10 najważniejszych momentów 2017. Zerwanie

10 najważniejszych momentów 2017. Zerwanie

Pamiętacie, jak pisałam niedawno o uwierających, niewypowiedzianych słowach? Otóż nigdy nie powiedziałam bardzo bliskiej mi osobie, jak bardzo mnie tłamsi. Nie do końca też zdawałam sobie z tego sprawę. Dopiero kiedy przejrzałam zapiski z kilku minionych miesięcy, zrozumiałam, że muszę odejść w trybie natychmiastowym.

Potem wiele razy próbowałam. Mówić, ale nie byłam wysłuchana. Sprawy tej osoby zawsze były ważniejsze, chyba, że próbowała wyciągnąć ode mnie informacje na temat mojego życia, by potem wykorzystać je przeciwko mnie. Zamiast mówić, może byś poszła poćwiczyć, stwierdzała: jesteś gruba. Zamiast cieszyć się z kiełkującej relacji z moim obecnym chłopakiem, klepała mnie po ramieniu i mówiła: i tak ci z nim nie wyjdzie. Lista takich zachowań jest bardzo długa, a im bliżej końca, tym bardziej niepokoi. Zdecydowanie nie jestem gotowa na podzielenie się nią z Wami.

Nie oglądałam się za siebie. Wiele razy chciałam już podjąć tę decyzję. Ta osoba mi to ułatwiła. Spakowałam manatki (w czym bardzo pomogła mi Sikora, a mój chłopak dźwigał, jestem Wam, jak zawsze, ogromnie wdzięczna za pomoc) i odeszłam w siną dal. Bardzo trudno mi o tym pisać, ale nie czułabym się fair, gdybym przemilczała to bardzo ważne w moim życiu wydarzenie. To nie byłoby sprawiedliwe ani wobec tej osoby, która naprawdę wiele dla mnie znaczyła, ani wobec Was.

Są wśród nas różni ludzie. Jedni w życiu otrzymali dużo miłości i potrafią ją przekazywać dalej. Inni otrzymali tej miłości za mało i dlatego, by żyć, potrzebują jej od innych ludzi jak powietrza. Ale zamiast ją dawać, potrafią tylko i wyłącznie zabierać. Czy o tym wiedzą? Czy czerpią z tego satysfakcję?

Chciałabym Was ostrzec. Świat nie jest czarno-biały, tylko kolorowy, ale to nie znaczy, że ta czerń i biel nie istnieje. Czasem trudno ją rozpoznać. Ale jeśli w Waszym życiu są osoby, przy których nieustannie czujecie się zmęczeni, które zabierają Wasz czas, a może i Wasze rzeczy, bardzo intensywnie reagują, gdy widujecie się z innymi ludźmi i nie wyrażają się dobrze na ich temat, a sami nie mają poza Wami przyjaciół, to znaczy, że coś jest bardzo nie tak.

Nasza pamięć bywa zawodna. Dlatego po raz kolejny zachęcam Was do prowadzenia blogów czy dzienników. Jeśli coś Was niepokoi, piszcie o tym. Jeśli ktoś Was stresuje, notujcie to. A potem powracajcie do zapisanych kartek. Zobaczycie, co naprawdę się działo. Wszystko ułoży się w przejrzysty wzór.

Jesteśmy wolnymi ludźmi. Jeśli coś nas za bardzo obciąża, nie ma złego nic w obcięciu balastu. Nie czyni nas to gorszymi. Chęć zbawiania wszystkich wokół czasami jest niestety tylko ułudą.

Jak pisze Joanna Bator w swojej najnowszej książce, Purezento, przedstawiając filozofię japońskiej sztuki kintsugi, są naczynia, które można naprawić, ale są też skorupy, nad którymi się niepotrzebnie męczymy. I największą sztuką jest sztuka wyboru. Podjęcie decyzji, w jakie czynności bądź relacje warto się zaangażować, a w jakie nie.

W końcu nie liczy się ilość, a jakość.

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

W czerwcu, kiedy tak bardzo nie radziłam sobie ze sobą i miałam wszystkiego dość, co opisałam ze szczegółami w poprzednim poście, głupio stwierdziłam, że ucieczka od rutyny, której nie mogę udźwignąć, sprawi że sobie poradzę. Praktycznie złożyłam wypowiedzenie, na szczęście nie zostało ono podpisane.

