— Gdzie ty jesteś?

— U L., leżymy sobie.

— Jak to?! Przecież za godzinę jest twoja impreza! Za pół godziny jestem u ciebie, ma być posprzątane do tego czasu!

Czasem sobie myślę, że mój szef jest czarodziejem. Ma zdolność zatrudniania w firmie ludzi, którzy wykonują swoje obowiązki nie dla pieniędzy, lecz z prawdziwej pasji. A do tego stają się, jak Sikora, moimi najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki Agacie moja praca nie jest już tylko przyjemnością czy wyzwaniem. Nawet wtedy, kiedy sprawia mnóstwo trudu, wciąż potrafi być dobrą zabawą dzięki czasowi wspólnie spędzonemu z osobą, którą darzy się miłością i zaufaniem. Bywają momenty, kiedy z Agatą praktycznie nawzajem ocieramy sobie pot z czół. Tylko że to nie wszystko. Może i 80% naszych rozmów po pracy dalej jest o pracy, ale i w tych dwudziestu procentach potrafimy się doskonale dopełniać (przynajmniej tak czuję, jeśli się mylę, to mnie popraw ;)). Kiedyś z Sikory zrobię główną bohaterkę jednej z książek, bo tak w kilku słowach po prostu się nie da wyrazić całego uznania dla jej skromnej, przefantastycznej osoby, której telefony zawsze motywują mnie do życia. I tak też było tym razem.

Chwilę później wyszliśmy z moim chłopakiem z kamienicy i udaliśmy się na zakupy. Po drodze dołączył do nas mój współlokator. A po zaopatrzeniu się na parapetówkę, spotkaliśmy na chodniku Bohara. Ubranego w strój listonosza, gdyż właśnie zaczął się parać tym zajęciem.

— Ja nie wiem, co ty tu jeszcze robisz, za pół godziny impreza, a ty sobie w najlepsze pracujesz, co to ma znaczyć?! —  zawołałam. Sikora byłaby dumna.

Wiecie, że Bohar był kiedyś moim współlokatorem? To wspaniałe, że pomimo roku wspólnej koegzystencji oraz tego wpisu nasza przyjaźń przetrwała. Piotrek jest osobowością bardzo specyficzną, inteligentną i rześką. Myślę, że niedługo zrozumie, że musi zostać podróżnikiem, tak jak mu to zwykłam powtarzać.

Goście zaczęli się pojawiać oczywiście wtedy, kiedy byłam jeszcze pod prysznicem. I dotarło ich mnóstwo. Byłam zszokowana, jak wielu osobom chciało się przyjść w tym zimnie. Mimo że nie byłam w tym roku najlepszą przyjaciółką, bo trzymałam się daleko na uboczu, moi przyjaciele potrafią to zrozumieć, dalej się o mnie troszczą i chcą być obecni w moim życiu. Nawet ci, których poznałam, mając siedem lat. Czy to nie cudowne? Czy to nie powód, by żyć, a wręcz skakać z radości?

Dziękuję Wam za obecność. Za alkohol, roślinki i rogale świętomarcińskie. Ale wciąż przede wszystkim za obecność.

Czasem zdarza się, że pośród szarej codzienności ma się z niektórymi bardzo ograniczony kontakt. A innych niekiedy się gubi. Ale ci specyficznie przyjaciele wcale nie są nieobecni. Mimo braku codziennych czy comiesięcznych nawet rozmów, obserwują nasze poczynania. Dlatego choć zobaczenie wszystkich tych uśmiechniętych buzi na parapetówce było kosmicznie przyjemnym przeżyciem, trzy rzeczy, które wydarzyły się później, także wniosły w moje życie mnóstwo radości.

Telefon od Kazia. To taki niezwykle szarmancki mężczyzna (nie nazwę go starszym, bo dostałabym ochrzan, zresztą data w dowodzie nie jest zbyt miarodajna), który razem z braćmi zbudował katamaran a potem dziewięć lat pływał po morzach i oceanach razem z dwójką dzieci. (Więcej informacji o Kaziu na jego www). Pogadaliśmy sobie o codzienności i biznesach, powspominaliśmy Kraków, umówiliśmy się na marcowe Kolosy. I nagle świat stał się piękniejszy. Jestem zaszczycona, że mogę poznawać takich ludzi. Ale mam w życiu farta.

A potem odczytanie folderu inne na Facebooku. Wiecie, prowadzę instagram, zdarza mi się opublikować zdjęcie stóp, piszą do mnie różne osoby, nie wszyscy kulturalnie i nie wszyscy po to, by wyrazić uznanie na temat mojej działalności blogowej. Dlatego kiedy jakaś nieznana osoba z niewpisanym imieniem i nazwiskiem zaczyna do mnie pisać w stylu: co tam, nie zwracam na nią szczególnej uwagi. Pisząc z każdym, może i miałabym dwóch nowych znajomych co tydzień, ale czy kiedykolwiek mi na tym zależało?

Na prawdziwych przyjaciołach mi zależy.

Po sześciu miesiącach skapnęłam się, że tajemnicza osoba, która do mnie sporadycznie wypisuje, nie jest zboczuchem, czającym się na moje stopy. Tylko przyjacielem, z którym utraciłam kontakt po przeprowadzce (zmieniłam numer telefonu, tamta osoba nie miała wcześniej żadnego profilu na społecznościówkach, nie odpisywała na maile, takie tam). Wiecie, w jaką euforię wpadłam? Nie widziałam się z tym wyjątkowym człowiekiem ponad dwa lata. A siedem dni później siedzieliśmy już w mojej kuchni, pijąc wino i obgadując stare czasy.

Właśnie to jest dowód na to, że magia istnieje.

Kolejnym dowodem jest też to, iż moja ukochana Jagódka wyciągnęła mnie na sam koniec roku nad morze. To stąd płyną do Was moje słowa. Międzyzdroje są super, a czas spędzany z przyjaciółką, nawet, jeśli jest to milcząca wspinaczka po schodach na Kawczą Górę, wprost bezcenny. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej końcówki tego roku.

Przy okazji życzę Wam, byście potrafili utrzymać swoje przyjaźnie. By nie rozłączyło Was milczenie, odległość czy nieistotne konflikty. Byście potrafili zobaczyć, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto tylko za takiego się podaje, gdyż bywa to trudną sztuką. I żebyście, co najważniejsze, sami byli najlepszymi przyjaciółmi, jakimi potraficie. Im więcej od siebie dajecie, tym więcej możecie otrzymać, ale samo dawanie i tak jest super!

Przesyłam Wam znad polskiego morza gorące uściski!

Wasza

Emilia