Budowanie wizerunku autora. Trzy rzeczy, o których musisz pamiętać!

Budowanie wizerunku autora. Trzy rzeczy, o których musisz pamiętać!

Po co? Bo ludzie uwielbiają szufladkować. Nawet jeśli Ty nie chcesz być zdefiniowany w kilku tylko słowach, Twoja książka i tak będzie. Choćby po to, by trafić w odpowiednie miejsce na księgarskiej półce. Twój wizerunek autora, jasny w przekazie, będzie wielką podporą w działalności marketingowej. Nie tylko dla kolejnych tytułów Twojego autorstwa, ale i dalszej karierze.

Która z pisaniem może się wiązać, ale niekoniecznie. Najlepszym przykładem będzie Szczepan Twardoch. Człowiek bardzo inteligentny, pracowity oraz… szczupły, przynajmniej teraz. Nikt, kto przeczytał Króla czy Dracha, nie odmówi mu wirtuozerii pióra. Ale 20 kilogramów temu nie zostałby ambasadorem marki Mercedes-Benz. Z całą pewnością nie wystąpiłby również w reklamie Raiffeisen Polbanku. Pierwszym, o czym musisz pamiętać w swojej pisarskiej karierze, jest zatem

Wizerunek,

który zauroczy audytorium. Otworzy Ci drogę nie tylko do większej sprzedaży Twojej książki (ponieważ tak, najchętniej czytam książki sprawdzonych już twórców i twórczyń; Krzysztof Varga, Ignacy Karpowicz, Jakub Żulczyk…), ale i na inne współprace. Reklamowe lub biznesowe.

Czy chodzi o to, żeby się sprzedać?

Oczywiście, że tak. Pisząc, kreujemy nie tylko teksty, ale i swój obraz, jako ich autora. Możemy stworzyć postać, która będzie nam bardzo bliska, albo ulepić ją od nowa i dla publiki przyjąć wygodną maskę. Roger Federer na korcie jest dostojnym, opanowanym księciem tenisa. Okazuje się jednak, że w życiu osobistym szybko ulega emocjom i łatwo wytrącić go z równowagi. To naturalne, że przybieramy pozy. Ważne, by czuć się z nimi dobrze w danej sytuacji.

I by się wyróżnić. Na tyle, by od razu zostać zapamiętanym i wywołać u czytelnika dobre skojarzenia. Przykład?

Sylwia Chutnik: różowa grzywka, literatura feministyczna. Katarzyna Bonda? Królowa polskiego kryminału! Piękne suknie, które faktycznie mogłaby nosić prawdziwa monarhini i długie jasne włosy to zdecydowanie jej atrybuty. Remigiusz Mróz? Dżentelmeński garnitur, który śmiało mógłby zostać założony przez prawników, o jakich pisze w swoich powieściach kryminalnych.

A Ty? Jakich atrybutów mógłbyś użyć, by przez własny wizerunek promować swoje książki?

Zaufanie

Kiedy Michał Witkowski wykreował postać Miss Gizzi, blogerki modowej, po czym zaczął pokazywać się na ściankach, zdecydowanie przysporzyło mu to popularności. Ale pewnego razu jego kreacja stała się zbyt kontrowersyjna. Nakrycie głowy Miss Gizzy urozmaicała ozdoba do złudzenia przypominająca symbol SS-manów. Część publiki natychmiast się od niego odwróciła i obficie zmieszała z błotem w Internecie. (Nawet ja. Ale ja wróciłam do grona oddanych wielbicieli prozy Michaśki oraz umiarkowanych fanów samego twórcy). Wydawca zawiesił prace nad kolejną książką. Było bardzo, bardzo źle. Witkowski zaszalał, zapominając, że dużo skuteczniejsze od kontrowersji jest… zaufanie.

Jeśli reprezentujesz swoją postawą szereg wartości, mówisz o nich i jesteś ich pewien, to w szybkim czasie zbierze się wokół Ciebie spora społeczność. By ją powiększać musisz wypuszczać co jakiś czas kolejne książki i udzielać się w mediach, również (a raczej przede wszystkim) społecznościowych. Eksperymenty są mile widziane, ale… Wiesz, jak to było, kiedy Linkin Park wypuścił płytę A Thousand Suns w 2010 roku? Rzesza wielbicieli odeszła, obrażona, że ich ulubiony zespół śmiał iść w zgodzie z trendami, zamiast konserwatywnie grać rock-metal. Dołączyli jednak do nich nowi fani. Luka się wypełniła, zespół się rozwijał…

Ty również powinieneś się rozwijać. Zarówno, jeśli chodzi o twórczość, jak i własny wizerunek. Wszyscy się zmieniamy. Ale trzeba trzymać się pewnych zasad, tak jak w życiu. By ludzie trzymali za Ciebie kciuki i nie mogli doczekać się wydania kolejnej książki, nie możesz ich zawieść ani szokować. Musisz być pewną firmą!

Troska

o czytelnika, a jakże. W swoich pisarskich ambicjach, nie zapomnij, że bez czytelnika tak naprawdę nie jesteś autorem. By Twoja proza żyła, potrzebuje mieć odbiorców, inaczej stanowi tylko stosy zadrukowanych kartek. A zatem – kontaktuj się ze swoimi fanami. Media społecznościowe, wynalazek naszej epoki, jest do tego idealnym narzędziem, ale nie tylko. Wyjdź ze swojej skorupy i pójdź do biblioteki, by dowiedzieć się, jak pomóc lokalnej społeczności czytelników. Ty dasz od siebie coś dobrego, swój czas i zaangażowanie, a ludzie to natychmiast docenią. Informuj swoich fanów o tym, co się u Ciebie dzieje. Nawet, jeśli nie możesz porozmawiać ze wszystkimi, oni i tak będą dzięki temu czuli się bliżej Ciebie! A gdy przychodzą targi książki, dawaj się poznać osobiście. Zagaduj swoich czytelników, nie czekaj na kolejne pytania od nich. Czy wiesz, jak będzie im miło, gdy zapytasz o samopoczucie osoby, która przyszła do Ciebie po autograf?