Pamiętam, że po tym wydarzeniu mój chłopak zabrał mnie nad jezioro, poznańską Rusałkę. Siedziałam nad jej brzegiem, wiatr szeleścił trzcinami, a nad pobliskim lasem gromadziły się sino fioletowe burzowe chmury. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo oderwana jestem od rzeczywistości. Jak bardzo depresja mnie odrealniła. Byłam odcięta niewidzialnym murem od leżącego obok mnie mężczyzny, od krzyku bawiących się nieopodal dzieci, a źdźbło, które trzymałam między palcami, miało niespotykanie obcą fakturę.

Wreszcie dopadła nas burza. Schowaliśmy się w pobliskiej knajpie i przeglądaliśmy przy piwie zgromadzone tam książki. Światło lamp kłuło mnie w oczy, a gdy pod lokal podjechał uber, zanim do niego dotarliśmy, byliśmy już doszczętnie przemoczeni.

Podobał mi się ten porywisty wiatr, bo każdy podmuch czułam jak chlaśnięcie w policzek. Było mi zimno w mokrych ciuchach i aż się roześmiałam, bo żywioły uświadomiły mi, że dalej czuję i jestem żywa.

Zaczęłam powoli wracać do siebie. Pomyślałam sobie, że dlatego, że tak pędzę, żyję między tymi betonowymi murami i szarpię ze wszystkich sił życie, by jak najszybciej zrealizować swoje cele, źle się czuję. Idea slow life, którą wcześniej wykpiłam w myślach setki razy, nagle zaczęła brzmieć racjonalnie.

Przyroda? Po co mi ona, to tylko wstrętne robale i piasek w trampkach. Przez wiele lat nie mogłam zrozumieć mojej mamy, która wszystkie siły wkładała w utrzymanie ładu w domu oraz uprawę wspaniałych roślin w ogrodzie. Po co, na co i jak to możliwe, że daje jej to tyle satysfakcji, skoro później narzeka na bycie obolałą?

Mając dziewiętnaście lat, uciekłam ze wsi do miasta, by zamanifestować swój opóźniony okres buntu. Uważałam, że wrosłam w beton miasta i nikt i nic nie jest mnie w stanie z niego wyrwać. Czy dorosłość sprawiła, że spokorniałam i wstawiłam sobie do pokoju mnóstwo doniczkowych roślin, by stworzyć własną urban jungle?

Uciekałam od wrażliwości, przez którą bardzo wiele wcześniej utraciłam. Zmienna pogoda i kruche, delikatne rośliny pomogły mi zrozumieć, że to, co dzieje się wewnątrz mnie, te wszystkie emocje, jakie odczuwam, nie są złe. Są naturalne. Większa krzywda dzieje się tym, którzy starają się wyprzeć z siebie uczucia albo marnują energię na ich maskowanie. Tak jak i ja to robiłam.

Wróciłam do pracy i stopniowo, z umiarem, dalej wykonywałam swoje obowiązki. Po urlopie na łonie natury, w Sudetach, bez telefonu i internetu, wróciłam całkowicie do formy. Co więcej, na kilka miesięcy zdecydowałam się dojeżdżać z domu rodzinnego do Poznania. Z radością kosiłam trawę, przekopywałam ogród i patrzyłam na pnącą się w górę fasolę, którą posadziła moja mama.

Kiedy przestałam wypierać, że jestem częścią przyrody, zaczęłam odczuwać, że gdziekolwiek bym się nie znalazła – w pracy, w domu rodzinnym, u znajomych – jestem u siebie.

Na swoim miejscu.

Emilia

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

Nie mogłam spać. Męczyłam się w pracy. Przychodziłam później, wychodziłam wcześniej, wszystko mnie uwierało. Co najmniej raz w tygodniu bolała mnie głowa. I to tak, że chciało mi się wymiotować, miałam mroczki przed oczami i modliłam się o szybką śmierć. Kiedy dochodziłam w miarę do siebie, bałam się odebrać telefony od autorów, uzupełnić tabelkę w arkuszu kalkulacyjnym, wysłać maila. Ponieważ potem rzeczy działyby się dalej, a ja musiałabym pójść za nimi.

