Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika

Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika Stephena Kinga traktuje o nawracających bólach uszu, kolejnych odmowach wydawców czasopism literackich, pierdzącej niani, staczaniu się przez chlanie i ćpanie oraz niezrównoważonym fanie batoników Mars. To niezwykła książka nie tylko dlatego, że dzięki niej można poznać bliżej życiorys jednego z najbardziej poczytnych na świecie powieściopisarzy. Jej wyjątkowość polega na tym, że można się z niej naprawdę dużo nauczyć, zarówno, jeśli chodzi o pisanie, jak i o samo życie. 
 
https://instagram.com/n_eifile/

 

Kinga chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, choć sama poznaję go bliżej od niedawna. Pamiętam, że będąc w szkole podstawowej, koleżanka ze szkolnej ławki wykradła siostrze z domowej biblioteczki Lśnienie, specjalnie po to, by mi pożyczyć. (Koleżanka ta raczej nie była fanką czytania, więc jestem ciekawa, jak w ogóle do takiej sytuacji doszło – niestety, mam słabą pamięć; być może chciała się odwdzięczyć za przepisane z moich zeszytów zadania). Mogłam być wówczas najwyżej w trzeciej klasie. Kiedy po całym dniu zajęć lekcyjnych oraz artystycznych wreszcie znalazłam się w łóżku, otworzyłam lekturę i zamknęłam ją po kilkunastu minutach, trzęsąc się jak galareta. Podejrzewałam u siebie opętanie.

Książka miała w sobie tajemniczą, magnetyzującą moc. Nie mogłam jej odłożyć. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej, choć z każdą następną stroną napięcie wzrastało i bałam się coraz bardziej, mimo że rodzina głównych bohaterów dopiero przyjechała do hotelu, w którym miała rozegrać się właściwa akcja powieści. Czułam, że zaraz stanie się coś bardzo złego i nie mam pojęcia, jak do tego doszło, lecz ostatecznie udało mi się wyrwać z tej połowicznej hipnozy i skończyć z lekturą. Przez kolejne trzy, może cztery noce zasypiałam przy włączonej lampce. Koleżance oddałam książkę, mówiąc, że nie przeczytałam, bo za bardzo się bałam. Ona skwitowała to tylko wzruszeniem ramionami, a ja przez długie lata bałam się sięgnąć po cokolwiek napisanego przez Stephena Kinga.
Moja awersja do pisarza wzmogła się z czasem. Pewnego razu mój ojciec oglądał późnym wieczorem Zieloną milę. To była już końcówka filmu. Bardzo smutna, niesprawiedliwa i budząca we mnie złość. Kiedy okazało się, że obraz został nakręcony na motywach powieści Stephena Kinga, pomyślałam, iż ten człowiek musi być kompletnym zwyrodnialcem. Jak można tak krzywdzić własnych bohaterów?! (George R. R. Martin nie był mi wówczas znany).
W liceum poznałam jednak Jagodę. To bardzo dużo zmieniło w moim życiu. Również, jeśli chodziło o literaturę. Dałam się jej nakłonić do lektury Blaze’a, napisanego przez Kinga pod pseudonimem Richard Bachman. Spotkałam się z kolejną wielką niesprawiedliwością wyrządzoną głównej postaci, ale przynajmniej przeczytałam książkę do końca i uświadomiłam sobie, że Stephen King faktycznie może być przerażający dla dziewięciolatki. Osiemnastolatkę może zaś zirytować i poruszyć. Później wiele słyszałam z ust Jagody o twórczości prozaika. Niektóre jego historie zdawały się być naprawdę ciekawe, lecz nie potrafiłam się zapalić do ich przeczytania. Trzeba było kolejnego punktu zwrotnego w moim życiu. Podczas jednej z naszych pieszych wędrówek od jednej biblioteki do drugiej, Bambol nakazał mi wypożyczenie oraz przeczytanie Wielkiego marszu. Przeczytałam bardzo szybko i uznałam za bardzo wartościowy utwór. Jednocześnie zaczęłam chłonąć serial Pod kopułą na motywach powieści pod tym samym tytułem. Każdy odcinek był naprawdę ekscytujący. Później łyknęłam Uciekiniera, bardzo chcę przeczytać Carrie, a na półce czeka już Przebudzenie, które otrzymałam od kochanej Jagódki na ostatnie urodziny. Jeżeli moglibyście mi coś polecić, jeśli chodzi o Kinga, to proszę, napiszcie mi w komentarzu, co powinnam przeczytać, jednak zaznaczcie od razu, jak wiele niesprawiedliwości czai się w powieści, dobrze? Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do krzywdy głównych bohaterów, z którymi tak łatwo się zżywam…
W przypadku książki Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika urzekł mnie już sam tytuł. Pisarz-rzemieślnik. To określenie pasuje też do mojego idola, Johna Irvinga. I chyba do mnie. Tak przynajmniej myślałam przed lekturą wskazówek Stephena Kinga. Prawdę mówiąc, to nie tylko wskazówki.
Pierwsza część książki to wspomnienia pisarza z dzieciństwa oraz młodości, kiedy był chorowitym dzieckiem i bystrym chłopakiem. King wskazuje tutaj na pozornie nieistotne wydarzenia z własnego życia, które przyczyniły się do tego, że został pisarzem. We wspaniały sposób przedstawia, jak inspiracja przychodzi do twórcy: pod pozorem zwykłych, banalnych sytuacji, przez niektórych mogących być postrzegane jako nijakie. Opowiada również o swojej rodzinie oraz ciężkiej pracy. Musiał przez długi czas harować jak wół w pralni, by zarobić na studia. Zbudziło to we mnie ogromny podziw i zapałałam do pisarza naprawdę ciepłymi uczuciami. Chyba nawet całkiem udało mi się go polubić, bo narrację w Jak pisać. Pamiętniku rzemieślnika cechuje sympatyczny humor oraz precyzyjność. King mówi jasno i krótko, co zrobić, by dobrze pisać. 
Do gustu bardzo przypadły mi opowieści o młodzieńczej determinacji, by opowiadania zwykłego chłopaka mogły ukazać się w co większych literackich czasopismach. Listy z odmowami od redakcji King wieszał na haku w swoim pokoju, a każdą wskazówkę stamtąd otrzymaną przyjmował z wielką satysfakcją. Po kilkunastu miesiącach nieprzerwanej pracy nad swoją prozą oraz korespondowaniem z czasopismami, udało mu się opublikować pierwsze opowiadanie. A później następne i jeszcze kolejne… Bardzo dużo w Kingu Martina Edena.
Nie zgadzam się ze wszystkimi zaleceniami Jak pisać. Mimo tego uważam, że każde z nich jest wartościowe i wynika tylko z różnic w podejściu do pisania. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę wcale nie jestem pisarzem-rzemieślnikiem, bo za mało czasu spędziłam przy pracy nad Piromanami. Zdałam się na ideę bitników. Uznałam, że dzieło jest skończone, kiedy postawiłam kropkę przy ostatnim zdaniu, a do redakcji przystąpiłam dopiero, kiedy okazało się, że powieść zostanie wydana i wypadałoby już niedługo oddać ją do druku. Akurat to traktuję jako błąd. Już nigdy więcej. A dlaczego? To wyjaśni Wam Stpehen King, gdy przeczytacie tę konkretną jego książkę. Poza tym nie chcę chyba tylko bawić i skłaniać czytelnika do refleksji. Chcę go też zachwycić. To pewnie mi jeszcze nie wychodzi, ale co dalej i czy w ogóle coś, czas pokaże…
Wracając do meritum: pisarz omawia zagadnienia teoretyczne. Radzi, jak stworzyć choćby dobry opis, ale na tym jego wskazówki się nie kończą. Pokazuje dobre i złe przykłady, mając odwagę często samemu przyznać się do błędu. Mówi, że ta jego książka była dobra, a ta już niekoniecznie mu się tak bardzo podoba. Przedstawia fantastyczne pomysły na to, jak zainteresować czytelnika. Jest naprawdę bardzo dobrym nauczycielem. Prawie na każdej stronie podkreśliłam jakieś ważne i wspaniale sformułowane zdanie. Poniżej przedstawiam Wam garstkę.
[…] mieliśmy szansę zmienić świat, a wybraliśmy telezakupy […].
Gdy buduje się schody do nieba, nie wypada stać na ziemi z młotkiem w ręku.
Nałogowiec za wszelką cenę próbuje uzasadnić swoje prawo do picia bądź zażywania narkotyków. Hemingway i Fitzgerald nie pili dlatego, że byli utalentowani, wyobcowani czy moralnie słabi. Pili, bo to właśnie robią alkoholicy. Możliwe, że twórcy są bardziej podatni na wpadnięcie w nałóg, ale co z tego? Kiedy rzygamy do rynsztoka, wszyscy wyglądamy tak samo.
http://www.tgdaily.com
Najbardziej spodobał mi się portret Stephena Kinga, który wyziera spośród wierszy Pamiętnika rzemieślnika. To człowiek mądry nie tylko w teorii, ale przede wszystkim doświadczony. Jest inteligentny, ale wie, że piękno jest prostolinijne. Najbardziej w świecie ceni szczęście swojej rodziny, a pisze z jedynego słusznego powodu. Ponieważ to kocha.
Dlatego książce przyznaję
8,5/10
i polecam ją najserdeczniej fanom Stephena Kinga (choć ci pewnie ją już dawno przeczytali), jak i pasjonatom pisania. To naprawdę wartościowa rzecz, która przyniesie Wam ogromną pomoc.
10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

Nie mogłam spać. Męczyłam się w pracy. Przychodziłam później, wychodziłam wcześniej, wszystko mnie uwierało. Co najmniej raz w tygodniu bolała mnie głowa. I to tak, że chciało mi się wymiotować, miałam mroczki przed oczami i modliłam się o szybką śmierć. Kiedy dochodziłam w miarę do siebie, bałam się odebrać telefony od autorów, uzupełnić tabelkę w arkuszu kalkulacyjnym, wysłać maila. Ponieważ potem rzeczy działyby się dalej, a ja musiałabym pójść za nimi.

Tymczasem wpadłam do dziury, z której nie mogłam wyjść. Zrozumiałam, że choroba, przed którą uciekałam kilka lat, znowu mnie dogania. Że uciekając, zrobiłam kółko i znalazłam się w tej samej norze. Nie potrafiłam wstawić prania, pościelić łóżka, zmyć naczyń czy choćby powiedzieć bez wybuchu płaczu, o co mi tak naprawdę chodzi i czym się denerwuję. Udawanie, że wszystko jest ok, urosło do rangi niewykonalnego zadania. Miałam już dość.

Poszłam więc do lekarza.

Kiedy weszłam i pani doktor zapytała mnie, z czym do niej przychodzę, wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, który trwał, trwał i trwał…

A chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę zasnąć.

Praktycznie uciekłam z gabinetu po odebraniu recept. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie wymyślę, skończę jako powykręcana z nerwów roślina.

Zamiast pójścia na terapię wybrałam zatem terapię na własną rękę. Z pewnością nie jest to w żadnej mierze rozsądne, ale tak naprawdę jedynym, co kiedykolwiek mi pomagało, było pisanie. Wróciłam do prowadzenia pamiętnika. Zaczęłam więcej opisywać swoje życie na blogu. I wiecie co? Natychmiast zobaczyłam jak na dłoni pewne sprawy, powtarzające się wzorce, najistotniejsze rzeczy, przesłonięte wcześniej przez tysiąc błahostek bez żadnego znaczenia.

Bardzo dużo było we mnie uczuć. Tak dużo nieulokowanych emocji, głównie tęsknoty i niewypowiedzianych słów, o czym pisałam w poprzedniej notce, że wyniszczyły mój organizm i totalnie go spustoszyły. Wiecie, bo to nie tak, że kiedy cierpi nasza psychika, ciało pozostaje obojętne. Znowu z tego całego nieszczęścia stałam się tłustą orką. Oprócz pisania zatem wróciłam do ćwiczeń. Mój organizm tego właśnie potrzebował. Dyscypliny. Im bardziej męczyłam ciało, tym lepiej wypoczywał mózg.

Jedna z recept na depresję to pisanie i bieganie.

Z dnia na dzień zaczęłam być o wiele bardziej szczęśliwa. Kiedy przebiegłam dwa kilometry bez żadnego zatrzymywania się, nabrałam sił do rozwiązywania moich kolejnych problemów. Potem było już tylko lepiej.

Ale nie łudzę się, że na dłuższą metę poradzę sobie bez specjalisty. Wiem dokładnie, kiedy znów dopadnie mnie ten stan. Dlatego na terapię na pewno się wybiorę, to kwestia czasu.

Zapytacie mnie pewnie, że skoro i tak wiem, że pójdę, czemu nie zrobię tego teraz?

Bo pozwalam sobie na płacz.

Wcześniej tego nie robiłam i dostawałam na łeb. A teraz, jak mnie coś boli albo gdy jest mi smutno, po prostu płaczę. Bóle głowy spadły co najmniej o połowę.

Od kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa.

Wydaje mi się, że wszystkie te trzy czynności: bieganie, pisanie i płakanie, sprowadzają się do tego, by być… prostszym człowiekiem. Kiedy jesteś zmęczony, lepiej widzisz pewne sprawy. Formułujesz myśli w prostszy sposób, bo nie masz siły po raz kolejny roztrząsać tego samego wydarzenia pod innym kątem. Fajnie jest wieczorem mieć siłę tylko na zanotowanie kilku zdań w pamiętniku, umycie się i pójście spać kamiennym snem. I byłabym tu niesprawiedliwa wobec Was i siebie, gdybym nie przyznała, że najlepiej jest też zasnąć w błogich objęciach drugiej osoby. Ciepło i wsparcie, które znajduję w ramionach mojego chłopaka, jest tak niesamowitą przyjemnością, że wciąż mam wrażenie, iż nie do końca na nią zasługuję.

To prawda, że depresja jest domeną artystów. Ale i przy okazji chorobą, na którą zapadnie niedługo większość naszej cywilizacji. Staliśmy się bardzo wygodni i przez to mniej odporni na stres. Nie umiemy radzić sobie z ciśnieniem, które wywołują w nas oczekiwania innych.

O tym właśnie napisałam książkę pt. Piromani. Strasznie śmieszne jest to, że prawie trzy lata po jej wydaniu przechodzę w dużej mierze przez to samo, co wtedy, zarówno autorka, jak i główna bohaterka.

Nie wystarczy coś napisać, jak się okazuje. Trzeba czytać kilka razy to samo i wysnuwać z tego wnioski. A dodatkowo nie ma co się silić na udawanie, że jest się twardym i ze wszystkim dajemy sobie radę. Dopiero po zaakceptowaniu własnych słabości stajemy się naprawdę silni.

To byłam ja, 

Wasza

Emilia

Eddie Redmayne jako Stephen Hawking

Teoria wszystkiego w reżyserii Jamesa Marsha to jeden z największych niewypałów, jakie na nieszczęście trafiłam do kina. Film jest, jakby to określiła moja mama, ładny. I to tyle, więc nie musicie czytać notki z recenzją tego dzieła wątpliwej jakości, mówię Wam jasno: obejrzeć można, ale niekoniecznie w kinie. Teoria wszystkiego zatem nie zachwyca. Moje serce podbiła jednak fenomenalna rola Eddiego Redmayne’a. I tematyka, bo Stephen Hawking wielkim człowiekiem jest. I o tych dwóch panach poniżej w poście.
O Jamesie Marshu wcześniej nie słyszałam. Nie uważam, by film był wybitnie wyreżyserowany, dlatego pominiemy dziś tego pana – najwyraźniej się nie spisał. Ze świetnego materiału na wstrząsający dramat rodzinny lub czarną komedię zrobił… w zasadzie nie wiadomo, co takiego. Przeciętną obyczajówkę? Słabe romansidło? Niepotrzebne skreślić. 
Teoria wszystkiego opowiada nam głównie o miłości Hawkinga do pierwszej żony i tego, co się działo w ich związku, kiedy choroba naukowca potwornie zaczęła dawać o sobie znać. Praktycznie zero aspektów naukowych, niewiele związanych z karierą i popularnością Hawkinga, nieciekawa, wręcz bezpłciowa rola Felicity Jones. A mogła tyle zagrać! Przecież to, co spotkało w życiu Jane Hawking, musiało czynić z nią niezwykle silną psychicznie kobietę, odważną, potrafiącą zawalczyć o to, czego potrzebowała jej rodzina. A przede wszystkim musiała naprawdę z całej siły kochać Stephena Hawkinga. Co zaś w filmie pokasuje Jones? Słabiutki głosik, którym wypowiada w ogóle nieprzekonującą kwestię „Jestem silną kobietą” i naiwne początki związku jej oraz młodego kosmologa. I ta naiwność utrzymuje się, o zgrozo, przez cały czas, do samego końca filmu. Ugh, grrr, bleh. I że ona niby też jest nominowana do tegorocznych Oscarów? Za co, ja pytam? 
Z góry założyłam, że wszyscy wiecie, kim jest Stephen Hawking. Ponieważ mamy siedem miliardów ludzi na Ziemi, trzy i pół miliarda, które chcą być sławne i z pół miliarda, które faktycznie jakąś tą sławą się cieszą*, więc czasem trudno się połapać, kto, co i jak, a Fabrykę dygresji czytają również osoby poniżej 18 roku życia** i może nie do końca zaznajomione z ponad siedemdziesięcioletnimi gwiazdami brytyjskiej astrofizyki, wyjaśnię. Stephen Hawking to urodzony w 1943 roku naukowiec, zajmujący się teorią fizyki i kosmologią. Z powodu jego wybitnych osiągnięć i tak byłby słynny, ale ponieważ od wielu lat walczy z nieuleczalną chorobą, która powinna go zabić w przeciągu dwóch lat od zdiagnozowania (werdykt lekarzy padł, kiedy Hawking miał 21 lat), jest jeszcze bardziej popularny. I słusznie. Chęć do życia tego człowieka jest niebywała. Od bardzo długiego czasu jest kompletnie sparaliżowany i nie może mówić. Ze światem komunikuje się ze światem tylko za pomocą komputera, który odczytuje prawie niezauważalne ruchy jednego z mięśni jego policzka. Taki stan fizyczny nie przeszkodził mu jednak w dokonywaniu kolejnych fenomenalnych odkryć, pisania popularnonaukowych publikacji (m. in. Krótkiej historii czasu, która sprzedała się do końca 2002 roku w 9 milionach egzemplarzy) czy występowaniu w mediach. Hawkinga charakteryzuje również nieprzeciętne poczucie humoru i wielki dystans do samego siebie. 
Ogromnie podziwiam tego człowieka. I jego pierwszą żonę, Jane, która stanowiła jego oparcie przez prawie trzydzieści lat. Poniżej ich zdjęcie ze ślubu zestawione z kadrem z filmu Teoria wszystkiego.
Żeby odzwierciedlić charakter tak niezwykłej osoby, a także ukazać targające nią uczucia w trakcie niewyobrażalnie ciężkiej choroby, Eddie Redmayne musiał się bardzo postarać. A ja jego starania doceniam, i to jak najbardziej! Postać, którą wykreował, jest na samym początku… niezręcznie pociągająca. Redmayne wcielił się najpierw w czarującego, genialnego badacza o błyskotliwym poczuciu humoru i wyszło mu to cudownie. Prawdziwy fenomen aktorski objawia się jednak przy graniu zwiastunów choroby, czyli trzęsących się rąk, upadków, a wreszcie powykręcanych gestów rąk, kuriozalnego chodu, przeraźliwych trudności z mową… 
Cóż, proste. Gra aktorska Eddiego Redmayne’a jest na najwyższym poziomie. Szkoda tylko, że gra w raczej przeciętnych filmach. (Wcześniej dałam mu się oczarować w filmie pt. Mój tydzień z Marilyn, skąd inąd również identycznie przeze mnie ocenionym). Bez wątpienia to bardzo charyzmatyczny, przystojny rudzielec. Został już unohorowany kilkoma nagrodami, m. in. Złotym Globem właśnie za rolę Hawkinga, ale wydaje mi się, że Oscara też powinien zgarnąć. Swoją drogą, do nagrody w tym roku nominowany jest także Benedict Cumberbath, który też kiedyś wcielił się w rolę Stephena Hawkinga i również świetnie mu poszło. A czy Wy macie może jakieś sugestie co do tegorocznych nominacji? Kto powinien wygrać i w jakiej kategorii? Macie swojego faworyta, jeśli chodzi o najlepszy film?

Na koniec zwiastun Teorii wszystkiego i podsumowująca ocena.

Ostatecznie oceniam film, nie grę aktorską. Niestety, nie zostałam oczarowana. Uważam, że film jest po prostu średni, dlatego przyznaję mu 
5/10.
_______________________
* Dane kompletnie z dupy.
** Dane z Google Analytics.

Ignacy Karpowicz i Kinga Dunin, czyli hajs się musi zgadzać

Kiedy moja Jagódka podesłała mi linka do artykułu, który zawierał opis błazeńskich ataków Kingi Dunin na Ignacego Karpowicza oraz jego pizdowatych prób podjęcia defensywy (tak, nawet Pudelek się o tym rozpisuje), zrobiło mi się bardzo przykro. Kto by pomyślał, że literaci potrafią zrobić w mediach taki dym w związku ze swoimi prywatnymi sprawami. Czy to przypadek, że cała ta akcja wydarzyła się na krótko przed przyznaniem Nagrody Nike?

Brzydka baba, o której słyszałam piąte przez dziesiąte, że jest jakąś tam wątpliwie sławną feminą, napada mojego mistrza literackiego, podobno mającego problem ze zwróceniem jej należnych trzynastu tysięcy złotych. 

Trzynaście patoli – niezła suma, niedobrze nie oddać. Z doświadczenia wiem jednak, że trudno się pożycza, lecz jeszcze trudniej oddaje. Może wszyscy pisarze mają z tym problem? Nie z dawaniem czy oddawaniem, ale po prostu: z pieniędzmi. Nie od dziś wiadomo, że by utrzymywać się z pisania, przedtem trzeba długi czas klepać biedę. Czy nie jest przypadkiem tak, iż bestsellerowi autorzy przyzwyczaili się do stanu ubóstwa i wpadają w kłopoty finansowe po prostu z sentymentu?

Po obejrzeniu „Czarownicy przypomniałam sobie, że dobrze mieć szerszą perspektywę i nie opowiadać się po czyjejś stronie, jeżeli nie zna się wersji każdego zamieszanego w spór. Nie znam stron, ich wersje poznałam, wszyscy mają gdzieś, czy się wypowiem na ten temat, czy nie, ale głos młodego pokolenia, które aspiruje do bycia uznanymi literatami, zawsze do czyichś uszu ma szansę trafić. Nie, żebym miała się za jakiegoś wodza (to by było…!), ale jako wolno dryfujący literacki proton nawet łatwiej mi coś na ten temat naskrobać. Dotknęł mnie on osobiście (temat, nie Karpowicz), a że milczeć nikt mi nie kazał, to będę na ten temat i pisać, i mówić. Wiadomo, wolę pisać, ale czasem i to drugie się niechcący przydarza.

Ludzką rzeczą dobierać się do światłego człowieka, więc rozumiem trochę Kingę Dunin, tak jak kobieta kobietę. (Choć coś tu jest edwidentnie nie tak, skoro i ona jest kobietą, i ja jestem kobietą, to czemu ona wygląda jak starszy pan)? A Ignacy Karpowicz dobrą dupą jest. Tylko że chyba najwyraźniej ideał sięgnął bruku. Po lekturze jego książek, reportaży i felietonów, ukształtował mi się w głowie obraz mężczyzny silnego charakterem i umysłem. A teraz co? Dupa, i to wcale już nie dobra, bo podwójna. Karpowicz ewidentnie dał dupy dosłownie i w przenośni. 


Jak można, będąc mężczyzną, dać się zgwałcić? To znaczy, tak jak słusznie zauważył na fejsie Patryk, jak można po prostu zostać zgwałconym przez kobietę? Nawet, jeśli tę kobietę się podziwia? Mam kumpla, do którego żywię ogromny szacunek, ale za żadne pieniądze nie poszłabym z nim do łóżka (nawet za trzynaście tysięcy, chociaż, patrząc na moją sytuację finansową… ekhm). Jak sobie tak myślę, no to okej. Papierowa torba na łeb i jazda. A jakby jeszcze był do tego alkohol?
Z facetami jest inaczej, niż z kobietami, gdy piją. Badam to zjawisko praktycznie co wieczór. Odurzona alkoholem kobieta co najwyżej będzie próbowała zaciągnąć do łóżka faceta, który jej się podoba. Nawalony facet będzie próbował zrobić cokolwiek z jakąkolwiek. (To tak półżartem oczywiście, bo poprawność polityczna i równość płci, coś tam, blabla, sratatata). 
Ogólnie to mi się ta cała sprawa z praniem brudów w mediach nie podoba. Jeśli ja mam coś do kogoś, to mówię mu to na osobności. Albo w ogóle nie mówię, bo czasami nawet nie warto. Dlaczego robią to literaci? Przecież powinni być hej do przodu w savoir vivre, przynajmniej tak mi się zdawało. Chyba znowu nie powinnam się po kimś czegoś spodziewać, ostatnio zauważyłam, że to mój problem. Nie spodziewaj się niczego po nikim, a wszystkiego po sobie – to chyba całkiem cenna myśl, nie sądzicie?
Skoro już zaczęłam zadawać pytania: chodzi tutaj o pieniądze czy uczucia
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie o te pierwsze. Może nawet nie o głupie trzynaście patyków, ale i sto? Nagroda Nike zostanie przyznana jutro – ciekawe, kto wygra. Skontrowersowany Karpowicz, mający głęboko gdzieś plebiscyt Świetlicki czy jak do tej pory najcichszy z ekipy moich faworytów Pilch?
Z drugiej strony, czy pisarze naprawdę tak wojowaliby o najwanitatywniejsze spośród wszystkich dóbr, czyli pieniądze? Zaczęła Dunin. Odepchnięta kobieta zrobi wiele, by pogrążyć mężczyznę, który ją zlekcważył. Lub też po prostu odbija jej palma. Jak jednak zachowuje się kobieta, która dowiaduje się, że jej mężczyzna zostawił ją nie dla innej kobiety, tylko innego mężczyzny? Mogącego, w tym przypadku, wyglądać bardziej kobieco? Karpowicz podobno ma bowiem romans z sekretarzem Nagrody Nike. (Ale to tylko zdanie Dunin). A w najnowszym spocie promującym jego kandydaturę o najważniejszą w Polsce nagrodę literacką (albo chociaż najbardziej medialną ), orientacja seksualna pisarza określana jest jako dokładnie język polski. Zabawa językiem? Gierka słowna bez podtekstu? Przypadek? 
Nie wściekłabym, gdyby się okazało, że Karpowicz to homoseksualista. Nawet bym nie zapłakała, choć byłoby żal, oj, żal! Zresztą, co mnie to obchodzi. Bez względu na to, z kim sypia (choć to troszkę obrzydliwe, że z Kingą Dunin, ale mnie się na przykład wciąż podoba Alan Rickman, mimo że jest już całkiem siwy i obwisły mu policzki, a kto wie, co jeszcze), co lubi jeść na śniadanie i czy w ogóle je je (jeee, oł jeee, je, yeah), jest dla mnie obłędnie dobrym pisarzem. Mistrzem reportażu, geniuszem dygresji oraz wspaniałym twórcą nowoczesnej prozy polskiej. Kto jeszcze lubi dzieła Karpowicza? Ręka na klawiaturę i komentarz. 
Na zakończenie polecam fragment Balladyn i romansów”, czytany przez Mateusza Kościukiewicza, naszą nowotomyską perełkę, która o starych śmieciach już raczej nie pamięta, a jak pamięta, to raczej w sposób taki, jaki objaśnił kiedyś w Newsweeku”, czyli niezbyt przyjemny. Lektura jednak bardzo przyjemna i zachęcam do obejrzenia. 

Piękny ranking

Piękna ko­bieta po­doba się oczom, dob­ra ko­bieta – ser­cu, tak twierdził Napoleon Bonaparte. Trudno się z nim nie zgodzić, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by kobieta była i piękna, i dobra. Przy ostatnim moim poście związanym z tematem piękna, Chiyo podsunęła mi świetny pomysł. Chcę Wam zaprezentować mój prywatny ranking aktorek. Problem tkwi w nazwie kategorii. Kobiety, których zdjęcia umieszczam poniżej, według mnie są fenomenalnie piękne, choć nie wszyscy się ze mną zgodzą. Ponadto wydaje mi się, że jednocześnie tkwi w nich wiele dobra, co emanuje z człowieka nawet za pośrednictwem tak lichego środka przekazu jak wywiad na YouTube. Niemniej, poniższe reprezentantki płci pięknej nie tylko uważam za świetnie wyglądające, ale również (przeważnie) bardzo je lubię, jeśli można tak nazwać osobę, z którą w życiu nie miało się bezpośredniej styczności. Tak czy siak – jedziemy.

Miejsce pierwsze – bez wątpienia Audrey Tautou. 
Jest dla mnie nie tylko ulubioną aktorką, ale i ikoną stylu, a jej uroda jest bardzo oryginalna. Kobieta o kolosalnym talencie, drzemiącym w niewielkim ciałku. Jednocześnie według mnie przedstawia pewien nietypowy standard urody aktorek francuskich. Długo się zastanawiałam, gdzie by wcisnąć Melanie Laurent czy Juliette Binoche, które również ogromnie lubię i uważam za wspaniale wyglądające. Z Audrey nie mogą się jednak równać. 
Miejsce drugie – Kaya Scodelario.
Nie jestem pewna, czy istnieje inna tak młoda osoba, która aż tak emanuje seksapilem. Intryguje, zachwyca i niepokoi, bo skoro teraz, w wieku zaledwie dwudziestu lat, dysponuje tak potężnym talentem, to co się wydarzy w przyszłości? Poznałam ją głównie dzięki roli Effy w Skins. W wolnej chwili muszę obejrzeć „Wichrowe wzgórza”, a tymczasem umilam sobie czas teledyskami, w których występuje. Popularny ostatnio „Candy” Robbiego Williamsa niesamowicie poprawia humor.
Obok Kayi niezwykłą sympatią darzę jej koleżankę, Emmę Watson, którą chyba wszyscy kojarzą. Dzięki serii filmów „Harry Potter” mogliśmy zaobserwować jej zmianę ze słodkiej, choć charakternej dziewczyny w prawdziwą kobietę. Wraz z Keirą Knightly (za którą ostatnio nie przepadam, bo wydaje mi się, że im więcej filmów z jej udziałem oglądam, tym bardziej uważam, że wcale do takich dobrych aktorek nie należy) prezentują mocną pozycję UK w moim rankingu. Na opinię tę wpływa też obecność gwiazdy takiego formatu jak Florence Welch. Niemniej postanowiłam zrobić ranking aktorek, a nie piosenkarek. Poza tym dla mnie Florcia jest poza wszelkimi listami, choć jej wygląd budzi u wielu sprzeczne uczucia.

Numer trzy – Helena Bonham Carter
Niewątpliwy talent. Pełna ekscentrycznego uroku, odważna i kobieca. Kolejna Brytyjka, jednak nieco starsza od wyżej wymienionych, do tego z o wiele większym, a w zasadzie potężnym, dorobkiem filmowym. Z pewnością zasługuje na wyróżnienie. Ponadto, choć w swoim życiu tak wiele już osiągnęła, wciąż potrafi zaskoczyć. Szczególnie cenię ją za szacunek do widzów i lojalność dla filmów Burtona, w których najczęściej gra u boku Johnny’ego Deppa. Ta trójca odegrała sporą rolę w moim nastoletnim okresie życia. I zawsze będę im za to wdzięczna. 

Czwóreczka – i chyba niespodzianka. Alicja Bachleda-Curuś! 
Nie umieściłam jej wyżej, bo widziałam z nią za mało filmów. Mimo wszystko każdą swoją polską koleżankę po fachu w podobnym wieku bije na głowę. Urodą, talentem, karierą i często inteligencją. Wystarczy obejrzeć reklamówki kosmetyków w telewizji. Wszystkie są zwyczajnie reklamami. A spot promujący szampon Pantene? Dzięki obecności Alicji to prawdziwe dzieło sztuki. To jedyna reklama, którą mogłabym oglądać chyba w nieskończoność. Mocną konkurencję stanowi też w USA, bo na tle tamtejszych celebrytek wybija się znacznie swoją słowiańską urodą, skromnością i głową na karku. Wiele kobiet powinno uczyć się na jej przykładzie, jak trzymać fason. 
Wychodzi na to, że w Stanach Zjednoczonych jakiś deficyt. Można byłoby tu wspomnieć o Natalie Portman, która wszak Amerykanką nie jest. Nie ulega wątpliwości, że jej talent jesto gromny, ale niestety zaniedbałam oglądanie filmów, w których wystąpiła. Nie widziałam nawet „Czarnego Łabędzia”, co muszę jak najszybciej nadrobić. 
Wracając jednak do sytuacji USA – mówiąc wulgarnie, za dużo tam plastiku. Wszystkie gwiazdy są do siebie podobne i jeśli mam już kogoś z nich wybrać, to zdecydowałabym się na przesympatyczną, lekko szurniętą Rachel Bilson. Ogromną sympatią darzę też Anne Hathaway pomimo początkowej niechęci do „Pamiętników księżniczki” – wszak jednak każdy musi jakoś zacząć. Niemniej, do wyżej wymienionych pań sporo im brakuje pod każdym względem. Ale, któż to wie, w przyszłości sporo może się zmienić, zwłaszcza w przypadku Anne. 
Za kinem latynoskim nie przepadam, a w azjatyckim z kolei trudno się na kogoś zdecydować. Ostatnio jestem zauroczona rolą Doony Bae w „Atlasie chmur”, gdzie grała u boku Jima Sturgeesa. Japonki i Koreanki oraz Chinki uważam po prostu za piękne. Po głębszym zastanowieniu muszę przyznać, że Li Gong swoim międzynarodowym dorobkiem zasługuje jednak na uznanie, bo choć nie lubię jej tak, jak powyższych, to bardzo szanuję i podziwiam.

A za tem miejsce piąte, Li Gong we własnej pięknej osobie.
Aż dziwne, że poznałam ją nie dzięki „Wyznaniom gejszy”, a filmowi „Hannibal: po drugiej stronie maski” (z którego, notabene, za wiele nie wyniosłam, prócz tego, że na horror do kina więcej nie pójdę). 
To tyle, ażeby nowy rok 2013 zacząć pięknie również na blogu. A kogo Wy dopisalibyście do listy lub z niej usunęli? A może Wasze typy są zupełnie inne i z moimi propozycjami nie pokrywają się w żadnej mierze?