Myślę, że pierwsza lekcja z budowania wizerunku już za nami. Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania, piszcie śmiało na fabrykadygresji@gmail.com.

Udanego weekendu!

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Inne rady marketingowe dla autorów:

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Napisałam książkę i co dalej?

Twoja najskuteczniejsza forma promocji książki. Opowieść, która sprzedaje opowieść!

 

 

10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

Wymyśliłam dla Was dużo więcej powodów, kiedy zaczęłam pisać tę notkę. Zaczęłam sobie przypominać o niesprawiedliwościach, których doznałam ze względu na płeć, nie tylko z ręki mężczyzn, ale i kobiet. Bardzo ciężko mi się zrobiło na sercu, ale morał taki, że z naszego kobiecego uciśnięcia można zrobić materiał na wiele postów. Chętnie oddam materiał za odrobinę egalitaryzmu.

Wpis ten zaczęłam pisać w zeszłym roku, ale Hipis ze Skursywionych przypomniała mi w komentaruz pod ostatnim wpisem,

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

że warto dokończyć temat i wreszcie go opublikować. Bo niektórzy uważają, że feminizm jest potrzebny, ale na Bliskim Wschodzie. Że w naszym kraju jest niepotrzebny, od ponad stu lat. A to mylne przekonanie.

Dlaczego potrzebujesz feminizmu w Polsce, 2018 roku?

1. Bo w naszym sejmie jest 460 miejsc, z czego tylko ok. 130 zajmują posłanki.

To mniej niż 1/3! Czy naprawdę myślisz, że kobiety nie chcą zajmować się polityką i stąd wynika ta nierówność? Nie, po prostu są rzadziej zgłaszane na listy wyborcze. Polityk dalej kojarzy się w naszym kraju głównie z postacią mężczyzny, kobiety niestety są stereotypowo postrzegane jako zbyt emocjonalne, by zajmować się władzą. Hilary Clinton udowodniła przecież, że jest to stek bzdur.

Niedługo wybory samorządowe. Wybierajmy mądrze, bez względu na płeć i partię. Spójrzmy na lokalnych liderów i obdarzmy takim samym zaufaniem zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

2. Bo robotnicy na nas gwiżdżą, kiedy przechodzimy obok placu budowy.

Nie tylko robotnicy. Ledwo co poznani mężczyźni nie krępują się czynić nam seksualnych aluzji, a zwierzchnicy w pracy czy na uczelni wciąż wykorzystują swoją pozycję i składają niemoralne propozycje, stawiając nas niejednokrotnie pod murem.

Wybór wielu z nas sprowadza się do dwóch opcji: albo idziesz do łóżka z przełożonym i dostajesz awans, albo nie. Czy naprawdę odpowiada nam taka definicja wolności?

3. Bo jogurty z wysoką zawartością białka są reklamowane jako produkty dla mężczyzn.

Kobietom białko najwyraźniej niepotrzebne. Powinny siedzieć w domach i lepić pierogi, opiekować się dziećmi oraz sprzątać, zamiast pakować na siłowni i umacniać swoje ciało. Mięśnie są im niepotrzebne, ważniejsze są duże cycki i poślady.

4. Bo kiedy mówisz, że jesteś feministką, musisz się z tego ostro tłumaczyć.

Słysząc Twoją deklarację, część kobiet mówi ci po prostu, że feminizm jest śmieszny i kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro. Zastanawiam się, czy chciałby, żeby ich córki dalej były przyjmowane do pracy tylko dlatego, że są ładne, nie zaś na podstawie wykształcenia i trudno zdobytego doświadczenia. Czy pragną tego, by ich córki nie miały prawa decydować o zachowaniu ciąży, do której doszło w wyniku przemocy na ich ciele i duszy. Bo skoro są przeciwko feminizmowi, to za czym stoją…?

5. Bo boję się biegać samotnie nawet, kiedy na dworze jest jeszcze ciemno.

Wtedy mężczyźni obrzucają mnie przeciągłymi spojrzeniami i zastanawiam się, czy gdyby któryś chciałby mnie zaczepić, zdołałabym uciec. Nie chcę się tak czuć. Nie chcę za każdym razem, kiedy wyjdę z domu, zastanawiać się, czy ten chłopak gapi się na mnie tylko dlatego, bo wyglądam dla niego atrakcyjnie, czy dlatego, że myśli, że gdyby nikogo nie było wokół, mógłby mnie brutalnie przelecieć na najbliższym parkingu.

6. Bo kobiety silne nadal stanowią ewenement.

Te, które podróżują samotnie, które stoją na czele państwa lub ćwiczą boks, a ludzie dziwią się ich poczynaniom i zastanawiają, czy z taką delikwentką jest wszystko w porządku. A może jej w życiu nie wyszło, albo chłop się żaden nią nie zainteresował, to robi z siebie nie wiadomo co?

7. Bo kiedy próbujesz porozmawiać z niektórymi mężczyznami na poważny temat, oni i tak cię nie słuchają, wpatrzeni w twoje piersi.