Tymczasem wpadłam do dziury, z której nie mogłam wyjść. Zrozumiałam, że choroba, przed którą uciekałam kilka lat, znowu mnie dogania. Że uciekając, zrobiłam kółko i znalazłam się w tej samej norze. Nie potrafiłam wstawić prania, pościelić łóżka, zmyć naczyń czy choćby powiedzieć bez wybuchu płaczu, o co mi tak naprawdę chodzi i czym się denerwuję. Udawanie, że wszystko jest ok, urosło do rangi niewykonalnego zadania. Miałam już dość.

Poszłam więc do lekarza.

Kiedy weszłam i pani doktor zapytała mnie, z czym do niej przychodzę, wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, który trwał, trwał i trwał…

A chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę zasnąć.

Praktycznie uciekłam z gabinetu po odebraniu recept. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie wymyślę, skończę jako powykręcana z nerwów roślina.

Zamiast pójścia na terapię wybrałam zatem terapię na własną rękę. Z pewnością nie jest to w żadnej mierze rozsądne, ale tak naprawdę jedynym, co kiedykolwiek mi pomagało, było pisanie. Wróciłam do prowadzenia pamiętnika. Zaczęłam więcej opisywać swoje życie na blogu. I wiecie co? Natychmiast zobaczyłam jak na dłoni pewne sprawy, powtarzające się wzorce, najistotniejsze rzeczy, przesłonięte wcześniej przez tysiąc błahostek bez żadnego znaczenia.

Bardzo dużo było we mnie uczuć. Tak dużo nieulokowanych emocji, głównie tęsknoty i niewypowiedzianych słów, o czym pisałam w poprzedniej notce, że wyniszczyły mój organizm i totalnie go spustoszyły. Wiecie, bo to nie tak, że kiedy cierpi nasza psychika, ciało pozostaje obojętne. Znowu z tego całego nieszczęścia stałam się tłustą orką. Oprócz pisania zatem wróciłam do ćwiczeń. Mój organizm tego właśnie potrzebował. Dyscypliny. Im bardziej męczyłam ciało, tym lepiej wypoczywał mózg.

Jedna z recept na depresję to pisanie i bieganie.

Z dnia na dzień zaczęłam być o wiele bardziej szczęśliwa. Kiedy przebiegłam dwa kilometry bez żadnego zatrzymywania się, nabrałam sił do rozwiązywania moich kolejnych problemów. Potem było już tylko lepiej.

Ale nie łudzę się, że na dłuższą metę poradzę sobie bez specjalisty. Wiem dokładnie, kiedy znów dopadnie mnie ten stan. Dlatego na terapię na pewno się wybiorę, to kwestia czasu.

Zapytacie mnie pewnie, że skoro i tak wiem, że pójdę, czemu nie zrobię tego teraz?

Bo pozwalam sobie na płacz.

Wcześniej tego nie robiłam i dostawałam na łeb. A teraz, jak mnie coś boli albo gdy jest mi smutno, po prostu płaczę. Bóle głowy spadły co najmniej o połowę.

Od kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa.

Wydaje mi się, że wszystkie te trzy czynności: bieganie, pisanie i płakanie, sprowadzają się do tego, by być… prostszym człowiekiem. Kiedy jesteś zmęczony, lepiej widzisz pewne sprawy. Formułujesz myśli w prostszy sposób, bo nie masz siły po raz kolejny roztrząsać tego samego wydarzenia pod innym kątem. Fajnie jest wieczorem mieć siłę tylko na zanotowanie kilku zdań w pamiętniku, umycie się i pójście spać kamiennym snem. I byłabym tu niesprawiedliwa wobec Was i siebie, gdybym nie przyznała, że najlepiej jest też zasnąć w błogich objęciach drugiej osoby. Ciepło i wsparcie, które znajduję w ramionach mojego chłopaka, jest tak niesamowitą przyjemnością, że wciąż mam wrażenie, iż nie do końca na nią zasługuję.

To prawda, że depresja jest domeną artystów. Ale i przy okazji chorobą, na którą zapadnie niedługo większość naszej cywilizacji. Staliśmy się bardzo wygodni i przez to mniej odporni na stres. Nie umiemy radzić sobie z ciśnieniem, które wywołują w nas oczekiwania innych.

O tym właśnie napisałam książkę pt. Piromani. Strasznie śmieszne jest to, że prawie trzy lata po jej wydaniu przechodzę w dużej mierze przez to samo, co wtedy, zarówno autorka, jak i główna bohaterka.

