Noc z niedzieli na poniedziałek. Nie śpię, turlam się w łóżku z boku na bok, wreszcie wstaję i po raz kolejny czytam pismo ze skarbówki. Nie dosłała pani deklaracji, karą za to jest 2 800 zł, proszę wytłumaczyć to w ciągu pięciu dni. A ja wiadomość ze skrzynki wyjęłam po siedmiu. Świetnie, pójdę za kratki.

Faktycznie, nie dosłałam jednej deklaracji. Jak zwykle nie działała bramka Ministerstwa Finansów. Wkurzyłam się, odłożyłam sprawę na później i zapomniałam. Generalnie wystawianie jakichkolwiek dokumentów wiązało się u mnie początkowo z palpitacjami serca. Nawet się rozpłakałam, kiedy mój ukochany próbował pomóc ogarnąć mi początkowy chaos. Nie cierpię biurokracji.

Początkowo zatem, kiedy słyszałam cokolwiek związanego z papierami, mój mózg tymczasowo wyparowywał. Materializował się ponownie, kiedy znikał przykry temat. Zastanawiałam się, jak to możliwe, przecież na początku mojej pracy w wydawnictwie zajmowałam się również fakturowaniem, a potem doszły umowy, aneksy, kalkulacje, kosztorysy… Dawałam sobie z wszystkim radę. Co więc się zmieniło?

Kolejnym problemem, który spędzał mi sen z powiek, była kasa, a w zasadzie jej brak. W rozmowie z Tomkiem Jakimiukiem oboje wspominamy, że nie jesteśmy póki co jeszcze na takim poziomie rozwoju działalności, by wiedzieć, jak będzie wyglądać nasza sytuacja finansowa nawet w przyszłym miesiącu.

Miałam zatem dwa problemy. Pierwszy postanowiłam rozwiązać, zwyczajnie biorąc się w garść. Usiadłam przy biurku i jak dorosły człowiek spisałam wszystkie daty w specjalnym zeszycie do zarządzania firmą. Kiedy miałam czarno na białym, co muszę zrobić każdego miesiąca, okazało się, że to skandalicznie mało rzeczy. Raptem pięć linijek. A po telefonicznej rozmowie z paniami pracującymi w Urzędzie Skarbowym, stwierdziłam, że są bardzo pomocne i sympatyczne. Wcale im nie zależy, by wjechać mi na chatę, skuć kajdankami ręce i zabrać telewizor, jak podpowiadała mi wyobraźnia.

A pieniądze? No cóż, liczyłam się z tym, że będzie słabo, rzucając etat. Wiecie, nie miałam żadnych oszczędności. Nie byłam nawet na zero, był też kredyt do spłacenia. Część z Was w takiej sytuacji na pewno nie porwałoby się na to, co ja, bo owszem, to było lekkomyślne. Ale ja wiedziałam, że dam sobie radę, bo w każdej chwili, jeśli będzie naprawdę niedobrze, mogę iść dorywczo do naprawdę każdej pracy. Co za problem dorobić?

No i miałam jeden taki kryzysowy moment, przyznam. Skończyłam książkę, więc stwierdziłam, że skoro nie ma nowych zleceń, a moja sytuacja finansowa faktycznie nie jest kolorowa, czas poprawić CV. Nawet wysłałam je do kilku księgarń! Ale dosłownie na następny dzień dostałam kolejną wiadomość od klienta, która bardzo, ale to bardzo mnie ucieszyła. Teraz, kiedy nie muszę już przeznaczać tyle czasu na powieść, spokojnie mogę podołać najpoważniejszemu założeniu, czyli rozwijaniu bloga i działalności.

Wprost nie mogę się doczekać końca roku. Wtedy przysiądę spokojnie nad szczegółowym biznesplanem i wszystko sobie uporządkuję, krok po kroku, co chcę osiągnąć w związku z Fabryką Dygresji.

Bo do tej pory jedyne, co zyskałam, to wolność, swoboda w wyborze klientów, nowe znajomości, czas na podróże oraz regenerację po trudach ubiegłego roku, robienie tylko tego, co absolutnie kocham (pomijając podatki, z którymi wszak już jesteśmy na etapie porządnej sztamy) oraz pięć kg mniej. Bo staję się mistrzynią w organizacji czasu, więc biegam, przygotowuję zdrowe posiłki, no i coraz rozważniej zastanawiam się nad projektami, których chcę się podejmować. Miałam bowiem tak w pewnym okresie, że musiałam zrezygnować z kilku współprac. Bardzo dużo mnie to nauczyło.

Do tego jedyną osobą, z którą kłócę się w zespole, jestem ja sama. Nie muszę brać udziału w bezsensownych zebraniach, wykonywać poleceń osób, które znają się na temacie dużo gorzej ode mnie, no i bać się realizowania własnych pomysłów w obawie przed tym, że zaraz pojawi się ktoś, kto podetnie mi skrzydła.

Bałam się, że nie będę w stanie znaleźć motywacji do działania, ale motywacja jest we mnie. I wcale nie muszę jej szukać. A wolność, którą sobie zafundowałam, jest jak powiew wiatru, który pcha mnie w dobrą stronę, nieustannie.

Teraz wiem, że nie było warto zwlekać z rzuceniem etatu. Powinnam zrobić to rok wcześniej, wtedy, kiedy po raz pierwszy biłam się z myślami, ale postanowiłam na jeszcze kilkanaście miesięcy zostać w firmie. Z drugiej strony nic takiego strasznego się nie stało. Ta przygoda to lekcja dla mnie, by słuchać się własnej intuicji, bo ona naprawdę nigdy mnie nie zawodzi. Czasem tylko o tym zapominam.

Piszę to, byście wiedzieli, że nigdy w życiu nie jest idealnie. Ale nasze potknięcia, nawet poważne, nie są w stanie przekreślić naszych marzeń, o ile wyciągniemy z nich naukę. Czasami wystarczy zmienić myślenie lub stanąć w szranki ze strachem, by uświadomić sobie, że hej, to, co wczoraj nas przerastało, dzisiaj stanowi bułkę z masłem. Albo nawet nutellą, rzadko, bo rzadko, ale jednak.

Wasza

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

Złożyłam wypowiedzenie

Michał Szafrański i Zaufanie czyli waluta przyszłości – skutkują natychmiastowo!