(Od)lutowa fabryka linków!

(Od)lutowa fabryka linków!

W moim życiu tyle się nawyrabiało, że szczerze mówiąc, trudno mi opisać to koko dżambo. Ale z wielką radością podzielę się z Wami utworami, dzięki którym pomimo licznych przeciwności i okrutnego stresu udawało mi się cały czas iść do przodu. Zapraszam!

Festiwal Podróżniczy Śladami Marzeń

Organizatorzy tego poznańskiego festiwalu dla miłośników podróży, Tomek i Jaśmina Labusowie, to niesamowite osoby, które swoją pasją w lutym bieżącego roku zarazili tysiące osób już po raz szósty! Zabawa była przednia. Tłok, gwar, historie ze wszystkich zakątków świata, niepowtarzalne fotografie, entuzjazm i pozytywna energia! Mnie osobiście najbardziej podobała się prelekcja Piotra Strzeżysza, o którego książce piszę w kilku słowach poniżej. Była momentami przezabawna, ale wywołała też we mnie potężne fale wzruszenia. Opowieść o rowerowej podróży z Patagonii na Alaskę zostanie ze mną na długi czas. Odwiedzajcie kolejne edycje Śladami Marzeń koniecznie!

pexels-photo-185933

Imprezki podczas trwania festiwalu też super, ludzie cudowni i przekochani, atmosfera po prostu boska. Miło było też poradzić warsztaty literackie z pisania i wydawania książki. Sama jestem z siebie bardzo zadowolona. Ale…

Wartościowe teksty

… nie warto popadać w samozachwyt. Czuję, że zrobiłam coś dobrze, ale nie mam zamiaru się przeceniać, wiadomo, zawsze można lepiej. Magda Ostrowska, autorka rewelacyjnego bloga Dopracowani.pl, stworzyła w lutym bardzo mądry wpis pt. Najczęstszy błąd początkującego przedsiębiorcy. I muszę przyznać, że będę często powracać do lektury tego jednego właśnie posta. Bo łatwo jest być zapatrzonym w siebie, ciężej z pokorą i pracowaniem nad faktyczną, jak najwyższą jakością. Bardzo dużo firm, nie tylko tych nowych, powinno wziąć sobie słowa Magdy do serca.

Moim blogowym odkryciem tego miesiąca jest z pewnością blog Made by Gigi. Polecam Wam wpis, który zachwycił mnie ogromem ciekawostek na temat Instagramu. Prawie wszystko o shadowbanie na Instagramie to notka, w której Gigi wytłumaczy Wam w bardzo przystępny sposób, co robić, gdy Wasze zdjęcie nie będzie wyświetlane w hasztagach. Może się okazać, że otrzymaliście właśnie shadowbana za złamanie któregoś z punktów regulaminu. Dla mnie to absolutna nowość.

Bardzo przyjemny artykuł napisała także Anna Fit, robiąc zestawienie książek o modzie. Polecam gorąco, bo treść książek opisana została bardzo celnie i choć fanką mody nie jestem, to Ania tak ciekawie ukazała temat, że chciałam biec do biblioteki po te wszystkie tytuły. Co prawda powstrzymał mnie siarczysty mróz, ale było już blisko…! Książki o modzie, które warto poznać. Bo historia (także mody) lubi się powtarzać to bardzo zachęcająca lista lektur.

Czasopisma,

z którymi warto się zapoznać, to bez wątpienia

Fabularie – ale nie tylko dlatego, że znajdziecie tam moje opowiadanie O trzech wykastrowanych kotach. Nie, w najnowszym kwartalniku, robionym z pasją dla miłośników literatury i ogółem kultury współczesnej, znajdziecie arcyciekawy wywiad z Magdaleną Tulli oraz poezję Wojciecha Bąkowskiego, którą autor samodzielnie zilustrował. Gorąco polecam, ponieważ Fabularie wyróżniają się na tle wielu innych czasopism literackich szczerością przekazu, oryginalnością i wysoką jakością.

