Michał Szafrański i Zaufanie czyli waluta przyszłości – skutkują natychmiastowo!

Michał Szafrański i Zaufanie czyli waluta przyszłości – skutkują natychmiastowo!

Dzisiaj krótko na temat książki, która jest obowiązkowa dla każdego blogera, a już szczególnie dla tych, którzy zaczynają na blogu zarabiać. Nie dość, że czyta się szybko, to porady Michała Szafrańskiego są bezcenne! I przynoszą korzyści natychmiast po zastosowaniu ich w życiu.

Przykład? Prezent dla czytelników w zamian za zapisanie się na newsletter. Zainspirowana działaniami Michała, przygotowałam kalkulator, w którym można mniej więcej wyliczyć, ile będzie kosztowało wydanie książki. Dzięki temu moi Czytelnicy mają mocną pozycję negocjacyjną w rozmowach z wydawnictwami. Natychmiast zaobserwowałam przyrost subskrybentów! W ciągu tygodnia zapisało się mniej więcej tyle, ile wcześniej przez pół roku. (30 osób)!

I takich porad jest w książce dużo więcej. Uważam, że są bezcennymi wskazówkami, ubranymi w przystępną formę. Zaufanie czyli waluta przyszłości to lektura, którą czyta się naprawdę przyjemnie. A do tego powiedzieć, że Michał Szafrański leje wodę to totalny oksymoron. Praktycznie każde omawiane działanie jest udokumentowane przez autora. Nawet to, które kończy się porażką, bo autor bloga Jakoszczedzacpieniadze.pl jest na tyle skrupulatną i szczerą osobą, że nie bał się opisać również swoich negatywnych doświadczeń, np. na temat współprac z firmami.

Warstwa praktyczna była, nie ukrywam, bardzo dla mnie istotna. Ale największą wartością tej książki są słowa samego autora, po prostu. Lektura była przyjemna i żałuję, że tak szybko się skończyła. Dzięki temu czułam, że w jakiś sposób mogę choć troszkę poznać Michała Szafrańskiego. Osobę inteligentną, zdeterminowaną, lecz przede wszystkim uczciwą. Ta ostatnia cecha po prostu totalnie mnie rozbroiła.

Wiecie, w firmach często spotykana jest kombinatoryka, której ja osobiście nie cierpię. Pracownik boi się przyznać do porażki. A szef jeszcze bardziej. Zdarza się kłamać klientom albo traktować ich tylko jak chodzące worki z kasą. Niestety bywałam tego świadkiem (przeczytaj wpis Złożyłam wypowiedzenie oraz Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia, by dowiedzieć się więcej). Nie chciałam żyć w takim świecie, więc z niego uciekłam.

Cieszę się ogromnie, że istnieją osoby takie, jak Michał Szafrański, które również nie boją się wyjść schematu. Które rozumieją ryzyko, ale są na tyle dojrzałe, iż wiedzą, że trzeba sobie poradzić. Nie ma innej opcji!

Historia Michała nie jest tylko ciekawą historią blogera (skromnego, acz świadomego swojej wartości) czy przedsiębiorcy. To historia pracowitego i myślącego mężczyzny, który pokazuje, że da się. Wspaniałe dla mnie było też tło rodzinne tej opowieści. Gdyby nie żona Gabriela, Michał pewnie nie miałby w sobie aż tyle siły. Zwłaszcza, że w pewnym momencie, jeszcze przed rozpoczęciem działalności blogowej, autorowi przydarzył się okropny wypadek… Samo podniesienie się po tak ciężkim urazie zasługuje na słowa uznania.

Tak samo jak to, że Michał Szafrański dzieli się zdobytą przez lata wiedzą z każdym, kto tylko zechce. Cena książki (w Biedronce po 25 zł, niestety si nie załapałam, tylko kupiłam w Empiku, ale to i dobrze, może do autora trafi chociaż piątal) jest naprawdę niska. A pozytywna energia, jaka z niej płynie, dodaje skrzydeł na długo, długo!

Teraz odezwa do tych, co to nie cierpią poradników i uważają, że to narzędzie coachów, opętanych przez kasę. Są faktycznie książki, które nic odkrywczego nie wnoszą do życia, a płaci się za nie sporo pieniędzy. Ich autorzy dają puste rady, a sami zarabiają tylko na oszustwie – ktoś w nich uwierzył, a oni nie radzą sobie w życiu dużo bardziej niż ich czytelnicy. Powiem Wam, że i w takich książkach znajdzie się coś, o czym warto sobie przypomnieć. Ale Zaufanie czyli waluta przyszłości to zupełnie coś innego. To nie jest poradnik! To naprawdę historia człowieka, który nie tylko coś w życiu osiągnął, ale zapracował na to ciężką harówką. I sprytem, bo trzeba być ogarniętym, by zrobić dobry biznesplan i systematycznie go realizować. Dlatego uważam, że od Michała Szafrańskiego można, warto i wręcz trzeba się uczyć, jeśli się bloguje!

I tyle. Czytajcie. A jak przeczytacie, dajcie znać, czy Wam się podobało.

Wasza

 

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

10 porad dla początkujących blogerów

Złożyłam wypowiedzenie

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

To dziś. 31 sierpnia jest Dniem Bloga. Najbardziej dla mnie wyjątkowym. Wreszcie udało mi się założyć firmę opartą na blogu. 10 lat temu nie przypuszczałabym, że moje blogowanie potoczy się w tym komercyjnym kierunku…

Bo ja po prostu chciałam pisać. Nie o świecie wymyślonym. Ten zbudowany w mojej wyobraźni zachowuję na kolejne powieści. Ale o życiu, o tym, co mnie spotyka. Wyżalić się, poczuć mniej samotną. Znaleźć osoby podobne do mnie, a może pomóc innym?

Właśnie to jest dla mnie kwintesencja blogowania. Przekazywanie swojego doświadczenia i wiedzy, by pomóc tym, którzy tej pomocy szukają. Jaki jest sens gromadzenia doświadczeń, jeśli nie można ich przekazywać dalej? Opowiadać o nich, dzielić się nimi?

Kocham poznawać nowych ludzi. Blogowanie daje mi możliwość poznawania tych, którzy mieszkają daleko. We Wrocławiu. W Warszawie. Albo we Włoszech czy Finlandii. Bez ludzi pisanie bloga nie ma sensu.

A aspekt komercyjny?

Pamiętam, jak mój dawny przyjaciel (teraz się do mnie nie odzywa, ciekawe, czy kiedyś się to zmieni – chyba nie podoba mu się kierunek, w którym podążyłam z blogiem) krytykował jedną z książek Tomka Tomczyka. Za to, że jej tematem było zarabianie na blogu i współpraca z firmami. Mój rozmówca wychodził z założenia, że blogowanie to musi być hobby, a na hobby się nie zarabia. Żeby mieć pieniądze, trzeba chodzić do etatowej pracy. Pasję odkłada się na później, na czas wolny.