Nie liczy się dla nich Twój intelekt, umiejętności, opinia, talent. I tak będziesz stała niżej od nich, żyjemy w końcu w patriarchacie, możesz sobie gadać, co chcesz, ale i tak nie wygrasz.

8. Bo wciąż zarabiamy mniej niż mężczyźni,

choć pracujemy na tych samych stanowiskach. Ale często przełożeni to nam dokładają o wiele więcej obowiązków i to my musimy zostawać po godzinach.

9. Bo feminizm wciąż nie jest naturalny,

prawicowym mediom zdarza się go przedstawiać jako bandę rozwrzeszczanych i stukniętych kobiet, a Polacy i Polki uważają, że 100 lat temu może był przydatny, ale teraz, to na co to komu?

10. Bo istnieją tacy politycy, którzy nie wstydzą się publicznie powiedzieć i chyba serio tak myślą, że kobietę zawsze się troszeczkę gwałci.

Że są szanowani przez pewne grono odbiorców. I że kiedy kobietę spotyka gwałt, można usłyszeć: sama się o to prosiła.

NIKT. NIE PROSI SIĘ O TO. BY ZOSTAĆ. ZGWAŁCONYM.

Kiedy następnym razem usłyszysz, że Twoja koleżanka śmieje się z feministek, nie bądź bierna. Użyj jednego z powyższych argumentów. Powiedz, że feminizm jest potrzebny. Masz do tego prawo.

Twoja

10 pułapek, które czyhają na Ciebie w wydawnictwie usługowym (vanity press)

10 pułapek, które czyhają na Ciebie w wydawnictwie usługowym (vanity press)

Nie ma nic złego w korzystaniu z usług wydawniczych, co więcej, uważam, że jest to całkiem porządna droga debiutu literackiego. Wydawnictwa typu vanity press są w naszym kraju bardzo popularne, ale jeszcze popularniejsze jest niezadowolenie ich klientów. Część z Was pisze do mnie z pytaniem: co robić?, rozgoryczona i rozczarowana kontaktem z poprzednim wydawcą.

Kluczem do porozumienia między autorem a wydawcą nie są bowiem pertraktacje. Za pośrednictwem reklam oraz w czasie, kiedy autor wstępnie kontaktuje się z wydawnictwem, jego przedstawiciel stara się uwieść kandydata na klienta. Czasem niekoniecznie wyjawi całą prawdę, a specjalnie o czymś nie powie, kiedy indziej obieca za dużo, a zrealizuje za mało… To oczywiście zachowanie bardzo nieprofesjonalne i nie mające po drodze z etyką. Agresywna konkurencja między tymi wydawnictwami zmusza je jednak do pojedynkowania się między sobą, a sprzedaż rządzi się swoimi prawami…

Wielu z Was pyta mnie o najlepsze w kraju wydawnictwo usługowe. Powiem otwarcie, że nie znam idealnego. Każde ma jakieś mankamenty. Nawet Fabryka Dygresji… bo, jak się okazuje, pod szyldem Fabryki jeszcze w tym roku zostanie wydana osobliwa książka. Od razu mówię: nie moja, choć autorka, dziwnym zbiegiem okoliczności, również ma na imię… Emilia! Zupełnie nie planowałam działalności wydawniczej i tak naprawdę określiłabym moją usługę raczej mentorowaniem w samodzielnym wydawaniu książki. Ale stało się, a projekt jest tak zacny, że dołożę wszystkich sił, by został należycie wypromowany. Do meritum: dopiero podpisuję umowy z hurtownikami i muszę zaplanować posprzątanie garażu, by przemienić go w magazyn… Jak widzicie, każdy ma swoje za uszami.

Najgorsza jest jednak nieuczciwość.

Prawdziwym kluczem do porozumienia między autorem a wydawcą jest więc umowa, w której zostaną opisane wszystkie warunki wydania książki. I nie tylko! Bo co dalej z wydrukowaną książką będzie się działo, również musi zostać opisane szczegółowo w takim dokumencie. Uważajcie na nie, gdyż wydawca stara się jak najlepiej zabezpieczyć przed Waszymi pretensjami. Na co powinniście zatem zwrócić szczególnie uwagę?

1. Promocja

Jak wiecie, to mój konik. Uwielbiam marketing książki, choć uważam, że jest bardzo pracochłonny i kosztowny. Absolutnie nie dziwię się więc, że wydawnictwa usługowe nie mają ochoty pomagać autorowi w promocji jego książki i spychają na niego odpowiedzialność. Ale bardzo Was proszę, nie dajcie sobie wmówić, że recenzja Waszej książki zamieszczona na 5 blogach oraz udostępnienie postu na Facebooku to wartościowa oferta! Uważajcie, bo ostatnio dostałam wiadomość z jednego z takich wydawnictw, że wysłanie jednej wiadomości przez ich newsletter to usługa warta ok. 4 tys. zł z powodu rozległej bazy klientów. Nonsens goni nonsens, zwłaszcza w przypadku promocji. Jeśli Wasz wydawca kręci nosem w tej kwestii, nie powinniście się dziwić, to normalna sytuacja. Sprawdźcie tylko, czy za jakieś drobiażdżki nie wyłudza od Was dodatkowych pieniędzy.

2. Magazynowanie

Tak, tak, wielkie sprzątanie garażu dopiero przede mną. Dobrze, że go mam tuż obok domu! Niektóre wydawnictwa nie mają takiego komfortu i często zmuszone są płacić duże pieniądze za wynajęcie magazynu. Przechowywanie książki jest sporym problemem dla wydawcy, zwłaszcza usługowego, bo skoro nie promuje on książek, to jakim cudem mają się sprzedać…? Zalegają więc tylko na półkach i obrastają kurzem. Albo, co więcej, trzeba je przerzucać z miejsce na miejsce i nadwyrężać kręgosłup, by jakoś zapanować nad pogłębiającym się chaosem… W końcu co chwila dochodzą nowe niesprzedawalne tytuły!

