W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

Oj, biedactwo ty moje! Pogłaskałabym cię po główce i przytuliła, bo życie jest takie paskudne. Wokół tylko szare budynki, ci sami nudni ludzie i wkurzający szef. Nikt nie zasłużył na tak miałkie życie. To absolutnie nie jest twoja wina, przecież jesteś ciekawą, inteligentną osobą, to ze światem jest coś nie tak!

Gówno prawda. To jest twoja wina, pieprzony malkontencie. Weź się w garść, dobra? Już ja cię nauczę!

To może najpierw o mnie, bo to mój tekst czytasz i to najwyraźniej w jakimś celu.

W przyszłym tygodniu skończę dwadzieścia sześć lat. W ubiegłym miesiącu zrezygnowałam z pracy na etacie. Nie mam żadnych oszczędności. Państwo oferuje mi na szczęście ubezpieczenie jako osobie bezrobotnej oraz dotacje na założenie działalności gospodarczej. Mam głowę na karku, w 90% wypełnioną pomysłami, a w 10% obawami. W sercu marsza gra mi wolność, ale w weekend i tak rzucam wszystko i jadę w Bieszczady, w maju prawdopodobnie wybieram się do Warszawy, w lipcu jadę na 10 dni na Mazury oraz najprawdopodobniej w Tatry, w sierpniu – Sopot, we wrześniu – Londyn?, a w listopadzie powinnam wylądować na co najmniej 4 dni w Krakowie. Gdzieś po drodze zahaczę o Pragę.

Nie jeździłam tyle nawet pracując w wydawnictwie podróżniczym.

Facebook pokazuje mi, że od stycznia poznałam siedemdziesiąt nowych osób, tyle samo polubiło mój blog na przełomie marca i kwietnia.

Nie jestem przemęczona, wysypiam się wreszcie solidnie, nie chcę za bardzo narzekać, a gdybym już chciała, to nie mam na co.

W tym momencie naprawdę wiem, że ze wszystkim sobie poradzę, nie od razu, powolutku, ale z uśmiechem na twarzy.

Myślicie, że jestem szalona?

Myślicie, że mnie obchodzi to, co myślicie?

Brutalna prawda o byciu szczęśliwym jest taka, że nasz komfort uzależniamy bardzo często od oczekiwań ludzi, którzy nas otaczają. Chcemy, by dobrze o nas myśleli, więc marnujemy nasz własny czas (najcenniejszy surowiec w tym uniwersum, kochani!), by spełnić ich wymagania. Pragniemy być przez nich lubiani, akceptowani, bo jeśli nie, to kto nam pomoże? Kto nas wesprze w trudnej sytuacji?

Wyobraźcie sobie, ze nawet, jeśli przez całe życie będziemy komuś pomagać i latać wokół niego z wywieszonym jęzorem, będąc na każde skinienie, ta osoba i tak może nas zawieźć, gdy my będziemy jej potrzebowali.

A co z tego, jeśli inni powiedzą, że jesteśmy egoistycznymi borsukami albo niewdzięcznymi kapibarami?

Może jesteśmy, i co?

Jeśli nie ty zadbasz o siebie, to nikt inny za ciebie tego nie zrobi.

Ale jeśli ty nie zatroszczysz się o swój własny czas i swoje własne priorytety, zrobi to kto inny. Dostosowując je pod siebie.

Bo jeśli po ośmiu godzinach pracy przychodzisz do domu i snujesz się z kąta w kąt, ktoś z rodziny na przykład nie będzie miał skrupułów, żeby wetknąć ci dziecko do opieki, choć nie masz na to najmniejszej ochoty. Jeśli nie masz odwagi powiedzieć szefowi w pracy, że nie chcesz wypełniać nowych obowiązków, to będziesz je wypełniać. A gdy ktoś cię irytuje swoją paplaniną, a ty nie powiesz mu, żeby zamknął twarz, bo boisz się, że ta osoba się obrazi (sic!), to dalej czeka cię wysłuchiwanie głupot.

Czy już wiesz, dlaczego w Twoim życiu nic się nie dzieje?

Dalej uważasz, że to nie jest Twoja wina? Okej, to teraz ja posłucham Twoich wymówek.

Nie mam kasy

Brakuje mi pieniędzy, żeby gdzieś pojechać.
(Ale żeby sobie pójść codziennie na obiad za pięćdziesiąt złotych to spoko).
To była moja wymówka praktycznie od urodzenia do zeszłego roku, przez ćwierć wieku, dacie wiarę? Człowiek strasznie wolno uczy się nowych rzeczy.
Zdobywanie kasy samej w sobie jest genialną przygodą, obfitującą w całkiem sporo emocji. Ostatnie lata mojej kariery zawodowej uświadomiły mi, że kasy się nie zarabia, tylko kasę się organizuje. Do tego dochodzi kwestia priorytetów i chęci, ale jeśli zaplanujesz sobie wyjazd na lipiec, to od stycznia jesteś w stanie po prostu odłożyć te pieniądze – to najprostsza droga. Czasami okazuje się, że na wyjazd na drugi koniec Polski na długi weekend wystarczy Ci 300 zł!
To naprawdę tak dużo?

Nie mam czasu

A prowadzisz kalendarz?
Bo właściwa odpowiedź brzmi: mam czas, co prawda dopiero za dwa miesiące, ale wtedy akurat widzę puste rubryczki w moim organizerze.
Jeśli nie potrafisz ogarnąć swojego kalendarza Google albo papierowego harmonogramu, to jest coś z Tobą faktycznie nie tak. Nie masz pojęcia, ile czasu przepierdalasz, więc może najpierw to sprawdź, potem zaplanuj kilkanaście minut na dziwienie się i mówienie wszystkim dookoła, jakie życie jest jednak proste i fajne, jak się człowiek zorganizuje, a potem zacznij korzystać z planowania! Przejrzyj sobie ten rok, wyznacz czas na urlop, poszukaj dłuższych weekendów i imprez, które się wówczas odbywają, po czym jedź na te najbardziej interesujące!
A za dnia – naprawdę nie znajdziesz dwóch, trzech godzinek raz w tygodniu na robienie czegoś nowego po pracy? Może sport, kurs gotowania, pisanie książki albo bloga, cokolwiek poza gapieniem się w telefon…?

Nie mam z kim

Pewnie dlatego, że jesteś za fajna.
Zarabiasz tyle i tyle, nie będziesz zadawać się z kimś, kto zarabia mniej. A może masz doktorat z tego i z tego, więc osoby z wykształceniem średnim z góry traktujesz jako opóźnione intelektualnie. Z tamtą laską też się nie będziesz przyjaźnić, bo ma kolczyk w złym miejscu i nazywa ludzi chorymi pojebami, a to przecież takie bez klasy czy taktu. Poza tym w twoim wieku to większość już jest ohajtanych i dzieciatych, więc naprawdę trudno o nowych znajomych z podobnego rocznika.
Hm, a może skumpluj się z kimś 10, 20 lat starszym albo młodszym od siebie?
Odrzuć swoją dumę i uprzedzenia, ludzie są ciekawi niezależnie od tego, czy ich zainteresowania, religia albo statut społeczny pokrywają się z Twoim. Często wręcz przeciwnie.
Zanim kogoś ocenisz i zdyskwalifikujesz, spróbuj go poznać.
Mieszkasz w małej miejscowości? Spróbuj Internetu.
Nikt nie chce Cię zaprosić na piwo w dużej miejscowości? Sama kogoś zaproś, jak nie na piwo, to na planszówki.
Nie czekaj, aż ktoś przejmie inicjatywę, sama inicjuj!
Wyjdź człowiekowi naprzeciw z uśmiechem na twarzy, bo wszyscy mamy takie same potrzeby. Chcemy mieć z kim porozmawiać, obejrzeć serial, zjeść popcorn, pogadać o codzienności, bez względu na to, ile mamy lat!
A już ostatecznie: czy naprawdę potrzebujesz człowieka do wszystkiego? Nie możesz mieć jakiegoś zajęcia, którego podejmiesz się samodzielnie? Samotne wyprawy przecież też są cudowne!

Oto moje wiosenne przesłanie.
(Zimą pewnie bym powiedziała, że życie jest do dupy i nie warto się starać o cokolwiek, i tak wszyscy umrzemy).
No ale wiecie, ile razy można komuś powtarzać, żeby się ogarnął, skoro można napisać to raz i potem tylko wysyłać mu linka?
Trochę mi głupio, że zrzuciłam na Was tekst na grubo ponad tysiąc dwieście słów, ale jeśli obrana tutaj filozofia do Was w miarę przemawia, to polecam jako lekturę dopełniającą książkę Rafaela Santandreu Być szczęśliwym na Alasce. Uwaga: wewnątrz nie ma ani jednego słowa o Alasce. Za to sporo o byciu szczęśliwym albo przynajmniej o skończeniu ze szkodliwym, malkontenckim pierdoleniem.

Na koniec jeszcze jedna myśl do rozważenia.
Może nie jesteś w istocie typem, który lubi przygody, nowych ludzi, ciekawe doznania…? Może pasuje ci bura codzienność, ludzie, których spotykasz codziennie, nie potrzebujesz wcale nowości. Netflix, piwko i kanapa w domu też ma swój urok, zawsze można popisać z jakimś starym znajomym na fejsie… Ja nie mówię, że to jest złe, rozumiemy się? I nie chcę, żebyś to rzucił, jeśli taki tryb życia ci odpowiada.
Ale zrozum to, zaakceptuj i przestań gadać na około, że tak ci źle i niewygodnie, i przykro, i ciągle coś nie tak, bo… to twój wybór. Stałość, pewna doza rutyny, zaufane grono znajomych – w tym nie ma nic złego, a jeśli ktoś z tego powodu ci ciśnie, więc udajesz, że ci to nie pasuje, skończ z tym.

Po prostu bądź ze sobą szczery.

Ale wyjdź z chałupy od czasu do czasu, bo słońce pięknie świeci i warto pooddychać świeżym powietrzem.

Pozdro!

Jeśli tekst Ci się spodobał, daj mi kopa do kolejnych tekstów – zasadź mi lajka na fanpage.

W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

Z Magdaleną Pioruńską rozmawiałam prawie 13 miesięcy temu przy okazji premiery jej książki, Twierdzy Kimerydu, nad którą Fabryka dygresji objęła dumny patronat medialny. Jeżeli pragniecie wiedzieć, jak wygląda rok po premierze debiutu literackiego, koniecznie przeczytajcie drugi wywiad z Magdą, będącą również redaktorką naczelną portalu Szuflada.net. Dowiecie się, z jakimi trudami wiąże się ciężka praca debiutanta, by wypromować swój tytuł.