Na początku roku borykałam się z decyzją, z czego zrezygnować, bo mam za dużo na głowie, a za mało czasu. Zdrowie psychiczne zaczynało naprawdę ostro szwankować. Nie spałam po nocach. Projekty nie posuwały się naprzód, bo kiedy próbuje się wszystko ogarnąć, w istocie nie ogarnia się nic. Moje życie dzieliło się na trzy główne kategorie: praca na etacie w wydawnictwie, pisanie książki i blogowanie właśnie.

Naturalnym byłoby zrezygnować z tego, co nie przynosi w zasadzie żadnego dochodu, nie? Bo przecież trzeba opłacić mieszkanie i jeść posiłki nieco bardziej wartościowe niż gruz. Poprosiłam więc kolegę, żeby zaopiekował się blogiem, ale przez jakiś czas się do mnie nie odzywał. W międzyczasie, po trzech latach pracy w wydawnictwie, spartoliłam po raz pierwszy w karierze prowadzony projekt. Najgorsze, że nie z mojej winy. Byłam totalnie bezradna.

Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym ja była własnym szefem, nigdy nie dopuściłabym do takiej sytuacji. I że żadne pieniądze (choć na etacie i tak zarabiałam malutko; w tamtym okresie debet był moim najlepszym kumplem) nie są warte mojej męczarni. Złożyłam wypowiedzenie.

Absolutnie nie żałuję tej decyzji. Nie miałam żadnych oszczędności, więc wróciłam do domu rodzinnego. Choć blog już zaczął przynosić dochody, podejrzewałam, że to łut szczęścia i muszę zrezygnować z mieszkania, bo nie dam rady za nie płacić. Dodatkowo pojawiły się problemy zdrowotne. Zastanawiam się, jakbym pogodziła moje wizyty u rozmaitych lekarzy, gdybym pracowała dalej na etacie. Czy by mi uwierzono, że jestem poważnie chora mimo że wyglądałam normalnie?

Miałam tylko siebie. Swój czas, własne pomysły i zapał do ich realizowania. Potencjał, który uwolnić mogła tylko jedna osoba na świecie: ja sama!

Skupiłam się na pisaniu bloga. Bez żadnego planu, bo plan na 2018 to skończyć książkę i odzyskać równowagę zdrowotną oraz psychiczną. A klienci zaczęli przychodzić. Tutaj ktoś potrzebował recenzji książki, kto inny chciał pracować indywidualnie nad swoim nowym tekstem, jeszcze ktoś prosił o pomoc przy wydaniu… Zaczęło się kręcić.

Ale kasa jest obok. A na pierwszym planie stoi RADOŚĆ. Gdyby blogowanie nie przynosiłoby mi radości, na pewno bym tego nie robiła! I dlatego zwracam się do tych z Was, którzy wahają się, czy zakładać bloga, czy nie. Tu nie ma nad czym się zastanawiać. Jeśli chcecie tworzyć treści – róbcie to! To nie jest wcale skomplikowane! A przynosi tyle zabawy, wartości i fantastycznych doświadczeń, że tylko ten, który bloguje potrafi zrozumieć ogrom tych wspaniałości! Nikt inny!

A na poparcie moich słów przytaczam słowa trzech wspaniałych, charyzmatycznych kobiet. Blogerek.

Zacznę od tajemniczej wypowiedzi Blogierki. Czym jest dla niej blogowanie?

Dla mnie blog to przede wszystkim wentyl emocji i bardzo kreatywne hobby, które zupełnie przez przypadek pozwoliło mi się przebranżowić. 🙂

Z kolei Edyta z bloga Bezdzietnik.pl, zapytana o to, co sprawia jej radość w blogowaniu, udziela nieco dłuższej wypowiedzi.

Odkrywanie siebie. Proces pisania jest dla mnie nieustająco zagadkowy i fascynujący. Siadając do pisania, zwykle mam pustkę w głowie. Blade przeczucie tego, co chcę wyrazić. I nagle – przy sprzyjających okolicznościach – dzieją się cuda. Pojawia się jakieś skojarzenie. Pierwsza refleksja. Pierwsze zdanie. I tekst zaczyna mnie prowadzić. Gdy jest już gotowy, często zastanawiam się, skąd mi się to wzięło – to słowo, myśl, metafora. Bez tego cudownego stanu skupienia nigdy bym ich w sobie nie odkryła. Oczywiście pisanie to również ciężka praca, niekiedy wręcz mordęga, ale te niezwykłe momenty olśnienia wynagradzają mi wszystkie ciemne i puste godziny spędzone nad milczącą klawiaturą.

Najdłużej wypowiedziała się Dagmara, twórczyni bloga socjopatka.pl i myślę, że jej słowa dopełnią całokształtu piękna blogowania.

Mogłabym napisać, że sam akt pisania, bo kocham to robić. Jednak pisanie to tylko część tego, co spotkało mnie odkąd bloguję i co zarazem daje mi radość. Przede wszystkim nigdy nie sądziłam, że blogowanie pozwoli mi tak bardzo poszerzyć swoje horyzonty i otworzy przede mną tak wiele nowych drzwi. I myślę, że to, czego zupełnie się nie spodziewałam, daje mi dziś największą radość.
Dzięki blogowaniu zrozumiałam, że bez żadnych środków finansowych ja również mogę pomagać, zarazem się w tym realizując. To dzięki blogowaniu zaangażowałam się w wiele kampanii społecznych, stworzyłam własne akcje nagłaśniające społeczne problemy, czy promujące czytelnictwo, a także poznałam dzięki tym działaniom wiele wspaniałych osób.
Inni Twórcy Internetowi są dla mnie ogromną inspiracją, a dzięki temu, że oni inspirują mnie, ja później mogę dzielić się tą energią z innymi. To takie wzajemności, które przyczyniają się do podawania dobrych rzeczy dalej.

Jednak to, co najbardziej kocham w blogowaniu to zaskoczenie jakie daje. Dzięki swojemu miejscu w sieci, nieraz dostaję tak wyjątkowe propozycje, że trudno w nie uwierzyć. Zaproszenie do redakcji magazynu „Chcemy być rodzicami”, zaproszenie do wypowiedzi eksperckich w popularnych mediach, bycie redaktorem w pierwszym czasopiśmie dla blogerów i wiele innych.
Bywa, że niektóre propozycje wyprzedzają moje wszelkie marzenia i ambicje i nieraz wymagają opuszczenia mojej strefy komfortu – ale nigdy żadne inne zajęcie nie pozwoliło mi rozwinąć skrzydeł, jak właśnie blogowanie. 🙂
I ta niepewność, co jutro dobrego się wydarzy, czym zaskoczy mnie życie i blogosfera – daje mi ogromną radość.