3. Dystrybucja

Bardzo wiele wydawców pisze, że współpracuje z hurtowniami. I jest to prawda – umowy o współpracę są podpisane! Ale jak ta współpraca wygląda? Tego nie wie nikt. Zdradzę Wam moje hobby, jest trochę wstydliwe, ale co mi tam, i tak niektórzy już mówią, że jestem dziwna. Otóż kiedy odwiedzam nową księgarnię, lubię zapytać o kilka książek wydawnictw, za którymi nie przepadam, by utwierdzić się w przekonaniu, że dalej oszukują swoich klientów i mogę ich dalej nie lubić. Na stronach www piszą, że dystrybuują książki do księgarń, ale w istocie można je kupić tylko i wyłącznie w ich własnych księgarniach internetowych.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo sprzedając książkę bez pośrednika, czyli hurtowni, wydawca może włożyć więcej monet do własnej kieszeni, nie dzieląc się z nikim. Hurtownie zaś życzą sobie 50% rabatu od ceny detalicznej (drukowanej z tyłu okładki). Jeśli więc wydawca decyduje się przyjąć cenę 34,90 zł hurtownia otrzyma książkę za 17,45 zł.

Częściowo rozumiem takich wydawców, ale dlaczego nie powiedzieć tego klientowi wprost? Nie robimy dystrybucji hurtowej, bo nam się to nie opłaca, Tobie też, drogi autorze. Ale nie powiemy Ci o tym, bo wtedy zażądasz wyższego honorarium. A, racja, właśnie sama sobie odpowiedziałam na to pytanie.

4. Opóźnienia

Zdarzają się, a i owszem! I ja właśnie siedzę nad redakcją, którą miałam oddać mojemu autorowi dwa tygodnie temu. I wiecie co? Mnie samej cholernie to przeszkadza, ale tak to jest, kiedy się nie podpisuje umowy. Dlatego od teraz na każdą usługę zawieram z klientem umowę, w której przewidziane są sankcje za opóźnienia, by zmotywować się do lepszego rozplanowania czasu na pracę. I Wam również polecam zawarcie takiego opisu w umowie z wydawcą! Jeśli się spóźni z wykonaniem usługi, niech zwróci część kosztów. Chyba, że spóźni się z Waszej winy… (Bo na przykład macie zbyt dużo uwag w trakcie korekty autorskiej). Wtedy Wy również powinniście ponieść dodatkowe koszty, żeby było sprawiedliwie.

5. Ceny

Niestety, wydawnictwa usługowe narzucają gigantyczne marże na wykonywane czynności. Piszą, że jest tanio, a w istocie można by i tak dużo taniej! Dlaczego? Bo muszą utrzymać pracowników, którzy są odpowiedzialni za pozyskanie nowych zleceń, biuro, magazyn, zapłacić podatki (ach, jak ja tego nie cierpię!), a tu jeszcze jakiś wyjazd na targi książki, a tu trzeba na nową inwestycję odłożyć…

6. Redakcja

Często jest albo niewidzialna, albo trzeba za nią dodatkowo słono zapłacić. I wiecie co? I bardzo dobrze. W tym jednym aspekcie lepiej wyłożyć worek pieniędzy i mieć dobrze zredagowaną książkę, nić szczędzić kasy i potem chować głowę w piasek, gdy blogerzy, czytelnicy i inni redaktorzy zaczną wytykać błędy. Sprawdźcie, co się działo w ostatnio wydanej książce Zadie Smith. Jak widać, nawet wydawnictwa tradycyjne oszczędzają na redakcji…

Wszystko o redakcji książki!

7. Kiepska jakość druku

Wydawca usługowy lubi się chwalić, że ma zaufane, tanie drukarnie, i że dopilnowuje jakości druku. Tak, lubi się chwalić, dobrze to ujęłam. A co za tym idzie? Cóż, nie wiele. Jakoś nie widzę, by większość wydawców pędziła w środku nocy do drukarni, by sprawdzić, czy maszyny tną prosto okładki. Widziałam naprawdę wiele wpadek w druku i to każdego chyba rodzaju. Od pomieszanych stron, przez kiepską jakość zdjęć po braki literek ą w całym tekście. Ale nie da się wszystkiego upilnować, kiedy produkuje się książki taśmowo i jest jednym z klientów w firmie, która wydaje 20, 50, 100 i więcej tytułów rocznie! Nauczona takim doświadczeniem, postanowiłam, że jeśli będę pomagać wydawać książki moim autorom, to naprawdę w niewielkiej ilości. Jedna lub dwie rocznie naprawdę w zupełności wystarczą. Chyba, że moja firma kiedyś się rozrośnie, ale na razie tego nie mam w planach.

Jaki nakład ma mieć moja książka? Ile drukować egzemplarzy?

8. Okładka, która odstraszy czytelnika

Z góry przepraszam za to, na co właśnie patrzycie, ale nie mogłam się powstrzymać.

Tę okładkę bym w Paintcie lepszą zrobiła. Najgorsze jest to, że nie wiem, czy to tomik poezji, czy powieść, czy zbiór erotycznych grafik. Tytuł powinien delikatnie to sugerować.