Emilia: Jak wyglądało ostatnich dwanaście miesięcy? Co wydarzyło się przez ten czas w polu literackim, związanym z Twierdzą Kimerydu?

Magdalena: Ostatnie dwanaście miesięcy były szaloną jazdą kolejką górską bez trzymanki. Mogę już na pewno powiedzieć, że wykonałam wręcz nadludzki wysiłek, żeby zaistnieć w roli pisarski i artystki: nie tylko w mojej świadomości, ale też w świadomości innych ludzi.

Co się tak naprawdę wydarzyło? Przełamałam kilka stereotypów, wpuściłam odrobinę świeżości do polskiej literatury, odważnie stanęłam za swoimi poglądami i pozwoliłam samej sobie dojść do głosu. Wyznaję zasadę, że trzeba samemu doświadczyć pewnych sytuacji, skonfrontować zdanie większości we wszystkich istotnych tematach. Rodzimy się sami, umieramy sami. Tyle wiem na pewno. A i jeszcze, że nic nie powinniśmy w życiu poza tym, że powinniśmy umrzeć. Samodzielność niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw, ale nic tak nie smakuje, jak wolność. Powietrze nawet pachnie inaczej, a my sami jesteśmy zdolni do rzeczy, których nawet się nie spodziewaliśmy. Zaczęło się właściwie od tego, że w ramach promocji książki musiałam odpowiedzieć na wiele pytań w wywiadach. Potem też prowadzący moich spotkań autorskich dopytywali mnie o różne sprawy. Byli ciekawi mojego światopoglądu, konkretnego przekazu. Okazało się, że jest go bardzo dużo w mojej książce, choć ja sama nigdy nie myślałam o pisaniu, jak o jakimś manifeście.

Pisanie jest dla mnie wyrazem wolności, więc nie, nigdy przenigdy w moim odczuciu nie będzie manifestem. Byłam nieświadoma, jak wiele z siebie dałam w tej książce. Jest dla mnie ważna, bo jest moim poważnym debiutem, ale też dlatego, bo jest prawdziwa. W Twierdzy Kimerydu rozprawiłam się z moimi życiowymi kompromisami. Powiedziałam sobie dość. Nie będę więcej udawać, że jestem normalna, że pasuję, że umiem się podporządkować, że wiem, jak żyć i że z tego tytułu mam prawo pouczać innych. Bo nie mam. Nikt nie ma. Wiem za to do czego się nadaję, do czego się nie nadaję, co lubię, a czego nie. I absolutnie nie mam ochoty narzucać moich preferencji ludziom. Nie życzę sobie też, żeby ktoś zachowywał się tak wobec mnie.

Czasem życie wymaga od nas wykonania kroku do tyłu, spojrzenia prawdzie prosto w oczy i przekonania się, ile tak naprawdę udało nam się osiągnąć i czy było warto. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. A i jeszcze uważaj o czym marzysz, bo te marzenia mogą się ziścić. Z całą pewnością wiem, że nie będę już taka, jak przed premierą książki. Bo jestem chciwa z natury i tak, chcę więcej i więcej, i więcej. Aż zabraknie mi sił i umrę z przepracowania.

Jakie działania podjęłaś, by dotrzeć z informacją o Twierdzy do czytelników?

Przyznam Ci się szczerze, że na początku korzystałam z pomocy profesjonalnej specjalistki do spraw promocji, którą wynajęłam, korzystając ze starych znajomości. A potem cóż… potem to jakoś poszło samo. Dużo pomogła mi moja graficzka Ania Niemczak, niezwykle skromna i utalentowana dziewczyna, która wykonała ogromny kawał roboty przy grafikach do książki i potem przy tworzeniu różnych gadżetów w twierdzowej tematyce. Dużo pomogły mi też dziewczyny z Bookstagrama. Bardzo się odnalazłam na Instagramie, graficzna strona Twierdzy wpasowała się w instagramowy trend okładkowych srok. Innymi słowy przedsiębiorczy Tyrs sprzedawał mi książkę. Z tego też jestem dumna, bo jeśli już się z kimś światopoglądowo identyfikuję w Twierdzy, to właśnie z nim. Promocja była też dość spójna, Tyrs i spółka pasowali do mojego nastroju, do mojej nieskończonej bezkompromisowości. Co więcej sama się bardzo dużo nauczyłam w jej trakcie. W pewnym momencie przejęłam główny ster promocji i mocniej uderzyłam w youtube i bookstagram. Okazało się też, że, UWAGA, polubiłam ludzi. Wiesz, że ja z zasady nie lubię ludzi? Wolę zwierzęta, kwiaty, książki, komiksy, teatr… Ludzie mnie męczą, irytują, sprawiają, że robię się nadmiernie nerwowa, agresywna. Nie lubię też jakiejkolwiek ingerencji w mój świat chyba, że sama na to pozwolę. Czasem moje zachowanie bywa mylące, bo jestem też otwarta z natury i energiczna. Wiem, że wysyłam dziwny impuls, że jakby chcę, żeby ktoś się bardziej angażował, a tak wcale nie jest. Z drugiej strony kiedy sama kogoś zapraszam, okazuje się, że taka osoba wykazuje dużo rezerwy, bo przecież słyszała, że jestem aroganckim odludkiem z ironicznym uśmieszkiem, wiecznie przyklejonym do twarzy (co zresztą nie jest kłamstwem :P)

Czy była to ciężka praca?