Napisałam do dziewczyn, bo chciałam, by swoimi świadectwami zainspirowały Was do otworzenia się na blogosferę. Wierzę, że każda z nas i każdy z nas przeżył sporo i ma w sobie wiedzę, by dzielić się tymi doświadczeniami z ludźmi dookoła. Czasem łatwiej się otworzyć w Internecie niż przed bliskimi znajomymi… Czasem łatwiej napisać, niż powiedzieć głośno…

Nie macie pojęcia, jak mi się miło zrobiło, kiedy w każdej z trzech powyższych wypowiedzi znalazłam samą siebie. Blogowanie to wspaniałe hobby, mogące stać się równie wspaniałą formułą zarabiania pieniędzy. Która daje wolność. Przyjaźnie. I przy tym niesamowicie rozwija.

Życzę Wam wszystkim, byście w tym, co robicie w życiu, odnajdywali tyle spełnienia, ile my w blogowaniu.

A jeśli chcecie dołączyć do grona blogerów – nie czekajcie.

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że jesteście.

Wasza

 

10 porad dla początkujących blogerów

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Pressbook dla niektórych może brzmieć tajemniczo. Zawiera słowo book, więc chyba oczywiste, że jest związany z książką. Ale jak wygląda? Do czego służy i jak go mądrze wykorzystać?

Na początek trzy słówka o semantyce. Choć nie studiowałam filologii angielskiej, pressbook oznacza po prostu swego rodzaju książkę dla prasy. To materiał marketingowy na temat nowej wystawy obrazów, festiwalu filmowego, animacji czy książki. Ogółem: jakiegoś nowego dzieła, które należy wypromować. Zbiór takich informacji w mniej lub bardziej ciekawej formie graficznej to właśnie pressbook. Wysyła się dziennikarzom, blogerom oraz innym osobom, mogącym polecić dany utwór czy wydarzenie.

Ale press to w języku angielskim również… naciśnij. Podejrzewam, że angielska nazwa prasy również wiąże się z wywieraniem nacisku, w końcu od tego są media. Kreują opinię odbiorców poprzez umiejętnie podawane fakty. Pressbook powinien być według mnie taką formą przedstawiania informacji o książce, by jego odbiorca nie tylko zapragnął przeczytać tekst.

Chodzi o to, by już po zapoznaniu się z pressbookiem dziennikarz czy bloger wiedział, że książka jest rewelacyjna i warto o niej opowiedzieć szerszemu audytorium!

Jakie są praktyki dużych wydawnictw tradycyjnych?

Wydawnictwo Znak robi pressbooki o objętości jednej strony A4. Umieszcza okładkę książki, zdjęcie autorki, informację o premierze, blurb i wybrany cytat ze wstępu. Taki pressbook mieści się w załączniku e-maila, który zawiera o wiele więcej treści oraz jako dodatek do wysłanego egzemplarza recenzenckiego. Bardzo podobnie działa mnóstwo innych wydawnictw, m. in. Sine Qua Non. Co prawda przykładają się dużo mniej od Znaku, jeśli chodzi o formę graficzną, ale podają inne cenne informacje, np. osoby kontaktowe dla mediów, ich maile i telefony czy bardziej szczegółowy biogram autora.

Jak działają wydawnictwa usługowe?

Niestety, wydawnictwa usługowe nie wykonują pressbooków. Jeżeli już wydarza się święto lasu, to wysyłają kilka pospiesznie skleconych maili z okładką i opisem książki. Raczej jednak potrzebują zainteresowania prasy wokół swoich książek. Dlaczego? W niektórych przypadkach wyszłoby, że w tekście roi się od błędów i dziennikarz na pewno nie omieszkałby tego wytknąć w swoim tekście. To przykre, ale naprawdę dużo wydawców vanity nie dba o poprawność językową swoich książek. Ponadto wydawnictwo działające na zasadach subsydiowania zarabiają w momencie wpłaty autora za usługi, czyli korektę, skład, itd… W misji tak działającej firmy nie jest wpisana sprzedaż książki, bo wydawca zgarnął już swoje do kieszeni, a że marketing to kosztowna i pracochłonna sprawa… Niech się autor w to bawi.

Dlaczego pressbook jest aż tak ważny?

Ponieważ wysyła się go jeszcze przed premierą książki do mediów (telewizja, radio, prasa), blogerów oraz osób opiniotwórczych, które mogą polecić czytelnikom książkę. Mogą, ale nie muszą. Grunt to przekonanie ich o tym, że warto, jeszcze przed tym, jak przeczytają książkę! Muszą bowiem wyrazić chęć otrzymania egzemplarza recenzenckiego.

Na samym początku mojej pracy w wydawnictwie (już prawie cztery lata temu) zrobiliśmy beznadziejną wtopę. Ówczesny przełożony kazał mi przejść się do Empiku, zapoznać się z rubrykami kulturalnymi w czasopismach i znaleźć osoby odpowiedzialne za polecanie książek. Potem wysyłaliśmy bardzo drogą w produkcji książkę (twarda, szyta oprawa i druk w niewielkim nakładzie) na adres redakcji, dopisując jedynie imię i nazwisko nieznanej nam osoby. Dziennikarz mógł otrzymać tę książkę, która dołączyła do stosu nigdy nie otwartych przez niego przesyłek. Nawet, jeśli rozpakował podarunek, to co z tego? Może ten konkretny tytuł w ogóle nie był w jego guście?

Wtedy po prostu nie wiedzieliśmy tego, co jest całkiem oczywiste.

Chodzi o bezpośredni kontakt z dziennikarzem lub influencerem. Jeśli masz choćby maila do takiej osoby, jesteś w stanie dobrze się zaprezentować. Przesyłasz starannie przygotowanego pressbooka i pytasz wprost, czy osoba podjęłaby się opowiedzenia o książce w swoich mediach? Czy w ogóle jest zainteresowana współpracą w zamian za egzemplarz recenzencki? A może chce czegoś więcej, jak np. w przypadku patronatu?

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

Jeśli znasz jakiegoś dziennikarza bardzo dobrze, wystarczy, że szepniesz mu słówko przy kawie. Ale jeśli próbujesz dostać się do kogoś, z kim nie miałeś wcześniej do czynienia, pressbook to niezastąpione narzędzie do jak najlepszego przedstawienia swojego utworu. I samego siebie! Jeśli będzie dobrze przygotowany, zdecydowanie zwiększa szanse na to, że dziennikarze napiszą o Twojej książce w czasopismach, a blogerzy na swoich www.

