Co odróżnia pisarza amatora od profesjonalnego pisarza? Liczba wydanych książek. A żeby wydać, trzeba najpierw napisać. Tylko jak to zrobić, kiedy przyjaciółki piszą Ci wiadomości na messengerze, że je ewidentnie zaniedbujesz, a kumple prawie co wieczór próbują wyciągnąć na browarka?

Co zrobić, by zamiast grania w Play Station czy choćby sprzątania mieszkania wreszcie usiąść na tyłku przed laptopem? Jak znaleźć motywację, by napisać książkę? Wreszcie? Tę, o której rozmyślasz już od tylu miesięcy? Powiem Ci, co mnie motywuje do pisania, dzięki czemu w ostatnie dwa dni spłodziłam ponad 80 tysięcy znaków ze spacjami.

1. Inni pisarze

Nic tak bardzo mnie nie cieszy, jak sukces moich kolegów z branży. I nic jednocześnie tak bardzo nie wjeżdża mi na ambicję! Kiedy słyszę o kolejnej książce, którą wydaje X, aż się trzęsę ze złości! Skąd on ma na to tyle czasu?, zastanawiam się. Szybko znajduję odpowiedź. On na pewno nie zastanawia się nad tym, kto ile książek wydaje, tylko siedzi zgarbiony nad laptopem i wystukuje kolejne znaki, aż do utraty tchu!


Kolejna nagroda literacka u Z? Rany! Dlaczego na mojej półce nad sedesem nie widnieje jeszcze żadna?!
Pierwsza wskazówka: poznaj innych piszących. Możesz obserwować pisarzy na Instagramie (np. @sylwia.chutnik, @remigiuszmroz czy @jakubzulczyk) albo Facebooku. Albo poznać ich osobiście, spotykać się z nimi w regularnych odstępach czasu i chwalić się swoimi postępami. W kupie siła, jak to mówią! Doskonałą do tego okazją są np. targi książki albo warsztaty literackie. Tak się składa, że we wrześniu ruszają te prowadzone przeze mnie w Poznaniu, więc jeśli jesteś z okolicy i chcesz otrzymać więcej informacji, napisz na fabrykadygresji@gmail.com lub zapisz się na newsletter poniżej.

Mail


Druga wskazówka: czytajcie innych pisarzy! Ich słowa naprawdę mają potężną moc. Na początku ubiegłego roku przygotowałam dla Was 15 cytatów, które motywują do pisania. Możecie zacząć od tego!

2. Postęp procentowy

Kiedy zaczynam pisać książkę i zdaję sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam planu wydarzeń, najpierw przez pięć minut wyrzucam sobie, jak wielkim łochem jestem, nie szczędząc nieeleganckich epitetów, po czym biorę zeszyt i naprawiam swój błąd.
Daleka jestem od stwierdzenia, że ci, którzy piszą powieści bez planu zdarzeń, są idiotami.
Po prostu zastanawia mnie, jak to się dzieje, że przy takiej obfitości wątków nie tracą napięcia fabularnego i panują nad wszystkimi punktami konstrukcyjnymi.
Hm, a może nie panują?
Nieważne. Plan zdarzeń jest mi niezbędny nie tylko po to, by napisać świetny tekst, od którego czytelnik nie może się oderwać. Jest mi potrzebny również po to, by oszacować, ile mniej więcej moja książka będzie liczyć znaków ze spacjami, a co za tym idzie – arkuszy wydawniczych oraz stron w druku. W ten sposób mogę bardzo precyzyjnie określić czas pisania i wiedzieć, jak bardzo zaawansowany będzie mój tekst za kilka miesięcy. Dzięki temu jestem w stanie wyznaczyć sobie cel, korzystając z metody SMART. Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, zapraszam  do lektury artykułu Moniki Syminowicz.
A ja rysuję sobie jeszcze w zeszycie pasek postępu. Słupek na 100 kratek. Każda zakolorowana kratka odpowiada każdemu kolejnemu napisanemu procentowi powieści. Nie ma to jak obserwować, że rzeczywiście kniga rośnie!

3. Ludzie dookoła

Z jednej strony strasznie demotywują. Nawet ci najbliżsi! Bo kiedy pod koniec dnia wypełnionego od wczesnego ranka pisaniem, zapadam się wreszcie w fotelu i piszę do ukochanego, a potem się dowiaduję, że on sprzątał dom, potem oglądał serial, a teraz jest na piwku, to… czuję zazdrość. Myślę sobie: też bym wyskoczyła na małe co nieco.
Ale zdradzę Wam sekret. Przeprowadziłam się na kilka miesięcy na wieś, do domu rodziców, gdzie nie mam za dużo znajomych. Po to, by unikać takich pokus jak nieustanne wypady na miasto czy opalanie łydek nad Rusałką. Tak, pisarz musi być pustelnikiem. Przez jakiś czas.
No, poza tym, wiecie, słabe jest trochę mówienie o sobie: jestem pisarzem, jestem pisarzem!, a na koncie tylko jedna książka, albo w ogóle. Wydaje mi się, że ludzie patrzą na mnie czasami z dystansem i myślą sobie: ona to już nic po Piromanach nie napisze. Cóż, trzeba tę wiarę wyprowadzić z błędu, tej!
Kiedy skończę tę książkę, to zacznę obdzwaniać wszystkich znajomych. Żodyn mi nie umknie, żodyn! Męczyć ich będę solidnie, by ruszyli kupry i posiedzieli ze mną na mieście. Zapraszać na shopping, a niedługo później moje spotkania autorskie. Bo oni dalej będą mieli wolne tylko w weekend, a na mnie czeka laba tak długa, jak tylko tego zapragnę.

4. Wizja skończenia

Ale laba nie oznacza w tym przypadku wypoczynku. Mówię tylko o odcięciu się od dotychczasowych obowiązków, czyli głównie monotonii siedzenia przed komputerem i wystukiwania kolejnych słów. Bo książkę napisaną trzeba wydać, a wydaną – promować!
John Irving (mój literacki mistrz, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), napisał:

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Ergo: mimo że postęp procentowy w pisaniu mojej książki wynosi na razie dopiero 30%, ostatnie zdanie już zapisałam. I wiem, co będzie, gdy podpiszę z wydawcą umowę.
Bajlando w ch**! jak zawołała kiedyś z ogromnym entuzjazmem moja zacna współlokatorka, którą gorąco pozdrawiam. Akurat był to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, bo wyrzucili ją z pracy. Mniejsza o to. Będę sobie jeździć od radia do telewizji, robić YouTube’y, odwiedzać biblioteki, udzielać wywiadów, spotykać się z czytelnikami i hulać po targach książki. Czyli wszystko, czego nie zrobiłam lub zrobiłam za mało przy promocji Piromanów. Teraz sobie odbiję za wszystkie czasy! A każde kolejne postawione w G-docsie słowo zbliża mnie do tych pięknych momentów.

5. Święty spokój (lub jego ułuda)

A kiedy będę miała już tego dosyć, kiedy obrzydnie mi Poznań, Warszawka i Kraków, z wielką radością zaszyję się znów na wsi, otworzę tę notkę (bo nie piszę jej tylko dla Was, ale również dla siebie) i zacznę powoli, po kawałeczku, jeść kolejnego słonia. To znaczy pisać kolejną powieść. Bo, cytując znów Johna Irvinga:

tak zwane zakończenia i początku są złudzeniami.

Z życzeniami jak najszybszego uzyskania stanu bajlando w chu**,

Wasza

PS
Lubicie Hanka Moody’ego? Ja też! Jesteśmy w tym samym klubie. Dajcie wyraz swojej sympatii, lubiąc również Fabrykę Dygresji na Facebooku!