Cholernie. Ale we mnie się coś wtedy otworzyło, coś obluzowało. Jakbym zbierała wszystkie doświadczenia, wszystkie rozczarowania i radości właśnie na tę okazję. Po raz kolejny w życiu rozkwitłam. Przypomniałam sobie o wielu moich artystycznych znajomych, albo oni sobie o mnie przypomnieli, a potem wszystko wydarzyło się samo. Wiesz, ja kocham media, kocham dziennikarstwo. Magię radia w szczególności, choć nie gardzę też gazetą i telewizją. Media odwdzięczają mi się taką samą miłością. Bo to nie zagra inaczej – albo kochasz życie w obiektywie, albo nie. Albo się z tym dobrze czujesz, albo nie. Ja czuję się tam świetnie. To moje miejsce, mój żywioł. Lubię wychodzić przed szereg, nawet kiedy do mnie strzelają.

Jakie media lub osoby były najbardziej zaangażowane?

Na pewno moja Szuflada, ale też co ciekawe bardzo moją osobą zainteresowały się media wieluńskie, zyskałam dużą lokalną sławę. Na początku dziwnie się z tym czułam, ale teraz jestem za to bardzo wdzięczna, bo dobrze się dzięki temu bawię. Poza tym oczywiście bookstagram. Dużo świetnych blogerek i fotografów włączyło się w promocję Twierdzy Kimerydu, a co więcej większość tych osób zrobiła to zupełnie bezinteresownie z czystego zainteresowania książką. Z tego miejsca dziękuję przede wszystkim Boskiej Safonie, która wykonała serię świetnych zakładek do książki i Weź nie czytaj, odpowiedzialnej za dinozakładki z chłopakami. Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o mojej ukochanej pop.books, dzięki której poznałam zalety i uroki bookstagrama. Wolę go teraz bardziej od facebooka i jestem mu oddana całym sercem.

Czy możesz zdradzić, jak realnie przełożyło się to na sprzedaż?

Owszem. Wiem, że bez Empiku, bo niestety nie miałam go zagwarantowanego w umowie, bez żadnej promocji, książka ginie. Nie tylko nie istnieje w świadomości ludzi, ale w dodatku w ogóle się nie sprzedaje. Oczywiście bez dystrybucji w największej księgarni w Polsce, autor ma znacznie pod górkę, musi sam powalczyć o odbiorcę, znaleźć grono oddanych czytelników. To jedyna droga. Na początku łudziłam się, że obędzie się bez mojej inicjatywy, że nie będę musiała bawić się w sprzedaż bezpośrednią. Byłam bardzo zmęczona własnym wkładem w wypromowanie i sprzedawanie książki. To tak jakbyś pracowała na trzy etaty. Przypomnę Ci, że mam jeszcze własny portal Szuflada.net, choć na szczęście moi redaktorzy radzą już sobie doskonale bez mojej większej ingerencji, pracuję w szkole, piszę książki i zaangażowałam się w teatr młodzieżowy. Czasem po prostu przydałaby się pomoc, ale ja należę do tych dumnych, nadąsanych ludzi, którzy nigdy o nią nie poproszą, bo boją się, że udławią się wtedy własnymi słowami. Promocja i sprzedaż Twierdzy nauczyła mnie znowu polegać na innych, prosić ich głośno o wsparcie. Niestety nie wszystko można załatwić samemu, nie wszędzie dotrze się tylko, polegając na własnych siłach, nawet jeśli są naprawdę spore. Zawsze jednak stoisz przed wyborem: poddać się, powiedzieć sobie: już wystarczy, albo podnieść się, otrzepać i iść dalej.

Jak wyglądają prace nad kolejną częścią Twierdzy?

Już ją napisałam i jest w redakcji. A co?

Ogromna ciekawość dalszych losów nie tylko bohaterów Twierdzy Kimerydu, ale i perypetii wydawniczych. Wracając do bardziej twórczego aspektu: ile dziennie czasu przeznaczasz na pisanie?

Piszę partiami. Mam napady weny i wtedy siadam i piszę godzinami. Nie piszę przez to regularnie. Zawsze tak zresztą miałam. Regularność, zasady, przewidywalność, zdecydowanie nie są dla mnie.

Czy dalej kształcisz się w pisaniu?

We własnym zakresie  tak. Na przykład teraz zastanawiam się nad rodzajem narracji w trzeciej książce, na którą od dawna mam pomysł i jeszcze nic nie zrobiłam, żeby ją chociaż zacząć. Może to też wina tematu. Wybrałam sobie naprawdę trudny motyw przewodni: irytującą moralność i wąskie myślenie ludzi z małej miejscowości, które wpływa destrukcyjnie na głównych bohaterów książki. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.

Skąd te trudne tematy u Ciebie? Twierdza Kimerydu oscylowała wokół radzenia sobie z innością, własnymi demonami i odziedziczonym po rodzicach brzemieniem. Wszystko to przystrojone pstrokatą afrykańską scenerią i mnóstwem odcieni zachowań bohaterów. Nie lepiej napisać coś prostolinijnego, co będzie po prostu łatwe i zyska rzeszę czytelników?

Piszę o tym, co chcę. Jeśli zyskuję rzeszę czytelników, to fajnie. Nigdy zresztą nie myślę o potencjalnej rzeszy czytelników, kiedy piszę. Książka musi mieć przede wszystkim temat, a potem jego wciągającą realizację. Co się zaś tyczy postaci pociągają mnie ciekawe, nietuzinkowe osobowości. Antybohaterowie, wyrzutki, może nawet antagoniści. Tylko, że antagonizm pozostaje ostatnio w sprzeczności z moją wewnętrzną potrzebą zachowywania pozytywnej energii z rzeczywistością. Dlatego powoli się do niego dystansuję. Myślę, że bunt nie oznacza wiecznego narzekania, odrzucania świata i zamykania się w sobie. Bunt to raczej głośne wyrażanie swojego zdania i proponowanie światu ALTERNATYWY. Lubię myśleć, że jestem właśnie taką buntowniczką. Myślisz, że to powód, żeby nazwać mnie zarozumiałą?

Daleka jestem od wydawania opinii na temat innych ludzi, więc nie odpowiem na to pytanie. Zamiast tego, zapytam, jakie są Twoje dalsze pomysły na rozwój literacki? W zeszłym roku przy okazji wywiadu powiedziałaś, że dalej chcesz budować Szufladę i tworzyć. Czy coś się zmieniło?

Nie, właściwie nic. Tylko brakuje mi czasu i sił. Wszystko wokół mnie zaczęło żyć własnym życiem i jestem teraz w takim momencie podejmowania decyzji. Wiesz, jestem już stara. Mam 32 lata. Czasem dopada mnie irytująca myśl, że za późno zaczęłam, za późno dorosłam. Choć nie było mi łatwo w środowisku, z którego się wywodzę.

Każdy czas jest dobry. Uważam, że pośpiech i pęd są bardzo zgubne. Aż nie mogę uwierzyć w to, co piszę, ale faktycznie tak myślę. Powiesz nam coś więcej o swoim środowisku? Dlaczego było trudno?

Lubisz wkładać kij w mrowisko, co? To dobrze, bo ja też. Wywodzę się z małej miejscowości, właściwie również z wioski, czyli ze środowisk, w których w większości nie za bardzo ceni się sztukę i literaturę. W szkole zawsze mi powtarzano: dobrze, że masz taki talent, że jesteś taka super, ale NIC Z TEGO NIE BĘDZIESZ MIEĆ. A co to znaczyć coś mieć? Co to, do diabła, znaczy? Od tamtej pory nie znoszę, kiedy ktoś mi mówi o moich szansach i o moich umiejętnościach, a już szczególnie, kiedy wypowiada się na temat życiowej drogi, którą obrałam. Wyjdź za mąż, uśmiechaj się nieszczerze, niezbyt pewnie patrz ludziom w oczy, nie wychodź poza szereg, módl się, pracuj, nie miej zbyt odważnego zdania, nie nadajesz się, nikt cię nie chce, nie powinno cię być, nie pasujesz, nie ma cię. Znasz to? Tak wyglądało moje życie w liceum i jeszcze potem na studiach, kiedy wracałam z akademika do domu. To nieprawda, że tylko w grupie jesteśmy silni, zaryzykuję stwierdzenie, że często grupa nas osłabia. Trzeba przede wszystkim ufać sobie. Wierzyć we własne umiejętności i akceptować siebie, akceptować swoją inność. Zawsze wybieraj życie, działanie. Nigdy się nie wycofuj, nigdy nie uciekaj.

Jaki wg Ciebie powinien być współczesny polski pisarz u progu kariery, jakim zestawem cech charakteru powinien się charakteryzować? Bo obie wiemy, że nie jest to łatwe zadanie.

To będą typowe frazesy, ale przede wszystkim powinien być pewny siebie i swojego talentu. Mieć to wewnętrzne przekonanie, o tym, że naprawdę go posiada. Być zdolny do podejmowania ryzyka, liczyć się z tym, że jak się wychodzi przed front, to będą do Ciebie strzelać, w dodatku uda im się kilka razy trafić, a rany postrzałowe bardzo krwawią, piekielnie też bolą. Potem trzeba nauczyć się chodzić z dziurą w kolanie.

Poza tym muszą mieć tę świadomość, że jakikolwiek sukces, zwłaszcza ten literacki, nie jest efektem kilkudniowej pracy, tylko trwa falowo, wymaga cierpliwości, miłości do tego, co się robi, autentycznej pasji i uporu pociągowego osła. Odpowiem Ci cytatem z Tyrsa: albo coś robisz, albo czegoś nie robisz. Proste. W życiu wygrywa się konsekwencją.

Ale przyda się też odrobina poczucia humoru. Zwłaszcza tego ironicznego. 😉

Kiedy będzie można przeczytać drugą część Twierdzy?

Jak skończę redakcję i korektę, będę się zajmować dalszą częścią procesu wydawniczego. Nie spieszę się, raczej wolę się przygotować i mieć do tego czysty umysł, wolny od uciążliwych myśli i koncentracji na codziennym życiu, które niestety jest takie, jakie jest i trzeba to akceptować bez zbędnej oceny. Debiut był dla mnie ogromnym poświęceniem i wymagał ode mnie ogromnego nakładu pracy. Teraz chcę zrobić to jeszcze lepiej, być przygotowana na każdą ewentualność. Dziękuję za wywiad, mam nadzieję, że ze mną zostaniesz. 🙂

A ja mam nadzieję, że zostanę nie tylko ja, ale i wszyscy czytelnicy. I że tak jak ja będą wyczekiwać sequelu oraz innych Twoich dzieł. Mam nadzieję, że wywołasz jeszcze więcej zamieszania następnym utworem. Trzymam za to kciuki i również dziękuję za rozmowę!

Czy macie podobne odczucia związane ze swoimi debiutami literackimi? A może losy Wasze i Waszej książki potoczyły się zupełnie inaczej? Jeśli chcecie opowiedzieć swoją historię, czekam na nie w komentarzach oraz pod adresem mailowym fabrykadygresji@gmail.com

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Zazwyczaj, kiedy oglądam film sensacyjny, nie zakochuję się w głównym bohaterze. Wolę postaci drugoplanowe, tych słodkich fajtłapowatych pomagierów, grzeszących raczej intelektem niż siłą mięśni i wspaniałomyślnością. To samo w książkach. Im mniej jakiejś postaci, tym jest po prostu ciekawsza. Ale oto nadszedł czas, bym zmieniła punkt widzenia, bo w Drugiej rzeczywistości autorstwa Andrzeja Mathiasza taki właśnie bohater gra pierwsze skrzypce.

Tom Clark to młody, światowej sławy haker, który staje się szefem Cieni. Ich zadaniem jest ochrona najpotężniejszego we Wszechświecie wirusa, za pomocą którego wojsko chce stworzyć broń masowego, informatycznego rażenia. Jak to jednak w życiu bywa, broń zwraca się przeciwko swoim twórcom, opanowując po kolei każdą, najmniejszą nawet dziedzinę życia, by dokonać całkowitej zagłady ludzkości. Pokonać wirusa może tylko Tom Clark, który…

Ginie na pierwszych stronach książki.

Co za niefart.

A jednak. Jakimś cudem (być może cudem techniki albo siły wyższej, sprawdźcie sami), Tom powraca. Nie powiem na temat rozwoju fabuły już nic więcej, ale jest naprawdę ciekawie. Jeśli jesteście miłośnikami dobrej rozrywki w formie sensacji z odrobiną romansu i fantastyki, szybkiej akcji z mnóstwem niespodziewanych zwrotów oraz mocno zarysowanych charakterów, zdecydowanie jest to książka dla Was.

Ale to nie wszystko. Bo gdyby to było na tyle, pewnie nie zadałabym sobie trudu pisania o tej książce. Księgarnie w końcu pękają w szwach od zatrzęsienia lektur, które przynoszą tylko i wyłącznie kilka chwil relaksu.

Druga rzeczywistość jest książką niekonwencjonalną, skłaniającą nas do refleksji, ale niezbyt ciężkiej, nie obawiajcie się. Zamiast tego: zastanówcie się.

Jak zaczynacie dzień?

Pewnie wstajecie z łóżka, obudzeni dźwiękiem budzika, wydobywającego się z Waszego telefonu. Włączacie laptopa, by sprawdzić maile, idziecie do łazienki, gdzie używacie może elektronicznej szczoteczki, a później, w kuchni, robicie sobie kawę z nowego ekspresu, który także jest w pewnej mierze elektroniczny. W drodze do pracy albo zakładacie na uszy słuchawki, słuchając muzy ze Spotify’a, albo w samochodzie korzystacie z funkcji inteligentnego parkowania. Aplikacja Endomondo mówi Wam, ile kilometrów przebiegliście na podstawie sygnału GPS-u, więc po chwili dzwoni do Was przyjaciółka, czy może do Was dołączyć, bo akurat jest w pobliżu z dzieckiem w parku, więc poplotkujecie sobie troszkę. Potem lądujecie niefortunnie w McDonalds, bo dzieciakowi zachciało się shake’a, a Tobie wibruje smartfon, prosząc, byś ocenił restaurację i wrzucił do sieci kilka fotek. Wieczorem podczas przeglądania Facebooka pojawiają ci się reklamy dokładnie tych sukienek, o której rozmawiałaś dwie godziny wcześniej z kumpelką. Hmmm…

Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała mi, że Norwegia ma być pierwszym krajem, z którego znikną papierowe pieniądze i w zupełności zastąpi je waluta elektroniczna. Ja przepraszam bardzo, ale czy bezdomni będą łazić po Norwegii z terminalami w kieszeniach?

I co, jeśli wkradnie się wirus, który zmieni szyfrowanie w bankach i z plusa na koncie uczyni minus?

Po lekturze Drugiej rzeczywistości moja paranoja jeszcze przybrała na sile. Bo skoro Andrzej Mathiasz, artysta, człowiek kultury, pisarz i filmowiec, z takimi szczegółami potrafi opisać szereg niefortunnych zdarzeń, które mogą bardzo szybko doprowadzić do zagłady ludzkości, to myślę sobie: co z prawdziwymi hakerami? Co z tymi, którzy pracują dla Rosji, Chin i USA i zajmują się podobnymi działaniami? Znacie tę zasadę: jeśli jeden człowiek na coś wpadł, taka rzecz już pewnie została wymyślona i udoskonalona przez innego człowieka, dużo wcześniej.

Jak więc zatrzymać tę nieszczęsną, samonapędzającą się przez media społecznościowe mroczną karuzelę?

Po pierwsze: przeczytać książkę Druga rzeczywistość Andrzeja Mathiasza. (Niepozbawioną oczywiście drobnych wad, takich jak chociażby drażniące fuck wypowiadane co chwila przez detektywa Skalsky’ego — skoro książka jest po polsku, to czemu po prostu nie nasza rodzima kurwa?, na które wszak można przymknąć oko z powodu czarującego głównego bohatera).