 

Ta okładka to chyba nawet w Paintcie nie była robiona, tylko w Wordzie ’95…

Tutaj mamy do czynienia z tomikiem poetyckim. Ale jak mają się liście do naszego kraju? Nie mam pojęcia. Może Polska potrzebuje walnięcia z liścia? A może wydawca?

Ja rozumiem: autor ma swoją wizję na okładkę i trzeba ją uszanować. Ale świętym obowiązkiem każdego wydawcy jest służyć mu radą. I gdy widzi się, że autor popełnia głupotę, strzela sobie w kolano (tak jest zazwyczaj, dziwnym trafem autor w 90% zawsze wybiera ten najbrzydszy projekt albo najdalszy od marketingu), trzeba się ze wszystkich sił postarać mu to wyperswadować. A przede wszystkim dostarczyć mu dobre projekty, a nie takie… Hm. Wyjątkowo zabrakło mi epitetu. No, śliczności powyżej, prawda?

Przepraszam, mam nadzieję, że graficy i autorzy nie poczują się zbyt dotknięci moimi słowami. Tak, byłam brutalna, nie ukrywam. Potraktujcie to jednak jako mobilizację do czynienia lepszych okładek.

9. Zła marka

Znam blogerów, dziennikarzy czy artystów, którzy słysząc o danym wydawnictwie, nie chcą dotknąć nawet kijem od szczotki ich książek! I z góry skreślają tytuły, które zostały opublikowane pod nielubianym przez nich szyldem. Nie uważam, żeby to było fair. Wiadomo, książka książce nie równa, ale ostrzegam Was po prostu: sprawdźcie reputację danego wydawnictwa, zanim się z nim zwiążecie, bo możecie mieć bardzo pod górkę! Popytajcie innych autorów, czy są zadowoleni albo po prostu zróbcie research w Internecie czy grupach tematycznych na Facebooku. (Przy okazji, zapraszam do moich wspaniałych dziewczyn w grupie Kobiety piszą).

10. Brak honorarium lub ogromne opóźnienie w jego wypłacaniu

Czy znacie piosenkę Kultu Muj wydafca jest złodziejem? Podejrzewam, że gdyby nie wstyd, większość autorów wydających usługowo zaczęłaby chodzić po mieście, nieustannie nucąc tenże utwór. Jedno z wydawnictw typu vanity press obiecuje w swoim newsletterze i na stronie www, że dzięki wydaniu książki razem z nimi, autor stanie się milionerem, bo to najlepsza inwestycja. Bardzo chciało mi się z tego na początku śmiać, ale potem aż łezka mi się w oku zakręciła, bo to wierutne kłamstwo. W moim ostatnim (i pierwszym) podcaście, którego możecie posłuchać TU, opowiadałam, że wydawnictwa mają czelność podsuwać ludziom idiotyczne pomysły, by brali kredyty na wydanie książek. Ale jak to później spłacą, skoro wydawca nie raczy wypłacać honorarium? Załamanie nerwowe gotowe.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Całkiem sporo tych wszystkich pułapek w wydawnictwach usługowych, a ja nawet nie jestem pewna, czy wspomniałam o wszystkich. To, że publikujecie swoją książkę w ramach vanity press, zwłaszcza, jeśli jest ona Waszym debiutem, nie musi kończyć się klęską i zgrzytaniem zębami przez wiele lat na samą myśl o wydawcy. Przeciwnie, Wasza wspólna przygoda może się potoczyć bardzo korzystnie, o ile uzgodnisz wszystkie szczegóły współpracy tak, by zostały spisane w umowie wydawniczej. Wydawnictwa usługowe mają też mnóstwo zalet, ale o tym w kolejnym wpisie… Nie przegap go i polub mój fanpage, by być na bieżąco!

Pamiętaj, że zawsze możesz skontaktować się ze mną pod adresem mailowym fabrykadygresji@gmail.com!
A jeśli trafiłeś na nieuczciwego wydawcę i chcesz podzielić się swoim doświadczeniem w komentarzu, by ustrzec innych, nie krępuj się.

To chyba tyle na dziś!
Twoja

Recenzja książki przed wydaniem? Od tego należy zacząć!

Twoja najskuteczniejsza forma promocji książki. Opowieść, która sprzedaje opowieść!

Twoja najskuteczniejsza forma promocji książki. Opowieść, która sprzedaje opowieść!

Wiele razy wystawialiśmy się z książkami. To na targach, to na festiwalach podróżniczych, czasem przed spotkaniami autorskimi. Ludzie zaglądali do nas, uśmiechali się niepewnie, pomacali jedną lub dwie okładki, po czym odchodzili, a w kasetce dalej było pusto. Dopóki się nie odezwaliśmy. Czy słyszała pani może o Kazimierzu Nowaku? To pytanie nie tylko zaczynało żywiołową dyskusję lub porywającą opowieść. To pytanie sprzedawało książkę.

Tak, Kazimierz Nowak i jego książki były wyjątkowymi produktami sprzedażowymi. Podróżnik, reportażysta, fotograf. Jedni mówią, że bohater, drudzy, że egoista, bo porzucił żonę i dzieci dla podążania za przygodą. O człowieku, który przeprawił się przed II wojną światową przez całą Afrykę – rowerem, wielbłądem, łodzią i pieszo – można opowiadać godzinami. A każda taka historia jest tylko ułamkiem tego, co znajduje się w jego książkach.

Postać podróżnika, a przynajmniej legenda o niej, sprzedawała trzy tomy listów z Afryki do żony i reportaże, docenione przez Ryszarda Kapuścińskiego dopiero po latach od wydania.

