10 najważniejszych momentów 2017. Tort na trzecią rocznicę

10 najważniejszych momentów 2017. Tort na trzecią rocznicę

Mój dom rodzinny mieści się we wsi o pięknej, choć mało wytwornej nazwie: Paproć. I, jak może wiecie, noszę najpopularniejsze nazwisko w Polsce. Kiedy trzy lata temu byłam na bardzo dziwnej rozmowie kwalifikacyjnej w wydawnictwie z zieloną paprocią w logo, nie miałam pojęcia, że przez najbliższe lata, gdy będę odbierać biurowe telefony, ludzie będą pytać, czy Kazimierz Nowak, ten słynny podróżnik, był moim dziadkiem.

W ogóle rzeczy, które w trakcie tych trzech lat się nawyrabiały, nigdy by mi się nie przyśniły. Mam niezwykle bujną wyobraźnię, ale nie aż tak.

Czego przyszło mi się w trakcie tych trzech lat nauczyć?

Mnóstwa umiejętności. Kiedy zaczęłam je wymieniać w pierwszej wersji tego wpisu i doszłam do trzech stron, stwierdziłam, że nie będę Was tym zanudzać. Począwszy jednak od przygotowania kotletów sojowych z sosem, uwierzenie w potęgę układu energetycznego, skład książki i przygotowanie okładki (miałam na studiach, ale przez dwa i pół roku w wydawnictwie zajmowałam się innymi czynnościami) po pokorę, szlachetność, determinację i to, że żeby się odnaleźć, trzeba się czasem zgubić – moje życie zyskało mnóstwo kolorytu. Wysłuchałam tysięcy romaitych historii o Polakach w świecie, które niejednokrotnie brzmiały jak przedziwne baśnie. Spędziłam czas w wybornym towarzystwie ludzi nacechowanych wspaniałą aurą. Ludzi, których dopiero poznawałam, ale czułam się przy nich jak w domu.

Praca w wydawnictwie bywa ciężka. Kiedyś postaram się ją bardziej przybliżyć, bo pytaliście już o to niejednokrotnie. Szczerze? Nie dziwię się. Mam bardzo ciekawe zajęcie, które niezwykle mnie rozwija. Ale bywa ciężkie. Dosłownie, na przykład kiedy przyjeżdża paleta z tysiącem książek formatu B5 w twardej oprawie. Oraz w przenośni, choćby wtedy, kiedy trzeba ostudzić zapał chcącego zadebiutować autora (o czym pisałam choćby tu).

Niejednokrotnie praca mnie przerastała. Z łatwością za dużo biorę sobie na głowę i wbrew temu, co uważa mój szef, mam kłopoty z delegowaniem zadań lub weryfikacją ich wykonania. Wiele razy praca mnie nużyła (na przykład wprowadzanie poprawek do składu w piątek o 22.00, piekło!) albo irytowała (gdy okazywało się, że miałam coś zrobić, ale ktoś zapomniał mi tego werbalnie przekazać, licząc chyba, że potrafię czytać w myślach).

Ale kiedy potem trzymam w dłoniach książkę, którą powstała dzięki mnie albo rozmawiam z autorem, zapominam o tych wszystkich trudach. To prawie jak matka, która zapomina o męczarniach porodowych po tym, gdy po raz pierwszy trzyma swe dziecko w objęciach.

Najwspanialszym jest, że moja praca nie pozostaje niezauważona. Nie zawsze tak było, ale ostatnio czuję się naprawdę doceniona i jest to dla mnie ważniejsze niż tysiące simleonów na koncie. Moja przyjaciółka, Jagódka, robiła niedawno badania do magisterki, które wykazały, że 90% ankietowanych zaznaczyło, że najbardziej motywującym ich do pracy czynnikiem jest dobra atmosfera w zespole. Totalnie mnie to nie dziwi. Czy u mnie w pracy atmosfera jest dobra? Myślę, że to za małe słowo. Dość wspomnieć, ze szef kupił mi tort, by wspólnie świętować mój trzeci rok w wydawnictwie i było to szalenie urocze, a moja przyjaciółka pracuje biurko obok.

