Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Sukces się nie liczy, wiecie? Ważne są chwile, które spędza się z rodziną. Albo małe rzeczy dostarczające nam przyjemności. Szczęście nie tkwi w tym, co osiągnęliśmy, tylko w nas samych. Nie musimy być sławnymi osobami czy posiadaczami ekskluzywnych aut. Nawet to, czym się zajmujemy, nie ma większego znaczenia.

Wiecie, co sobie myślałam jeszcze kilka lat wstecz, kiedy czytałam podobne frazesy?

Upsi, komuś tu chyba w życiu nie wyszło, że wypisuje takie brednie.

A wiecie, co teraz myślę?

Że byłam bardzo głupia.

I rzecz jasna od razu sprostuję, bo możecie wysnuć fałszywe wnioski przez zastosowany przeze mnie czas przeszły. Nie, nie, teraz nie jestem wcale mądra. Jestem mądrzejsza może o pięć przeżytych lat od tamtego momentu, ale głupia się urodziłam i głupia umrę. Jestem tylko człowiekiem. Mam tylko jeden umysł. Co prawda udaje mi się wykorzystywać znacznie więcej niż 10% mózgu, ale social media, szum informacyjny, pęd i nerwowość dzisiejszego społeczeństwa z pewnością nie wpływają korzystnie na moje zdolności rozwojowe.

Po prostu jestem bogatsza w doświadczenie rozstawania się z pracą po trzech latach i lekturę książki Być szczęśliwym na Alasce, którą każdemu gorąco polecam, choć nie jest wcale łatwym poradnikiem. Filozofia przedstawiona przez Rafaela Santandreu może się wydawać niektórym zabawna, ale dla mnie ma ręce i nogi. Sprawdźcie sami, w czym tkwi Wasze prawdziwe szczęście, bo jeśli nie w Was samych, to macie problem.

Marzec minął mi jak z bicza strzelił i otworzył oczy na wiele spraw. Wiecie, sama o sobie myślę, że jestem pisarką, ale sporo osób kojarzy mnie raczej z tego, że zajmuję się wydawaniem książek. A stanowczo wolę pisać niż robić ludziom książki i uczestniczyć potem w ich spotkaniach autorskich, zadając sobie pytanie: czemu to nie jest mój wieczorek prozatorski? Czemu ja nie jestem na scenie, o co chodzi? Zamiast narzekać, muszę wreszcie coś z tym zrobić.

pexels-photo-214575

A co z kasą? Oczywiście irytuje mnie brak komfortu finansowego. Wczoraj od rana byłam nie w humorze, bo nie wiedziałam, czy na koncie znajdą się jakiekolwiek pieniądze na bilet powrotny do domu rodzinnego. Okazało się, że starczyło nawet na latte. W ten sposób pozbawiłam się chyba możliwości powrotu do Poznania, na kolejny bilet już raczej nie starczy, ale jestem francuskim pieskiem. Wiem, że to moja słabość. Dlatego pora wdrożyć kolejną rzecz, którą zrozumiałam dopiero w tym miesiącu.

Wolę w ogóle nie zarabiać pieniędzy, niż narobić się za grosze.

Czy to jest stanowisko egoistyczne? Czy to dobrze, czy źle?

Wiem, że pieniądze też ogłupiają i czynią ludzi swoimi niewolnikami. A ja nade wszystko pragnę wolności. Powoli odnajduję ją w swojej głowie, przekraczając kolejne bariery. Na przykład stres spowodowany mailami i telefonami.

Dzisiaj na to wpadłam. Dzięki mojemu tacie.

Widzisz, życie bez telefonu jest bardzo łatwe i przyjemne. Jeśli ktoś się nie może z tobą skontaktować, to nie może niczego od ciebie chcieć. A bardzo mało ludzi dzwoni, żeby po prostu zapytać, co u ciebie. Większość chce albo twojej kasy, albo gorzej, twojego czasu.

Mój tata uwielbia zostawiać komórkę w swoim samochodzie. Ale wydaje mi się, że problemem nie jest dzwoniący telefon, tylko to, jak na niego reagujemy. Jeżeli jakieś osoby wchodzą nam na głowę, to nie jest to ich wina. To my sobie na to pozwoliliśmy. Dlaczego?