Ty zaś bądź spokojny. Nie musisz zapuszczać długiej brody i udawać się na tułaczkę, by zaciekawić czytelnika Twoich książek. Choć ważne, by Twój wizerunek był spójny, ale o tym następnym razem.

Czy wiesz, dlaczego kupuję daną książkę?

Robię to niezwykle rzadko. Większość interesujących mnie nowości otrzymuję od wydawców w zamian za kilka słów na ich temat. Zdarza się jednak, jak w przypadku książki Michała Szafrańskiego, że szukam interesującego mnie tytułu w różnych sklepach i nie spocznę, póki go nie nabędę. Jak to się dzieje? Skąd ta determinacja?

O Michale Szafrańskim i jego blogu, jakoszczedzacpieniadze.pl, słyszałam wielokrotnie. A tu coś we vlogach Krzysztofa Gonciarza, a tu coś w prasie się pojawiało, no i oczywiście w branży, bo Szafrański i jego Finansowy Ninja udowadnili, że w Polsce można zrobić selfpublishing i odnieść dzięki niemu potężny sukces.

Wiadomości o blogerze docierały do mnie z różnych stron, ale dopóki moja przyjaciółka, Jagoda, nie kupiła jego książki i nie włożyła mi jej w ręce, bym ją przejrzała, nie pokusiłabym się sama o zakup.

Musiałam przejrzeć lekturę praktycznie strona po stronie, by stwierdzić, że to dzieło wartościowe i warte, uwaga, każdej wydanej złotówki. Że nieważne, czy będzie kosztować 20 zł w Biedronce, 40 zł w Empiku czy 120 zł w jakiejś specjalistycznej księgarni. Chcę ją mieć. Ponieważ niesie dla mnie wartość, a przy okazji jest przepięknie wydana.

Jagoda kupiła tę książkę zaś dlatego, że obserwowała Szafrańskiego od bardzo dawna i kiedy udostępnił na swoim Facebooku informację o zrzucie Zaufania, czyli waluty przyszłości do Biedronek, popędziła do marketu niemal natychmiast. Mojej przyjaciółce wystarczył wizerunek budowany przez autora książki na swoim blogu, w podcastach oraz w mediach. Ja natomiast potrzebowałam czegoś więcej: polecenia z ust zaufanej osoby.

Czyli podobnie jak odwiedzający nasze stoisko na targach książki. Być może nie słyszeli o Kazimierzu Nowaku, być może nie ufali nam, sprzedawcom. Ale historia przez nas przedstawiona była ciekawa i na tyle wiarygodna, by pokusić się o kupno książki.

Polecenie dźwignią handlu?

W marketingu wielopoziomowym, czyli firmach rodzaju MLM, parających się dystrybucją kosmetyków, owszem. Od słowa do słowa pozyskiwani są nowi klienci podczas prezentacji marketingowych albo zwykłych spotkań towarzyskich. Poczta pantoflowa w tym przypadku działa wybitnie dobrze. Ale popularne jest też zamawianie próbek, by zainteresowany produktem mógł przetestować, czy faktycznie warto wyłożyć niemałą sumę pieniędzy na nowy zestaw detergentów do czyszczenia toalety.

Zajmując się sprzedażą książek, zaczyna się od tego, że najpierw autor sam poleca swoją książkę, otaczając jej stworzenie dobrą historią. Taką, która weźmie ludzi za serce i nawet, jeśli nie kupią książki (bo np. po prostu nie lubią czytać albo nie interesuje ich tematyka), będą przekazywać historię dalej, aż trafi do odpowiednich uszu, czyli uszu idealnego odbiorcy.

Autor napisał książkę. Informuje w mediach społecznościowych, że będzie ją wydawał. Historię jej powstawania udostępnia poprzez nagrane wideo np. na YouTube albo spotkaniu autorskim, gdy książka jest już wydrukowana. Ci ze spotkania autorskiego ją kupują, bo faktycznie są zaciekawieni, a wizerunek pisarza przypadł im do gustu. Ale co dalej?

Co zrobić, żeby informacja poszła dalej w świat?

Jest bowiem pewien szkopuł.

Historia, nawet najlepsza, musi być przekazywana z ust do ust, by nie umarła.

Na dobrych spotkaniach autorskich pisarz potrafi zrobić prawdziwe show. Im większa osobowość i kontakt z gościem, tym wyższa sprzedaż. Gdy widz wyjdzie z takiego spotkania, niezależnie, z książką czy bez niej, o ile wieczorek autorski przypadnie mu do gustu, będzie o nim opowiadał. Wszystkim, kogo zobaczy w ciągu najbliższych kilku dni. Ale książka powinna się sprzedawać nie kilka dni, a miesięcy, lat, a nawet dekad!

Dlatego książka potrzebuje reklam. By przypominać cały czas o swoim istnieniu, nieść dalej namiastkę historii, którą uzupełni człowiek i przekazywać będzie ją dalej, na okrągło, z ust do ust.

O ile zatem opowieść zaczyna sprzedaż, a zakup z polecenia ją kończy, o tyle to, co pomiędzy, jest również bardzo istotne. Jeśli oczywiście mówimy o sprzedaży książki na dużą skalę.

Jaka jest nieoczywista funkcja historii?

Bo to, że musi być autentyczna i osobista, chyba wiemy. Dla mniejszego już grona osób jest również oczywiste, że historia musi pokazywać cel wydania książki wyższy niż realizacja własnego marzenia. Dobrze będzie, gdy zawrze również pewną nutkę tajemnicy. Coś, czego czytelnik dowie się dopiero z lektury.

I teraz coś, co może być nieoczywiste.

Czytelnik musi poczuć, że ta książka została napisana właśnie dla niego.

