziny, kobieta zajmuje się dziećmi, domem i pracą, a mężczyźni nie robią całymi dniami nic, przy czym żonę można kupić za jednego prosiaka. Byłam też w miejscach, gdzie dba się o równy status kobiet i mężczyzn, dobrym przykładem są kraje skandynawskie. Polska jest pewnie gdzieś w środku tej skali. Z jednej strony nasi rodzimi „dżentelmeni” często perorują, jak to wielce szanują kobiety, w mankiet buchną, na 8 marca przylecą z kwiatkiem, ale z drugiej strony odnoszę wrażenie, że część z nich najchętniej by kobiety zamknęła w domach i sprowadziła do ról podobnych do przywołanych w papuaskich wioskach…

ET: Jak powinna zadbać o siebie współczesna kobieta, by być szczęśliwym człowiekiem?

KM: W idealnym świecie kobieta powinna sama móc wybrać swoją drogę. Wolność wyboru drogi życia to – wg mnie – klucz do szczęścia. Przy czym nie ma – jak sądzę – jednej recepty na owo szczęście. Dla każdego oznacza ono inne priorytety, realizację innych celów. Ale kobiety powinny móc o sobie decydować – o swojej edukacji, wyborach życiowych, ścieżce zawodowej, realizacji zainteresowań. Takich możliwości życzę nam wszystkim!

Na zakończenie chcę serdecznie podziękować Kasi za to, że poświęciła swój czas, by odpowiedzieć na pytania. Mam nadzieję, że zapis tej rozmowy pokaże Wam, zwłaszcza młodszym czytelnikom, że w życiu można robić fantastyczne rzeczy. Takie, o jakich nam się zamarzy. Potrzeba do tego tylko uporu.

Wspomnę też, że kupując najnowszą książkę Kasi, możecie uczynić świat lepszym. Podróżniczka została ambasadorką akcji organizowanej przez Fundację im. Kazimierza Nowaka, Z dżungli na studia.

2

Polecam Wam również spotkania z Katarzyną Maniszewską podczas rozmaitych prelekcji w Warszawie. Daty wszystkich spotkań oraz ciekawostki na temat wizyt Kasi w różnych zakątkach świata są dostępne na Facebooku Podróżnika bez powodu. Zapraszam do polubienia! Mam nadzieję, że wywiad zainspiruje Was do odkrywania życia i walki o spełnianie swoich marzeń.

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

W zeszłym tygodniu Wysokie Obcasy uświadomiły mi, że najwyższy czas napisać o tym, dlaczego mając dwadzieścia pięć lat, nie chcę być matką. Choć bywam roztargniona tak mocno, jakbym chorowała co najmniej na zaawansowaną sklerozę i wyjście z domu bez portfela jest na porządku dziennym, to nigdy, przenigdy nie zapomniałam o mojej drogiej przyjaciółce – różowej pigułce. Boję się, że kiedy jej nie wezmę, zrobię w swojej macicy miejsce dla gościa, który sprawi, że zapomnę o samej sobie.

Jestem jedynaczką i moja relacja z matką przypomina istny roller coaster. Byłam dzieckiem trzymanym pod kloszem, wychuchanym od stóp do głów. Matka urodziła mnie po wcześniejszej ciąży pozamacicznej, w wieku trzydziestu pięciu lat, w czasach, kiedy wielu mówiło jej, żeby pożegnała się z marzeniem o dziecku. Kiedy przyszłam na świat, poświęciła mi się bez reszty, co przez wiele lat uważałam za ogromny ciężar psychiczny. Matka nie chciała być tylko moją opiekunką, ale i przyjaciółką. Wydawało mi się to strasznie głupie i naiwne z jej strony. Co nas łączyło prócz tej samej grupy krwi?

Pragnęłam uciec od niej jak najdalej. Po maturze zerwałam się ze smyczy i narobiłam głupot na studiach, za co pokutuję do teraz. Pozwoliło mi to jednak załapać trochę dystansu. I tak naprawdę dopiero, kiedy po kilku latach wróciłam do domu rodzinnego i zaczęłam dostrzegać w mamie prawdziwą kobietę, bo jej cała uwaga przestała się skupiać na mnie, stwierdziłam, że ją lubię. Moje emocje już nie są skupione wokół bezgranicznie kocham czy nienawidzę ze wszystkich sił. Wiem, że są pewne rzeczy, które nigdy do niej nie dotrą, ale tak samo ja nie pojmuję w ogóle świata, w jakim przyszło jej się wychowywać. Jest to przyczyną nieustannego, niepotrzebnego sprawiania sobie wzajemnie bólu. Ale i chwil dumy, euforii, wielkiego szczęścia, kiedy wreszcie, po kilkuletnich próbach, coś tam uda się którejś z nas zrozumieć.