A na czym w ogóle polega moja praca?

Na spełnianiu marzeń jednych osób oraz na otwieraniu głów innym, by wiedzieli, że ich marzenia, nieważne, czy małe, czy wielkie, mogą się spełnić.

10 najważniejszych momentów 2017. Każde spotkanie z przyjaciółmi

10 najważniejszych momentów 2017. Każde spotkanie z przyjaciółmi

— Gdzie ty jesteś?

— U L., leżymy sobie.

— Jak to?! Przecież za godzinę jest twoja impreza! Za pół godziny jestem u ciebie, ma być posprzątane do tego czasu!

Czasem sobie myślę, że mój szef jest czarodziejem. Ma zdolność zatrudniania w firmie ludzi, którzy wykonują swoje obowiązki nie dla pieniędzy, lecz z prawdziwej pasji. A do tego stają się, jak Sikora, moimi najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki Agacie moja praca nie jest już tylko przyjemnością czy wyzwaniem. Nawet wtedy, kiedy sprawia mnóstwo trudu, wciąż potrafi być dobrą zabawą dzięki czasowi wspólnie spędzonemu z osobą, którą darzy się miłością i zaufaniem. Bywają momenty, kiedy z Agatą praktycznie nawzajem ocieramy sobie pot z czół. Tylko że to nie wszystko. Może i 80% naszych rozmów po pracy dalej jest o pracy, ale i w tych dwudziestu procentach potrafimy się doskonale dopełniać (przynajmniej tak czuję, jeśli się mylę, to mnie popraw ;)). Kiedyś z Sikory zrobię główną bohaterkę jednej z książek, bo tak w kilku słowach po prostu się nie da wyrazić całego uznania dla jej skromnej, przefantastycznej osoby, której telefony zawsze motywują mnie do życia. I tak też było tym razem.

Chwilę później wyszliśmy z moim chłopakiem z kamienicy i udaliśmy się na zakupy. Po drodze dołączył do nas mój współlokator. A po zaopatrzeniu się na parapetówkę, spotkaliśmy na chodniku Bohara. Ubranego w strój listonosza, gdyż właśnie zaczął się parać tym zajęciem.

— Ja nie wiem, co ty tu jeszcze robisz, za pół godziny impreza, a ty sobie w najlepsze pracujesz, co to ma znaczyć?! —  zawołałam. Sikora byłaby dumna.

Wiecie, że Bohar był kiedyś moim współlokatorem? To wspaniałe, że pomimo roku wspólnej koegzystencji oraz tego wpisu nasza przyjaźń przetrwała. Piotrek jest osobowością bardzo specyficzną, inteligentną i rześką. Myślę, że niedługo zrozumie, że musi zostać podróżnikiem, tak jak mu to zwykłam powtarzać.

Goście zaczęli się pojawiać oczywiście wtedy, kiedy byłam jeszcze pod prysznicem. I dotarło ich mnóstwo. Byłam zszokowana, jak wielu osobom chciało się przyjść w tym zimnie. Mimo że nie byłam w tym roku najlepszą przyjaciółką, bo trzymałam się daleko na uboczu, moi przyjaciele potrafią to zrozumieć, dalej się o mnie troszczą i chcą być obecni w moim życiu. Nawet ci, których poznałam, mając siedem lat. Czy to nie cudowne? Czy to nie powód, by żyć, a wręcz skakać z radości?

Dziękuję Wam za obecność. Za alkohol, roślinki i rogale świętomarcińskie. Ale wciąż przede wszystkim za obecność.

Czasem zdarza się, że pośród szarej codzienności ma się z niektórymi bardzo ograniczony kontakt. A innych niekiedy się gubi. Ale ci specyficznie przyjaciele wcale nie są nieobecni. Mimo braku codziennych czy comiesięcznych nawet rozmów, obserwują nasze poczynania. Dlatego choć zobaczenie wszystkich tych uśmiechniętych buzi na parapetówce było kosmicznie przyjemnym przeżyciem, trzy rzeczy, które wydarzyły się później, także wniosły w moje życie mnóstwo radości.