Po drugie: przywiązywać uwagę do błahostek. Wiem, czasami jesteśmy zbyt leniwi, ale przeczytajmy chociażby ten artykuł i zmieniajmy od czasu do czasu nasze hasła. Pamiętam, kiedy na WTK 2015 mojego laptopa zaatakował wirus i zaczął zjadać mi pliki tylko dlatego, że nie miałam zainstalowanego aktualnego antywirusa na komputerze. Wiecie, ile dobrych tekstów poszło w cholerę?

Po trzecie: zastanowić się nad tym, co publikujemy w Internecie, po co i kto może być tego odbiorcą.

Reasumując, myślcie i czytajcie, zwłaszcza takie pomysłowe, niebanalne książki, bo choć temat dosyć oklepany, to ubrany w niebanalne przemyślenia i mnóstwo oryginalnych konceptów.

Za możliwość lektury z całego serca dziękuję Autorowi.

Polecam i pozdrawiam!

Wasza

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Jak powszechnie wiadomo, życie pisarza to same blaski, żadnych cieni. Wszyscy cię lubią, cenią za to, co napisałaś, zapraszają na każdą imprezę, widzą w tobie guru, szampan leje się strumieniami, a hajsu nigdy nie brak.

A tak naprawdę to nie.

Często masz przerąbane z różnych powodów. Bo napisałaś coś w książce w narracji pierwszoosobowej i teraz ludzie uważają, że to ty tak myślisz. Albo gorzej! Główna postać postanawia zamordować irytującą znajomą i potem część koleżanek patrzy na ciebie spode łba, zastanawiając się, czy nie jesteś chorym pojebem oraz bojąc się wyjść z tobą na drinka do miasta.

Na początku takie sytuacje bardzo mnie irytowały. Krzywdziły. Bolało mnie serce, bo nie wiedziałam, dlaczego niektórzy nagle przestają się do mnie odzywać, a inni wyłaniają się z mroku przeszłości i nagle chcą się znów przyjaźnić. Szczególnie dobijały mnie stwierdzenia, które słyszałam na każdym kroku, bo często przelewały szalę goryczy, a ja nie wiedziałam, jak się zachować. Być miłym i się uśmiechać? Mówić, że wszystko jest spoko, podczas gdy w środku szaleje demon wściekłości? Asertywności jeszcze do niedawna było we mnie za grosz. Teraz usilnie nad tym pracuję. Top 10 irytujących tekstów przedstawiam poniżej z komentarzami, których kilka lat temu niektórym osobom nie powiedziałam, a powinnam.

  1. — Czy mogę ci przesłać swój tekst? Bardzo potrzebuję, żeby ktoś rzucił na niego fachowym okiem.

    — Naturalnie, moja stawka za jeden arkusz wydawniczy wynosi trzysta złotych.
    To zdecydowanie najczęściej zadawane mi pytanie. Najgorsze, kiedy pojawiasz się na imprezie, nie zdążysz jeszcze ściągnąć z siebie futra, a już masz w rękach czyjś maszynopis.
    Wiecie, teksty debiutantów często są po prostu złe jak odbyt szatana. I kiedy próbujesz przekazać im to na twarz, nie są w stanie uwierzyć, więc po co robić sobie kłopot?
    Rzecz jasna, to nie jest tak, że nie chcę pomagać, bo jestem zadufaną w sobie szmatą. (Nie aż tak). Lubię pomagać, ale jestem dosyć zajętą osobą. A nawet, jeśli akurat mam wolne, to wolę sobie poczytać teksty Chutnik, Żulczyka, Twardocha, Orbitowskiego, teksty sprawdzone, renomowane, dla przyjemności własnej, nie czyjejś.
    Inaczej się walczy o atencję, jeśli się nie chce za coś płacić. Stara się sobą zainteresować, przekonać do konceptu, polubić się i dopiero potem poprosić o przysługę. Nie mam nic przeciwko interesującym tekstom. A kiedy powiem Wam, że jeśli naprawdę kochasz pisanie, powinieneś robić to dalej, to wiedzcie, że daliście mi do czytania totalną szmirę.

  2. — Słuchaj, co mi się przydarzyło, to będzie na pewno dobry scenariusz do twojej kolejnej książki!

    — No na bank. Pozwól, że ja o tym zdecyduję, dobra?
    Bo pomysłów to mam swoich od zatrzęsienia i więcej nie potrzebuję. Ale jeśli chcesz mi dać trochę czasu, to przyjmę go, a w zamian oddam cokolwiek, co zechcesz. (Oprócz roślin i bliskich, istotami żywymi nie handluję).

  3. — Ile zarobiłaś?

    Wkurza mnie to, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sugeruje wszak, że nadawca tego komunikatu ma jedną z dwóch motywacji. Albo chce zajrzeć do wnętrza mojego portfela, co nie jest wskazane, bo wewnątrz jest tylko mroczna odchłań i nie warto się tym interesować, bo można zostać pożartym przez nicość, albo sam chce napisać książkę i wydać ją dla kasy. Nie widzę w tym nic złego, acz pytanie mnie bawi, bo na debiucie raczej można stracić zęby niż zyskać hajsy. Kto zarobił na swoim debiucie, niech podniesie rękę w komentarzu i powie, jak to zrobił, nie mając wcześniej zbudowanej społeczności odbiorców.