Tylko że bywało tak źle, że uciekałam z domu do koleżanek w trakcie dnia, a w nocy planowałam wielkie wyprawy, by już nigdy nie musieć oglądać twarzy mamy. Pamiętam, jak bardzo jej nienawidziłam, i jak przez to nienawidziłam siebie. To, czego może nigdy jej nie wybaczę, to to, że tak wiele dla mnie poświęciła. A przecież jednocześnie powinnam całować ją za to po stopach, bo mało dzieciaków miało w życiu taki komfort, jak ja.

Każda nasza matka, tak jak każda ich córka, jest najgorsza i najlepsza jednocześnie. Miałam taki etap, że nie chciałam mieć dziecka, bo nie chciałam być dla niego taką matką, jaką miałam ja. Teraz nie chciałabym być matką, bo nie chcę mieć takiej córki, jaką ja jestem dla mojej matki. Totalnie bym sobie nie poradziła. I jest coś jeszcze. Przez wiele lat stawałam się osobą, którą jestem teraz. Dochodzenie do tego, że wcale się nie nienawidzę, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Teraz całkiem się lubię, ale za kilka lat może być ze mnie naprawdę fajna babka. Nie chciałabym tego przegapić, skupiając się na dziecku.

Czy jest to z mojej strony egoizm? Nie chcę mieć dziecka, bo chcę mieć święty spokój. Na to wychodzi.

No cóż, każda z nas powinna mieć prawo do tego egoizmu. I każda powinna mieć tak samo prawo do altruizmu, jakim jest macierzyństwo. Do bezgranicznego oddania się na rzecz wychowania nowego istnienia.

max

Ale obecnie, cytując Zadie Smith, ludzie traktują rodzicielstwo jak wybór lifestyle’owy. […] Moje pokolenie wrzuciło posiadanie dzieci do tego samego koszyka co wybór koszuli czy telefonu. Zajdę sobie w ciążę, bo wszystkie moje kumpelki pozachodziły, a co. Albo nie mogę sobie znaleźć faceta, więc pójdę do klubu, dam się przeruchać w kiblu, to może potem się z tego zrobi jakaś istotka do kochania. I będę prowadzić bloga parentingowego, to dostanę może łóżko z Ikei za darmo, a najlepiej to spróbuję urodzić właśnie tam, fajnie, jakby rabaty powpadały.

(Czy muszę w tym miejscu po raz kolejny zaznaczać, że generalizowanie, hiperbola i sarkazm są bardzo lubianymi przeze mnie środkami wyrazu)?

Na powyższe jeszcze mogłabym machnąć ręką. Współczuję dzieciom rodzącym się z takich właśnie pobudek, ale na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy owocem dążenia gatunku homo sapiens do przetrwania. Dlatego nie mnie oceniać motywacje reprodukcyjne ludzi. Jest jednak coś gorszego, co mogłoby mi się stać, gdybym stwierdziła w pewnym momencie mojej egzystencji, że chcę mieć np. synka o imieniu, powiedzmy, Gargamel. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie do Instagramu oraz to, że w mojej rodzinie kobiety mają tendencje do poświęcania się, zmieniłabym nazwę konta z emiliateofila na mamusia_gargusia.

Nie chcę zaśmiecać social media fotografiami własnej buzi, a co dopiero mojego hipotetycznego dziecka. Nie chcę wkurwiać takim spamem koleżanek, nie chcę wysyłać takiego internetowego zaproszenia pedofilom. I nie chcę tracić siebie na rzecz przewijania pampersów, leczenia zapalenia piersi od zatkanych kanalików mlekowych czy tłumaczeniu, że złośliwymi komentarzami w szkole przejmować się nie warto, bo ja sama wciąż pamiętam, jak bardzo to boli, gdy jest się innym niż reszta uczniów. Jestem nieodpowiedzialnym młokosem, który ma problemy z łażeniem do dentysty, bo przeraża go sama myśl o krzywym spojrzeniu lekarza, gdy zobaczy dziurę w zębie. Marzycielką, nie potrafiącą wziąć odpowiedzialności za siebie i rozliczyć się z przeszłością raz a dobrze.

Zatem czy to oznacza, że jestem opóźniona w rozwoju w stosunku do moich rówieśników, którzy wzięli już ślub i mają kilkuletnie dzieciaki?