Miesięcznik ZNAK – przede wszystkim ze względu na temat lutowego numeru, którym jest uważność. Kiedy zewsząd bombardują nas wiadomości o atakach terrorystycznych i kłótniach w rządzie, nieprzerwanie otacza nas szum informacyjny, a zapłacenie rachunku albo wyjście po zakupy może przyprawić o mnóstwo stresu, powinniśmy się zastanowić, dlaczego w ogóle nas to rusza i czy faktycznie to, co wokół, naprawdę nas dotyczy. Czy tym właśnie jest uważność? Czy to technika medytacyjna albo filozofia ze Wschodu? Polecam przeczytanie zajawki rozmowy Angeliki Kuźniak z Pawłem Holasem, a gdy już wsiąknięcie, sięgnijcie po najnowszy Miesięcznik ZNAK. Pomaga.

fabularieznak

Zapraszam przy okazji na mój Instagram @emiliateofila.

Książki,

których lektura na 100% Cię poruszy, a może i nawet zmieni Twoje życie, to

Otoczeni przez idiotów. Jak dogadać się z tymi, których nie sposób zrozumieć Thomasa Eriksona to zbiór przezabawnych, ale całkiem mądrych wskazówek dotyczących dialogu z ludźmi o różnych temperamentach. Choleryk, sangwinik, flegmatyk czy melancholik? Po lekturze będziecie dużo lepiej komunikować się z kolegami w pracy lub na gruncie rodzinnym. A przynajmniej otrzymacie wiedzę, jak to zrobić, ponieważ okazuje się, że to wcale nie taka prosta sprawa, choć wszyscy mówimy w takim samym języku… Thomas Erikson otworzył mi oczy na pewne sprawy i dlatego polecam gorąco jego książkę.

Sen powrotu Piotra Strzeżysza, który jest tekstem genialnym. To pocztówki podróżnika z drogi, ale pocztówki głęboko spersonalizowane. Nie zawsze z rozdziału można wywnioskować, w jakim kraju znajduje się autor, jednak ludzie, których spotyka na swojej drodze lub drobne wydarzenia, takie jak choćby zgubienie czapki, stają się wyjściem do głębokich rozmyślań. Do odczuwania, razem z autorem, głębokiej melancholii, smutku istnienia, pasji i pożądania, a także czegoś nieuchwytnego, co czai się między wersami. Czytając Sen powrotu Strzeżysza poczujesz magię.

Rdza Jakuba Małeckiego. Pisałam już o niej, dlatego nie będę się powtarzać, ale uważam, że może to być jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w 2018, a mamy dopiero luty! Jeśli jesteś fanem pięknych powieści, nie możesz ominąć tej historii!

Muzyka,

która w tym miesiącu inspirowała mnie nie tylko do pisania, ale i do podjęcia poważnych życiowych decyzji, o których pisałam w notce pt. Złożyłam wypowiedzenie.

Uwielbiam Mumfordów, kiedy słucham ich utworów, czuję że słucham nie zwykłych piosenek, a prawdziwych ludzkich historii. Ich ostatnia epka, Johannesburg, będąca owocem trasy koncertowej po Afryce Południowej, wprowadza do ich brzmienia zupełnie nowe życie. Nie sposób siedzieć na tyłku albo marudzić w łóżku, kiedy słyszy się takie wielokulturowe cudo. Trzeba powstać i zacząć tworzyć.

Szukając podkładu muzycznego do reklamówki Wydawnictwa Sorus, trafiłam na Messes Setha Powera. Okazało się, że utwór idealnie pasuje jako soundtrack do serialu o ostatnich miesiącach mojego życia w firmie. Melancholijna, piękna, choć skromna linia melodyczna i prostolinijny, szczery tekst. Oto elementy, które składają się na sukces piosenki głęboko zapadającej w serce.

A to, co poniżej, czyli cover doskonale pewnie Wam znanego utworu Dawida Podsiadło, pokazał mi niedawno mój chłopak. Zakochałam się po pierwszych nutach, a kiedy do instrumentów dołączyła linia wokalna tych czterech, niezwykle utalentowanych młodych kobiet, dopadły mnie prawdziwe dreszcze. Nieznajomy Tulii to absolutny majestersztyk. Przynajmniej dla mnie. Co sądzicie o tej folklorystycznej aranżacji? Ta słowiańskość, mistyka… Czujecie?

