Mój dom rodzinny mieści się we wsi o pięknej, choć mało wytwornej nazwie: Paproć. I, jak może wiecie, noszę najpopularniejsze nazwisko w Polsce. Kiedy trzy lata temu byłam na bardzo dziwnej rozmowie kwalifikacyjnej w wydawnictwie z zieloną paprocią w logo, nie miałam pojęcia, że przez najbliższe lata, gdy będę odbierać biurowe telefony, ludzie będą pytać, czy Kazimierz Nowak, ten słynny podróżnik, był moim dziadkiem.

W ogóle rzeczy, które w trakcie tych trzech lat się nawyrabiały, nigdy by mi się nie przyśniły. Mam niezwykle bujną wyobraźnię, ale nie aż tak.

Czego przyszło mi się w trakcie tych trzech lat nauczyć?

Mnóstwa umiejętności. Kiedy zaczęłam je wymieniać w pierwszej wersji tego wpisu i doszłam do trzech stron, stwierdziłam, że nie będę Was tym zanudzać. Począwszy jednak od przygotowania kotletów sojowych z sosem, uwierzenie w potęgę układu energetycznego, skład książki i przygotowanie okładki (miałam na studiach, ale przez dwa i pół roku w wydawnictwie zajmowałam się innymi czynnościami) po pokorę, szlachetność, determinację i to, że żeby się odnaleźć, trzeba się czasem zgubić – moje życie zyskało mnóstwo kolorytu. Wysłuchałam tysięcy romaitych historii o Polakach w świecie, które niejednokrotnie brzmiały jak przedziwne baśnie. Spędziłam czas w wybornym towarzystwie ludzi nacechowanych wspaniałą aurą. Ludzi, których dopiero poznawałam, ale czułam się przy nich jak w domu.

Praca w wydawnictwie bywa ciężka. Kiedyś postaram się ją bardziej przybliżyć, bo pytaliście już o to niejednokrotnie. Szczerze? Nie dziwię się. Mam bardzo ciekawe zajęcie, które niezwykle mnie rozwija. Ale bywa ciężkie. Dosłownie, na przykład kiedy przyjeżdża paleta z tysiącem książek formatu B5 w twardej oprawie. Oraz w przenośni, choćby wtedy, kiedy trzeba ostudzić zapał chcącego zadebiutować autora (o czym pisałam choćby tu).

Niejednokrotnie praca mnie przerastała. Z łatwością za dużo biorę sobie na głowę i wbrew temu, co uważa mój szef, mam kłopoty z delegowaniem zadań lub weryfikacją ich wykonania. Wiele razy praca mnie nużyła (na przykład wprowadzanie poprawek do składu w piątek o 22.00, piekło!) albo irytowała (gdy okazywało się, że miałam coś zrobić, ale ktoś zapomniał mi tego werbalnie przekazać, licząc chyba, że potrafię czytać w myślach).

Ale kiedy potem trzymam w dłoniach książkę, którą powstała dzięki mnie albo rozmawiam z autorem, zapominam o tych wszystkich trudach. To prawie jak matka, która zapomina o męczarniach porodowych po tym, gdy po raz pierwszy trzyma swe dziecko w objęciach.

Najwspanialszym jest, że moja praca nie pozostaje niezauważona. Nie zawsze tak było, ale ostatnio czuję się naprawdę doceniona i jest to dla mnie ważniejsze niż tysiące simleonów na koncie. Moja przyjaciółka, Jagódka, robiła niedawno badania do magisterki, które wykazały, że 90% ankietowanych zaznaczyło, że najbardziej motywującym ich do pracy czynnikiem jest dobra atmosfera w zespole. Totalnie mnie to nie dziwi. Czy u mnie w pracy atmosfera jest dobra? Myślę, że to za małe słowo. Dość wspomnieć, ze szef kupił mi tort, by wspólnie świętować mój trzeci rok w wydawnictwie i było to szalenie urocze, a moja przyjaciółka pracuje biurko obok.

A na czym w ogóle polega moja praca?

Na spełnianiu marzeń jednych osób oraz na otwieraniu głów innym, by wiedzieli, że ich marzenia, nieważne, czy małe, czy wielkie, mogą się spełnić.