Telefon od Kazia. To taki niezwykle szarmancki mężczyzna (nie nazwę go starszym, bo dostałabym ochrzan, zresztą data w dowodzie nie jest zbyt miarodajna), który razem z braćmi zbudował katamaran a potem dziewięć lat pływał po morzach i oceanach razem z dwójką dzieci. (Więcej informacji o Kaziu na jego www). Pogadaliśmy sobie o codzienności i biznesach, powspominaliśmy Kraków, umówiliśmy się na marcowe Kolosy. I nagle świat stał się piękniejszy. Jestem zaszczycona, że mogę poznawać takich ludzi. Ale mam w życiu farta.

A potem odczytanie folderu inne na Facebooku. Wiecie, prowadzę instagram, zdarza mi się opublikować zdjęcie stóp, piszą do mnie różne osoby, nie wszyscy kulturalnie i nie wszyscy po to, by wyrazić uznanie na temat mojej działalności blogowej. Dlatego kiedy jakaś nieznana osoba z niewpisanym imieniem i nazwiskiem zaczyna do mnie pisać w stylu: co tam, nie zwracam na nią szczególnej uwagi. Pisząc z każdym, może i miałabym dwóch nowych znajomych co tydzień, ale czy kiedykolwiek mi na tym zależało?

Na prawdziwych przyjaciołach mi zależy.

Po sześciu miesiącach skapnęłam się, że tajemnicza osoba, która do mnie sporadycznie wypisuje, nie jest zboczuchem, czającym się na moje stopy. Tylko przyjacielem, z którym utraciłam kontakt po przeprowadzce (zmieniłam numer telefonu, tamta osoba nie miała wcześniej żadnego profilu na społecznościówkach, nie odpisywała na maile, takie tam). Wiecie, w jaką euforię wpadłam? Nie widziałam się z tym wyjątkowym człowiekiem ponad dwa lata. A siedem dni później siedzieliśmy już w mojej kuchni, pijąc wino i obgadując stare czasy.

Właśnie to jest dowód na to, że magia istnieje.

Kolejnym dowodem jest też to, iż moja ukochana Jagódka wyciągnęła mnie na sam koniec roku nad morze. To stąd płyną do Was moje słowa. Międzyzdroje są super, a czas spędzany z przyjaciółką, nawet, jeśli jest to milcząca wspinaczka po schodach na Kawczą Górę, wprost bezcenny. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej końcówki tego roku.

Przy okazji życzę Wam, byście potrafili utrzymać swoje przyjaźnie. By nie rozłączyło Was milczenie, odległość czy nieistotne konflikty. Byście potrafili zobaczyć, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto tylko za takiego się podaje, gdyż bywa to trudną sztuką. I żebyście, co najważniejsze, sami byli najlepszymi przyjaciółmi, jakimi potraficie. Im więcej od siebie dajecie, tym więcej możecie otrzymać, ale samo dawanie i tak jest super!

Przesyłam Wam znad polskiego morza gorące uściski!

Wasza

Emilia

10 najważniejszych momentów 2017. #Metoo

10 najważniejszych momentów 2017. #Metoo

— Czy byłaś kiedyś molestowana?

Zastanowiłam się głęboko. Od kiedy tylko doszła do moich uszu akcja #metoo, zastanawiałam się z przerażeniem, dlaczego to zjawisko jest tak powszechne.

Przerażało mnie, zwłaszcza po wpisie Miniaturowej. Niewyobrażalne dla mnie było to, jak wiele cierpienia mężczyźni mogą przysporzyć kobietom, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Bo są niewyedukowani, nie zdają sobie sprawy z istniejących granic, albo po prostu nie są odpowiednio wrażliwi i wydaje im się, że mogą sobie na dużo pozwolić.

— Nie  odpowiedziałam.