Nie wystarczy coś napisać, jak się okazuje. Trzeba czytać kilka razy to samo i wysnuwać z tego wnioski. A dodatkowo nie ma co się silić na udawanie, że jest się twardym i ze wszystkim dajemy sobie radę. Dopiero po zaakceptowaniu własnych słabości stajemy się naprawdę silni.

To byłam ja, 

Wasza

Emilia

10 najważniejszych momentów 2017. Czad, Magellan i brak słów

10 najważniejszych momentów 2017. Czad, Magellan i brak słów

10 najważniejszych momentów 2017. Czego mnie nauczyły?
Zaczynamy nowy, codzienny cykl. Część pierwsza. Trzy, dwa, jeden, start!

Kolosy, 2016.

Sikora wyciągnęła mnie na papierosa. I rzekła:
— Ty, patrz, to ten podróżnik od tej świetnej prezentacji. Podobno szuka wydawcy, ale wszyscy boją się go publikować.
Podeszłyśmy. Porozmawiałyśmy. Raz, drugi, trzeci…

Przeczytałam maszynopis. Totalny odjazd!

Kilka miesięcy napiętej korespondencji i telefonów. (Boże, ile ten człowiek może gadać)!
Wreszcie, we wrześniu, nakładem nowo powstałego Wydawnictwa Dygresje, została opublikowana pierwsza książka. Czad. W poszukiwaniu straconego, autorstwa Aruna Milcarza, podróżnika od tej świetnej prezentacji.
Tytuł po pół roku został uhonorowany Nagrodą Magellana. Niesamowite wyróżnienie po pół roku działalności nowej marki, którą zbudowałyśmy we dwie, czterema rękami. Coś wspaniałego, napawającego czystą radością.

Był tylko jeden mankament.

Żebym mogła odebrać nagrodę, musiałam stanąć na środku sali na PGE Narodowym i przemówić do kilkudziesięciu osób. Osób, które w branży wydawniczej przepracowały często ponad kilkadziesiąt lat. Osób mądrzejszych ode mnie, nieporównywalnie bardziej doświadczonych.

Pewnie dlatego, kiedy wreszcie opuściłam bezpieczne miejsce pośród publiczności i stanęłam przed mikrofonem, wydukałam tylko pospiesznie, że dziękuję Agacie Sikorskiej i oddałam głos Arunowi.

Wtedy właśnie, w maju 2017, zrozumiałam, że muszę wreszcie nauczyć się mówić. Że może czas wziąć przykład z Aruna.

Nie należę do osób, które przekazują jeden prosty komunikat w formie rozległej wypowiedzi, zawierającej obrazowe przykłady i porównania. Zawsze powtarzam, że lepiej mi się pisze niż mówi. Trudno mi na głos sformułować w odpowiedniej kolejności wszystkie myśli kotłujące się w głowie. Robię mnóstwo błędów językowych, a w obecności autorytetów zaczynam się jąkąć. Zdecydowanie wolę słuchać mądrzejszych od siebie niż samej mówić.

Ale mimo że milczę, nie znaczy to, że nie mam nic do powiedzenia.

Wręcz przeciwnie.

Niektóre niewypowiedziane słowa tak bardzo uwierają, że zostawiają na duszy ogromne odciski, które nie chcą się zagoić.

Do tej pory noszę w sobie szereg takich bolesnych niewypowiedzianych zdań. Na przykład:
Czy kiedyś przestaniesz uciekać?
Czy wiesz, kim naprawdę jestem?
Dlaczego nie chcesz mi opowiedzieć o swoim domu rodzinnym?
Kocham cię.
Jestem z ciebie dumna.
Nie bój się, zawsze przy tobie będę.
Duszę się przy tobie.
Nie traktuj mnie jak swoją zabawkę.

To są paradoksalnie bardzo proste sformułowania. Przynajmniej pod względem gramatyki. Tylko że ich głośne wypowiedzenie zmusza adresata wypowiedzi do reakcji. A ja z góry zakładam, że reakcja będzie negatywna i odbije się na mnie w bardzo zły sposób. Że zaboli bardziej niż cisza.

Nieprawda. Cisza jest najdotkliwsza. To przez nią traci się ludzi.

Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że mój strach przed odrzuceniem nie wynika z niepewności drugiej osoby, tylko samej siebie.