Czy chcę zasugerować, że wręcz przeciwnie, jestem od nich mądrzejsza i dojrzalsza, bo nie chcę wychodzić za mąż i reprodukować się?

Może tak naprawdę po prostu nie wiem, ile trudów może wynagrodzić uśmiech własnego dziecięcia i że więcej z tego wszystkiego radości niż smutku?

maxxie

Bo może znowu filozofuję, a wokół tyle dzieciaków, no to czy faktycznie jest aż tak ciężar na barkach, to całe wychowanie? No nie, akurat tutaj mogę sobie odpowiedzieć, że okej, łatwo się puknąć, ale z konsekwencjami poradzić sobie dużo trudniej. Niemal każdy z moich przyjaciół ma jakąś traumę wyniesioną z dzieciństwa z powodu czegoś, co zrobił albo czego nie robił ich rodzic. I to stało się tak po prostu. Trzeba myśleć przy dziecku o tylu rzeczach – żeby nakarmić, żeby zapłacić za wycieczkę, żeby nie zostawić w aucie, gdy upał, żeby kupić prezent na imieniny, no po prostu miliard spraw. Więc kiedy już się pada na twarz, nerwy czasem puszczają i ryknie się na tego wkurzającego smarkacza. Kto by podejrzewał, że wiele lat później to odbije się na jego psychice i uniemożliwi pójście dalej ze swoim życiem albo upośledzi jakąś funkcję społeczną?

Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej marzeniem było posiadanie dziecka. I to marzenie się spełniło. Mówiła mi o tym z miłością w oczach, a ja oczywiście musiałam wtedy stać się potworem i powiedzieć jej, że wcale nie, bo jakim prawem może mówić, że mnie posiada? Jestem niezależną istotą, która ma własny rozum i wolę. Nie jestem niczyją własnością. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę.

Dzieci potrafią być tak okrutne, że się kurwa wszystkiego może odechcieć.

Moja mama, jeśli odechciewało się już bycia matką, nigdy nie dała mi tego po sobie poznać. Aż mi łzy teraz lecą z oczu, bo sobie uświadomiłam, że kiedy ostawiałam największe numery, totalne huragany histerii, ona, zamiast się wycofać, przychodziła do mnie, do tej jaskini lwa, by powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Że nieważne, co jej powiem, ona i tak przy mnie będzie.

Musiałam skończyć dwadzieścia pięć lat, by zrozumieć, jak trudne to zadanie.

Matki potrafią być nieświadomie najsurowszymi katami i jednocześnie najpotężniejszymi agregatorami miłości. Ja chciałabym tylko, by przyszłe mamy zdawały sobie z tego sprawę. Jeśli dane będzie mi to w końcu pojąć (bo wiedza a uświadomienie to dwie zupełnie różne sprawy), to niewykluczone, że rozstanę się z różowymi pigułkami. (To będzie cios, bo od kiedy biorę antykoncepcję, nie czuję się podczas okresu jak podczas tortur zadawanych mi przez stado rozszalałych wikingów). I wtedy będę się wyżywać na władzy, że nie mogę zapisać dzieciaka do najbliższego od domu żłobka, bo nie ma miejsc, bo trzeba dużo hajsu bulić, a przecież i tak odciągają mi z wypłaty na ubezpieczenia i inne niezbędne do funkcjonowania pierdoły. Ale póki jeszcze nie rozbudził mi się mój instynkt macierzyński, za co chwała niebiosom, dalej będę przewracać oczami, kiedy jakaś moja koleżanka zmieni swój nick na Instagramie i klikać przestań obserwować u znajomych, którzy za bardzo epatują buziami swojego dzieciaka na Facebooku.

Tyle o macierzyństwie z mojej strony, mamy rok 2017, ciekawe, kiedy mi się odmieni, odpukać.

Tradycyjnie zapraszam Was do polubienia Fabryki dygresji na Facebooku. Każda łapka w górę przybliża nas do 1000 lajków, a wtedy będę kompromitować się dla Was na YouTube. 

Chciałabym wiedzieć, co Wy sądzicie na temat macierzyństwa. Jak relacje z Waszymi mamami? Czy bycie mamą Was przeraża? Czy oczekuje się z Waszej strony reprodukcji i z tego powodu czujecie ciśnienie? Koniecznie dajcie znać.

xoxo

Wasza

Emilia

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz

 

Kiedy otwierasz rano oczy, masz dwie opcje. Wstać albo nie.