  4. — Gdzie można kupić twoją książkę? Dostanę z rabatem?

    — W sklepie.
    Aż się prosi o taką odpowiedź, co nie? Aczkolwiek na forum odpowiadam, że można ją kupić też u mnie, wystarczy napisać na fabrykadygresji@gmail.com i zamówić, a dostanie się ją z fajnymi bajerami. Różnistymi.

  5. — Można z podpisem?

    — No a co mam zrobić?
    Po prostu nie mogę przestać się dziwić, dlaczego ludzie chcą mojego podpisu. Może po to, by zeskanować albo jakoś podrobić i wziąć potem na mnie jakiś kredyt? Jestem zwyczajną babką, po co mam gryzmolić po Twojej książce? Znaczy ja wiem, myślisz, że jestem albo będę fajna za kilka lat i to będzie wyjątkowy egzemplarz tej książki, więc opylisz go na Allegro po arcyhipsterskiej cenie. Może masz nawet rację, ale cały czas trudno mi się do tego przyzwyczaić. Uwiera mnie jakoś to podpisywanie. Pewnie za rzadko to robię.

  6. — Czy opisujesz prawdziwe wydarzenia?

    — A czy ma książce napisałam, że to reportaż? Nie? To dobrze, bo to powieść. Fikcyjna.
    Dajcie spokój, przecież wiadomo, że każdy pisarz w jakiś sposób, mniejszy lub większy, przetwarza otaczającą go rzeczywistość.

  7. — Kiedy kolejna książka?

    — Im rzadziej będę musiała marnować czas na głupie pytania, tym szybciej się ukaże.
    To pytanie już mnie nie irytuje, tylko wkurwia, więc darujcie sobie, dobra? Pracuję nad tym. Nie tak intensywnie, jakbym chciała. A może jednak właśnie tak, może to ślimacze tempo to moje nowe tempo. Ale przestańcie zadawać to pytanie. Błagam. Bo zejdę z wyrzutów sumienia i nigdy nic się mojego już nie ukaże.

  8. — Może wzięłabyś się do normalnej pracy?

    — Jakbym potrafiła, tobym się wzięła.
    Wszystko co robię i tak się wiąże z literaturą. Prawie trzy i pół roku pracy w wydawnictwie, teraz freelance w charakterze agenta literackiego, recenzje książek, robienie korekt, wieczorki prozatorskie, warsztaty, blog… Nie oszukujmy się. Potrafię tylko się babrać w literaturze.

  9. — Opowiedziałabym ci coś, ale nie mogę, bo to opiszesz.

    — Ta, jasne.
    No dobra, jest jedna osoba, która faktycznie, jeśli zaczyna mówić w ten sposób, ma coś bardzo, bardzo, bardzo ciekawego do powiedzenia i bez wątpienia wartego opisania. To moja mama. I ma wszelkie powody by sądzić, że będę chciała opisać to, co powie, bo szalone historie, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu, inspirują mnie jak nic innego. Muszę znaleźć sposób na mamę, może ktoś mi pomoże? Czekam na pomysły!

  10. — Ja wtedy tak się nie zachowałem!

    — Ja wtedy w ogóle o tobie nie pisałam.
    Już chyba wspominałam, że zdarza się, iż z mojego dalszego otoczenia wyskakują znajomi z jakimiś dziwnymi jazdami. Faktycznie, inspirują mnie osoby z mojego otoczenia, ale tworzę fikcję. (Pewnie będę musiała to powtarzać do usranej śmierci). Łączę wątki, postaci, zachowania, miksuję wszystko z własną wyobraźnią, telewizyjnymi wiadomościami, snami, lękami, i tak dalej. Jeśli ktoś bierze to na serio, jest gorszy niż babcie Kunegundy, które myślały, że kiedy Hania z M jak miłość wjechała w kartony, Małgosia Kożuchowska też nie żyje.

Nie bierzcie tego tekstu za bardzo na serio.

Trochę mi głupio, że to piszę, bo robię z Was łochów, którzy nie łapią satyry, ale czuję, że niektórzy po prostu nie mają do siebie odpowiedniego dystansu i mogą sobie wziąć ten tekst zbytnio do serca. I niej jest to niczyja wina, może ja mam po prostu za dużo dystansu.

Co nie przeszkadza mi się niepotrzebnie wkurzać.

Bo wiecie, te wszystkie teksty tak naprawdę w ogóle nie sprawiają mi problemu. W głębi serduszka nawet cieszą, bo to oznacza, że ktoś się interesuje, ktoś czyta, ktoś chce się więcej dowiedzieć.

Słowa to tylko słowa.

He, he.

Przy tej okazji wspomnę, że napisałam ostatnio ebooka! Postanowiłam spróbować swoich sił w selfpublishingu. To taki drobny specjalistyczny poradnik pt. 7 grzechów głównych debiutanta. Jeśli chcecie otrzymać pierwsze rozdziały za darmo i dowiedzieć się, co od razu dyskwalifikuje tekst w oczach redaktora z wydawnictwa, koniecznie zapiszcie się na mój newsletter, oki-doki? Formularz poniżej.

 

Mail

 

A niedługo widzimy się na YouTube! Subskrybujcie, jeśli nie chcecie przegapić mojej tyrady na temat książki Otoczeni przez idiotów.

To tyle. Buziaki!

Wasza

Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku: