13 myśli o pisaniu po skończeniu drugiej książki

13 myśli o pisaniu po skończeniu drugiej książki

Skończyłam pisać drugą powieść. Chciałabym dziś podzielić się z Wami moimi odczuciami. Za długo chyba byłam w zamknięciu i w sumie nie mam z kim o tym pogadać, więc, no co, piszę, nie? Bo może przeczytacie. I okaże się, że macie podobnie, więc przytulimy się, poklepiemy po główkach i dalej będzie już lżej. To co? Start.

1.

Patos podczas tworzenia literatury jest obecny tylko i wyłącznie w świecie wewnętrznym pisarza. Z zewnątrz to praca jeszcze bardziej prozaiczna i nudna niż wszystkie inne. Siedzi się przy biurku, klepie w klawiaturę kilka godzin dziennie, a po wszystkim idzie się umyć, bo jak akcja dynamicznie posuwa się naprzód, to można się przy okazji nieźle napocić. Wymyśla się życie nieistniejącym ludziom, którzy zaistnieją dopiero w głowie innych osób, kiedy książka trafi do rąk czytelników. Nie ma w tym nic wzniosłego, więc bycie dumnym ze skończonej książki jest totalnie nieuzasadnione.

2.

Jestem nieuzasadnienie dumna z samej siebie.

3.

Napisałam książkę o młodej kobiecie (znowu), która walczy z przeciwnościami (znowu). Nie ma w tym nic odkrywczego. Nic nowego nie dam rady wnieść do literatury, kunsztem słowa też raczej się nie popisałam, nie tym razem. Ale napisałam, znaczy skończyłam, dokonało się, amen. Nie odpuściłam. Dotrwałam do końca. Zaczęłam, a potem zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by dotrzeć do mety i się udało. Dla mnie, drżącej ze strachu przed zacieśnianiem więzi, uciekającej przed miłościami, rzucającej kursy angielskiego tuż przed egzaminami, byłby to spory sukces. Ale ja już nie jestem taką osobą, jak wcześniej. Zmieniłam się i książka mi to pokazała. Myślę, że wreszcie zrozumiałam, czym jest konsekwencja. Bardzo podoba mi się to słowo, mogę się zaprzyjaźnić z jego desygnatem i sprawić, by wrosło w portret mój jako osoby. Może już się to stało?

4.

Dwie skończone powieści to znacznie lepiej niż jedna.

5.

Nie potrafię chodzić do pracy i pisać. Rzuciłam w marcu etat, w maju zaczęłam pracę nad nową powieścią i w październiku mam skończoną książkę. W międzyczasie zajmowałam się blogiem i projektami zleconymi przez klientów (redagowanie, szkolenia, konsultacje, materiały marketingowe, no, usługi). Podróżowałam. Wydaje się, że pisałam książkę pół roku, ale faktycznie ślęczałam nad tekstem zaledwie 30 dni i to nie więcej niż po 8 godzin. Po prostu nie byłam póki co pisać codziennie, bo dużo się działo, trzeba było się jakoś utrzymać na powierzchni finansowej, ale mogłabym. Naprawdę gdyby moje życie miało tak wyglądać, że sobie siedzę i piszę dzień w dzień, to nie miałabym nic przeciwko. Na 90%.

6.

Stałam się pustelnikiem. Odcięłam się od naprawdę wszystkich poza ukochanym i rodzicami. Przyjaciele zostali poinformowani o tym, by mi nie zawracać dupy, bo jak skończę książkę, to się z nimi spotkam. Problem w tym, że nie czuję teraz potrzeby, żeby się z nimi widzieć, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi. No bo przez ostatnie dni działo się sporo, ale tylko w mojej głowie i w edytorze tekstu. Czyli nie tak naprawdę. O czym będziemy ze sobą rozmawiać? Czy potrafię w ogóle to jeszcze robić?

7.

Tęsknię za ludźmi. Tak, powyższy akapit może mówić coś innego, nikt nie mówił, że nie można odczuwać naraz dwóch sprzecznych ze sobą emocji. Za imprezami do rana, za tańcami, za tym słodko-otępiającym wpływem alkoholu, za śmiechami, wygłupami…

8.

… i nie cierpię alkoholu oraz kładzenia się spać późno. W trakcie pisania narzuciłam sobie dyscyplinę (niekoniecznie z własnej woli) i przyzwyczaiłam się do niej. Chodzę spać koło dwudziestej drugiej, żeby móc wstać w okolicach szóstej rano. Po napisaniu arkusza wydawniczego lub wykonaniu obowiązków, idę biegać lub ćwiczę. Nie jem paskudztw i nie piję wstrętnego alkoholu, po którym tak źle się czuję. Rajcuje mnie taka rutyna.

9.

Napisanie książki to dopiero początek pracy nad nią. Teraz będzie leżeć przez miesiąc nietykana. Potem znów do niej zasiądę i zacznę redagować. Następnie wyślę tekst zaufanym osobom, by wypowiedziały się na jego temat. Jeśli pojawią się z ich strony istotne uwagi, naniosę je na tekst. W gruncie rzeczy chodzi mi jednak o pompowanie ego (wow, Emilka, ale to jest rewelacyjne). Pisarze i pisarki to bardzo próżne gnojki i gnojkinie. Potem zgłoszę się tam, gdzie miałam zgłosić i będę czekać cierpliwie, w szeregu, z pokorą, ale i świadomością własnej wartości.

10.

Dla rozluźnienia popiszę trochę opowiadań, a potem siądę do pracy nad kolejną powieścią. Pomysłów mam co nie miara. Tylko że mi jakoś tak smutno. Nie wiem, z czego to wynika. Zakończył się pewien etat w moim życiu. Tak, jak zapowiedziałam wszystkim i tak, jak doskonale wiedziałam, że będzie. A może nie wierzyła, że dam radę? Powinnam być zatem mile rozczarowana, a jest mi przykro. Czuję się troszkę jakbym porzucała dobrych przyjaciół. Bohaterów, o których pisałam. Ale oni są przecież wymyśleni, więc czy wymyślam to, że jest mi smutno?

11.

Powinnam pisać krótsze książki, jak np. Jakub Małecki. Szybciej by to szło. Po co mi taka mnogość wątków?

12.

Geniusz. Głęboko ukryty, ale jest, gdzieś tam. We mnie. Wyszło dokładnie tak, jak obliczyłam. Założyłam sobie konkretną liczbę znaków ze spacjami no i nawet odchodząc od planu zdarzeń na końcu, wyszło tak, jak obliczyłam. A już myślałam, że cierpię na dyskalkulię, i nagle coś takiego! Największy sukces organizacyjny mojego życia, tak sądzę. Matematyka jest super i kocham proporcje (ale tego akurat nauczył mnie tata w domu, w szkole takich mądrości nie uświadczyłam).

13.

Słonia naprawdę da się zjeść w całości, tyle że kawałek po kawałku. I do tego sprowadza się pisanie powieści. Do ucztowania po. Nie ma to jak się najeść w dobrej restauracji, kiedy się czuje, że wykonało się dobrą pracę nad jeszcze lepiej rokującym projektem.

Wasza

 

Wyzwanie na październik: kalendarz nawyków, czyli walka z jesienną bezproduktywnością

Wyzwanie na październik: kalendarz nawyków, czyli walka z jesienną bezproduktywnością

Trudno znaleźć słowa, które potrafią oddać mój stosunek do jesieni, nie będące wulgaryzmami. Natura zachowuje się, jakby miała trzymiesięczne zaparcie. Moja energia życiowa i chowa się na strychu obok porcelanowej lalki, bo wie, że nigdy tam nie zajrzę (fobia, za dużo Hitchocka we wczesnym dzieciństwie). Ale nie tym razem! Mała Emi nie podda się jesiennemu atakowi i nie zapadnie w zimowy sen jak reszta pulchnych muminków! Na ratunek przychodzi kalendarz nawyków!

Od kiedy Magda z dopracowani.pl zaczęła prowadzić bullet journal, zapragnęłam mieć podobny notatnik. Ale szybko stwierdziłam, że to nie dla mnie. Raz, że trzy razy byłam w Empiku i nie mogłam znaleźć odpowiedniego (czyli takiego, po którego zakupie nie musiałabym głodować przez tydzień) zeszytu w kropki. Dwa, że trzeba być skrupulatnym w jego wypełnianiu, a ja… Hm. Potrafię doskonale oszukiwać siebie i innych, że jestem mistrzem dobrej organizacji. Często stwarzam fałszywy obraz swojej osoby na tak wybitnym poziomie, że sama zaczynam wierzyć w swoje zdolności ogarniania. Ale bullet journal wykazałby, że tak naprawdę w głowie w dalszym ciągu mam chaos.

I o to właśnie chodzi.

Trzeba go kategorycznie zaprzestać! Acz stopniowo, nie od razu książkę napisano.

To, czego jeszcze bardziej nie cierpię od jesieni, to nieproduktywne dni, które zdarzają mi się każdego roku. I choć zdarzają się nawet tygodnie, kiedy potrafię funkcjonować na najwyższych obrotach (pamiętna historia, kiedy przed targami książki za czasów pracy w wydawnictwie zrywałam Marcina z łóżka, żeby przesłał nam otwarte pliki), to bardzo często pod koniec dnia myślę sobie: ej, co ja właściwie dzisiaj zrobiłam?

I już nie chodzi nawet o pracę, bo to sobie wypisuję w notatniku, a wcześniej w programie do zarządzania projektami, który polecam (Asana). Tylko o samą siebie. Moje życie osobiste. To o nim najczęściej zapominam. Pojęcie work life balance nie wzięło się znikąd. Nie chcę cierpieć na jesienną depresję dlatego, że przez osiem godzin dziennie pracuję nad projektami dla innych ludzi, a potem nie mam siły nawet pomalować sobie paznokci. Doskonale pamiętam, jak to było w zeszłym roku!

Nie tym razem.

W trosce o własne zdrowie, zarówno psychiczne, jak i fizyczne, powołałam do życia kalendarz nawyków, który jest jednym z wycinków bullet journal. Jedenaście przyjemnych i produktywnych czynności, które mnie uszczęśliwiają i sprzyjają rozwojowi. Jeśli wykonam choć 6 dziennie, mam dowód, że dobrze spożytkowałam własny czas. Nie będę zadręczać się uporczywymi myślami i narzekać, że nic nie zrobiłam, bo oto jak na dłoni będę widzieć, jak sobie radzę w starciu z żmudną codziennością.

Oprócz pozytywnych czynności, takich jak przeczytanie 50 stron dziennie czy godzina sportu dziennie, dopisałam złe nawyki. Papierosy, alkohol (lub napoje gazowane, bo i tak nie pijam nic wyżej procentowego niż piwo) i fastfood. Nie chodzi o to, żeby wyrzucać sobie: o nie, ja niedobra, znowu zniszczyłam swoje płuca! Tylko zobaczyć, jakie skutki mają używki na moje zdrowie. Zaznaczę bowiem jeszcze ból głowy i sprawdzę, czy faktycznie, jak podejrzewam, moje migreny wynikają z toksycznych substancji, z którymi mój organizm przestaje sobie radzić. Dobra, wiem, że to oczywiste, że palenie jest złe i fuj. Niestety dla mnie jest też przyjemne. Dlatego muszę się na własnej skórze przekonać, jak bardzo mi to szkodzi.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Emilia Teofila Nowak (@emiliateofila)

Czy zachęcam Was do wprowadzenia kalendarza nawyków?

Absolutnie nie! Uważam to troszkę za dziecinadę, no bo co, będę wieczorem siadać przy biureczku i zamalowywać na zielono albo czerwono kolejne kwadraciki. No nie dla wszystkich może to być atrakcyjne, zdaję sobie z tego sprawę. Ale jeśli macie podobny problem, że czas przelatuje Wam przez palce, albo robicie i robicie jakieś rzeczy, a efektów ani widu, ani słychu, to owszem, polecam gorąco!

W pędzącej codzienności często przestajemy patrzeć na własne zdrowie. Dajemy się pochłonąć projektom, pomaganiu ludziom, wychowywaniu dzieci, różnorakim relacjom, pracy czy nauce. Jednym z moich mott jest cytat Krzysztofa Gonciarza: jak się napierdala, to nawet, jak nie wychodzi, to wychodzi. Ale nie można napierdalać, jak się nie ma na to siły. A żeby mieć siłę, trzeba mieć zdrowe ciało, umysł, ducha i psychikę. Mam nadzieję, że mój kalendarz nawyków pomoże mi w zachowaniu równowagi między pracą a samą sobą.

Za miesiąc dam Wam znać, czy udało mi się prowadzić systematycznie tabelę. Jeśli zamierzacie wprowadzić w życie własny kalendarz nawyków albo już z nim działacie, koniecznie dajcie znać, jakie dobre nawyki wpisaliście. Jestem bardzo ciekawa. Może coś dodam do swojej tabeli w listopadzie?

Tymczasem życzę Wam udanego, zdrowego i energetycznego października!

Wasza

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

10 porad dla początkujących blogerów