Dobra historia sprzedający książkę będzie zawierała w sobie uzasadnienie jej opublikowania. I nie może to być tak trywialna pobudka jak: chciałem, to wydałem. Albo: pisanie to moja największa pasja, więc wydanie książki to spełnienie moich marzeń. A co to czytelnika w ogóle obchodzi, o ile nie jest twoim partnerem, kochankiem lub matką?

Pamiętaj, że każdy, kto chce coś kupić, ma różnorakie obiekcje. W przypadku zakupu książki odpada obiekcja cenowa. Egzemplarz Twojej powieści może kosztować nawet 70 zł, o ile w swojej historii powiesz czytelnikowi, co lektura zmieni w jego życiu na plus.

Podam Ci pierwszy lepszy przykład, czyli samą siebie.

Pisałam Piromanów przez trzy miesiące, dzień w dzień, bez wytchnienia.

Odkładałam na bok wszystkie inne sprawy, które były ważne, ale nie aż tak, jak książka. Dlaczego? Bo nie dość, że pisanie działało na mnie uzdrawiająco (w ten sposób porządkowałam własne życie), to wiedziałam, że ten tekst, bogaty w moje przemyślenia, pomoże innym ludziom w podobnej sytuacji. Cierpiącym na nastroje depresyjne lub depresje, nie widzącym wyjścia, nie potrafiącym odnaleźć się w codzienności. Którzy są skołowani, bo cały czas ktoś od nich czegoś wymaga, a sami nie pamiętają już, dlaczego robią to, co robią. Główna bohaterka chce od życia bardzo dużo. Chce skończyć studia, pragnie być dobrą córką, zapewnić sobie godną przyszłość i nie zawieść swoich przyjaciół. Ponad wszystko jednak pragnie zostać pisarką. Ale kiedy na jej barki spada za dużo obowiązków, dziewczyna traci kontrolę nie tylko nad rzeczywistością, ale i nad sobą samą.

Tak. Wchodzenie w dorosłość to bolesny proces.

Historia dwudziestoletniej Lidki to z jednej strony antyprzykład, bo pokazuje, jak stracić grunt pod nogami, ale z drugiej strony dziewczyna jest też wzorem do naśladowania, ponieważ po kawałeczku próbuje odbudować swoją rzeczywistość, decydując się na pomoc psychologiczną.

Czy ta historia urzeknie każdego? Nie. Ale trafi do odpowiedniego grona. Do mojego docelowego odbiorcy.

Dobra historia nie nadrobi braków książki

Niestety pozostają dwie obiekcje, których nie rozwieje najlepsza nawet historia. O ile cena przestaje być istotna, gdy ktoś już się przekona, że naprawdę chce kupić książkę, o tyle znów może zacząć grać rolę gdy czytelnik zobaczy, że książka jest… źle wydana.

Większości czytelników to nie przeszkadza, ale spora ich grupa zna się na rzeczy i nie wolno jej lekceważyć. Zbyt mała czcionka? Zwisy w łamaniu na co piątej stronie? Literówka na okładce? Albo szkaradna okładka? To rzeczy, które potrafią przepłoszyć zainteresowanego.

Część czytelników ma również awersję do pewnych wydawców. Nie można ich za to obwiniać, książka książce nie równa i to samo tyczy się firm wydawniczych. Znam blogerów, którzy nie recenzują tytułów, jakie wychodzą z logotypami wydawnictw usługowych. Znam dziennikarzy, którzy nawet nie chcą słyszeć o takich książkach. Część czytelników nie chce poznać twórczości selfpublisherskiej. Czy to dobrze, tak zamykać się w swoich szufladach? Oczywiście, że nie! Ale podziały istnieją, również na rynku wydawniczym.

Co zrobić, by nie zamknąć sobie drogi do części czytelników?

Sprawdź opinie o firmie, z którą chcesz współpracować. Bądź pewien, że ma dobry wizerunek w mediach. A jeśli jesteś selfpublisherem, konsultuj się z profesjonalistami, by Twoja książka nie miała żadnego uchybienia.

Na koniec zapytam: jaka jest Twoja historia i co chcesz powiedzieć światu, publikując swoją książkę?

Mam nadzieję, że dzisiejsza garstka rad z zakresu marketingu książki będzie dla Ciebie wartościowa.

Jeśli masz jakieś pytania lub chcesz skorzystać z usług, pisz śmiało na fabrykadygresji@gmail.com

Twoja

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Dlaczego pisarz powinien mieć swoją stronę internetową?

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

 

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Męczą mnie teksty w stylu: feminizm kończy się tam, gdy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro i tak dalej. Zamawiałam w maju lodówkę na trzecie i dwóch osiłków ledwo dawało sobie radę. Uważam, że autorami tych wypowiedzi są osoby, które totalnie nie rozumieją idei feminizmu. Dlatego postanowiłam go nieco lepiej wytłumaczyć i dziś opowiem Wam o trzech feministycznych wynalazkach, z których korzysta każda z nas.

Dostęp do edukacji wyższej

Sama biję się w piersi, że jeszcze kilka lat temu traktowałam studia jako przykry obowiązek. Zapomniałam, jak wielkim dobrodziejstwem jest dostęp do edukacji wyższej, zwłaszcza w przypadku mojej płci. Kobiety w Polsce przez dziesięciolecia walczyły o możliwość studiowania u boku mężczyzn. Nie same kobiety zabiegały o zmianę. U ich boku stawali również mężczyźni. Wspólnie wygłaszali odczyty, publikowali swoje zdanie na łamach czasopism (m.in. „Bluszczu” czy „Dobrej Gospodyni”) i przekonywali władze do swojego stanowiska.

O ile wszyscy uznają potrzebę wyższego kształcenia młodzieży płci męskiej, uważając wykształcenie średnie tylko za pewną gimnastykę umysłową, umożliwiającą w następstwie właściwą naukę, o tyle dla panny, pensya uważaną jest za alfę i omegę wszelkiej mądrości, jaką kobieta osiągnąć może na tym padole „fortepianu i języków”. To też kiedy brzydka połowa ludzkości nie wiele ustępuje u nas pod względem rozwoju intellektualnego Zachodowi, kobiety nasze stoją na szarym końcu wielkiego pochodu do światła. A jednak wyższe wykształcenie potrzebnem jest dla kobiety, równie jak dla mężczyzny. Nie zapominajmy bowiem o tem, że celem kobiety jest nie tylko być matką, ale i wychowawczynią przyszłych pokoleń, do czego pewnie więcej potrzeba intelligencyi, niż do stosunkowo średniego zakresu obowiązków mężczyzny.

Tadeusz Radwański, W ważnej sprawie (O wyższe kursy dla kobiet), w: „Bluszcz”, 1904

Dopiero w 1894 roku na Uniwersytet Krakowski (Jagielloński) zostały przyjęte trzy pierwsze kobiety: Stanisława Dowgiałło, Jadwiga Sikorska oraz Janina Kosmowska. Mogły uczęszczać na zajęcia na kierunku farmaceutycznym, ale nie mogły zdawać egzaminów. Obecnie, czyli w roku 2018, mija równe 120 lat od przyjęcia pełnoprawnych studentek na Wydziały Filozoficzne. I to w uniwersytetach galicyjskich, uściślijmy, gdyż, jak wiemy, niepodległość mieliśmy odzyskać dopiero dwadzieścia lat później. I dopiero wtedy Polki miały dostęp do edukacji na wszystkich uczelnianych kierunkach (źródło: TU). Pewnie dlatego tak mi przykro, gdy kobiety, które odebrały swój dyplom i dopisują z dumą mgr przed nazwiskiem, mówią, że feminizm jest śmieszny.

Orgazm

Czy wiesz, że przed 1966 rokiem nie wiedziano powszechnie, że kobieta podczas seksu może również doświadczać przyjemności? Uważano, że przyjemność może odczuwać tylko mężczyzna, a kobieta, no cóż. Ma pomóc mężczyźnie w jej osiągnięciu i potem urodzić mu potomka. Urodzona w 1925 roku Virginia Eshelman Johnson, początkowo asystentka doktora Williama Mastersa, a później jego partnerka w badaniach nad seksualnością człowieka, obaliła ten pogląd. Wspólnie z Mastersem opublikowali przełomowe wyniki badań, najpierw w 1966 roku, a potem w 1970. (Historię tę opowiada serial Masters of Sex, który serdecznie polecam). Naukowcy określili, w jaki sposób mężczyzna może wpływać na podniecenie kobiety i odwrotnie. Dzięki ich wspólnej pracy kobiety zyskały świadomość i prawo do zabiegania o własną rozkosz, co było kolejnym niezwykle ważnym etapem zarówno dla nauki, jak i dla feminizmu.

Spodnie

To, że możemy je nosić i nikt nie wylewa na nas za to wiadra pomyj, to osiągnięcie Amelii Jenks Bloomer, amerykańskiej działaczki na rzecz kobiet. Redagowała pierwsze czasopismo dla kobiet, „The Lily” (lata 50. XIX wieku), w którym promowała spodnie zakładane pod suknie jako element bielizny, teraz określane od jej nazwiska mianem „bloomersów”. Niedługo później z bielizny spodnie zaczęły stawać się również elementem stroju sportowego. Dopiero w 1915 roku, za sprawą działań Coco Chanel, spodnie powoli zaczęły stawać się elementem kobiecej codzienności (źródło: TU). Pierwsza para kobiecych dżinsów została zaś wyprodukowana w 1935 roku. Od tego momentu nie minęło jeszcze nawet 100 lat!

Czasem aż mnie korci, żeby powiedzieć niektórym dziewczynom, które określają się jako przeciwniczki feminizmu (tylko dlatego, że nie wiedzą, na czym feminizm polega), że skoro nie jesteś feministką, to nie masz prawa do przeżywania orgazmu, do noszenia spodni, do chodzenia do szkoły. Ale wiem, że siostry emancypantki wywalczyły prawa dla wszystkich kobiet, nie tylko tych, które będą szanowały wspomnienie po nich i dalej walczyły o swoje. To by było niesprawiedliwe.

Postęp i korzystanie z jego dobrodziejstw jest dla wszystkich.

Nawet dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą go zrozumieć.

Jak widzicie, we wszystkich przedstawionych przeze mnie osiągnięciach kobiety nie były osamotnione. O ważne dla nich sprawy zabiegali również mężczyźni. Nie oznacza to zatem, że feminizm to babska sprawa czy wyższość kobiet nad mężczyznami. Nie! To równość płci i wzajemny do siebie szacunek.

Wszystkie ilustracje z wpisu to dzieła Chloe Joyce, która pozwoliła mi na użycie ich do tego wpisu. Zapraszam Was na stronę Chloe oraz jej Instagram! Jeśli zaś tekst również przypadł Wam do gustu, uprzejmie proszę o polubienie Fabryki na Facebooku.

Pamiętaj, że możesz do mnie napisać również na maila fabrykadygresji@gmail.com To chyba tyle na dziś! Twoja

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie