Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Płonę! Pot ścieka ze mnie kroplami wielkimi jak ziarna grochu. Temperatura w Poznaniu daleka jest od poezji. 33 stopnie w cieniu to dramat (tudzież patologia), ale i tak czuję się rewelacyjnie! Bo działo się i dziać się będzie. Już Wam opowiadam!

Pisanie

Wreszcie (po latach pierdolenia, że to robię) wzięłam się naprawdę do pisania. Pomogły mi w tym warsztaty literackie oraz zupełnie nowy projekt. Moja kolejna książka będzie lekką, zabawną, zmysłową i… dziwną powieścią dla kobiet. Opowiadać będzie o dwóch absolwentkach poznańskiej uczelni, Grażynie i Antoninie, które wyruszają w Sudety, by ratować rodzinny biznes jednej z nich. Będzie płomienny romans z pisarzem, góry i śpiewający karzeł. A to tylko część atrakcji. Napisałam 6 rozdziałów i cisnę dalej. Trzymajcie kciuki!

Do tego przeczytałam dwie godne uwagi książki, które trafiają do mojej feministycznej biblioteczki. To A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej i równie lekkie w lekturze Wzloty i upadki młodej Jane Young napisane przez Gabrielle Zevin. Pochłonęłam też Dżozefa Jakuba Małeckiego, ale o tym ze szczegółami nieco później…

Podróżowanie

W lipcu wybraliśmy się najpierw na Mazury i do Malborka, a potem na drugą już odsłonę obozu wędrownego (o pierwszej, sudeckiej, możecie przeczytać tu). Tym razem wytrwaliśmy w Beskidzie Niskim tylko trzy dni. Słabiaki-Poznaniaki. Ulewne deszcze i agresywne burze, a także nieoczekiwane odparzenia stóp (nie wiem, jak to się stało, łaziłam w tych butach cały rok!) i ból kolana (Darek, idź w końcu do lekarza, Pirenejów w ten sposób nie zrobisz) nieco zabrały nam przyjemność z wyprawy. W ciągu tych kilku dni przeszliśmy jednak ok. 60 kilometrów, więc średnią mamy całkiem niezłą. Tym bardziej, że w zeszłym roku szłam na lekko i nocowaliśmy w schroniskach, a teraz miałam spory plecak. Noce natomiast spędzaliśmy tam, gdzie padliśmy. Namiot kupiony w Decathlonie spisał się rewelacyjnie. Nie przeciekał, było w nim cieplutko… Ale jego czarne ścianki, które zupełnie nie przepuszczały światła, uwolniły moją wcześniej głęboko skrywaną klaustrofobię.

Atak obudził mnie pierwszej nocy.

Zupełnie zapomniałam, jak się oddycha!

Od tej pory spałam z głową przy otwartym wyjściu. Całe szczęście, że w nocy nie padało, bo miałabym zalane zatoki. A może i znając mój talent do robienia sobie krzywdy, utonęłabym w pojedynczej kropli deszczu? Kto wie? Jeśli chcecie przeczytać więcej o naszych przygodach w górach albo dowiedzieć się co nieco o fajnych miejscówkach na szlaku, dajcie znać w komentarzach, dobra?

Poza tym odwiedziliśmy też Londyn. To był mój pierwszy lot samolotem i pierwsza zagraniczna podróż. Byłam nie tylko oczarowana pięknem królewskiego miasta, ale i świetnie wypoczęłam w wybornym towarzystwie przyjaciół. Więcej już niedługo w osobnym wpisie.

Postaram się Wam wyjaśnić, jak to się stało, że wylądowaliśmy w pałacu sułtana i gdzie zjeść najlepsze pierogi ruskie w UK. A w ogóle zapraszam Was na mój podróżniczo-pierogowy profil na fejsie JEM PIEROGI. To trochę żart. A trochę nie.

Firma

Sezon letni to zdecydowanie nie są żniwa dla mojej branży. Lipiec pod względem klientów nie był dla mnie łaskawy, bo do recenzji zgłosiła się tylko jedna autorka. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu wraz z Justyną (o wszystkich, którzy w Fabryce pomagają produkować najlepsze dygresje przeczytasz TU) możemy bardziej poświęcić się innym zadaniom. Ja na przykład przygotowuję warsztaty na wrzesień/październik, które odbywać się będą stacjonarnie w Poznaniu. Zainteresowani? Więcej o warsztatach literackich w tym miejscu. Albo na mailu. Piszcie śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Dorastanie

Weekend w Londynie uświadomił mi, że o czymś zapomniałam.
No bo książka się pisze, miłość kwitnie, zdrowie powoli wraca, spokój psychiczny już jest, dach nad głową na wsi wisi, klientów mam akurat tylu, coby sobie normalnie pracować i nie być niczyim niewolnikiem…
Ale hej.
Co z przyszłością?
Oszczędności? Kurde, nie mam.
Plan na to, gdzie chcę mieszkać? Nic z tych rzeczy. Kiedyś byłam zdecydowana na Poznań, teraz już nie wiem, czy w ogóle chcę osiąść gdzieś na stałe.
A część z moich znajomych ma już własne chaty i dzieciaki. Mi póki co własny dom ani tym bardziej dzieci niepotrzebne, i to wcale a wcale, ale jeśli coś ma się kiedyś zadziać w tym temacie, lepiej być na to przygotowanym, prawda? A może właśnie nie? Oto temat do przemyślenia.

Na koniec dodam, że zdjęcie w nagłówku sprezentował mi Mateusz Zimny, który będzie jeszcze miał okazję współpracować z Fabryką Dygresji. To on uwieczni chwile podczas spotkania autorskiego z Ewą Giurkowicz, które odbędzie się już 23 sierpnia w Poznaniu, przy ulicy Głogowskiej! Serdecznie zapraszam na to wydarzenie!

Uffff, jak gorąco.

Wszystko o redakcji książki!

Wszystko o redakcji książki!

My, autorzy, bywamy próżnymi istotami. Każdą ingerencję w tekst traktujemy jak wjechanie czołgiem na nasze podwórko. Uważamy, że nie potrzebujemy sugestii, poprawek ani zmian, w końcu pracowaliśmy nad książką tak długo…! Jeśli jednak zależy nam, by książka oczarowała kogokolwiek poza nami samymi, zwrócenie się do redaktora z prośbą o pomoc jest podstawą! Już tłumaczę, dlaczego.

Kim jest dobry redaktor?

To osoba o wiele bardziej doświadczona od autora, gdyż pracowała przez wiele lat z najróżniejszymi pisarzami. Zna się na wielu gatunkach literackich, a z poprawnością ortograficzną, interpunkcyjną i językową żyje za pan brat. Dobry redaktor nie wywyższa się z powodu swoich wyjątkowych umiejętności, tylko stanowi idealne uzupełnienie pisarza. Jest jego partnerem i aniołem stróżem. Tam, gdzie pisarz nie do końca poradził sobie z przedstawieniem tematu, tam wkracza redaktor i proponuje swoje rozwiązanie do zaakceptowania.

Głównym zadaniem redaktora jest wsparcie nie tylko pisarza, ale i jego prozy, by była jak najbardziej przyswajalna dla czytelnika. W końcu to on jest najwyższym sędzią finału pracy nad książką! Redaktor pracuje nad tekstem wraz z pisarzem, często na podstawie uwag recenzenta, który powinien dostać książkę w pierwszej kolejności. Do kompetencji redaktora należy m.in. zredagowanie tekstu pod względem merytorycznym (np. kiedy Autor pisze, że jeden z bohaterów wystrzelał wszystkie 25 naboi, redaktor bada temat i wskazuje, że pistolet bohatera mógł mieć w bębenku maksymalnie 19). Sprawdza konstrukcję utworu i nadaje lekkości niektórym wypowiedziom. Doszlifowuje tekst tak, by diament stał się brylantem. Dba też o poprawność, ale szczegółową eliminacją literówek zajmują się korektorzy.

Kiedy powinienem skorzystać z usług redaktora?

Redakcja Twojej książki jest obligatoryjna, kiedy:

a) zgłaszasz debiutancką książkę do wydawcy tradycyjnego – ponieważ jako początkujący nie możesz mieć jeszcze takiego doświadczenia jak piszący od wielu lat twórcy, w Twoim tekście niestety mogą wystąpić błędy, które zdyskwalifikują Twoją propozycję do wydania; by uniknąć takiego obrotu rzeczy, należy skorzystać z usług redaktora;

b) wydajesz książkę w wydawnictwie usługowym – część firm wydawniczych (vanity press) w ogóle nie zapewnia redakcji, a jeśli już to robi, to usługa ta jest dodatkowo płatna, często z ogromnie wysokim narzutem, nieproporcjonalnym do jakości przeprowadzonej redakcji;

c) publikujesz książkę jako self-publisher.