To jest ten najcięższy moment każdej doby, kiedy powraca do Ciebie świadomość, a razem z nią natrętne myślenie. Że na dworze jeszcze jest ciemno, prawie tak samo, jak w Twoim sercu. Że trzeba się szybko ubrać, bo zimno, a przecież nie ma się siły robić niczego szybko, więc to jest problem. I w pracy też problemy, rzeczy do pozałatwiania. Jak to wszystko udźwignąć, wykonać te telefony, nakłonić kogoś do zrobienia czegoś, skoro samemu nie można zmusić się do czegokolwiek?

Będzie niedobrze. Zapytają Cię, czemu się nie uśmiechasz i czy coś Ci dolega. Nie wyplujesz im prosto w twarz, że czujesz się jak gówno, no i jakim cudem jeszcze tego nie zauważyli, bo to niegrzeczne. A nawet, jeśli to Cię nie obchodzi, to i tak bez sensu, wdawanie się w dyskusje na temat pomocy, kiedy wiadomo, że i tak ci nikt nie pomoże. Łatwiej będzie przylepić ten cholerny uśmiech, pokiwać głową parę razy, dostać skurczu karku i bólu brzucha od tego wszystkiego, zwymiotować własną hipokryzją, a potem iść do domu.

Obijać się od ściany do ściany, pluć sobie w brodę, że znowu się nie chce, że znowu się nie może chcieć, już się zwyczajnie chcieć nie potrafi. Albo dalej udawać. Zobowiązywać się do wykonywania czynności i ich nie podejmować. Rozwlekać wszystko w czasie, być przyczyną nerwów przełożonych albo kolegów z zespołu, nie odbierać telefonu od rodziców, przyprawiać własną matkę o palpitacje serca, kiedy nie może się z Tobą skontaktować. A potem jeszcze przez to mieć wyrzuty sumienia. I udawać, że nie słyszy się domofonu, kiedy przyjaciele są już na tyle zdesperowani, że bez zapowiedzi postanawiają Ci wbić do mieszkania. Albo podejść do drzwi, wystękać, że grypa żołądkowa, znowu zapętlić się w kolejnych kłamstwach, sprawić, że już nie jest im Cię żal, tylko są po prostu wkurwieni, bo ile razy można wyciągać pomocną dłoń i w zamian dostawać liścia?

No więc będziesz leżeć, nie będziesz wychodzić z łóżka, bo to, co poza pościelą, czyli rzeczywistość, uwiera, gryzie, kopie…

I nie będę Cię oszukiwać, w życiu pięknych chwil jest nieporównywalnie mniej niż tych obrzydliwych, śmierdzących, bezbarwnych. Nikt Cię nie będzie klepał po główce, gdy stłuczesz sobie kolano, nikt nie będzie klaskał, kiedy załatwisz jakąś sprawę. W dodatku, choćbyś nie wiadomo, jak bardzo byś się starał, prędzej czy później pojawi się człowiek, który sprawi, że najchętniej strzeliłbyś sobie w łeb. A potem Ty, dlatego, że dałeś się złamać, będziesz sprawiać, że Twoi bliscy będą chcieli sobie strzelić w łeb przez Ciebie. Z bezradności wobec Twojego stanu. A potem niestety część z nich wzruszy ramionami i pójdzie dalej, pomyśliwszy sobie, że to Twoja sprawa, jak chcesz gnić w łóżku, chlastać się po nadgarstkach, gadać godzinami o tym, jakie wszystko jest bez sensu albo po prostu się zabić, no to OK. Nie wszyscy muszą umierać na raka albo zawał serca, ktoś musi popełnić samobójstwo, jakieś urozmaicenie na cmentarzu musi być.

Ale ostatnio spodobała mi się idea życia na przekór. Może Tobie też przypadnie do gustu.

Skoro tak łatwo być zgnojonym przez ludzi, ja nie będę.

Skoro inni tak łatwo się poddają, ja nie muszę.

Skoro prawie każdy, kogo zapytam, mówi, że ma depresję, ja nie będę. Już abstrahując od tego, co tam mam na skierowaniu do specjalisty wypisane. Albo w jak wielkim stopniu moje słowa zakrawają na typowe wyparcie. Czy tam zaprzeczenie.

Póki jeszcze czuję, mogę wstać. Dla mnie niewstawanie, choć kuszące, nie jest w tym momencie opcją. Choć jest ciężko, ludzie, których mam wokół siebie, są zbyt wspaniali na to, żebym ich po raz kolejny zawiodła.

I jeśli został w Tobie choć cień umiłowania do życia, iskra miłości do osób, które masz blisko siebie… Wstaniesz z łóżka.

Pójdziesz dalej.

Powolutku.

Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.