Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Nie będę z siebie robić specjalistki, bo pierwszą roślinkę (lucky bamboo) dostałam rok temu od Cioci Ebi i jej świeżo upieczonego małżonka, ale w kwestii rozpoczynania uprawy roślin doniczkowych jestem ekspertem. Taką pro-ogrodniczką na poziomie zielonego amatora. Uparcie raczkuję w świecie chlorofilu. A skoro moje dwadzieścia roślin jakoś przetrwało ostatnie miesiące, to i Was chciałabym zachęcić do wypełnienia mieszkań żyjącym zieleniakiem. Bo że warto, to już pisałam TUTAJ i wciąż podtrzymuję! Jak zatem zacząć przygodę z urban jungle?

Wybierz rośliny, których nie zabijesz.
To nie jest tak, że nie masz ręki do kwiatów. Po prostu pewnie nie masz czasu na dbanie o nie tak, jak tego potrzebują. Kwiaty są jak ludzie, mają różne upodobania i potrzeby. Jedne lubią cień, ciepło i wilgoć (zwłaszcza te sprowadzone do nas z okolic równikowych), inne kochają słońce nie znoszą nadmiaru wody (np. pustynne sukulenty). Ale są gatunki, którymi wcale nie trzeba się specjalnie przejmować, a dzięki nim w domu zrobi się od razu przyjemniej!

Ice Cream Party (3)

Eszeweria to bardzo modny ostatnio sukulent, którego ponętne mięsiste kształty liście zauroczyły już niejednego domowego ogrodnika. Lubi słońce i ciepło, nie wymaga częstego podlewania. Bardzo łatwa w utrzymaniu.

Jeśli chodzi o draceny, to mamy mnóstwo odmian tej rośliny. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że lubi przeciętniactwo. Nie za dużo wody (jak widzimy, że ma sucho, trochę podlewamy), nie za jasno, nie za zimno.

Bluszcz, czyli jeden z moich ulubieńcow, dobrze czuje się w chłodzie, więc nie trzeba zmieniać mieszkania w tropik, by mu dogodzić. W zasadzie wysoka temperatura może go zabić, dlatego pamiętajcie, jeśli macie bluszcz, nie hajcujcie zimą za bardzo w piecu.

paprotka

Paprotka wcale nie jest taka łatwa i taka pierwsza lepsza z brzegu, jak mogłoby się wydawać. Ale warto ją mieć ze względu na przesąd, że jest zwiastunem pomyślności finansowej. Zimą podlewamy raz w tygodniu, latem od jednego do trzech, patrzymy, by ziemia była wilgotna. Najlepiej czuje się w stanowisku lekko zacienionym. Lekko, powtarzam, nie stawiajcie jej w kącie między lodówką a zmywarką, nie opłaci się Wam.

Sansewieria, czyli język teściowej, czyli też wężownica, tak jak eszeweria jest sukulentem, atrakcyjnym wizualnie i wdzięcznym w uprawie. Lubi światło, ale zniesie jego brak. Z wodą to samo. Będzie rosnąć tam, gdzie inne kwiaty wolą kopnąć w kalendarz. Na przykład w ubikacji przy małym lufciku albo w ciemnej biurowej suterenie.

Lucky bamboo, czy po polsku szczęśliwy bambus (trochę rasistowskie, ale dobra), to tak naprawdę inna odmiana draceny, o której pisałam kilka zdań wyżej. Nie potrzebujecie nawet ziemi i doniczki, by uprawiać ten rodzaj zieleniny, wystarczy flakon i woda. I spryskiwacz. Wodę we flakonie wymieniamy raz na dwa tygodnie (wcześniej warto ją przegotować i wystudzić), natomiast liście spryskujemy letnią wodą wedle upodobania. Im częściej, tym lepiej, bambus będzie się bardzo cieszyć.

zamiokulkas

Zamiokulkas, podobnie jak sansewieria, przetrwa chyba wszystko. Podejrzewam, że wybuch bomby atomowej też nie zrobiłby na nim wrażenia. Jest niewzruszony. Nie oznacza to, że masz go kopać i gryźć, ale nie potrzebuje zbytnio ani wody, ani słońca. A cały czas jest piękny i zielony. Ideał po prostu.

Zielistka, po angielsku spider-plant, jest bardzo płodną zieleninką. Rośnie jak szalona, a potem strzela kłączami, na której dyndają jej maleńkie wersje. Wystarczy ją podlewać, kiedy będzie miała sucho. I od czasu do czasu spryskać listki, bo tak jak lucky bamboo, bardzo to lubi.

azalia

I dochodzimy do azalii. Azalia nie jest najłatwiejsza, ale nietrudno o nią zadbać, a jej liście są tak piękne, że warto się poświęcić i zapamiętać kilka ciekawostek na jej temat. Jeśli będziemy o nią dbać, rozkwitnie pięknie i obficie. Co zatem robić? W zimie postawić na parapecie. Lubi bowiem słońce i chłodną temperaturę, którą może znaleźć tuż przy szybie. Ważne jest, by miała stale wilgotno. Jak będzie miała sucho, to już po niej. Nie możecie do tego dopuścić, azalia lubi pić!

Krok pierwszy za Wami. Wiecie, jakie rośliny kupić, żeby nie zmarniały. Teraz możecie zacząć wypełniać swoje mieszkanie kochaną zieleninką. Powodzenia! A jeśli znacie jeszcze inne gatunki, które są bardzo łatwe w uprawie, koniecznie napiszcie o tym w komentarzu.

Andy Weir — „Artemis”

Andy Weir — „Artemis”

Odkrywczy sposób poprowadzenia fabuły? Nie. Oryginalne kreacje postaci? Nie. Kunszt literacki? Zdecydowanie nie. A zatem dlaczego warto przeczytać najnowszą książkę Andy’ego Weira pt. Artemis? Ponieważ stanowi rewelacyjną rozrywkę na listopadowe wieczory, zdecydowanie lepszą niż oglądanie kolejnego serialu czy jedzenie następnej paczki czipsów. Już mówię, dlaczego lektura aż tak mnie ucieszyła!

Na wstępie zaznaczę, że nie czytałam Marsjanina, nie widziałam nawet fragmentu ekranizacji, więc pozwólcie, że nie będę nawiązywać do poprzedniego bestselleru Andy’ego Weira. A to, że nie chcę po przeczytaniu Artemis uzupełniać tego braku, nie świadczy wcale o tym, że najnowsza książka nie jest ciekawa. Chodzi o Matta Damona. Nie przepadam za jego twarzą, a wiem, że będę sobie ją wyobrażać podczas lektury. Całe szczęście, że w ekranizacji Artemis na pewno nie zagra głównej roli, ponieważ bohaterką jest młoda kobieta.

Jasmine Bashara, przez większość nazywana po prostu Jazz, jest dwudziestoparoletnią obywatelką jedynego księżycowego miasta, tytułowego Artemis. Jest więc w podobnym do mnie wieku i może przez to tak dobrze obserwowało mi się jej poczynania. Widziałam też kilka innych podobieństw między nami. Choćby niewyparzony język (Jazz nie stroni zarówno od tradycyjnych wulgaryzmów, jak i ostrych neologizmów, za które podziwiam tłumacza, Radosława Madejskiego, ukłony!) i zarabianie tak małych pieniędzy, że musi dorabiać poza głównym miejscem zatrudnienia, by jakoś sobie poradzić. Nawet relacje z płcią przeciwną i stosunek do religii też niestety w pewnej mierze były ze sobą identyczne… Choć niektórym Jazz wyda się zatem rozwydrzonym bachorem, ja uważam ją za postać bardzo wrażliwą, która emocjonalnie wyraża siebie i ciężko pracuje na odkupienie win z przeszłości.

W pewnym momencie Jasmine trafia się fucha, dzięki której będzie mogła zacząć wreszcie żyć na dostatnim poziomie. Nie jest to co prawda legalne przedsięwzięcie. Wymaga od dziewczyny dużo sprytu jak i sprawności fizycznej. Postanawia jednak zaryzykować. Okazuje się jednak, że to uwertura do kolejnych zadań, które będzie musiała zrealizować, by ratować swoich bliskich i całe Artemis.