Dlaczego moja książka potrzebuje redakcji?

Twoja książka potrzebuje redakcji, bo żaden autor nie jest w stanie wyeliminować wszystkich błędów ze swojego tekstu. Nie patrzy na niego obiektywnie, bez względu na to, czy jest pisarzem amatorem, czy profesorem filologii polskiej. Redakcja potrzebna jest absolutnie zawsze, o ile chcemy, by nasze dzieła zostały nie tylko pozytywnie przyjęte na rynku, ale przede wszystkim po prostu czytane!

Przykład?

Zdarza się, że Autorzy zaczynają świetnie pisać od środka powieści i koniec jest fenomenalny, ale początek to nudy jak flaki z olejem. A przecież jeśli książka na początku znudzi czytelnika, to nie będzie marnował czasu na dalszą lekturę. Skąd ma wiedzieć, że dalej jest ciekawiej? Jedno z zadań redaktora to ujednolicenie stylu pisania i przepracowanie każdego kawałeczka tekstu tak, by po prostu był intrygujący.

Ale nic bez wiedzy Autora, przynajmniej w Fabryce Dygresji. Redagujemy teksty wraz z zespołem doświadczonych i wyrozumiałych redaktorów bardzo sumiennie, ale żadna zmiana nie wedrze się do finalnej wersji tekstu bez akceptacji autora! Wszystkie propozycje korekt uwzględniamy wspólnie. Autor ma wgląd w poprawianie jego książki, a gdy z czymś się nie zgadza, ma prawo do uargumentowania swojej decyzji. I redaktor, i autor – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo do błędów! Im więcej jednak osób pracuje nad tekstem, tym łatwiej zbliżyć się do ideału.

Jak mam poznać, że mój redaktor jest dobry?

Poproś o próbkę zredagowanego tekstu! 10 stron najzupełniej wystarczy, byś ocenił stopień zaangażowania redaktora w poprawianie Twojej książki. Jeśli zobaczysz tylko podopisywane przecinki, coś jest ewidentnie nie tak… A jeśli będzie dużo czerwonego? To wbrew pozorom bardzo dobry znak! I wcale nie świadczy o tym, że nie masz talentu. Tylko o tym, że redaktor angażuje się w przedstawioną przez Ciebie historię i chce, tak jak Ty, by tekst był dopracowany po mistrzowsku!

W Fabryce Dygresji 10 takich stron jest standardem. Po wpłacie ustalonej kwoty lub pierwszej raty otrzymujesz w pierwszej kolejności próbkę umiejętności redaktora. Jeśli coś Ci nie odpowiada, od razu przystępujemy do wymiany wątpliwości i dalsza praca przebiega w doprecyzowany sposób. W większości przypadków nie jest to jednak konieczne, bo nasi redaktorzy są nie tylko doświadczeni, ale i przede wszystkim wrażliwi. Potrafią rewelacyjnie wczuć się w klimat tekstu oraz styl autora i jedynie eksponują ukryte pomiędzy wersami piękno.

Jak znaleźć dobrego redaktora i ile kosztuje redakcja?

To nie taka łatwa sprawa. Współczesny rynek książki niestety jest nie tylko trudny, ale i zepsuty. Ponieważ jest tak dużo książek na półkach księgarskich, sporo wydawnictw nie traktuje poważnie wydawanych przez siebie tytułów. Redaktorzy muszą zatem uwijać się w pocie czoła za skandalicznie niskie stawki. Nic dziwnego, że czasem przepuszczają błędy, gdy ich oczy są zmęczone, a przed nimi kolejna nocka, którą będą musieli zarwać, żeby, kolokwialnie mówiąc, hajs się zgadzał.

Kiedy zakończyłam pracę w wydawnictwie, postanowiłam sobie, że gdy rozpocznę pracę na własnych zasadach, będę szanować nie tylko moich autorów, ale i redaktorów. W ten sposób, dając tym drugim odpowiedni czas na redakcję oraz godną zapłatę, tekst tylko zyskuje na wartości! A ja zamierzam pomagać przy publikacji jedynie dobrym, wartościowym tytułom. Nie chcę, jak wielu innych wydawców, wypuszczać półproduktu, byle tylko zaspokoić mało wybrednych czytelników. Pełno jest książek, które można przeczytać, ale nie pamięta się o nich więcej niż kilka tygodni czy w porywach miesięcy. Dzięki sumiennej redakcji książki mogą być pamiętane przez czytelników nawet do końca życia. I w ten sposób również się sprzedawać! Nie być w obiegu, jak większość tytułów, tylko rok po premierze a potem trafiać do dyskontów czy antykwariatów za jakieś nędzne grosze, tylko cały czas plasować się na górnych pozycjach list sprzedażowych!

W Fabryce Dygresji zaczynamy redakcję książki od stawki 220 zł netto za arkusz wydawniczy (40 tys. znaków ze spacjami). Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat redakcji, pisz śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Co odróżnia pisarza amatora od profesjonalnego pisarza? Liczba wydanych książek. A żeby wydać, trzeba najpierw napisać. Tylko jak to zrobić, kiedy przyjaciółki piszą Ci wiadomości na messengerze, że je ewidentnie zaniedbujesz, a kumple prawie co wieczór próbują wyciągnąć na browarka?

Co zrobić, by zamiast grania w Play Station czy choćby sprzątania mieszkania wreszcie usiąść na tyłku przed laptopem? Jak znaleźć motywację, by napisać książkę? Wreszcie? Tę, o której rozmyślasz już od tylu miesięcy? Powiem Ci, co mnie motywuje do pisania, dzięki czemu w ostatnie dwa dni spłodziłam ponad 80 tysięcy znaków ze spacjami.

1. Inni pisarze

Nic tak bardzo mnie nie cieszy, jak sukces moich kolegów z branży. I nic jednocześnie tak bardzo nie wjeżdża mi na ambicję! Kiedy słyszę o kolejnej książce, którą wydaje X, aż się trzęsę ze złości! Skąd on ma na to tyle czasu?, zastanawiam się. Szybko znajduję odpowiedź. On na pewno nie zastanawia się nad tym, kto ile książek wydaje, tylko siedzi zgarbiony nad laptopem i wystukuje kolejne znaki, aż do utraty tchu!


Kolejna nagroda literacka u Z? Rany! Dlaczego na mojej półce nad sedesem nie widnieje jeszcze żadna?!
Pierwsza wskazówka: poznaj innych piszących. Możesz obserwować pisarzy na Instagramie (np. @sylwia.chutnik, @remigiuszmroz czy @jakubzulczyk) albo Facebooku. Albo poznać ich osobiście, spotykać się z nimi w regularnych odstępach czasu i chwalić się swoimi postępami. W kupie siła, jak to mówią! Doskonałą do tego okazją są np. targi książki albo warsztaty literackie. Tak się składa, że we wrześniu ruszają te prowadzone przeze mnie w Poznaniu, więc jeśli jesteś z okolicy i chcesz otrzymać więcej informacji, napisz na fabrykadygresji@gmail.com lub zapisz się na newsletter poniżej.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Druga wskazówka: czytajcie innych pisarzy! Ich słowa naprawdę mają potężną moc. Na początku ubiegłego roku przygotowałam dla Was 15 cytatów, które motywują do pisania. Możecie zacząć od tego!

2. Postęp procentowy

Kiedy zaczynam pisać książkę i zdaję sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam planu wydarzeń, najpierw przez pięć minut wyrzucam sobie, jak wielkim łochem jestem, nie szczędząc nieeleganckich epitetów, po czym biorę zeszyt i naprawiam swój błąd.
Daleka jestem od stwierdzenia, że ci, którzy piszą powieści bez planu zdarzeń, są idiotami.
Po prostu zastanawia mnie, jak to się dzieje, że przy takiej obfitości wątków nie tracą napięcia fabularnego i panują nad wszystkimi punktami konstrukcyjnymi.
Hm, a może nie panują?
Nieważne. Plan zdarzeń jest mi niezbędny nie tylko po to, by napisać świetny tekst, od którego czytelnik nie może się oderwać. Jest mi potrzebny również po to, by oszacować, ile mniej więcej moja książka będzie liczyć znaków ze spacjami, a co za tym idzie – arkuszy wydawniczych oraz stron w druku. W ten sposób mogę bardzo precyzyjnie określić czas pisania i wiedzieć, jak bardzo zaawansowany będzie mój tekst za kilka miesięcy. Dzięki temu jestem w stanie wyznaczyć sobie cel, korzystając z metody SMART. Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, zapraszam  do lektury artykułu Moniki Syminowicz.
A ja rysuję sobie jeszcze w zeszycie pasek postępu. Słupek na 100 kratek. Każda zakolorowana kratka odpowiada każdemu kolejnemu napisanemu procentowi powieści. Nie ma to jak obserwować, że rzeczywiście kniga rośnie!