Pressbooka wysyła się również do hurtowni, bibliotek, księgarń i domów kultury! To narzędzie, które pomaga w promocji i sprzedaży na każdym etapie życia książki. 

Księgarnia, którą zaintrygował mail z pressbookiem, zamówi egzemplarze z hurtowni. Hurtownia zamówi od wydawcy więcej egzemplarzy, bo będzie wiedziała, że księgarnie również się zainteresują, więc lepiej się zaopatrzyć, póki czas. Biblioteki muszą dowiedzieć się o nowości książkowej, więc po otrzymaniu efektownego pressbooka mogą zaprosić autora na spotkanie autorskie i zaoferować mu wynagrodzenie, to samo domy kultury.

Jak przygotować pressbook, który powali na kolana?

Przyda się trochę umiejętności graficznych. Znajomość Adobe InDesigna, Photoshopa czy chociażby Corela mile widziana! Jeśli nie masz takich umiejętności, to dobry moment do nauki, poproszenia znajomego albo specjalisty.

Twój pressbook powinien zawierać najważniejsze informacje o książce i jej autorze. Być przejrzysty oraz atrakcyjny graficznie, by wyróżniał się spośród tuzinów innych materiałów prasowych.

Pressbook powinien prezentować wszystko, co najważniejsze:

  • okładkę książki,
  • tytuł, imię i nazwisko (bądź pseudonim) autora,
  • datę premiery,
  • biogram autora,
  • podstawowe informacje o książce – o czym traktuje, do kogo jest skierowana,
  • osobę kontaktową, jej adres e-mail i nr telefonu (w sprawie wywiadów lub spotkań autorskich).

Naprawdę świetnie, gdy dodatkowo pressbook zawierać będzie:

  • szczegóły publikacji (rodzaj oprawy, cenę detaliczną, nr ISBN czy liczbę stron – w końcu lepiej wiedzieć, ile czasu trzeba przeznaczyć na lekturę, prawda?),
  • logotypy patronów medialnych (zwiększają wiarygodność autora – skoro ktoś objął patronat, to musi być dobra książka),
  • fragment książki lub chociaż kilka cytatów,
  • blurby znanych osób, które już zdążyły wypowiedzieć się o książce,
  • informacje o poprzednich publikacjach autora lub zdjęcia z poprzednich spotkań autorskich.

To nieprawda, że pressbook musi być skondensowany na jednej stronie. Może mieć ich więcej i tworzyć faktycznie reklamową książeczkę o nowym tytule. Ba, można go nawet wydrukować i rozdawać na targach książki lub innych imprezach, co też czyni Wydawnictwo Poznańskie. Ale wiadomo, by najważniejsze informacje zostały umieszczone na samym początku. Mamy naprawdę kilka sekund, by zaciekawić odbiorcę, zanim postanowi przeczytać innego e-maila!

Pressbook, który wykonywałam dla Dobiesława Koniecznego, autora Krótkiego wstępu do Apokalipsy, liczył aż 8 stron, z czego każda traktowała o czymś innym, dzięki czemu udało nam się zachować przejrzystość przy dosyć sporej liczbie informacji oraz zdjęć autora.

Pozwolę sobie przytoczyć opinię autora oraz jego żony, Agnieszki Koniecznej, na temat realizacji pressbooka:

Polecamy fabrykadygresji.pl i twórczą, profesjonalną pracę Pani Emilii.
Stworzony przez Panią Emilię pressbook jest wizytówką książki, świetną reklamą, która już na siebie pracuje.
Kontakt z Panią Emilią niezwykle ciepły, inspirujący. Daleko wykraczający poza standardowy schemat kupujący-sprzedający.
Profesjonalne podejście do pracy oraz elastyczność w kwestii twórczych zmian, pozwala kontynuować naszą współpracę w przyszłości.
Ale to dopiero początek cyklu o marketingu książki. Pressbook jest bowiem podstawowym narzędziem, z którego korzysta się najczęściej, ale nie jedynym. Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem albo szczególnie jakimś zagadnieniem, np. organizacją spotkań autorskich w bibliotekach, kontaktem z prasą czy np. jak prowadzić stronę książki czy autora na Facebooku, dajcie znać. Np. na Facebooku, zachęcam do polubienia!

Pamiętajcie: jeśli potrzebujecie kogoś do ogarnięcia marketingu Waszej książki, jesteście w idealnym miejscu. Sprawdźcie pakiety w promocyjnych cenach i zapiszcie się na newsletter, by otrzymywać zniżki!

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )
Jestem też do Waszej dyspozycji mailowej pod fabrykadygresji@gmail.com.
I to chyba wszystko na dziś!
Trzymajcie się!
Wasza
PS
Może pomocne okażą się również poniższe artykuły? Sprawdź!
Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Kalmary w cieście smażone w głębokim tłuszczu. Lody o smaku Kinder Bueno, krewetki z zakręconymi frytkami, kulki serowe w panierce, camembert z grilla, Nutella… Oto moje myśli z wczoraj przed zaśnięciem. Tak bardzo chciałabym zjeść coś tłustego i słodkiego! Ale jak moja udręka ma się do Dietolandu autorstwa Sarai Walker?

Bohaterka książki, zabawna, nieco zgryźliwa Plum, postanawia przejść operację zmniejszenia żołądka. Waży ponad sto trzydzieści kilogramów i ma dość ludzi, którzy nie szanują jej z powodu nadwagi. Poznaje jednak w pewnym momencie Verenę, która zmienia spojrzenie Plum o 180 stopni. Okazuje się, że chude kobiety również nie są szanowane. Tak samo jak te z większym lub mniejszym nosem, o ciemniejszej lub jaśniejszej skórze, te które się malują albo w ogóle unikają makijażu…

Sama historia Plum nie jest aż tak ciekawa jak to, co dzieje się niejako na drugim planie akcji książki. To pewnie dlatego Dietoland został nazwamy mianem Fight Clubu w wersji kobiecej. (Chociaż moim zdaniem Fight Club, mimo że się w nim ostro leją po mordach, jest filmem, który tak samo będzie się podobał i kobietom, i facetom). Wyobraźcie sobie, że na całym świecie zaczyna działać tajna organizacja o nazwie Jennifer. Przynależące do nich kobiety wymierzają sprawiedliwość tym, którzy je skrzywdzili, m. in. gwałcicielom i mordercom, którzy wykręcili się z więzienia.

Czyta się więc szybko i bardzo ciekawie, choć nie jest to przyjemna lektura, bo cierpienie kobiet całego świata skondensowane na nieco ponad 410 stronach zdecydowanie udziela się czytelniczce. Ogólnie uważam, że potencjał na rozwinięcie akcji był ogromny i Sarai Walker wykorzystała go w niewielkiej mierze. Skończywszy czytanie, pomyślałam: tak, Emilka, zrobiłabyś to dużo lepiej. Ale machnę na to ręką, bo Dietoland to książka, która naprawdę zmieniła moje życie. W dwóch niesłychanie ważnych aspektach.

Miałam awersję do grubasów. Uważałam, że skoro sama mam kilka kilogramów nadwagi, to przynależę do grupy osób ważących zarówno 5 kg ponad normę, jak i 150, więc mogę się wypowiadać za wszystkich. Nie cierpiałam swojego ciała, ledwo patrzyłam na nie pod prysznicem. Ponieważ mój wygląd był efektem zajadania problemów i stresów słodkościami oraz fastfoodami, przeświadczona byłam o tym, że otyłość jest wynikiem albo głupoty (bo jak można tak o siebie nie dbać?! żeby tak karygodnie wyglądać?!) albo tego, że ktoś ma nie po kolei w głowie i jego nieszczęście uwypukla się w oponie wokół pasa.

Dietoland wyleczył mnie z tego błędnego myślenia. Naprawdę nie liczy się to, jak człowiek wygląda czy ile waży. Istotne jest jego zdrowie, a to na pewno nie będzie w 100% ok, gdy zewsząd taka osoba będzie słyszała kąśliwe bądź agresywne uwagi na swój temat. Poza tym walka z pokusami takimi jak McFlurry jest i tak uciążliwa, po co jeszcze się z ludźmi użerać? 🙁

Wsparcie i szacunek zamiast agresywnej motywacji, która na dłuższą metę po prostu nie działa. Oto pierwsze, co się u mnie zmieniło po lekturze książki.

Ponadto Dietoland nauczył też, że nie warto być cicho. Bo kiedy udajesz, że nie słyszysz albo czegoś nie widzisz, dajesz przyzwolenie na to, by nieprzyjemne dla Ciebie lub otoczenia sytuacje wciąż się powtarzały! Jeśli nie zareagujesz, nie wyrazisz sprzeciwu, jesteś współwinny. Ja wiem, że czasem blokuje nas strach. Wiecie, jak się za dużo powie, można wylecieć z pracy. Albo dostać w mordę. Ale właśnie o to w życiu chodzi, żeby ten strach pokonywać. Sama siedziałam cicho, zamurowana wtedy, kiedy powinnam najbardziej krzyczeć. I to niejednokrotnie. Bałam się, że każdy gwałtowny ruch będzie prowokacją, że każde moje słowo stanie się katalizatorem. Dla niesprawiedliwości. Dla przemocy. Dla naruszania barier. Nie tylko przez mężczyzn, ale to głównie mężczyzn się boję. Bo są silniejsi, bo jak przyłożą, zaboli bardziej niż biłaby dziewczyna.

Czyżby?

Tutaj muszę wspomnieć po raz kolejny o Kasi, która właśnie jest w Siĕm Réab, by trenować kambodżański boks „kun khmer”. I o Sylwii Chutnik, która również potrafi skopać tyłek na ringu. Po zastanowieniu, boks raczej do mnie nie przemawia. Jestem wszak dużo większą fanką Jackiego Chana niż Andrzeja Gołoty. Może jakieś kun tao (z chińskiego: mądre pięści)?

Zobaczcie, sufrażystki nie były ciche i pokorne. Nie mówiły: to nie mój interes i nie odwracały się tyłkiem do koleżanek w potrzebie. Nie były łagodne i delikatne jak źdźbło trawy. One krzykiem i siłą załatwiły nam to, co mamy teraz, że możemy studiować (choć odsetek profesorek jest i tak dużo mniejszy niż profesorów, a to, co dzieje się na uniwerkach, jeśli chodzi o molestowanie, to po prostu materiał na serial dłuższy niż Moda na sukces), chodzić na wybory (choć więcej z nas powinno korzystać z tego dobrodziejstwa) i jeździć po świecie, zamiast siedzieć z dzieciakami w domu, gdyż stosunkowo niedawno spłynęło na nas olśnienie, iż mężczyzna też może sobie wziąć urlop tacierzyński i zająć się maluchem tak samo dobrze, jak kobieta.

Walka o równouprawnienie wciąż trwa. I skoro wciąż mężowie w domach biją kobiety, skoro wciąż mniej zarabiamy i rzadziej dostajemy ważne stanowiska w firmach, nie powinnyśmy przestawać o tym mówić!

Meya, moja koleżanka, ostatnio mówiła, że szykuje się do samodzielnej podróży. Na co jej mama powiedziała: oj, tak samiuśka? Wolałabym, żeby jechał z tobą jakiś kolega, byłoby bezpieczniej. Meya od razu wtedy spuentowała, że nie chce żyć na takim świecie, w którym potrzebuje męskiej ochrony, by radzić sobie z innymi mężczyznami. Feminizm jest dalej potrzebny. Byśmy czuły się bezpieczne, wracając same w nocy do domu na rowerze. Byśmy nie były obłapiane na peronach przez obcych lujów w oczekiwaniu na pociąg. Rety! Czy to naprawdę tak dużo?

Dietoland leci do mojej biblioteczki feministycznej i będzie tam zajmował bardzo ważne miejsce, bo otworzył mi głowę. Na wiele innych spraw, których nie będę poruszać na blogu. Może Wy o nich napiszecie? Jeśli macie coś do powiedzenia, mówcie to. Takie jest jedno z przesłań Dietolandu i bardzo dziękuję za tę książkę wydawnictwu

Jeśli chcecie polecić mi kolejne książki o podobnej tematyce, będę zachwycona! A sama zapraszam Was tradycyjnie do polubienia Fabryki Dygresji na Facebooku i zapoznania się z podobnymi wpisami.

Tyle na razie!

Pamiętajcie: czujność i siła!

Wasza

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Mamo, plecak spakowany, wychodzę! – rozmowa z Tomkiem Jakimiukiem z jaktodaleko.pl

Mamo, plecak spakowany, wychodzę! – rozmowa z Tomkiem Jakimiukiem z jaktodaleko.pl

Tomek rzucił mi się pierwszy raz w oczy chyba na Kolosach (to laureat Nagrody Dziennikarzy oraz Nagrody Publiczności) a zaraz potem na poznańskim festiwalu podróżniczym Śladami Marzeń. Otaczała go bardzo pozytywna aura. Aż kipiał dobrą energią i zarażał uśmiechem! Od jakiegoś czasu jego działalność związana z prowadzeniem bloga jest dla mnie wielką inspiracją. To facet, który po prostu wie, jak to robić. Pomyślałam sobie, że znowu zagaję do Tomka, bo wygląda na to, że może mnie dużo nauczyć.

