grubasek

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku
Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika
Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko
Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi
Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia

2 myśli na temat “Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

  1. Zawsze czytając takie teksty myślę sobie, że jak fajnie, studiuję edytorstwo, korektę i skład bym ogarnęła sama jakoś za dwa lata, znajomości wśród grafików i artystów już mam, do tego koło naukowe edytorów do pomocy i znajomi, którzy już publikowali… No tyle że w tym momencie przeważnie przypominam sobie, że nie umiem pisać 😛 Więc raczej mam nadzieję komuś kiedyś spełniać marzenia o wydaniu własnej książki, niż sobie samej wydawać 😀

  2. Bardzo ciekawy tekst. Gratki, że dałaś radę, nie poddałaś się i zadebiutowałaś. I trzymam kciuki za kolejne dzieła. Co do selfpublishingu, to owszem może i on się sprawdza wśród blogerów, ale piszących poradniki. Prozę może i łatwo jest wydać własnym sumptem, ale promocja i dystrybucja może położyć sprawę. No i co tu dużo gadać, do przeczytania Finansowego Ninja łatwiej namówić niż prozy debiutanta. Chyba, że rzeczony debiutant jest celebrytą. To już inna para kaloszy :).

Dodaj komentarz