3. Ludzie dookoła

Z jednej strony strasznie demotywują. Nawet ci najbliżsi! Bo kiedy pod koniec dnia wypełnionego od wczesnego ranka pisaniem, zapadam się wreszcie w fotelu i piszę do ukochanego, a potem się dowiaduję, że on sprzątał dom, potem oglądał serial, a teraz jest na piwku, to… czuję zazdrość. Myślę sobie: też bym wyskoczyła na małe co nieco.
Ale zdradzę Wam sekret. Przeprowadziłam się na kilka miesięcy na wieś, do domu rodziców, gdzie nie mam za dużo znajomych. Po to, by unikać takich pokus jak nieustanne wypady na miasto czy opalanie łydek nad Rusałką. Tak, pisarz musi być pustelnikiem. Przez jakiś czas.
No, poza tym, wiecie, słabe jest trochę mówienie o sobie: jestem pisarzem, jestem pisarzem!, a na koncie tylko jedna książka, albo w ogóle. Wydaje mi się, że ludzie patrzą na mnie czasami z dystansem i myślą sobie: ona to już nic po Piromanach nie napisze. Cóż, trzeba tę wiarę wyprowadzić z błędu, tej!
Kiedy skończę tę książkę, to zacznę obdzwaniać wszystkich znajomych. Żodyn mi nie umknie, żodyn! Męczyć ich będę solidnie, by ruszyli kupry i posiedzieli ze mną na mieście. Zapraszać na shopping, a niedługo później moje spotkania autorskie. Bo oni dalej będą mieli wolne tylko w weekend, a na mnie czeka laba tak długa, jak tylko tego zapragnę.

4. Wizja skończenia

Ale laba nie oznacza w tym przypadku wypoczynku. Mówię tylko o odcięciu się od dotychczasowych obowiązków, czyli głównie monotonii siedzenia przed komputerem i wystukiwania kolejnych słów. Bo książkę napisaną trzeba wydać, a wydaną – promować!
John Irving (mój literacki mistrz, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), napisał:

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Ergo: mimo że postęp procentowy w pisaniu mojej książki wynosi na razie dopiero 30%, ostatnie zdanie już zapisałam. I wiem, co będzie, gdy podpiszę z wydawcą umowę.
Bajlando w ch**! jak zawołała kiedyś z ogromnym entuzjazmem moja zacna współlokatorka, którą gorąco pozdrawiam. Akurat był to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, bo wyrzucili ją z pracy. Mniejsza o to. Będę sobie jeździć od radia do telewizji, robić YouTube’y, odwiedzać biblioteki, udzielać wywiadów, spotykać się z czytelnikami i hulać po targach książki. Czyli wszystko, czego nie zrobiłam lub zrobiłam za mało przy promocji Piromanów. Teraz sobie odbiję za wszystkie czasy! A każde kolejne postawione w G-docsie słowo zbliża mnie do tych pięknych momentów.

5. Święty spokój (lub jego ułuda)

A kiedy będę miała już tego dosyć, kiedy obrzydnie mi Poznań, Warszawka i Kraków, z wielką radością zaszyję się znów na wsi, otworzę tę notkę (bo nie piszę jej tylko dla Was, ale również dla siebie) i zacznę powoli, po kawałeczku, jeść kolejnego słonia. To znaczy pisać kolejną powieść. Bo, cytując znów Johna Irvinga:

tak zwane zakończenia i początku są złudzeniami.

Z życzeniami jak najszybszego uzyskania stanu bajlando w chu**,

Wasza

PS
Lubicie Hanka Moody’ego? Ja też! Jesteśmy w tym samym klubie. Dajcie wyraz swojej sympatii, lubiąc również Fabrykę Dygresji na Facebooku!

 

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Możesz sobie go kochać do utraty tchu, załatwiać dla niego mnóstwo spraw, ogarniać mu dupsko i wspierać w trudnych chwilach. A on i tak cię wydyma. Dosłownie i w przenośni. Tak to jest, jak się ma romans z przełożonym. Ale nie tylko o tym opowiada nowa książka Gabrielle Zevin pt. Wzloty i upadki młodej Jane Young. To pozycja o wiele ciekawsza.