Mało tego, że dowiedziałam się paru istotnych rzeczy, to jeszcze okazało się, że myślimy bardzo do siebie podobnie. Nie miałam pojęcia, że z naszej rozmowy wyjdzie tak pouczający i inspirujący wywiad. A dodatkowo z rozmowy z Tomkiem wyniosłam tyle pozytywnej energii i siły, że wydarzenia, które niedługo potem spotkały mnie w życiu, po prostu rozjechałam walcem wyrównalcem.

Dziękuję Ci Tomku za to, że natchnąłeś mnie taką inspiracją. Mam nadzieję, że dzięki przytoczeniu naszych słów poniżej, uda się zarazić dobrym humorem i natchnąć do działania czytelników bloga fabrykadygresji.pl A Was gorąco zapraszam już teraz do odwiedzin bloga podróżniczego Tomka jaktodaleko.pl oraz do podążania za nim na Facebooku, Instagramie i YouTube!

Komu wywiad będzie szczególnie przydatny?

  • Początkującym blogerom, którzy chcą dowiedzieć się czegoś nowego o social media,
  • miłośnikom podróży,
  • tym, którzy potrzebują inspiracji, motywacji i lubią poznawać Postaci przez duże P,
  • osobom bijącym się z myślami, pragnącym zmiany.

Emilia: Jesteś podróżnikiem i blogerem. Specjalizujesz się w niskobudżetowych wyprawach, twoja najsłynniejsza to chyba autostopem i hulajnogą z Podlasia na Daleki Wschód, prawda?

Tomek: Tak, a dokładniej do Chin.

E: No dobra, pewnie wszyscy Cię o to pytają, ale… skąd ten pomysł na hulajnogę?

T: Tak, to prawda. Wiesz co, temat hulajnogi jest wręcz prozaiczny. Odpowiadają za to dwa aspekty. Przede wszystkim szukałem czegoś, co pozwoliłoby mi autentycznie lżej podróżować. Myślałem o rowerze, ale jakoś nie czuję tego, żeby jechać rowerem, załóżmy, po Mongolii i patrzeć na ten powielający się krajobraz. To pewnie by mnie znudziło. Lubię większą dynamikę. Szukałem czegoś, co mógłbym złożyć, zapakować i łapać stopa, żeby było szybciej. Tak padło na hulajnogę.

Po drugie hulajnoga jest pewnego rodzaju artefaktem. To przedmiot, który ma w sobie zaklętą moc. Każdy może zakląć swoją moc w innym przedmiocie. Ale o co chodzi dokładnie: koleś, który jedzie przez Rosję albo po Mongolii z plecakiem na hulajnodze jest jak magnes. Magia hulajnogi polegała na tym, że sama w sobie przyciągała ludzi. A człowiek, który lubi robić zdjęcia, wie, jak ciężko jest zrobić reportaż fotograficzny i rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza w innych krajach. Zdawałem sobie z tego sprawę, dlatego wybrałem przedmiot, który będzie przyciągał.

Tego również doświadczyłem, gdy byłem w Meksyku i zacząłem używać harmonijki. Harmonijka też przyciągała ludzi. Hulajnoga była więc naturalnym wyborem. Wiesz, jedziesz na hulajnodze, koleś podchodzi, się odzywa, już kumple.

E: A, czyli hulajnoga była z premedytacją! W takim razie czy bardziej podróżujesz po to, by zwiedzać, poznawać nowe krainy, oglądać budowle, naturę czy bardziej w podróży chodzi ci o ludzi? O poznawanie ich zwyczajów, kultury?

T: Bardziej kręci mnie poznawanie kultury przez pryzmat ludzi. De facto utożsamiam każde miejsce z ludźmi, których poznałem. Nawet jeśli jest jakaś super architektura, która rzuca na kolana wszystkich, to jeśli nie spotkam tam jakiejś ciekawej osoby i z nią nie pogadam, to powiem ci szczerze, nie pamiętam potem tego miejsca. Staram się poznawać dany kraj przez pryzmat osobowości, które poznaję.

E: Dorastałeś w Siematyczach, tak?

T: Dokładnie.

E: Piszesz na swoim blogu, że ukształtował Cię również Białystok. Powiedz mi, skąd w ogóle w chłopaku z takiej niewielkiej dosyć miejscowości taki głód poznawania nowych ludzi i zbierania nowych doświadczeń?

T: Wydaje mi się, że to jest związane z adrenaliną. Jestem człowiekiem, który od małego szuka wyzwań. Próbował zawsze coś zobaczyć. Cały czas byłem ciekawy czegoś. I na studiach, poszedłem na turystykę i rekreację, na wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej, trochę mierziło mnie to, że studiuję coś, co znam tylko z teorii. Wcześniej w liceum lubiłem geografię, ale nawet nie byłem w górach czy nad morzem, bo po prostu nie było nas stać na to. I później poszedłem na te studia i sobie myślę: kurczę, ale to jest w ogóle jakaś abstrakcja. Człowiek studiuje sobie tutaj turystykę, a nawet turystą się nie może nazwać. No bo gdzie ja byłem? Co ja widziałem? To mnie trochę bolało. Później po prostu znalazłem ten klucz, który mi pomógł.

E: Czyli na studiach jeszcze nie podróżowałeś? Czy właśnie wtedy zaczęła się Twoja przygoda?

T: Zacząłem dokładnie na trzecim roku. To był kulminacyjny moment. Poznałem wtedy, czym jest autostop.

E: Dokąd wtedy wyjechałeś?

T: Moja pierwsza autostopowa wyprawa to był… Eurotrip! Podróż do Niemiec, która przerodziła się potem w wyjazd do Holandii, Belgii, Francji i aż w ogóle do Hiszpanii dojechaliśmy z koleżanką.

E: No, faktycznie, niezła wyprawa. Czytałam też, że studiowałeś zarządzanie. Czy to ci się jakoś przydaje? Na przykład w łapaniu autostopa?

T: Trudne pytanie! Może niekoniecznie w łapaniu autostopa. Ale w przedsiębiorczym aspekcie mojego życia, jasne, bo ja prowadzę też firmę.

E: To czym konkretnie się teraz zajmujesz? Czy pracujesz na etacie a podróże wypełniają resztę Twojego życia, czy też z podróżowania zrobiłeś biznes i dzięki swojej pasji możesz teraz zarabiać?

T: Wiedza zdobyta na studiach, z zakresu zarządzania, przełożyła się na to, co robię teraz. Zajmuję się stricte podróżami. Piszę bloga, co wiąże się z turystyką i rekreacją. Większość przedmiotów i tak była przedsiębiorczych, więc faktycznie, stałem się przedsiębiorcą, blogerem. Z czego się teraz utrzymuję? Wyobraź sobie, że jak zacząłem podróżować i prowadzić bloga, pisać na nim, poprawił się mój język, moja polszczyzna, choć uważam, że w dalszym ciągu jest nad czym pracować… Zacząłem zarządzać kanałami social media, rozumieć, jak to wszystko żyje, jak to funkcjonuje… Zacząłem być à la influencerem, gościem, który współpracuje z markami i zauważyłem, że to przynosi pieniądze.

Zacząłem opowiadać. W szkołach, w domach kultury… I uświadomiono mi, że za to też się bierze pieniądze, w związku z czym zacząłem robić prezentacje również w korporacjach, gdzie uświadomiono mi z kolei, że tam się bierze bardzo duże pieniądze. Czasami naprawdę skrajnie duże.

Gdy zacząłem to wszystko robić, pomyślałem: wow, prowadzę swoje kanały, np. Instagrama, Facebooka i bloga. Ogarniam, o co w tym wszystkim chodzi, na całkiem niezłym poziomie i stałem się content managerem. Teraz na przykład współpracuję z firmą, dla której prowadzę social media. Jestem freelancerem. Robię swoje, a w międzyczasie komuś pomagam w jakiejś firmie. Pasja przerodziła się w dość szerokie spektrum.

E: A czy to sprawia Ci radość?

T: Tak! To jest przecież wolność.

Wstajesz z rana, o dwunastej załóżmy, nikt ci nie mówi, że masz coś zrobić. Pracowałem najdłużej na etacie dwa i pół miesiąca. Jestem człowiekiem, który jak widzi, że coś jest źle zrobione, to o tym mówi, niezależnie od tego, czy mówi to kierownikowi, dyrektorowi… Nie mam może takiej ogłady. Moja siostra powiedziała, że powinienem pójść na etat i się nauczyć. Ale nie mam takiej ogłady. Jak widzę dyrektora, który popełnia błędy, po prostu mu mówię: ej, stary, to jest źle zrobione. A ludzie tego nie lubią. Jejku, jaki ja jestem teraz szczęśliwy, że na chleb mi nie brakuje, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale nie ciąży nade mną to fatum, że muszę wstać o ósmej i do szesnastej trwać w środowisku ludzi, którzy bywają takimi wampirami, że wysysają z ciebie energię. Tak czasami bywa, jak rozmawiam ze swoimi znajomymi.

Zatem tak, to daje mi szczęście. I wolność.

E: Oj, wiem o co Ci chodzi, przez to również nie jestem już na etacie, tylko na swoim.

T: Emilia, nie wiem, czy też tak masz, ale czasami lepiej zarobić mniej, bo miałem na przykład takie miesiące, że nie zarobiłem nic, kompletnie nic, ale wiedziałem, że przyjdzie taki czas, że człowiek się odbije, nie? Wtedy zrozumiałem, że lepiej nie mieć milionów, tylko by mieć te pieniądze tak, żeby przeżyć i być szczęśliwym. Nie można powiedzieć, że pieniądze nie są ważne. Są ważne.

E: Zgadzam się w stu procentach. Sama miałam teraz gorszy miesiąc, ale wiedziałam, że zawsze ciężką pracą człowiek dojdzie do rezultatów, nie ma innego sposobu, nie?

T: Oczywiście!

E: Dobra, podsumujmy. Prowadzisz bloga, kanał na YouTube, jesteś na Instagramie i na Facebooku

T: Ej, Emilka, wiesz co, włącz może nagrywanie mojego głosu?

E: Tomek, ja mam nagrywanie Twojego głosu.

T: A, dobra, to pozdrawiam Emilka, jak będziesz tego słuchała!

E: Ale co, coś nie tak?

T: Myślałem, że zapisujesz, no sorry…

E: Słuchaj, umiem szybko pisać, ale nie aż tak. Jeszcze trochę przede mną! To co z tymi mediami społecznościowymi?

T: Próbowałem poza tym wszystkim trochę na Twitterze, ale to zupełnie inny kanał, który nie jest dla mnie. I na Google+, ale to zupełnie inna bajka.

E: Robisz też podcasty. Skoro kręcisz na YouTube, to czemu te podcasty, skoro one są jedynie formą audio? Co Ci daje taka forma przekazu?

T: Z podcastami jest tak, że próbowałem swoich sił. Wiesz co, chyba jest jakieś przyciąganie, bo wczoraj pomyślałem: wiesz co, Tomek? Chyba pora kupić mikrofon pojemnościowy.

E: Ha!

Trzeba ten twój głos wykorzystać, bo ktoś mi tak mówił: ej, stary, ty masz głos taki z radia, nie?

E: No masz, to prawda!

T: No, jak sobie zrobię głos taki niższy i zacznę coś czytać, to naprawdę coś z tego wychodzi! Chciałem spróbować podcastów. Zrobiłem chyba sześć. Albo pięć. I przestałem. Zacząłem robić filmy. I zaczęło mi się to bardzo podobać! Ale nie widziałem przyrostu społeczności na YouTubie… Musiałem zgłębić temat. I okazało się, że to nie jest tak, że robisz filmy, nawet najpiękniejsze, najlepsze i ci ta społeczność przyjdzie. To tak nie działa, niestety.

E: To co trzeba robić, żeby społeczność przyszła? Bo na Facebooku masz już ponad osiem tysięcy ludzi! To sporo.

T: Żeby sprawić, by społeczność przyszła, trzeba się wyróżnić. Moja społeczność jest bardzo oddana. To ludzie, którzy naprawdę są. Nie tylko mnie obserwują, ale też do mnie piszą. Martwią się o mnie. Jak coś się dzieje, to się odzywają. Piszą, że fajną robotę robię… I to jest stała grupa. Ale żeby ją mieć, trzeba robić coś nieszablonowego. Moimi czytelnikami nie są podróżnicy. Sam nie mam czasu, by śledzić swoich kumpli blogerów. Tych ludzi jest tak dużo, że nie miałbym czasu w ogóle! A moi odbiorcy czasem nie mają żadnej styczności z podróżami. Są przy mnie dzięki temu, jaką jestem osobą, bo daję im dobrą energię. Musisz zrobić coś naprawdę wyjątkowego, taką… wisienkę na torcie. Coś, żeby znaleźć tą wisienkę. Coś kuriozalnego, żeby to dalej się za tobą ciągnęło. Wchodzą to w też kwestie kreowania wizerunku. Trzeba wszystko odpowiednio wyważyć, sam szukam tej wisienki, każdy bloger, vloger w Internecie tego szuka. Każdy, kto wychodzi do ludzi w ten sposób, chce mieć jak najwięcej czytelników, prawda?

E: Zgadza się. A co z ludźmi, których poznajesz w życiu codziennym? Mam konkretnie na myśli Twoich bliskich. Powiedziałeś zapewne w pewnym momencie: dobra, już mnie nie interesuje etat czy inne szablonowe działania, ja chcę robić na swoim, realizując swoją pasję. I co wtedy? Miałeś wsparcie bliskich czy tak sceptycznie podchodzili do tematu?

T: Jak masz jakiś schemat, za którym ludzie podążają, to… Ja z tego schematu totalnie wyskoczyłem. W moim otoczeniu, zarówno wśród rodziny jak i znajomych, no… Postawiłem ich przed faktem dokonanym. Po prostu zacząłem robić swoje. A ludzie wokół musieli to zaakceptować.

Przed każdą większą podróżą, w jaką jechałem, moja mama mówiła: po co ci to, człowieku, jak tam niebezpiecznie. A ja na to: mamo, plecak spakowany, wychodzę!

Tak samo było z byciem freelancerem. Szukałem sposobu na życie. Dalej szukam, ale teraz jest już bardziej sprecyzowanie. Wyszło na to, że bycie przedsiębiorcą-freelancerem jest chyba dla mnie najlepsze. Ale żeby nie było tak kolorowo, to ostatnio myślałem, żeby faktycznie zatrudnić się w jakiejś firmie marketingowej. Pójść na etat i zobaczyć, jak się pracuje z ludźmi. Autentycznie, bo siłą rzeczy brakuje mi w mojej pracy i w życiu… Burzy mózgów! Ludzi wokół, podążających w tym samym kierunku, którzy wymyślają takie same rzeczy.

E: To niestety prawda, też z tego powodu cierpię. To jest ten wielki minus. Kiedy zaczęłam pracować sama dla siebie, jest ciężko pod tym względem. Ale i tak wydzwaniam do ludzi i pytam, czy to, co myślę, jest tak samo fajne w ich opinii, jak i mojej. Czy tak może być. Co o tym w ogóle myślą, bo rozmowa potem zawsze się rozwija i nowe pomysły dochodzą. Powiedz mi jeszcze proszę, jakie trzy unikalne cechy powinna mieć osoba, która działa tak jak Ty? Która pragnie wyjść ze schematu i przejąć kontrolę nad własnym życiem?

T: Ja nie mam żadnej cechy unikatowej, której nie miałabyś Ty czy ktokolwiek inny. Nie mam nic, co by mnie wyróżniało. Wszyscy mamy to samo! Ale motyw jest taki, że te cechy są rozwinięte na różnych poziomach. Jak chociażby otwartość na ludzi. Czy umiejętność mówienia do nich. Przecież nie zawsze miałem coś takiego, że byłem otwarty, nie wiem, że przychodzę do grona ludzi, którzy osiągnęli bardzo dużo w życiu, przybijam im piątkę i nie czuję się outsiderem. Teraz po prostu jestem sobą. Wiem, co osiągnąłem i znam swoją wartość. Ale ja się tego nauczyłem.

E: A jak się tego nauczyć?

E: Moja droga, żeby tego się nauczyć… Słuchaj uważnie teraz… Żeby tego się nauczyć, żeby zrozumieć, kim jesteś w życiu, żeby być pewnym siebie i otwartym… Trzeba. Zacząć. PODRÓŻOWAĆ. AUTOSTOPEM!

To jest oczywiście mój sposób, ale faktycznie na autostopie jesteś zmuszony być osobą otwartą. Musisz wyjść do ludzi, zagadać, poprosić, rozwinąć swoją intuicję do ludzi. W ułamku sekundy musisz ocenić, czy ten człowiek w aucie nie jest jakimś zabójcą, nie? Te wszystkie cechy rozwijają się podczas podróżowania. A konkretnie podczas podróżowania autostopem. Czasem musisz się do tych ludzi dostosować.

E: Podróżowanie więc daje ci dużo dobrej energii? Takiego pozytywnego kopa do działania? Czy są jakieś inne źródła Twojej motywacji?

T: Aktualnie jestem świadom tego, że mogę w każdej chwili spakować plecak i sobie pojechać albo pójść pieszo do np. Nowej Zelandii. To, że jestem świadomy, że nic mnie nie ogranicza, jest czymś, co mnie napędza. A druga kwestia to ludzie, którymi się otaczam. To jeszcze bardziej istotne niż podróże, bo to nie jest tak, że podróżuję przez 90% roku. Nie! Sumarycznie poza granicami kraju w tym roku byłem ledwo miesiąc. W Izraelu i w Gruzji. Chodzi o to, że większość czasu i tak jestem w Polsce, więc muszę otaczać się ludźmi, którzy są inspirujący. Mają szeroką perspektywę na rzeczywistość i są pomysłowi. Od takich ludzi się czerpie, bo jak przyjdziesz od nich, to od razu ci się chce!

E: To prawda. Tak mi się właśnie zachciało, jak odpisałeś błyskawicznie na maila z prośbą o rozmowę. Szybko, szybko, pach-pach i takiego kopa do działania dostałam, że tak mi się dobrze zrobiło…! Dzięki!

T: Cała przyjemność po mojej stronie!

E: Dziękuję Ci bardzo! A… Tak na koniec. Czy jest coś, czego się boisz?

T: Kiedyś bałem się jednej rzeczy. Że zabraknie mi wody. Ale mi to minęło. Obecnie… W życiu? Czy w podróży?

E: Ogólnie. Czy jest coś, co spędza Ci sen z powiek?

T: Nie. Nie ma czegoś takiego.

E: Super!

T: No nie ma, no szczerze Ci mówię, że nie ma. Faktycznie…

E: Wspaniale! To co? Gdzie można Cię zobaczyć niedługo?

T: Na World Travel Show w Nadarzynie pod Warszawą. Chyba w październiku.

I co? Jak Wam się podobała rozmowa z Tomkiem z bloga jaktodaleko.pl? Czekam na Wasze opinie. Zrobiło się Wam choć troszku lżej i milej na serduchach?

Jeśli macie jakąś osobę, z którą chętnie przeczytalibyście taki wywiad – albo może nawet posłuchalibyście, bo sama zastanawiam się nad podcastami (myślicie, że to ma sens? słuchacie takich audycji?)… No to dawajcie znać, dobra? Podrzucajcie mi tutaj Waszych ulubionych artystów, podróżników, pisarzy, osobowości… Chętnie poznam osoby, które Was inspirują!

Na koniec jak zawsze nieśmiało zapraszam do polubienia Fabryki Dygresji na Facebooku, zapisania się na newsletter (chociaż newsy są, nie ukrywajmy, bardzo rzadko, więc Wasza skrzynka z mojej winy na pewno nie będzie przepełniona) oraz przeczytania innych postów z wywiadami. Może inne osoby zainspirują Was jeszcze bardziej?

Tymczasem!

Wasza

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

10 porad dla początkujących blogerów