Bo albo jesteśmy do tego zobowiązani (dzwoni szef, jak nie odbierzemy, to nas wyleje; dzwoni mama, jak nie odbierzemy, to się obrazi i nie dostaniemy obiadu), albo nie chcemy nikomu robić przykrości.

Tymczasem, zobowiązania są tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujemy od drugiej osoby (czyli właśnie na przykład wypłaty albo domowego rosołu). Warto sobie uświadomić, czy naprawdę potrzebujemy czegokolwiek od tego, kto nas męczy albo czegoś wymaga. A potem przeanalizować, co możemy w tej relacji zmienić.

I zacząć działać.

backpack-blonde-blonde-hair-214572

Może się okazać, że niepotrzebnie się stresujemy, bo nie jesteśmy ani nic nikomu winni, a jeśli ktoś się na nas obrazi za to, że jesteśmy szczerzy i bezpardonowi, to akurat już nie będzie nasz problem. (W dochodzeniu do tego wniosku pomógł mi wpis Blogierki o karmie).

Powoli zmierzamy do konkluzji tego postu.

Byłam w marcu po raz czwarty na Kolosach i nie widziałam żadnej prezentacji. Może kilka krótkich fragmentów, zawsze jednak było coś do zrobienia. Swoją drogą, przy naszym stoisku i tak kręcili się ciekawi ludzie, lecz najciekawszych oczywiście spotykało się na papierosie. Na przykład Krzyśka. (Story of a life). Trzeba było jechać tam cztery razy, żeby dowiedzieć się, gdzie powinnam się znaleźć.

To nie jest takie proste, ale odpowiedzią zawsze powinno być: tu i teraz.

Jestem więc tu, w domu rodzinnym, na maleńkiej kanapie w salonie, bo oddałam mamie swoją sypialnię. Leżę pod schodami, naprzeciwko wisi obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nie jest super wygodnie, ale dobrze mi. Dzisiaj upiekłam sernik, jutro dalej będę pichcić i sprzątać. Nie wiem, jak moje życie będzie wyglądało w niedzielę czy następne tygodnie. Może w kwietniu u uda się pojechać do Pragi, może nie. Może skończę 26 lat, może nie dociągnę, bo spadnie mi coś na głowę. Wiecie, różnie bywa. Mam co prawda plan, jestem zorganizowaną osobą, są projekty do zrealizowania. Ale wszystko to mogę, a nie muszę.

Jedyne, co muszę, to oddychać, bo bez tlenu po prostu umrę.

A oddychać będę teraz powoli i z rozkoszą, bo powietrze przestaje gryźć zanieczyszczeniami, a zaczyna smakować wiosną, szczęściem i wolnością.

Tego Wam życzę z okazji Świąt: niech Wam zając przyniesie koszyk pełen wiosny, szczęścia i wolności.

Wiosna, szczęście i wolność, piszę to po raz trzeci, bo tak mi się te słowa podobają. Rozkoszne są, naprawdę. O wiele bardziej niż słowo: sukces.

Buziaki!

Wasza

Emilia

SHARE WEEK 2018

SHARE WEEK 2018

Andrzej Tucholski jest dla mnie synonimem słowa blogowanie.  Gdyby nie jego działalność jeszcze za czasów jestkultura.pl, nie odnalazłabym swojego miejsca w sieci. W tym roku pierwszy raz biorę udział w jego akcji Share Week. To już siódma edycja, a ja dopiero teraz ośmieliłam się w niej wystartować. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: jeszcze dwa lata temu nie czytałam blogów. Blogosfera była tak zaśmieconym miejscem, taką chaotyczną społecznością, że nie miałam swojego zakątka sieci, nie licząc kilku blogów, których autorki recenzowały książki. Kilka lat temu działałyśmy razem z dziewczynami w blogowym świecie fan fiction. Pisałyśmy tasiemce osadzone w świecie Harry’ego Pottera, Bleacha czy Eragona.  Oceniałyśmy literackie wyczyny innych osób. Potem rozeszłyśmy się w różne strony.

I dopiero niedawno, zupełnie nieświadomie, zrozumiałam, że moje serce zostało skradzione przez kilka blogów, na które mimowolnie powracam. Nie zawsze pamiętam, od kiedy zaczęłam przygodę z czytaniem wpisów konkretnego autora, ale cały czas w głowie kołacze mi się kilka adresów. Głównie są to blogi tworzone przez kobiety z charakterem, o wielkich sercach i umysłach. Ale niespełna dwa miesiące temu trafiłam na genialny blog, o którym napiszę na samym końcu. To zdecydowanie odkrycie tego roku.

Zacznijmy wszak od początku.

Kogo polecam podczas SHARE WEEK 2018?

Riennahera

riennahera

Nie wiem, czy ją lubię. Czasem jej wpisy wbijają mnie głęboko w ziemię, przypominając, że jestem tylko człowiekiem. Choć otacza się przepięknymi rzeczami, bywa, że irytuje mnie jej materializm. Nie wiem, może zazdroszczę jej wyczucia stylu, którego mi zdecydowanie brakuje.

Abstrahując od powyższych, czytam bloga Marty już od wielu lat i nie mogę przestać. Nawet, jeśli nie do końca potrafię ją polubić czy zrozumieć, odczuwam w ogromnej mierze to samo. Lektura niektórych wpisów sprawia, że jest mi mniej samotnie. Szanuję przeogromnie za subtelne poczucie humoru, wyważony język i lekkie pióro. I piękno Instagramu. Jeśli miałabym się od kogokolwiek uczyć, jak prowadzić konto, wykupiłabym warsztaty od Riennahery.

Pani Miniaturowa

miniaturowa

To z kolei kobieta o wiele bardziej energetyczna. Wyrzuca z siebie teksty z szybkością karabinu maszynowego. Pisze prosto i szczerze, humor ma dosadny, pióro zamaszyste. Lektura jej bloga zawsze poprawia mi humor i dodaje animuszu. Siła, która bije z tych tekstów, potrafi naprawdę dać niezłego kopa. Pani Miniaturowa to wspaniała kobieta, która jest dla mnie zwyciężczynią w każdej życiowej kategorii. Jeśli coś Was przerasta, polecam przeczytać obojętnie który wpis i od razu poczujecie się mocniejsi, gwarantuję.

Lady Pasztet

ladypasztet

Styl i klasa. To właśnie Lady pokazała mi piękno feminizmu. Poleca rewelacyjne książki, świetne seriale i pisze o świecie, w którym jest pełno niesprawiedliwości dla naszej płci, ale też piękno tego, że nie poddajemy się i wciąż idziemy do przodu. Każdy wpis jest bardzo mądry, wartościowy, przemyślany oraz dopracowany. Traktujący o zwykłej codzienności, ale pełen wzniosłości, której często tak nam w życiu brakuje.

Żadna kolejna miłostka

plusa

Marta to wojowniczka i pisarka. Silna, młoda kobieta, która nie boi się krzyczeć, że feminizm to super sprawa, a orgazm jest lepszy od gotowania. Głosi bez jakichkolwiek oporów, że dobrze jest pracować nad swoim silnym duchem i silnym ciałem. Swoim przykładem pokazuje, że jak czegoś chcesz, to możesz to osiągnąć, nawet jeśli inni próbują Cię zatrzymać. To kobieta-drapieżnik, której teksty potrafią być jednocześnie ostre jak żyleta i słodkie jak różowy lukier.

Dopracowani

dopracowani

Oto blog kobiety pracowitej, uzdolnionej artystycznie i mającej najsłodszego buldoga w polskiej blogosferze. Bombur jest po prostu boski. Magda Ostrowska pokazuje, że biznes może i jest trudny, wymaga mnóstwo zaangażowania oraz bywa problematyczny, ale przy tym niesamowicie rozwija, daje mnóstwo satysfakcji, wyzwala w nas nowe pokłady energii oraz uczy mądrości i człowieczeństwa. Najważniejsze, to nigdy nie zapominać o sobie i robić wszystko z miłością. Tak, gdy w pracy ciężko albo potrzebuję inspiracji czy motywacji, wówczas zaglądam właśnie tu i szczerze polecam!

Bezdzietnik

bezdzietnik

To jedno z najnowszych i najmilszych blogowych odkryć. Wiecie, jestem jedynaczką i jakoś szczególnie nie narzekam z tego powodu, ale gdybym miała mieć siostrę, chciałabym, by była tak miła, szczera, zabawna, mądra i śliczna jak Edyta. Życiowy minimalizm, podróżowanie, siła ducha i uśmiech – tego wszystkiego doświadczycie, czytając Bezdzietnik. To blog pisany w bardzo świadomy sposób, choć jednocześnie lekko i ironicznie. Z pazurkiem, powiedziałabym, który nie rani, ale drapie po łepetynie, zmuszając czytelnika do myślenia.

No i na tle tych wszystkich piszących kobiet, tych artystek, rzemieślniczek, przedsiębiorczyń i wojowniczek…

On.

Storyofalife.pl

story

Młody, czarujący, o wyrazistym spojrzeniu, którego miałam okazję poznać osobiście. O ogromnym talencie publicystyczno-literackim, o zaraźliwej pasji do ludzi, zdolny niesamowicie, głodny życia, pozytywny wariat. Świetny fotograf przy okazji. Dziennikarz. Podróżnik. Fajny ziomek. Jego teksty są jak wiatr pachnący wolnością, bo ich lektura przenosi nas do najdalszych zakątków świata oraz naszych własnych serc, by lepiej je poznać. To, co normalne, potrafi przedstawić w niezwykły sposób. To, co zaskakujące, opisuje prosto, by każdy czytelnik zapragnął zrozumieć i przestać się dziwić. Jeździ rowerem po Polsce i puka do drzwi obcych ludzi, by pokazać prawdziwość i szczerość.

Krzysztof Story.

Kurczę, Krzyś, wiesz, o czym mi przypomniałeś? O patosie w zwykłych rzeczach, o tym, że każda przeżyta chwila zasługuje na wzniosłość, bo życie jest cudem. Bardzo Ci za to dziękuję.

Jeśli jesteś tym, co czytasz (a wiemy, że tak jest), stałam się już stuprocentową feministką z nutką podróżniczki. Ale nie ma co się szufladkować. Co rok, to obyczaj, zobaczymy, czy przyniesie kolejny rok, co mam zamiar uczestniczyć w akcji również w kolejnych latach (skoro opuściłam już sześć wcześniejszych edycji, muszę się zrehabilitować). A Wy dajcie mi znać, co czytacie, skoro teraz już wiecie, jakie są moje blogowe typy i możecie polecić coś podobnego.

Serdeczności!

Wasza

Emilia

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Wiosna wróciła do Doliny Muminków właśnie wtedy, kiedy Mała Emi nie mogła już znieść ponurej zimy, a jej rude włosy powoli brązowiały od zimna. Nowa pora roku przyniosła z sobą zapach morza, cudowne historie i dziesiątki pocałunków, jedne słodsze od drugich, zwłaszcza pocałunki słońca, od których na buzi Małej Emi powychodziły pierwsze piegi. I może dlatego, kiedy usłyszała pod swoim adresem, że jest nieprofesjonalna i nieprzyzwoita, stwierdziła, że strzeli focha, ale tylko profilaktycznie, potem zaś będzie się śmiała, ile wlezie.

Nie zamierzam ukrywać, że tegoroczna zima była okropna. Gdyby nie O trzech wykastrowanych kotach (moje najnowszew opowiadanie, opublikowane w kwartalniku Fabularie, polecam gorąco!), pewnie zapomniałabym, o tym, kim naprawdę jestem i pogrążyłabym się w otchłani rozpaczy niczym Ania Shirley, która jest mi jeszcze bliższa nawet niż Mała Mi. Zawinęłabym się w zielony depresyjny kocyk jak w 2013 i zastanawiała, dlaczego jestem taka beznadziejna. A potem bardzo chciałabym umrzeć, łykając kupiony gdzieś przez neta zolpidem.