Filmy

Dżungla – Daniel Radcliff zdany na samego siebie pośrodku dzikiej natury. Na początku film bardzo mnie bawił, zważywszy na to, że Dominik akurat brał się za samotny trawers dżungli w Kongo, ale mniej więcej od połowy historia zaczęła mnie po prostu miażdżyć. Nieujarzmione piękno, niebezpieczna natura, potęga umysłu i wola walki – wszystko znajdziemy w tym filmie. Wart zaznaczyć, że Dżungla jest oparta na faktach! Jeśli jesteście fanami Into the Wild, ten film również przypadnie Wam do gustu, choć jest nieporównywalnie bardziej brutalny.

Czarna Pantera – Tak! Mocne babki, afrykańskie klimaty, hip-hop i tradycyjna muzyka plemienna… Wreszcie Marvel stanął na wysokości zadania. To bardzo dobry film, pełen kolorowych kreacji, fantastycznych widoków oraz silnych kobiecych charakterów. Polecam, ubawiłam się przecudownie!

A co Wy, moi mili, polecilibyście mi do obejrzenia, posłuchania czy poczytania?
I co porabialiście w ubiegłym miesiącu? Muszę nadrobić blogowe braki, więc dawajcie znać koniecznie!

Wasza

Emilia

 

Jakub Małecki – Rdza

Jakub Małecki – Rdza

Skończywszy Rdzę Jakuba Małeckiego, pomyślałam, że nic w życiu nie ma sensu, nawet czekanie na śmierć, lepiej sobie od razu strzelić w głowę i po sprawie. Chciało mi się płakać nad losem bohaterów i własnym życiorysem, nad bolączkami całego świata i ludzką niesprawiedliwością. Ale potem przypomniał mi się najważniejszy element tej całej układanki, Rdzy i własnej egzystencji. Facet, który gołymi rękoma zabił niedźwiedzia podczas ucieczki z zesłania na Syberię. Tak. To dla niego przede wszystkim warto było przeczytać tę książkę.

Ale, rzecz jasna, nie tylko.

O Jakubie Małeckim coś tam słyszałam, ale mało, dlatego postanowiłam sięgnąć po tak chętnie promowaną na rodzimym bookstagramie Rdzę. Zapoznawszy się z krótkim biogramem autora na skrzydełku książki, zdziwiłam się, że Małecki publikował już chyba we wszystkich czytanych przeze mnie czasopismach, dostał kilka zacnych nominacji (w tym do Angelusa i NIKE), a ja dalej nie bardzo potrafię dopasować jego buzię do stworzonych przez niego tekstów. Zatarłszy ręce, przystąpiłam do zacierania własnej ignorancji.

Zacieranie trwało łącznie trzy dni. Najpierw pospieszne przejrzenie tekstu, podniecenie się pierwszymi słowami, potem zrzucenie książki za łóżko i szukanie jej przez kilka dni (czasem zastanawiam się, czy w wieku 25 lat nie mam już pierwszych objawów starczej demencji). Wreszcie porządki, wyciągnięcie Rdzy z mrocznej szczeliny wypełnionej kurzem i niepamięcią, a potem utonięcie w tekście na dwa kolejne, przepełnione emocjami wieczory.

Dzięki nim poznałam głównych bohaterów, Szymka i Tośkę, z która dodatkowo bardzo się zżyłam. A także cały zastęp drugoplanowych postaci, takich jak Doktor, Hołowczyc, Eliza, Budzik, ojciec Budzika, Drews, Sabina… Wszyscy żyją w Chojnach, wsi pod Chełmnem, w którym w czasach drugiej wojny światowej Niemcy zbudowali obóz zagłady. Zapach palonych ciał towarzyszy trzem pokoleniom mieszkańców w różnej formie, tak samo jak tytułowa rdza, wkradająca się w żywoty przedstawicieli opisywanych w książce rodzin.

Tośka jako mała dziewczynka ucieka przed bombardowaniem i znajduje w lesie rękę trupa, a potem zakochuje się w Niewidzialnym Człowieku. Dlaczego Niewidzialnym? Jej córka, Eliza, rodzi się i umiera, a przedtem, choć początkowo nie widzi w tym sensu, rodzi syna, Szymona, który stanie się potem Jaszczurem. Dlaczego Jaszczurem? Rodzina Budzikiewiczów walczy z rosnącą obok domu topolą, i choć początkowo czytelnik zadaje sobie pytania: po co, na co, dlaczego, wraz z dynamicznym, choć nie gwałtownym rozwojem fabuły, dowiaduje się. Wszystkie wątki splatają się w całość. Każdy opisany obiekt – topola, pistolet, siekiera – ma znaczenie. Losy każdego nawet najmniejszego bohatera rzutują na historię innych postaci, nieważne, czy w połowie XX wieku, czy na początku drugiego dziesięciolecia wieku XXI. I nawet jeśli nie wszystko zostaje wyjaśnione, to czytelnik podświadomie rozumie, dlaczego tak się stało. A jeśli nie, to i jeszcze lepiej. Nie wszystko da się wytłumaczyć.

Tym, czego jednak będę się trzymać, to legendarny prapradziadek Szymka, Lucjan. Jego historia w rodzinie Stawnych o tym, jak gołymi rękoma zamordował potężnego niedźwiedzia i sam to starcie ledwo przeżył, no ale przeżył, a niedźwiedź nie, daje siłę kilku pokoleniom ludzi. Jeżeli dziadek Lucjan potrafił uciec z Syberii, pokonać dzikie, niebezpieczne zwierzę, to czymże są problemy współczesnych Stawnych? Tak sobie dodają otuchy po kolei członkowie rodu. I wydaje mi się, że tego właśnie potrzebujemy w XXI wieku. Autorytetów. Pokolenie milenialsów łatwo zapomina o tym, że na świecie, poza nimi samymi, są ludzie silniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi. I niekoniecznie są wtedy konkurentami. Mogą się stać w łatwy sposób wzorami do naśladowania. Natchnąć nas siłą do działania i zainspirować do pokonywania kolejnych trudności.

No bo pomyślcie sobie: facet. Zabił. Niedźwiedzia. A wy nie potraficie powiedzieć szefowi prosto na ryj, że wam nie odpowiada jego zachowanie? 😉

Proszę, przeczytajcie Rdzę, bo oceniam ją 9/10 i bądźcie ludźmi, którzy pokonują każdego dnia złe niedźwiedzie.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non za egzemplarz recenzencki.

 

Sine qua non logotyp

Wydawnictwo SQN

Złożyłam wypowiedzenie

Złożyłam wypowiedzenie

Nie tylko umiem latać, ale jestem wyspecjalizowanym pilotem bojowym. Wpadam z pełnym impetem tam, gdzie się pali i wali. Ratuję ludzi, wyciągam z opałów rannych i ich dobytek. Po skończonej misji, w powietrzu wyczyniam różne ewolucje, fruwam tak wysoko, jak tylko mi się zamarzy, tak, bywałam też w kosmosie… Ale kiedy psuje się moja powietrzna machina, kiedy jej skrzydła są uszkodzone i ledwo trzymają się korpusu… Czy starać się desperacko reanimować stary sprzęt czy lepiej rozejrzeć się za nowym, bezpieczniejszym, w którym nie stanie mi się krzywda?

Nie wiem, czy firma, w której jestem teraz na trzydziestodniowym okresie wypowiedzenia, popsuła się. Może tak się widzi każde miejsce pracy, z którego chce się odejść. Pewnie nie z nią jest coś nie tak, tylko ze mną. Za długo w jednym miejscu, w zbyt ciasnym kadłubie, zagraconym przez stosy spraw, w których już się gubię i nie wiem nawet, gdzie znaleźć ster. Straciłam wewnętrzny kompas.

Kiedy mówiłam szefowi o powodzie mojej decyzji, nie pamiętam już dokładnie, jakich argumentów użyłam. Pewnie dlatego, że nie wiem do końca,  czemu to robię. Czuję, że muszę iść dalej, albo że jeśli zostanę, stanie się coś bardzo złego.

Kiedy udałam się na rozmowę rekrutacyjną do innego wydawnictwa, powiedziałam, że w starej firmie przestałam się rozwijać. Że wszystko, co wiedziałam, wdrożyłam. To, czego się nauczyłam, wykorzystałam. I teraz czas na nowe wyzwania. Nową porcję wiedzy zdobytej poprzez doświadczenie.

Bo inaczej dostanę na łeb, muszę być w ruchu, muszę działać. Ale nie za dużo, nie ponad siły, nie tak, by czytać wiadomości od autorów o drugiej w nocy i potem nie móc zasnąć.

Wszystkie odpowiedzi są prawdziwe. I jednocześnie żadna z nich nie jest, nie w pełni, nie tak jak to sformułowanie: po prostu zapomniałam, że potrafię latać. Ale kiedy mówię to na głos, brzmi to jak nocne mamrotanie lunatyka. Dlatego wolę to napisać.

Będzie mi cholernie brakowało tego wydawnictwa.

Young Women Travel Together Concept

Wszystkie pracujące tam osoby bardzo lubiłam, a z częścią się zaprzyjaźniłam. I pokochałam. Nie wyobrażam sobie bez tych ludzi mojego dalszego życia. Cieszę się, że nie muszę się z nimi żegnać, bo nasze odrębne wątki splotły się w jedną fabułę.

Ale tylu przygód, ile miałam w wydawnictwie, nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nigdy wcześniej, w tak krótkim czasie, nie poznałam tak wielu wspaniałych, arcyciekawych ludzi. Próbowałam wymienić ich z imienia i nazwiska, ale taka lista, bez przezabawnych anegdotek na ich temat i opisów naszych pierwszych spotkań, skąpanych często w atmosferze gęstego absurdu, jest chyba trochę niegodna. Myślę, że odbije się to prędzej czy później w moich literackich przedsięwzięciach.

I spełniałam się. Każdego dnia, mniej więcej do końca ubiegłego roku (2017). Zrywałam się z łóżka z ochotą, by biec do pracy i załatwiać rzeczy, bo uwielbiałam to robić. A potem, niestety, straciłam ten zapał. Uważam zatem, że jeśli nie chce Ci się chodzić do pracy, nie powinieneś tego robić. Nie marnuj swojego życia. Rób to, co kochasz. A jeśli nie wiesz, co to jest, rób cokolwiek, co nie obrzydzi Ci piękna dnia.

diary-968603_1920

Teraz, choć nie do końca wiem, jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czuję się wolna i szczęśliwa.

I zamiast słuchać o podróżach, będę podróżować. A zamiast grzebania w cudzych tekstach, skupię się na pisaniu swoich.

Wiecie, takie mam plany, a może się okazać, że moją najdalszą podróżą będzie zmiana lokalizacji ze Starego Miasta na Most św. Rocha, bo nie dam sobie finansowo rady. Boję się o kasę, ale można ją ogarniać nie tylko pracując dla kogoś. Można robić samemu na siebie. Chcę spróbować zagrać na takich zasadach. Jak mi pójdzie? Czas pokaże.

Nieważne, co się wydarzy. Jeśli nawet nie będzie dobrze, będzie jakoś. Nieważne jak czy gdzie, ważne z kim.

Będę znowu latać, tak postanowiłam.

Emilia

Napisałam książkę i co dalej?

Napisałam książkę i co dalej?

Splendor, hajs i kąpiele w szampanie? Jeśli tak myślisz, na pewno jesteś debi… debiutantką. Jeśli napisałaś książkę i chcesz się dowiedzieć, co dalej, ale nie chcesz tracić swoich pięknych optymistycznych wyobrażeń o byciu sławną pisarką, zdecydowanie odradzam Ci dalszą lekturę. Ale jeśli chcesz wiedzieć, jak nie wtopić swojej kasy albo nie zostać zniewoloną przez okowy wydawców, może jednak powinnaś czytać dalej.

Kiedy myślałam o wydaniu swojej pierwszej książki, myślałam, że wydawca odezwie się do mnie z zachwytem i wykreuje mnie na młodą pisarkę-buntowniczkę, przedtem inwestując w wydanie i promocję. Pierwsze wydawnictwo, które się do mnie odezwało, zaproponowało, bym pokryła koszty wydania… Oczywiście się na to nie zgodziłam, ale okazało się nagle, że nie ma tylko jednego sposobu na opublikowanie tekstu.

Trzy drogi wydania książki

Jako debiutant, możesz starać się o opublikowanie książki w wydawnictwie tradycyjnym, które zainwestuje w Ciebie pieniądze i wykreuje w większej lub mniejszej mierze Twoją literacką karierę. To chyba marzenie każdego debiutanta, ale udaje się to naprawdę nielicznym. Bo debiutantom brakuje cierpliwości, siły przebicia oraz znajomości w branży. Nie wiedzą, jak się zaprezentować, by wydawca w ogóle wziął ich tekst pod uwagę. Do kogo dotrzeć, by redaktor, który ma na swoim biurku oraz w skrzynce mailowej setki tekstów, poświęcił im chwilę swojego cennego czasu. Niewielkiemu pierwiastkowi autorów udaje się jednak zadebiutować właśnie w ten sposób, dzięki determinacji. Własnej albo agenta literackiego, z którym zaczęli współpracę. (Taki na ten przykład Remigiusz Mróz).

Plusy i minusy wydania książki w wydawnictwie tradycyjnym

Nie musisz wkładać grubych tysięcy złotych w wydanie swojej książki oraz jej promocję. Tym zajmuje się wydawca, jednak wówczas licz się z tym, że Twoje honorarium może oscylować wokół 1 zł z jednego sprzedanego egzemplarza książki. Pocieszające, iż wydawnictwo tradycyjne nie zainwestowałoby w Ciebie, gdyby nie nosiło się z zamiarem wydrukowania kilkutysięcznego pierwszego nakładu Twojej książki. Niestety, bywa tak, że na odpowiedź od wydawcy możesz czekać miesiącami lub latami, a bywa, że i tak nie dostaniesz odpowiedzi zwrotnej. Kiedy jednak znajdziesz się w gronie wybrańców, podstawioną przez wydawcę umowę koniecznie skonsultuj z zaufaną osobą (sugeruję prawnika). Nie daj się złapać w pułapkę o tym, że wydawnictwo ma pierwszeństwo wydania każdego kolejnego Twojego tekstu! Z jednej strony może to być wygodne, ale z drugiej uniemożliwia Ci spróbowanie sił w innym domu wydawniczym. Zastanów się też, czy nie przeszkadza Ci nadmierna ingerencja wydawnictwa w Twój tekst. Praca redaktorska w takich wydawnictwach potrafi być bardziej twórcza niż odtwórcza. Reasumując:

+ brak inwestycji własnej w wydanie,
+ beztroski proces wydawniczy,
+ dobra promocja książki,

– długi czas oczekiwania na odpowiedź wydawcy,
– brak wpływu na finalny wygląd Twojej książki (zarówno wewnątrz – tekst, jak i na zewnątrz – okładka),
– niebezpieczne kruczki prawne.

Plusy i minusy samodzielnego wydania książki (self-publishing)

Ostatnio w ręce wpadła mi karykatura książki, taka broszurka w zasadzie. Redakcja paskudna, zdjęcia okropne, sama z siebie nigdy bym tej książki nie tknęła… Dla mnie był to przykład idealnego wtopienia mnóstwa pieniędzy oraz zmarnowania czasu. Uważam, że jeśli chcesz stać się self-publisherem, powinieneś najpierw odpowiednio się wykształcić. Nie wystarczy, że sam zatrudnisz redaktora, korektora, łamacza, grafika i znajdziesz odpowiednią drukarnię. Sam musisz nauczyć się redakcji i korekty, by wiedzieć, że osoby, którym powierzasz te zadania, wywiązują się ze swoich obowiązków. Najlepiej zaopatrzyć się w lekturę Edycji tekstów Adama Wolańskiego i przez kilka miesięcy uważnie studiować zalecenia autora albo chodzić na zajęcia z filologii polskiej na specjalności wydawniczej. Grafik zaś, którego wybieramy, powinien umieć połączyć swoje artystyczne umiejętności ze sztuką użytkową i przygotować okładkę tak, by miała szanse na odniesienie komercyjnego sukcesu… O ile zależy nam w ogóle na sprzedaży, bo tym też musimy się zająć. Jeśli nie masz zbudowanej własnej dużej społeczności, po prostu leżysz i kwiczysz, bo wejście do dużej hurtowni z ogólnokrajowym zasięgiem praktycznie z ulicy, graniczy z cudem. Nie mówię, że cuda się nie zdarzają, ale bywa cholernie ciężko.

+ decydujesz o wszystkim, co dzieje się z Twoją książką, zarówno na etapie przed wydaniem, jak i po,
+ masz dokładnie takie zyski, jakie wypracujesz,
+ cenne życiowe doświadczenie w nowej dziedzinie,

– brak zaplecza magazynowego, hurtowego i administracyjnego,
– zamiast autora – stajesz się wydawcą, sprzedawcą i księgowym,
– w przypadku braku wiedzy oraz kilkutysięcznej społeczności – wtopa finansowa.

Plusy i minusy publikacji w wydawnictwie usługowym

Wydawnictwo usługowe, często nazywane wydawnictwem typu vanity (od próżności, bo podobno w takich firmach żeruje się na podbudowywaniu ego autorów, którzy chcą płacić, by tylko stać się autorami), łączy elementy wydawnictwa tradycyjnego i self-publishingu. Część osób nie traktuje takich wydawców poważnie. Nie dziwi mnie to, na palcach jednej ręki mogę wskazać wartościowe firmy wydawnicze, działające w ten sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli zainwestujesz w wydanie swojej książki, zostanie ona wydana tak, jak chcesz, o ile się do tego przyłożysz i jasno wyłożysz swoje oczekiwania wydawcy. Do tego nie będziesz musiał magazynować swojego nakładu we własnym domu/garażu/piwnicy, ktoś z wydawnictwa rozliczy Twoje przychody ze sprzedaży w hurtowniach (uważaj, nie wszystkie wydawnictwa usługowe prowadzą dystrybucję w księgarniach stacjonarnych!), a jeśli masz fajną książkę, zależy Ci na byciu pisarzem i pragniesz działać, to pomogą Ci nawet w promocji (też nie wszystkie, ale są tacy). Ale nie oczekuj w tej ostatniej działce za dużo. Taki wydawca to wydawca, więc jest od wydawania. A promocją zajmują się agencje marketingowe albo agenci. To do nich powinieneś się zwrócić, jeśli już Cię stać.

+ masz ogromny wpływ na proces wydawniczy,
+ Twoje honorarium często wynosi nawet 75% ze sprzedaży jednego egzemplarza (nawet 15 zł!),
+ nie przejmujesz się dystrybucją, rozliczeniami i magazynowaniem,

– wybór wartościowej firmy wydawniczej jest trudny,
– nie każda firma zajmuje się promocją,
– musisz zapłacić za wydanie swojej książki.

Niebezpieczeństwo tkwi w szczegółach, o których nawet nie masz pojęcia

Moim zdaniem, jeśli jesteś niezadowolona ze sposobu, w jaki potraktowało Cię wydawnictwo, sama jesteś sobie winna. Bo nie wiedziałaś, na co zwrócić uwagę, niedoświadczona na polu bitwy, którym jest branża wydawniczo-księgarska. Zapamiętaj więc sobie jedno: nie działaj od początku do końca sama. Konsultuj się ze swoim partnerem życiowym, przyjaciółmi, prawnikiem, agentem literackim, koleżankami z branży… Jeśli jeszcze takich nie masz, tu je poznasz:

 

 

Wydanie książki to nie jest pstryknięcie palcami. Wydawało Ci się, że skoro napisałaś tekst, to najcięższa praca już została wykonana? Droga do wydania i współpraca z wydawcą jest jeszcze męcząca, ale promocja… Och! Jeżdżąc po spotkaniach autorskich, udzielając wywiadów i uczestnicząc w targach, nieraz zdarzy Ci się zatęsknić za siedzeniem przy biurku i tworzeniem kolejnych stron… Choć nie ukrywam, że dla mnie promocja jest tak samo wspaniała jak tworzenie literatury… No cóż. O tym może następnym razem.

Bardzo dziękuję autorce bloga Świadomość Życia za inspirację do napisania tej notki. A raczej za kopa w dupę, bo chciałam ten temat poruszyć już sto lat temu… Całą resztę moich wspaniałych Czytelników zapraszam do podzielenia się swoimi doświadczeniami. Możecie też zadawać pytania, w komentarzach albo pisząc na fabrykadygresji@gmail.com

Życzę Wam cierpliwości, energii i determinacji do spełniania własnych marzeń!

Wasza

Emilia