Processed with VSCO with c1 preset

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, uważam, że najmocniejszym punktem powieści są kreacje bohaterów. Nie mogę nazwać ich odkrywczymi, jednak Andy Weir wie doskonale, jakich ludzi lubią inni ludzie. I właśnie o nich pisze. O zasadniczym ojcu Jazz, pobożnym Ammarze, silnej administratorce Ngugi, młodej, początkowo nieco zahukanej córką miliardera, Lene Landvik, inteligentnym i nieśmiałym w stosunku do kobiet naukowcu Martinie Svobodzie… A także wielu innych. To, co podkreśla doskonały warsztat pisarski Andy’ego Weira, to fakt, że charakter jego postaci zostaje oddany nie w monotonnych opisach, a akcji. Sposób mówienia postaci oraz ich czyny eksponują najważniejsze cechy bohaterów. Nie są oni skomplikowanymi ludźmi, więc nie zaciekawią czytelnika na tyle, by chciał odkrywać mroczne tajemnice z ich przeszłości, ale nie oszukujmy się, w życiu też nie mamy do czynienia ze zbyt wieloma tak intrygującymi osobami. Z drugiej strony, ich rys psychologiczny jest wystarczający, by zapałać do nich sympatią i spędzić w ich towarzystwie rewelacyjny, pełen rozrywki czas.

Przyjemność sprawiało mi też czytanie o fizyce i technologiach na Księżycu. Grawitacja i to, w jaki sposób ludzie muszą się poruszać po gruncie, by gdzieś dotrzeć. Ubieranie skafandrów, przejścia przez śluzy, co, dlaczego, jak to jest w próżni, ile, jak długo, w jakim celu… Na te wszystkie pytania w wyczerpujący sposób odpowiada autor. Do tego przekazuje tę wiedzę językiem prostym. Wszystko jest jasne i oczywiste, choć dalej imponujące. Akcja Artemis toczy się bodajże w roku 2060 albo coś koło tego, więc mamy do czynienia w dużej mierze z technologią już istniejącą. Dlatego nietrudno się odnaleźć w opisywanych przez twórcę świecie, mimo że nie ma w nim powietrza, roślin czy zwierząt. Podanie tak trudnej wiedzy czytelnikowi w tak prosty sposób uważam za prawdziwe mistrzostwo.

Narracja z punktu widzenia pierwszej osoby, czyli Jazz, to może trochę pójście na łatwiznę. Z drugiej strony czytelnik w ten sposób łatwiej utożsami się z jej losami. Fabuła też nie jest powalająca. Mamy kilka zwrotów akcji, które może byłyby szokujące, gdyby nie to, że każdy film sensacyjny jest niestety podobnie skonstruowany. Ale akcja i jej liczne zawieszenia oraz retrospekcje, w których poznajemy przeszłość Jazz, pasowały do siebie jak sąsiadujące ze sobą puzzle. Kompozycja idealna.

Processed with VSCO with c1 preset

Dla mnie dodatkową satysfakcją z lektury byłoby przeczytanie więcej szczegółów o różnych miejscach Artemis. Autor zapoznał nas z budową miasta, ale gdybym ja miała zabrać się za pisanie, starałabym się bardziej oddać klimat poszczególnych jego punktów. Pewnie tym samym znużyłabym jakieś siedemdziesiąt procent czytelników. Ale tylko tego mi było za mało.

Artemis nie jest zatem jakimś arcydziełem. To prosta lektura, ale bardzo przyjemna. Z powodu wątku Jasmine uważam, że to opowieść o przyjaźni i dojrzewaniu, która spodoba się bardzo nastolatkom i dwudziestolatkom. Losy głównej bohaterki przypomniały mi o dwóch rzeczach. Nie ma problemów do nieprzeskoczenia, tylko trzeba kombinować. I nigdy nie odpuszczać. Myślę, że Jass to dobry wzór do naśladowania mimo głupot, jakie narobiła w przeszłości. Bo któż z nas nie był lekkomyślny?

Zygmunt Miłoszewski — Jak zawsze

Zygmunt Miłoszewski — Jak zawsze

Czy zastanawiałeś się może, co zmieniłbyś w swoim życiu, gdybyś mógł cofnąć się w czasie? Czy gdybyś przeniósł się w przeszłość razem z ukochaną osobą, Wasz związek dalej by istniał? Zygmunt Miłoszewski snuje wizję alternatywnej rzeczywistości nie tylko dla pary głównych bohaterów, którzy spędzili ze sobą 50 lat małżeństwa, ale i dla całego narodu polskiego. Co z tego wyniknie? Dowiecie się, czytając najnowszą powieść pisarza pt. Jak zawsze.

By celebrować pięćdziesiątą rocznicę pożycia małżeńskiego, Grażyna wybiera się do sex shopu. Budzi tym sporą konsternację u ekspedientki. Jak to, stara baba, tuż przed osiemdziesiątką, łudzi się, że przysporzy jeszcze jakiegokolwiek mężczyznę o erekcję? W końcu jednak udaje się jej wybrać komplet bielizny i wraca do domu, by świętować ze swoim mężem, Ludwikiem. Ten, naszprycowany wiagrą, wypachniony, z wypolerowanymi zębami (zarówno sztucznymi, jak i resztą prawdziwych), staje na wysokości zadania. Następnego dnia budzą się w obcym mieszkaniu, pięćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że to mieszkanie Ludwika, w którym mieszka z żoną (ale nie Grażyną!). Dokoła zaś otacza ich Warszawa. Zamiast znajomego PRL-u wita ich sojusz z Francją i prezydent Eugeniusz Kwiatkowski, zwany Inżynierem. Jak para odnajdzie się w tych nowych realiach i czy na pewno są nowe? Czy zmiana polskiej przyjaźni z radzieckiej na zachodnioeuropejską jest lepsza czy gorsza? I co na to reszta społeczeństwa, cierpiącego jeszcze koszmary po niedawno zakończonej drugiej wojnie światowej?

Processed with VSCO with c1 preset

Ignorancją byłoby nazwać pomysł na książkę nieciekawym. Zygmunt Miłoszewski przedstawia losy naszego społeczeństwa, wbitego w kolejną niewolę, tym razem francuską. Obnaża typowo polskie przywary, demaskuje głupotę mas i ludzką próżność. Swoich bohaterów stawia w zabawnych sytuacjach i faktycznie, kilka momentów w książce naprawdę mnie rozbawiło (głównie wtedy, kiedy Ludwik starał się zbić fortunę, wykorzystując wiedzę o przyszłości — rozmowa z wydawcą moim zdaniem była przekomiczna, choć do bólu prawdziwa).

Niestety, niejasna jest dla mnie odpowiedź na jedno pytanie. Po co? Jaki był cel napisania tej książki, w której roi się od nic nie wnoszących do fabuły dialogów? Dlaczego mamy do czynienia z tyloma bohaterami o niewykorzystanym potencjale? Grażyna, choć niby odważna, wcale się tak nie zachowuje. Ludwik, choć od kilkudziesięciu lat zajmuje się psychoterapią, niestety nie wyróżnia się zbytnią inteligencją i znajomością ludzkich zachowań. Do tego mamy szereg niezbyt wprawnie zagospodarowanych wątków (jak choćby relacja Grażyny z bratem czy matką), i zakończenie, które równie dobrze mogłoby nastąpić mniej więcej w połowie powieści.

Nie mogę zatem powiedzieć, że lektura mnie ujęła. Nie tego spodziewałam się po autorze zekranizowanych już kryminałów. Moje pierwsze spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim wiązało się z nadziejami, które niestety szybko okazały się płonne. Nie oznacza to jednak, że nie warto czytać Jak zawsze. Bo znalazło się kilka rzeczy, jakie oceniam na zdecydowany plus.

Processed with VSCO with c1 preset

Przede wszystkim: feminizm. Namalowany przez Miłoszewskiego szczegółowy portret Efy, czyli działu szkolnictwa, gdzie dziewczęta w patologicznych rodzin mogą otrzymać solidne wykształcenie, może być wielorako interpretowany. I zdecydowanie zmusza do refleksji. Intrygujący jest choćby wymóg otrzymania dyplomu. Badanie ginekologiczne, którego wyniki potwierdzą, że dana uczennica jest dziewicą, choć na lekcjach podobnych do naszych znanych WDŻ-ów szerzone są poglądu, jakie Grażyna przyniosła z sobą z XXI wieku. W Jak zawsze widzimy jak na dłoni, że paradoksy, które mogłyby się wydarzyć pięćdziesiąt lat temu, wciąż mają miejsce w znanej nam współczesności. Dobrze, że literaci nie tracą z oczu tego ważnego tematu.

Do gustu niezmiernie przypadł mi także portret Warszawy. O swoim mieście autor pisze z wielką czułością. Miasto, wyłaniające się spomiędzy wersów Jak zawsze, bez wątpienia żyje. Kipi energią, nawet w nieodbudowanych po wojnie dzielnicach, gdzie utworzono Rezerwat. Choć ludzie dalej poruszają się po ulicach w długich ciemnych płaszczach, mnóstwo jest kolorowych kafejek, wykwintnych restauracji, a na bulwarach rosną drzewa i panuje gwar. To się Miłoszewskiemu na pewno udało.

No i temat starości, nie do końca wyeksponowany (Grażyna i Ludwik, nawet jako staruszkowie, mają umysły maksymalnie, tak mi się przynajmniej wydaje, czterdziestolatków), ale niezmiernie dla mnie ważny. Umartwione długim życiem ciała, osamotnienie z powodu śmierci przyjaciół, snucie planów, z których pewnie nic nie wyjdzie, bo się nie doczeka… Ja się osobiście starości bardzo boję, bo nie pamiętam prawie żadnego z dziadków, ale Miłoszewski daje nam takie ziarenko nadziei… Że jeśli ma się obok bliską osobę, to i starość nie jest wcale taka straszna.

Processed with VSCO with c1 preset

Książka wydana jest bardzo porządnie, z wielką dbałością o szczegóły — mam tu na myśli  zarówno formę (zadrukowane, fajnie zaprojektowane wnętrze okładki ze skrzydełkami) jak i treść (bardzo dokładna korekta, ukłony dla trzech najwyraźniej wspaniałych w swoim fachu pań, Sabiny Raczyńskiej, Małgorzaty Denys i Elżbiety Kalinowskiej). Ale sama okładka trąci mi tandetą. Co prawda dużo Miłoszewski pisze o seksie, ale umieszczanie wyeksponowanego dekoltu na froncie wydaje mi się jakieś takie tandetne.

Mogło być dużo lepiej.

5/10

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Czasami nie robimy ważnych dla naszego rozwoju rzeczy nie dlatego, że jesteśmy leniwi. Po prostu nie czujemy się szczególnie dobrze. Jest nam smutno, mdło albo niemrawo. Zważywszy na aktualną porę roku, deszczową, ponurą jesień — nic dziwnego. Zastój sprawi jednak, że na dłuższą metę będzie nam jeszcze gorzej. Co zatem robić, by nie przestawać się rozwijać i wygrać z jesiennym letargiem? Mnie pomaga 6 czynników, o których piszę poniżej.

Może dlatego, że jestem kryptoperfekcjonistką, albo przez to, że urodziłam się jako jedynaczka, interesuje mnie bycie najlepszą. We wszystkim, czego się dotknę. Inaczej po prostu nie podejmuję wyzwania. Dlatego nie lubię sprzątać, bo albo muszę to zrobić perfekcyjnie, albo w ogóle. Codzienność jest dla mnie zatem wojną ze słabościami, a czynności dnia powszedniego — bitwami do wygrania. Takie bardzo życiowe RPG. Na szczęście mam zawsze pod ręką artefakty, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce, bym na wieczór nie odczuwała pustki po źle spożytkowanym dniu.

glenn-carstens-peters-1905921. Plan

Nie ma, absolutnie nie ma nic lepszego, niż własnoręczne wykreślanie zrealizowanych zadań. Długopisem, nie poprzez dotknięcie elementu aplikacji. Wypisanie sobie planu działania na każdy następny dzień z samego rana lub wieczorem (dzięki czemu możemy wstać pełni werwy) jest moim zdaniem dużo lepsze niż wklepanie zadań do aplikacji. Todoist i wszystkie inne podobne może i są skuteczne, ale mamy tak mało do czynienia z odręcznym pisaniem w dorosłym życiu codziennym, że nawet jeśli nie prowadzimy pamiętnika, warto cokolwiek napisać na kartce. Żeby trochę rozruszać mózg. Dzięki takiemu odręcznemu planowi napisałam pierwszą książkę, czyli Piromanów, i dzięki takiemu właśnie planowi jestem w trakcie pisania drugiej. Ostatnio też udaje mi się systematycznie robić pranie (dla mnie to spory wyczyn!), a w pracy już w ogóle bym poległa (Asana, choć bardzo dobra, przy moim natłoku obowiązków kreatywnych jest tylko wspomaganiem).

2. Hymn bojowy

Śmiejcie się, ale bez piosenki z Mulan, czyli Mężczyzn zrobię z was, wczoraj ani nie dojechałabym do dentysty Brać się do roboty, wroga bić już czas! Abstrachując już od tego, czy tekst utworu jest poprawny politycznie w XXI wieku (no trąci seksizmem, ale właśnie o dominacji mężczyzn w świecie opowiada ten film i udowadnia, że bez kobiet jakakolwiek cywilizacja za daleko by nie zaszła), nic mnie tak nie inspiruje do podniesienia tyłka. Musicie być jak szalona rzeka, jak tajfun który obali mur, a równocześnie tak tajemniczy, jak księżyc co wygląda tu zza chmur. To chyba jedno z moich życiowych mott. Siła!

jake-lucifer-343605

3. Słowa mentora

W dziedzinie literatury moim niekwestionowanym mistrzem jest John Irving. Jego Świat według Garpa jest moją biblią pisarstwa. Gdybym za wczasu nie wypisała ulubionych cytatów, egzemplarz Świata już dawno rozsypałby mi się w rękach. Tyle cennych wskazówek do pisania nie znalazłam w żadnej innej książce. Słowa Johna Irvinga popychają mnie w ramiona rzemiosła. Co jednak z pozostałymi czynnościami?

Będą z Wami totalnie szczera, od kiedy Matt pokazał mi film Krok pierwszy, to właśnie Krzysztof Gonciarz jest dla mnie chyba wzorem do naśladowania pod względem dobrego życia. A to, że ostatnio przebiegł maraton, wcześniej będąc okrągłym pączuszkiem, co pokazuje w jednym z ostatnich vlogów, jest dla mnie naprawdę najlepszą motywacją do ruszania się. Ile można siedzieć na dupie przed komputerem i po co, skoro można poznawać świat na własne oczy? I uwielbiam tekst Gonciarza, który jest taki bezpardonowy i prostolinijny, ale prawdziwy tak bardzo, że ciągle mam go gdzieś z tyłu głowy: Jak się napierdala, to nawet, jak nie wychodzi, to wychodzi.

4. Konkurencja

Sporo czasu mi zajęło, żeby dojść do tego, jaki wpływ ma na mnie konkurencja i jak to wykorzystać na swoją korzyść. Na początku, kiedy ktoś z mojego bliższego lub dalszego otoczenia był dalej ode mnie w naszym wspólnym fachu, dobijało mnie to. Zupełnie nie potrafiłam sobie z tym poradzić. No jak to, ktoś jest szybszy i zdolniejszy ode mnie? To najlepszy powód do załamywania się i płaczu. Na szczęście z wiekiem zmądrzałam. Nie można oczekiwać bycia na przodzie wyścigu, skoro nawet się nie próbuje.

Teraz bardzo często podglądam moją konkurencję. Pisarzy, blogerów, wydawnictwa. Tylko że nie myślę o nich zupełnie jak o konkurentach, którym trzeba coś zabrać, bo inaczej oni zabiorą mi. Ich sukces jest przecież sukcesem całej branży, w której wspólnie tkwimy. Dlatego jeśli ktoś np. opublikuje kolejną książkę, cieszę się, bo przeciera kolejne szlaki. Jeśli ktoś ma większe zasięgi ode mnie (czyli z milion innych ludzi), staram się podpatrzeć, co takiego fajnego robi, a co i ja mogłabym wymyślić, by było to oryginalne, moje, a i jeszcze bardziej skuteczne.

alexis-brown-82988

5. Doping

Wszystko to jednak byłoby nieprzydatne, gdybym nie wiedziała, po co tworzę. Bo o ile ćwiczę dla swojego zdrowia, to nie piszę tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Mam misję. Docierać do ludzi, otwierać im głowy i zmuszać do tego, by wlali sobie do niej trochę oliwy dzięki temu, co u mnie przeczytają. A przy tym podarować im trochę rozrywki. Najcenniejsze jest zatem, kiedy dowiaduję się, że mój trud nie idzie na marne i są osoby, którym moja twórczość się podoba. I to o Was mówię. Każdy komentarz pod notką, na Facebooku czy Instagramie, każda opinia pod moją książką na Lubimyczytać.pl, nawet łapka w górę, to dla mnie ogromne wsparcie i bezcenna motywacja. To najlepsze, co może spotkać twórcę, bez względu na uprawianą przez niego dziedzinę. I przy tej okazji Wam dziękuję. Tak wiele dla mnie znaczycie, że…

6. Nagroda

… tak, to Wy jesteście dla mnie najlepszą nagrodą. To, że mam Czytelników i że ich przybywa. Że przy różnych okazjach mogę poznać Was — wspaniałych, wartościowych ludzi. I dzięki Wam przeżyć fantastyczne przygody, przemiłe spotkania, mnóstwo cudownych chwil, w różnych miejscach Polski, przy przeróżnych okazjach. Jesteście najlepsi. Kiedy jest mi trudno, zimno i źle, myślę sobie, jak to wspaniale będzie spotkać się z nowymi osobami, wysłuchać ich historii podczas spotkania autorskiego, kiedy wreszcie skończę drugą książkę, i jak miło będzie z Wami usiąść przy jakimś napoju po wszystkich tych promocyjnych ceregielach.

Człowiekiem jestem i dla ludzi żyję. Jestem o tym przekonana.

A Czy Wy macie coś, co niezawodnie sprawia, że tak, jak Wam się nie chciało, to po tym właśnie zaczyna Wam się chcieć? Co to takiego? Im więcej takich czynników, tym łatwiej będzie nam się zmotywować do działania. A właśnie czytam sobie nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego i jedyne, o czym myślę, to fakt, że życie jest po to, by działać. Bo nie wiadomo, kiedy nam przeleci przez palce.

Trzymajcie się w takim razie, dajcie znać o swoich motywatorach i powodzenia w realizacji planów!

Wasza

Emilia

10 abstrakcyjnych powodów, dla których musisz obejrzeć Stranger Things 2! (Garść delikatnych spoilerów)

10 abstrakcyjnych powodów, dla których musisz obejrzeć Stranger Things 2! (Garść delikatnych spoilerów)

Krótki wpis o nowym sezonie jednego z najlepszych produkcji Netflixa. Nie chciałam Wam spoilerować (co i tak niestety może się tutaj zdarzyć, upsi), więc nie napisałam o tym, co się przydarza bohaterom. Nic z tych istotnych rzeczy, naprawdę, nie martwcie się. Możecie czytać spokojnie, ubezpieczam Was. (Aczkolwiek nie gwarantuję w 100%, bo wołali na mnie kiedyś człowiek-spoiler, no z tym nie wygram).

1. Sam Gamgee

Nie spodziewałam się, że wymiary w Stranger Things przenikną się aż tak bardzo, że w miasteczku Hawkins pojawią się… hobbit. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami.

2. Czerwony Wojownik

Trudno powiedzieć, dlaczego jeszcze nie widziałam tegorocznej ekranizacji Power Rangers. Może jestem za stara, to jest dobry argument na wszystko. Dlatego powinnam przestać go używać. Niemniej, nowy Czerwony pojawia się w Stranger Things bez ujmy na honorze dla tej produkcji. (Możecie nie pamiętać, ale Czerwony Wojownik ze starego serialu lubił występować w innych filmach z odsłoniętymi wszystkimi częściami ciała. Tym razem mamy tylko klatę).

3. Krótki poradnik na temat relacji damsko-męskich

Nasze małe nerdy powoli dorastają. Rady, które otrzymują od bliskich, powinny zostać zapamiętane i wzięte głęboko do serca przez każdego oglądającego serial.

steve

4. Słodkie domowe zwierzątka

Może nie pieski, nie kotki, ale i tak problematyczne. Wyprowadzanie na spacer to wcale nie taka łatwa czynność. Obejrzyjcie Stranger Things 2 ze swoimi dzieciakami. Może odechce im się nowego pupila.

5. Mechanizm powstawania teorii spiskowych

Niezwykle bawią mnie pogłoski o tym, że między nami żyją Reptilianie (np. prezydent Obama), uwielbiam słuchać historie o zaginionym św. Graalu i znajdować dowody na to, że człowiek wcale nie był na Księżycu. Teraz wiem, że te wszystkie teorie spiskowe to i tak delikatne tylko odpryski prawdy, której nasz umysł mógłby nie udźwignąć. Właśnie to przekonanie zyskałam dzięki Stranger Things 2.

6. Trzy trójkąty

Uwielbiam trójkąty, a w Stranger Things 2 mamy aż trzy! Może ten najmłodszy trochę słabo wyszedł, ale nie oczekujmy zniewalającej chemii u trzynastolatków.

7. Rasowy harlequin

A kiedy zdarza się, że kobieta po czterdziestce, gospodyni domowa, spotyka młodego, przystojnego, jurnego, kipiącego seksapilem łobuziaka, co się w końcu dzieje, mamy materiał na cały nowy wątek romantyczny w Stranger Things 3. Albo przynajmniej na filler Dirthy Things. Niechże powstanie, byłoby super.

8. Wyczerpujący poradnik, jak spieprzyć wychowanie dzieci

W pierwszym sezonie bardzo podobała mi się relacja matki (Winony) z synem (Noah). W drugim sezonie mamy do czynienia z obserwowaniem innej relacji, ojciec-córka. I tak jak od Joyce Byers wciąż można się wiele nauczyć, tak od Jima Hoppera stanowczo lepiej nie brać przykładu.

Screen_Shot_2017_10_28_at_12.03.59_PM

9. Reset mózgu

Wyłączyłam się z życia na jeden wieczór i jeden poranek. Zapomniałam o całym świecie, bo byłam z bohaterami Stranger Things. Niesamowita ulga, naprawdę, najlepszy patent na wyłączenie się to wpadnięcie w serialowy ciąg. A z tą produkcją to się udaje, bo wciąga tak, że nie można przerwać, póki nie obejrzy się wszystkich odcinków.

10. I Ty możesz być bohaterem w swoim życiu!

Najcenniejsze w Stranger Things jest to, że serial udowadnia, iż nie musisz mieć super mocy, by świetnie radzić sobie w życiu i być dobrym człowiekiem. Wręcz przeciwnie, jeśli masz jakieś extra powers, możesz być pozbawiony innych umiejętności. Najważniejsza jest rodzina i przyjaciele, czyli ludzie, których kochamy. Dzięki nim możemy wyjść z każdego kryzysu. Wystarczy być tego świadomym.

No to co? Lećcie, oglądajcie, a ja zawijam kiecę i lecę. Ile można siedzieć w piątek w biurze?! 😉

Bawcie się dobrze!

Wasza

Emilia