— A ja tak — powiedziała moja rozmówczyni i wtedy cały mój świat wywrócił się o 180 stopni.

Wysłuchawszy jej okrojonej ze szczegółów historii, do tej pory nie mogę dojść do siebie. Już rozumiem, dlaczego w określonych sytuacjach zachowuje się tak, a nie inaczej.

To było bardzo dawno.

To była jedna decyzja jednego głupiego, wynaturzonego człowieka, który kierował się obleśnymi, prymitywnymi popędami. A pociągnęła za sobą szereg tragicznych wydarzeń, które do tej pory raz na jakiś czas wybuchają. Eksplodują złem, dotykając osoby, jakich wówczas nawet nie było na świecie.

Nigdy nikomu nie życzyłam śmierci. Przeczytanie w maju Wzgórza Psów było dla mnie wstrząsająceą, bo nie potrafiłam do końca zrozumieć. Dopiero kilka miesięcy później doszło do mnie, że mogłabym. Mogłabym być prawą ręką Tomasza. Na świecie nie ma sprawiedliwości. I nie ma co oczekiwać, że w końcu dosięgnie tych, którzy uczynili nam krzywdę, co zrozumiałam po obejrzeniu tego filmiku z Włodkiem Markowiczem.

Oczyszczające pewnie byłoby przebaczenie.

Podejrzewam, że będzie to najcięższa rzecz, której przyjdzie mi się w życiu nauczyć. Jeżeli kiedykolwiek będę miała na to ochotę, ponieważ kiedy teraz myślę o przebaczeniu, wydaje mi się to największą we wszechświecie kpiną.

Dwa tygodnie temu wracałam pociągiem do domu i nagle przypomniałam sobie to, co wydarzyło się w 2013 roku. Sytuację, którą opisałam bardzo delikatnie w Piromanach, nie ujawniając i tak przed nikim prawdy tamtego wieczoru. W zasadzie wyparłam to już na następny dzień. Incydent, w którym brałam udział, był tak psychodelicznym rodzajem molestowania, że mój mózg zareagował bardzo mądrze, natychmiast topiąc to wspomnienie w odmętach niepamięci. Być może wspomnienie wróciło teraz, bo jestem na tyle silna, by uczciwie się z tym zmierzyć.

Każdemu mężczyźnie, który molestował kobietę, życzę z pełną świadomością, by spotkało go to samo. 

10 najważniejszych momentów 2017. Sekretny spacer z Taylor Swift

10 najważniejszych momentów 2017. Sekretny spacer z Taylor Swift

Szłam sobie przez Poznań, słuchając Bad Blood na przemian z Look What You Made Me Do. Niemal nikt nie wiedział, że jestem teraz w mieście. W ustach odczuwałam słodki smak tej tajemnicy. Czułam, że jestem z ekscytacji czerwona na policzkach. Ręce mi się trzęsły. Drżałam. I czułam, że wyrosły mi skrzydła.

Przez ponad pół roku byłam grzeczna. Wzorowa. I szczęśliwa. Układało się tak dobrze, jak jeszcze nigdy wcześniej. Tak rewelacyjnie, że aż przestałam się poznawać w lustrze.

Nie oszukuj się, szeptał mi głos w głowie. Nie dla ciebie harmonia i rutyna, szczęście dnia doczesnego i dostrzeganie piękna w małych rzeczach. Potrzebujesz silnych emocji. Potrzebujesz wzniecać pożary.

’Cause baby, now we’ve got bad blood
You know it used to be mad love
So take a look what you’ve done
’Cause baby, now we’ve got bad blood

Zatem szłam sobie przez Poznań, słuchając na przemian dwóch piosenek Taylor Swift. Wiedziałam, że mogę w dwóch słowach zniszczyć wszystko, co budowałam przez ostatnie miesiące. I że jakaś część mnie desperacko do tego dąży, pragnie z całej siły totalnego chaosu.

But I got smarter, I got harder in the nick of time
Honey, I rose up from the dead, I do it all the time
I’ve got a list of names and yours is in red, underlined
I check it once, then I check it twice, oh!

Powróciły do mnie pytania, z którymi musiałam się zmierzyć wiele lat wcześniej.
Czy jeśli to zrobisz, będziesz mogła spojrzeć samej sobie w oczy?
Oczywiście, że tak, bez żadnego problemu. Taka już jesteś.

Ale czy warto?
Oczywiście, że nie.

The world moves on, another day, another drama, drama
But not for me, not for me, all I think about is karma
And then the world moves on, but one thing’s for sure (sure)
Maybe I got mine, but you’ll all get yours

Liczyło się tylko to, że mogłam, ale tego nie zrobiłam. Nie chciałam.

Za to następnego dnia pierwszy raz w życiu przebiegłam dziesięć kilometrów.

Często trzeba samemu ustawić się na rozdrożu, żeby zrozumieć, że droga, którą się podąża, jest na pewno tą właściwą.

 

10 najważniejszych momentów 2017. Góry!

10 najważniejszych momentów 2017. Góry!

Nigdy nie byłam za granicą. Nigdy nie byłam na prawdziwych wakacjach. Urlop od kilku lat najczęściej spędzałam w mieście, zastanawiając się gorączkowo, co się dzieje beze mnie w firmie. Aż tu nagle mój chłopak mówi: idziemy kupić śpiwory i jedziemy w Sudety.

Zanim zdałam sobie do końca sprawę z tego, co to znaczy, już byłam ciągnięta bladym świtem za rękę na dworzec i sadzana w pociągu. Kilka godzin później, jeszcze jadąc w kierunku Szklarskiej Poręby, poznałam przesympatyczną parę przyjaciół mojego chłopaka, przodownika PTTK i fajną młodzież, z którymi miałam spędzić najbliższe dni.

Chodziliśmy od schroniska do schroniska. Cały dzień wędrówki z przerwą obiadową, a potem kolejne kilometry w górę i w dół, pośród ogromu przyrody, szumiących wodospadów, zielonych drzew i majestatycznych skał. Byłam zgrzana, upocona, zmęczona i ogromnie z siebie zadowolona. Zwłaszcza, kiedy weszliśmy na Słoneczniki. Kilkudziesięciominutowe wchodzenie po schodach, gdzie z każdym stopniem było już coraz zimniej, stanowiło bardzo oczyszczające doznanie. Kiedy znalazłam się na szczycie, drżąc z zimna, pomyślałam, że jeśli coś będzie mi kiedykolwiek sprawiało trudność, pomyślę sobie o tej wędrówce. I od razu będzie mi lepiej.

Działa.

Telefon rozładował mi się chyba już na drugi dzień. W schroniskach, jak się okazało, gniazdek z energią elektryczną jak na lekarstwo. Jedno w dziesięcioosobowym pokoju. Nawet nie chciało mi się pchać do kontaktu.

Wszystko miało swój urok. Spanie w namiocie harcerskim w kanadyjce i szczypiące w nos zimno. Zapierające dech w piersiach widoki. To, że do szczęścia tak naprawdę wystarczy kubek z wrzątkiem, byle coś zjeść oraz miejsce na rozłożenie śpiwora, byle trochę pospac. Poznawanie historii życia nowo poznanych ludzi. Ponowne zdanie sobie sprawy z tego, że nie jesteśmy samotnymi wyspami. Wszyscy mamy podobny bagaż, który musimy dźwigać przez życie.

Najważniejsze jest to, że obok jest osoba, która nas złapie za rękę, gdy będzie nam za ciężko, i podciągnie nas w górę. Że mamy z kim podzielić się ciężarem. Że pilnujemy się wzajemnie, by nie upaść. Że możemy dostosowywać swoje tempo podróży, jeśli jest różne, ale możemy też iść w różnym tempie, w tę samą stronę, wciąż będąc razem.

Doświadczyłam tego podczas tej wyprawy nieraz, dosłownie i w przenośni.

Processed with VSCO with c1 preset

Góry? Polecam.

Emilia