Ale teraz świeci słońce. Na mnie świeci.

Nie jest idealnie, wciąż mam mało siły, ale zaczęła się batalia owoce kontra mąka i na razie te pierwsze wygrywają. Jeśli jestem tym, co jem, to przestałam być zapiekanką z pieczarkami Virtu i zostałam trzema gruszkami z Lidla. Traktuję to jako awans spożywołeczny.

A jeśli jestem tym, za kogo się uważam, to jest nieźle.

Jeśli nie jestem, to trudno.

Natomiast jeśli jestem tym, co ktoś o mnie mówi, to wychodzę na kretynkę do kwadratu. Bo ludzie nie wiedzą, co mówią. I mówią, żeby mówić zamiast myśleć, bo wyrzucanie z siebie słów jest łatwiejsze niż poskromienie szalejących w głowie myśli i zachowanie spokoju.

Piszę to, bo dawno nie usłyszałam krytycznego słowa, a nie bardzo przepadam za tym, gdy ktoś mi mówi, że coś źle zrobiłam. Podobno sangwinicy tak mają, taki typ osobowości i tyle. Piszę to, by powiedzieć Wam, że ludzkie słowa bardzo często mnie łamią, i część z Was pewnie ma podobnie. Ale piszę to przede wszystkim dlatego, żebyście zawsze pamiętali, by nie przejmować się za długo tym, co tam o Was kto mówi.

Bo od własnego chłopaka usłyszałam, że jestem nieprofesjonalna, kiedy powiedziałam mu, że specjalnie zostawiłam telefon w biurze, by uniknąć telefonu od nowego potencjalnego pracodawcy. Za moment się poprawił, że tylko zachowałam się nieprofesjonalnie, ale wiecie, powietrze między nami na chwilę zrobiło się kwaśne. Może miał rację, może nie miał, nie o rację tu chodzi. Może zamiast nieprofesjonalizmu zachowałam się jak dzieciak, nie wiem, może znowu to była jakaś forma autosabotażu, brakuje mi pewnie wysadzania siebie w powietrze, cóż z tego.

Słowo się rzekło, zabolało, a potem uciekło.

A potem usłyszałam o tym, że czegoś nie powiedziałam, coś zrobiłam, i przyzwoicie byłoby jednak najpierw powiedzieć, a potem robić.

Co począć?

Przeprosić.

Przeprosić nigdy nie zaszkodzi, tak jak zaszkodzić mogą słowa, które wypowiadamy pod czyimś adresem. Zwłaszcza, gdy niosą z sobą negatywną opinię.

Mama mi zawsze mówiła, że jestem za delikatna, za wrażliwa, że powinnam nauczyć się mieć twardą dupę. Ależ mnie to wtedy wkurzało! A teraz?

Teraz dalej się z nią nie zgadzam, bo to chyba dobrze, że słowa innych nas bolą. To znaczy, że liczymy się z innymi, nawet jeśli mamy inne zdanie. Tylko że zamiast zbytniego przejmowania się, warto się pośmiać. I wspomnieć sobie cytat z Carla Junga:

Rozumienie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia.

Większość istot z Doliny Muminków nie będzie w stanie przyjąć darów od wiosny, bo po prostu ich nie zauważy. Przejdzie przez Dolinę tak samo, jak robili to latem, jesienią i zimą. Uporządkuje tak samo swój ganek jak każdej soboty, napije się herbatki z jakąś Filifionką i powie, że Czarnoksiężnik to kawał kutasa, bo za plecami swojej starej jeździł na innej panterze. Ale nikt nie zapyta, dlaczego. Nie postara się zrozumieć.

Pozwólmy wszyscy wiosennemu wiatrowi wywiać zbędne słowa.

Na językach zamiast ciętej riposty albo zapiekanki Virtu niech pozostanie smak przygody, miłości i śmiechu.

Mam nadzieję, że udało mi się dzisiaj przekazać Wam troszkę wiosny. Chociaż jeden czy dwa promyki. W sercu mam ich całkiem sporo, dla nikogo nie powinno zabraknąć.

Dobra Wam życzę!

Wasza Mała Emi, czyli

Emilia