Choć napisana bardzo prostym językiem. Na początku styl Gabrielle Zevin bardzo mnie irytował. Nie lubię typowych powieści dla kobiet, bo wydają mi się trochę infantylne, trochę prostolinijne… Takie mało wysublimowane, jakby czytelniczka miała dostać zawału, gdyby w tekście pojawiło się trudniejsze słowo. Wzloty i upadki młodej Jane Young rozdrażniły mnie więc i zastanawiałam się, czy dalej się męczyć… Ale wtedy okazało się, że jestem nagle w połowie książki. Tak bardzo wciągnęła mnie historia! Nawet nie zauważyłam, ile stron zdążyłam pochłonąć!

Książka to opowieść o kilku kobietach, które zostały skrzywdzone wskutek romansu jednej z nich. Na początku wsiąkamy w historię Rachel Shapiro. Żydówki po sześćdziesiątce, która próbuje sobie na nowo ułożyć życie po rozstaniu z mężem. Poznajemy jej najlepszą przyjaciółkę i dowiadujemy się, że bohaterka od lat nie miała kontaktu ze swoją córką, Avivą Grossman.

Później przechodzimy do narracji z perspektywy bohaterki tytułowej, czyli Jane Young. Okazuje się, że to właśnie Aviva, która po romansie z kongresmenem zmieniła nazwisko. Od kilku lat prowadzi własny biznes w Maine, ukrywając przed sąsiadami prawdziwą tożsamość. Ma dojrzewającą córkę o imieniu Ruby.

Relacja Ruby została przedstawiona bardzo ciekawie, bo za pośrednictwem maili pisanych do korespondencyjnej przyjaciółki. Nastolatka po pewnym czasie zaczyna zadawać pytania na temat swojego ojca i w ten sposób odkrywa prawdę o prawdziwym nazwisku matki oraz jej romansie ze słynnym konsgresmanem. Dziewczyna pragnie zatem spotkać się ze swoim prawdopodobnym ojcem, ale na drodze staje jej Embeth, żona kongresmena.

Uważam, że relacja Embeth została przedstawiona najsłabiej. Gabrielle Zevin mogła pokusić się o naprawdę dużo lepsze rozwinięcie tego wątku. Z drugiej strony autorka oszczędna jest w opisywaniu emocji bohaterów. Ich uczucia czytelnik musi pojąć sam, bo w tekście nie ma ich za wiele. Pod tym względem książka trochę mnie rozczarowała. Cieszę się, że czytanie szło mi tak lekko, szybko i przyjemnie, ale wydaje mi się, że prześlizgnęłam się trochę między tematami.

A ważnych tematów w książce jest naprawdę sporo! Wykorzystywanie kobiet przez ich przełożonych, zdrady, dorastanie, różnice kulturowe pomiędzy judaizmem a religią muzułmańską, relacje matka-córka, prześladowania w szkole, polityka, walka z rakiem piersi… To wszystko sprawia, że Wzloty i upadki młodej Jane Young są bez wątpienia książką ważną i wartościową.

Najnowsze dzieło Gabrielle Zevin to ciekawa rzecz pod względem konstrukcji fabuły oraz sposobów narracji. Mamy bowiem do czynienia nawet z tekstem pisanym w drugiej osobie. Retrospekcje są zamieszczone z bardzo dużą wprawą i ostatecznie nie mam tej książce nic do zarzucenia, bo ona ma taka być: prosta, do szybkiego czytania, niezbyt wymagająca. Tak poważne tematy nie zawsze muszą być poruszane w sposób ciężki, trudny do przyswojenia. Cieszę się zatem, że możemy podrzucać koleżankom Wzloty i upadki młodej Jane Young jako lekturę, która zrelaksuje, a do tego napełni duchem kobiecej solidarności i ukaże feminizm we właściwym świetle.

Polecam i dołączam do mojej feministycznej biblioteczki, a za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję!

A jeśli Ty napisałeś i wydałeś książkę i chcesz, by jej recenzja pojawiła się na mojej stronie, zapraszam Cię na podstronę RECENZJA KSIĄŻKI JUŻ WYDANEJ. Dowiesz się wszystkiego o współpracy. Gorąco zapraszam!

 

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.