Jeśli odpowiedź na zadane pytania byłaby pozytywna, co bym zrobiła?
Czy gdybym na wyznanie miłości usłyszała: ja ciebie też, sama pierwsza nie wzięłabym nóg za pas?
Czy gdybym powiedziała komuś, że jestem z niego dumna, to czy później nie musiałabym zostać przy tej osobie i obserwować każdy kolejny sukces, pozostając w jej cieniu?

Mam jeszcze w sobie na tyle bezczelności, by powiedzieć, że nie czuję się tchórzem.
Jestem raczej zapatrzoną w siebie egoistką, która myśli tylko o końcówce własnego nosa i nie liczy się z uczuciami innych ludzi. Bo nie mówiąc im tego, co czuję, zatajam przed nimi obraz prawdziwej rzeczywistości. Jakim trzeba być debilem, żeby uniemożliwiać najbliższym poznanie prawdy o samych sobie?

Możecie mnie wyśmiać, ale uważam, że jeśli nauczę się mówić o rzeczach trywialnych i przyzwyczaję do kontaktu z większą grupą osób, odbierając feedback od dalszych znajomych albo zupełnie obcych ludzi, to coś się zmieni. Być może wówczas nauczę brać się odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo.

Dlatego chcę mówić do ludzi za pośrednictwem YouTube. Kiedy tylko na FB wybije 1K, zacznę publikować filmiki, na których będę mówić dużo i głośno, by przyzwyczaić się do swojego prawdziwego głosu.

A może dopiero go poznać.

Co o tym myślicie?

Jak zawsze Wasza,

Emilia

5 powodów, przez które nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia

5 powodów, przez które nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia

Daleko mi chyba do Grincha. Albo do bycia satanistką, bo pewnie niektórzy pomyślą, że skoro nie cierpię Bożego Narodzenia, to albo wyznaję kult szatana, albo mam coś nie tak z głową. Nie uważam się za totalną antagonistkę Gwiazdki, ale są w tych świętach rzeczy, które totalnie mnie odstręczają.

1. Miejskie dekoracje świąteczne

Kiedy myślę sobie o tym, że na ulicy emerytki zaczepiają obcych ludzi i proszą o kilka złotych, bo im zabrakło w aptece na realizację recepty, a całe miasta są ozdobione mnóstwem światełek (za nasze pieniądze!), to nóż mi się w kieszeni otwiera. Z mojej wypłaty miesięcznie idzie tysiąc złotych na ubezpieczenie zdrowotne (za które i tak na przykład nie pójdę do dentysty, bo popsuła mi się siódemka, a żeby nie korzystać z ciemniejącej plomby, muszę iść prywatnie), składki emerytalne (ciekawe, czy doczekam) i jakieś inne pierdoły. Wolałabym zadecydować, czy ta kasa idzie na leki dla starszych ludzi czy świąteczne dekoracje. Bo zdecydowanie wolałabym to pierwsze. Nawet, jeśli przystrojona choinka na rynku wygląda efektownie, to nie może się równać z pięknem uśmiechu starszej osoby.

oklahoma-jeremy-charles-travelandleisure.com

Autor: Jeremy Charles, źródło: travelandleisure.com

2. Kult konsumpcjonizmu

Reklamy świąteczne bazują na wyższych wartościach. Rodzinie, pomocy potrzebującym, miłości… Tylko po to, by coś sprzedać. Marketing jak o każdej innej porze roku, tylko w większym natężeniu, dobra jest, machnę ręką, bo tak to działa. Ale to, ile pieniędzy się wydaje, i to na jakie totalne pierdoły, po prostu mnie przeraża.

Nie kwestionuję tutaj tradycji obdarowywania najbliższych prezentami.

Upominek przemyślany, odpowiedni dla osoby, na której nam zależy, potrafi być najlepszym dowodem autentyczności naszych uczuć. Ale kupowanie wszystkiego, co podetkną nam pod nos w drogeriach (bo ładnie zapakowane już stoi na półce, to wezmę, mimo że droższe niż poza sezonem świątecznym), sklepach z elektroniką (cena niby rabatowa, a okazuje się, że wcześniej często dany sprzęt kosztował sporo mniej) czy innych, byle tylko nie przyjść na wigilię z pustymi rękami, bo co inni członkowie rodziny o nas pomyślą, uważam za totalnie chore.

Candles and stack of wrapped christmas gifts on wooden floor

Źródło: Getty Images

3. Obżarstwo

Nie oszukujmy się, w większości polskich domów Boże Narodzenie spędza się na pochłanianiu kilogramów jedzenia i leżeniu na kanapie, oglądając telewizję. Czyli w zasadzie na robieniu tego samego, co w dni powszednie, tyle że w większym natężeniu. Poza wysłaniem pocztówki do znajomych niewiele robimy, by polepszyć więzi z dalszą rodziną czy przyjaciółmi z dawnych lat. Zamiast pomyśleć o tych, którzy kiedyś byli w naszym życiu, ale z jakichś powodów nasze drogi się rozeszły, skupiamy się na kupieniu świeżej ryby, pieczeniu placków i lepieniu pierogów. Bo niby najedzona rodzina to szczęśliwa rodzina i najważniejsze, żeby na stole wigilijnym pokazać dobrobyt. Bardzo mi się to nie podoba, tak samo jak późniejsze narzekanie na przybranie wagi.

— O, trzy kilo przytyłam, jestem taka nieszczęśliwa, jak ja wejdę w tę sukienkę na sylwestra? — Ile razy ja to słyszałam?

No to po co, chciałoby się zapytać, tyle żarłaś, dziewczyno?!

Christmas-catering

Źródło: www.theurbanlist.com/melbourne/a-list/melbournes-christmas-caterers

4. Ciężka praca

Zarówno ja, i część Was, kochanych Czytelników, przyjeżdża do domu na gotowe. Pracujemy w innym mieście, obowiązki pochłaniają nas na tyle, że przyjeżdżamy do domu na ostatni moment, ewentualnie po to, by jeszcze coś poodkurzać, umyć klozet czy dokupić pomarańczy. Ale przyszykowanie świąt jest dla pozostałej części, głównie kobiet, wielką harówą, która przysparza mnóstwa stresu. Na pewno nie wygląda to tak radośnie i schludnie jak na poniższym zdjęciu, przedstawiającym Annę Olson. Kolejki w sklepach, to, że pojawi się jakaś stara ciotka, która będzie bawić się w test białej rękawniczki, a jej mąż będzie marudził: to za słone, to za gorące, a ta galareta jakaś zbyt galaretowata. Aż się odechciewa jeść tego, co się tyle godzin szykowało. Potem ogrom zmywania po wieczerzy i za kilka dni już nikt nie pamięta o tym wielkim poświęceniu, jakim było zorganizowanie świąt dla całej rodziny.

Bake_-_Web_Tip_047_-_Holiday_Icebox_Cookies

Źródło: Bake With Anna Olson, foodnetwork.ca

5. Kłopotliwe pytania

padające już w trakcie pierwszego dania. Najczęściej adresowane przez seniorki rodu do młodszych reprezentantek, obranych za cel ataku z powodu pewnej asertywności, oryginalności lub ambicji.

Zaczyna się od: to co, masz jakiegoś chłopaka? Potem, gdy okazuje się, że nie: a może ty jesteś tą taką lesbijką? Gdy ofiara nagabywania starszej ciotki-klotki lub innej babki po raz kolejny odpowiada przecząco, seniorka dopytuje: to co jest z tobą nie tak? Kiedy jednak mówisz, że masz chłopaka, pada pytanie: to czemu nie chcesz go nam przedstawić? Wstydzisz się nas?

Inny rodzaj pytań dotyczy studiów albo pracy. Jedne z najbardziej konsternujących:

— To kiedy wreszcie ta obrona?

Albo:

— To kiedy zmienisz wreszcie pracę, skoro cały czas tak mało zarabiasz? To Halinka z Lidla już ma więcej na rękę.

elitemom.net

Wszystkie te powyższe czynniki uniemożliwiają mi cieszenie się świętami. Bo owszem, lubię zjeść pierogi, posłuchać kolend, obejrzeć To właśnie miłość (czy istnieje zabawniejszy film? jeśli tak, piszcie w komentarzach, z chęcią obejrzę, bo dawno nie widziałam dobrej komedii), a przede wszystkim nacieszyć się towarzystwem bliskich mi osób.

I to mi wystarcza, nie potrzebuję wypasionej choinki z lampkami o dwunastu funkcjach migania. Atrakcyjniejszym wydaje mi się wielki przytulas i kilka chwil trzymania za ręce.

Święta obchodźmy nie tylko na zewnątrz, lecz przede wszystkim w naszych sercach.

Z życzeniami zdrowych, spokojnych i pełnych miłości świąt Bożego Narodzenia,

Wasza

Emilia