Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Mail

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Mam dla Was wywiad z kimś bardzo dla mnie wyjątkowym. Nie z jakąś tam osobą, tylko prawdziwą osobistością. Która  wiele w moim życiu znaczy, a która wreszcie, mimo swojej skromności, niepewności i strachu, kroczy odważnie ku realizowaniu własnej pasji.

Nawet, jeśli nie interesujecie się fotografią, przeczytajcie proszę ten wywiad. I zostańcie do końca, bo im dłużej rozmawialiśmy, tym lepiej nam szło. Dzięki temu wywiadowi odkryłam, że najfajniejsze rozmowy wychodzą, kiedy naprawdę znasz swojego partnera. Dziękuję Ci, Zimny. Od teraz będę się bratała z każdym, z kim będę chciała porozmawiać i zaatakuję go z nagrywaniem dźwięku w smartfonie. Bo dzięki temu powstają naprawdę dobre teksty.

A kim jest Mateusz Zimny, bohater dzisiejszego odcinka?

To postać, którą poznałam w pierwszych dniach studiów na filologii polskiej. Już chyba siedem lat temu. Przyjaciel, jeden z najlepszych, rozumiejący, że jeśli się nie odzywam, to nie dlatego, że się obraziłam czy w ten sposób okazuję lekceważenie. Rozumie moją samotniczą, artystyczną naturę, liczne ucieczki od ludzi, bo sam właśnie taki jest. Długie przerwy w naszej relacji nie wyrządziły nam żadnej krzywdy, a każdy powrót umacnia więź jeszcze bardziej. Bardzo liczę się z jego zdaniem, cenię wrażliwość, a przede wszystkim szczerość i uczciwość. Bo Zimny co ma w sercu, to na języku i brzydzi się kłamstwem. A dodatkowo piękny z niego mężczyzna.

Zimny działa na mnie bardzo twórczo. Jego obecność daje mi ogromnego kopa motywacyjnego i mnóstwo energii, którą później twórczo ukierunkowuję. Chcę, byście przeczytali tę rozmowę, bo wiem, że wielu z Was boi się poświęcić bardziej realizowaniu własnej pasji. Że czasem mówicie mi, że jestem za wielkim chojrakiem i Wy tak po prostu nie potraficie. Rzucić wszystko. Nie martwić się jutrem. Iść na żywioł. To nie są Wasze klimaty. Dlatego przeczytajcie proszę, co mówi Zimny.

Jego pasja jest z nim od dzieciaka. Po trzynastu latach wreszcie powoli procentuje.

Emilia: Jak się zaczęła Twoja przygoda z fotografią?

Mateusz: Zaczęło się jeszcze, jak mieszkałem w Darłowie. Miałem koleżankę, która była fotografką. Wtedy wolałem stawać po drugiej stronie obiektywu, czyli dawać robić sobie zdjęcia. W jakiś sposób zawsze wiedziałem, jak się ustawić, w jakim miejscu zapozować… Później, oprócz tego, że koleżanka mnie fotografowała, zaczęła mnie również zabierać na sesje zdjęciowe, które robiła innym osobom. Jako pomoc, po prostu żebym pomagał jej ustawiać tych ludzi. Jeszcze później odbyła się wystawa, na której było trochę moich zdjęć… No i później ta pasja jakoś uleciała. Wtedy, kiedy przeprowadziłem się do Poznania na studia.

Ile lat temu to było?

M: Te początki to były… gdzieś w gimnazjum. Miałem może jakieś tam trzynaście lat…? Czyli trzynaście lat temu. I później, gdy tutaj się przeprowadziłem [do Poznania], gdzieś tę pasję upuściłem. Wróciła do mnie, gdy rzuciłem studia. Zaczynało się od takich zdjęć telefonem. Wszyscy mówili O, super zdjęcia! Zacząłem się nimi bardziej bawić, nakładać tonę filtrów w tych różnych śmiesznych smartfonowych aplikacjach. No i gdzieś tam po dwóch latach robienia zdjęć tylko telefonem zaczęły docierać do mnie coraz liczniejsze sygnały. O tym, że zdjęcia się podobają ludziom. Stwierdziłem, że to chyba ten czas, by kupić aparat. To było dwa lata temu. Dzięki niemu zacząłem się bardziej rozwijać. Już jak miałem lustrzankę to na maksa się zajarałem fotografią. Zacząłem robić coraz więcej zdjęć. Weszła wtedy jeszcze obróbka graficzna. I teraz tak sobie siedzę, z kolejnymi aparatami. I z Photoshopem.

Jaki był twój pierwszy aparat?

M: Pierwszy to był amatorski Canon 1300D z bardzo słabymi parametrami. Potem dokupiłem do niego obiektyw, taki standardowy, jak na początkującego fotografa przystało, czyli 50 mm. Taki podstawowy. Dzięki niemu uzyskałem fajniejsze efekty, mniejszą głębię ostrości.

Jakie zdjęcia najbardziej lubisz robić?

M: Najbardziej zawsze nastawiałem się na robienie zdjęć ludziom. Chociaż pierwszy zarobek przyniosła mi fotografia kulinarna. Ale najbardziej lubię zdjęcia portretowe, zdjęcia natury. Myślę, że natura jest najmniej kapryśną modelką i najpiękniejszą. 

Co czujesz, kiedy robisz zdjęcia?

M: Nie da się tego opisać słowami. Jednocześnie takie podniecenie, taką adrenalinę, trochę ekscytacji… Czuję się po prostu tak, jakbym wciskając guzik w aparacie, zatrzymywał całą rzeczywistość dookoła siebie, jakbym mógł zastopować cały świat na ten ułamek sekundy. I to jest piękne, że mogę wcisnąć stop. Zaobserwować coś, uchwycić ten moment. Uwydatniam emocje, które ulatują w tym szybkim życiu.

A czy jest coś, co w fotografii sprawia Ci trudność?

M: Myślę, że u każdego fotografa są jakieś sesje albo tematy ciężkie do zrealizowania. Ale najważniejsze jest to, by iść do przodu i przełamywać ten strach. Miałem właśnie tak z fotografią kulinarną. Dostawałem pierwsze zlecenia w restauracji, w której pracowałem. Myślałem, że w ogóle się do tego nie będę nadawać. A po roku spędzonym na pracy w restauracji i robieniu tam zdjęć bardzo się rozwinąłem. Tak, że nie ma teraz jakichś przeszkód, których bym nie mógł pokonać. Wiem, że ustawiam sobie poprzeczkę tylko po to, by potem położyć ją jeszcze wyżej. By przesunąć horyzont swoich możliwości.

Czyli uczysz się tylko poprzez praktykę?

M: Najwięcej się uczyłem przez praktykę. Ale w pracy fotografa, jak i innych artystów, nieodzowna jest inspiracja innymi dziedzinami sztuki. Cały czas przeglądam zdjęcia innych fotografów. Żyjemy w XXI wieku, w dobie mediów społecznościowych. Teraz obraz krzyczy z każdej możliwej strony. Na każdym kroku mamy inspirację, żeby stawać się coraz lepsi. Świat, w którym egzystujemy, to też epoka multitaskingu. Wybieramy to, co nam się podoba, robimy po kilka rzeczy na raz. Kilka sztuk łączymy w jedno. Tak teraz powstają zdjęcia.

A dobre zdjęcie? Co powinno w sobie mieć?

M: Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Zależy, co to zdjęcie będzie przedstawiać, ale dobre zdjęcie nie powinno być tylko ładne. Powinno zapadać w pamięć. Tak, że po przejrzeniu stu zdjęć, jak już wyłączymy ekran komputera, to nam w głowie zostanie właśnie to jedno konkretne. Obraz w głowie, który cały czas będziemy mieć przed oczami i będziemy o nim myśleć. Dobre zdjęcie powinno zmuszać do głębszej refleksji.

Jesteś zwolennikiem zdjęć czarno-białych czy kolorowych?

M: Kiedyś byłem zwolennikiem zdjęć tylko czarno-białych.
Są bardzo fajne pod tym względem, że wychodzą z nich wszystkie emocje. Ten obraz jest bardziej uczuciowy. Krzyczy do nas swoim przekazem. Ale teraz chyba wybrałbym kolorową fotografię. Moje ulubione barwy są mocno odsycone, takie sprane. Lubię brudne kolory. Właściwie wciąż chyba oscyluję w odcieniach czerni i bieli, bo faktycznie moje kolory są na maksa niedosycone, ale tak widzę świat.

Ładna odpowiedź, taka poetycka bardzo.

M: [Śmiech].

Jak widzisz swoją karierę fotograficzną za dziesięć lat?

M: Hm, za dziesięć lat to najchętniej bym się widział w polskim „Vogue’u” [śmiech]. W „Vouge’u” jest w ogóle bardzo ciekawa fotografia. Fotografia modowa jest bardzo specyficzna, większość ludzi chyba nie zdaje sobie sprawy, jaki ta konkretna dziedzina wywiera wpływ na inne obszary sztuki, choćby film czy reklamy… Można to zaobserwować na podstawie kampanii reklam Gucciego. Tam zdjęcia wyglądają jak obrazy, malowane na płótnie… Wracając do tematu, za dziesięć lat widzę się albo w prężnie działającej firmie, gdzie mógłbym się realizować i w dalszym ciągu stawiać poprzeczkę coraz wyżej. A jeśli mi się to nie uda, to widzę siebie jako swojego szefa i pana życia. Chcę się utrzymywać z własnej działalności. Nie ma nic lepszego niż pasja, która przekształca się w pracę. I która daje nam pieniądze. I w sumie… Nie musiałbym być znanym fotografem. Ważne, żeby dalej sprawiało mi to przyjemność i żebym był w stanie się z tego zajęcia utrzymać.

Jakich zleceń się teraz podejmujesz? I jakie są najbardziej przez Ciebie pożądane?

M: Teraz… Jestem bezrobotny [śmiech]. Ostatnio zrealizowałem na przykład ślub. Jestem wdzięczny, że ktoś zaufał mi w tak ważnej kwestii. W tym tak bardzo istotnym dla siebie dniu. I jeszcze fotografia kulinarna. Ale najfajniejsze zlecenia to sesje plenerowe, portretowe. Byle nie noworodkowe, za dziećmi nie przepadam [śmiech].

To skoro o modelach mowa… Łatwiej pozują kobiety czy mężczyźni?

M: Kobiety.

Tak? Jest aż taka różnica?

M: Tak. Mam wrażenie, że kobiety, choć oczywiście nie można generalizować, bo, wiadomo, nie każda feministka nie goli nóg i ma owłosione pachy… Ale myślę, że kobiety są bardziej wrażliwe na piękno, więcej w nich emocji i mają więcej zmysłu artystycznego. Faceci często myślą, że zdjęcie zrobi się samo za nich. Że staną okrakiem. Rozszerzą nogi, złapią się za biodra i będą wyglądać bajecznie. Tak nie jest, trzeba być świadomym swojego ciała. Myślę, że kobiety nie bez powodu są płcią piękną.

Czy podejmujesz jakieś kroki ku autopromocji?

M: Moja promocja leży na podłodze i nie chce wstać. Większość zleceń mam przez znajomych, ktoś zobaczył moje zdjęcia i też chce mieć podobne.

I kiedy już do Ciebie przychodzi klient, to czy ma skonkretyzowane oczekiwania? Wie, czego chce, czy możesz się wykazać swoją własną inwencją?

M: Różnie. Jeśli mają własne oczekiwania, staram się im sprostać, ale często też dają mi działać na własną rękę. To są te najfajniejsze zlecenia, kiedy mogę robić po swojemu. Ale zawsze szanuję życzenie klienta. Nawet, jeśli zleceniodawca chce zdjęcia z dużą ilością światła, za czym ja nie przepadam, to i tak traktuję to jak wyzwanie, dzięki czemu mogę nauczyć się czegoś nowego. Pokazać moją wszechstronność. I na chwilę zobaczyć świat oczami klienta.

 A trudno jest Ci rozkręcić swój biznes fotograficzny? Zaistnieć w tym świecie?

M: W większym mieście, czyli takim, jakim jest Poznań, jest trudniej. Mamy tu duży rynek, wielu profesjonalnych fotografów. Konkurencja jest spora. Ale mam też koleżankę z mniejszego miasta, czasem podejmujemy się wspólnie zleceń.

Moje kompetencje cały czas rosną, a wiadomo, że najbardziej liczy się jakość w stosunku do ceny. Jestem świadomy i moich umiejętności, i tego, że tak naprawdę nie mam aż tak wielkiego doświadczenia. Ale dzięki temu mogę zaproponować klientowi i dobrą sesję, i przystępną cenę.

Mateusz Zimny fabryka dygresji poznań fotograf

Czy jest coś, co Cię wyróżnia jako fotografa?

M: Że jestem gejem [śmiech]. Nie wiem…

[Oboje odpalamy papierosy].

Ale co, wywalamy to? Tego nie ma być?

M: Nie wiem. Myślę, że wyróżnia mnie w ogóle podejście do zdjęć. Ja chyba robię zdjęcia smutne. Dla mnie w ogóle w życiu prywatnym szklanka jest zawsze do połowy pusta. Nigdy nie jest do połowy pełna. Zawsze wiem, że można czegoś tam dolać. To się chyba odbija w mojej fotografii. Nawet z najweselszej sytuacji potrafię wydobyć nutkę melancholii. Może goryczy. Nie wiem, czy to jest dobry chwyt marketingowy.

Czemu? Mi się podoba. Jesteś szczery. Twoje zdjęcia też, są prawdziwe. Ty jesteś prawdziwy w tym, co robisz.

M: No, aż mi się nogi spociły. 

Aha, w takim razie co… kończymy. Chociaż nie, mam pytanie ekstra. Co byś zrobił, gdybyś się nie bał? W kontekście oczywiście swojej pasji fotograficznej.

M: To jest bardzo duży problem. Tego, że ja się wiecznie boję. Tak zostałem wychowany, że jestem zahukany z każdej strony.Ale gdybym się nie bał… Bardziej chyba bym uderzał do ludzi z tymi zdjęciami. Nie bałbym się ich pokazywać. Ta promocja by wstała z tej podłogi i by się przeszła po całym mieście. A ta moja niepewność siebie, która może i jest u każdego artysty, u mnie jest po prostu za duża. Hamuje mnie. Walczę z tym, staram się. Bo żaden artysta nie robi sztuki dla siebie. Robimy sztukę dla odbiorcy. Nawet, jeśli to ma być jeden odbiorca, którego to chwyci za serce, to uważam, że warto. Dlatego przełamuję mój lęk. Bo to nie jest strach przed krytyką. Raczej jest irracjonalny, ale postaram się go wypędzić. Pozdrawiam czytelników Gazety Wyborczej!

Ha, ha. Życzymy wszystkim Czytelnikom Fabryki Dygresji, żeby się nie bali realizowania swojej pasji.

M: Ej, to się nie nagrywało.

Nagrywało się!

Autorem wszystkich zdjęć użytych w poście jest Mateusz Zimny. Są dziełami objętymi prawem autorskim. Jeśli chcecie je wykorzystać, a może i zamarzyła się Wam własna sesja fotograficzna, możecie skontaktować się z Mateuszem pod adresem mailowym: mateusz.zimny92@gmail.com

Koniecznie obserwujcie też jego magicznie piękny Instagram pod nickiem @ziemny. Gorąco polecam!

A jak wywiad? Podobał się Wam? Ma być więcej takiej inspiracji na blogu? Koniecznie dajcie znać też w kwestii zdjęć Zimnego. Które zachwyciło Was najbardziej?

Do zgadania w komentarzach!

Wasza

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

A zatem stało się. Albo za wiele razy usłyszałeś, że blogowanie jest żałosne, albo straciłeś motywację do pisania, albo po prostu jeszcze nie zacząłeś i zastanawiasz się, czy to w ogóle ma sens. W każdym razie potrzebna Ci spora doza motywacji do pisania. Bardzo proszę! Oto moja historia. Bierz z niej, co tylko chcesz!

Zaczęłam blogować, chodząc do gimnazjum. Grubo ponad dziesięć lat temu. Pisałam potterowskie fanfiction o Lily Evans i Huncwotach. I jakieś tam drobne przemyślenia o nastoletnim życiu. Nie wiedziałam, po co ani dla kogo. Po prostu chciałam prowadzić bloga, napisałam to nawet w pamiętniku w ramach postanowień noworocznych.

Gdyby ktoś mi powiedział, że za nieco ponad dziesięć lat dzięki blogowi będę w stanie się utrzymać, stwierdziłabym…

OK, zawsze miałam nosa w kwestii pisania, jestem w stanie w to uwierzyć.

Ale jak wytrzymać aż dziesięć lat?! Jak znaleźć motywację do pisania bloga na taki szmat czasu?!

Jak znaleźćmotywację do blogowania FD

Nie wiedziałam. Po prostu pisałam. Poznawałam ludzi i ich teksty. Robiłam to, co czułam, że trzeba zrobić. Bo skąd miałam się dowiedzieć, jak prowadzić bloga?

Jako nastolatka nie miałam zielonego pojęcia o Jasonie Huncie (który zresztą wówczas był Kominkiem, przecierającym szlaki innym blogerom), bo nikt, absolutnie nikt nie użyłby epitetu sławny w zestawieniu z rzeczownikiem bloger. O Krzysztofie Gonciarzu usłyszałam dopiero w 2015 roku, kiedy razem z Kominkiem i Segrittą zaczęli reklamować Somersby. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że na blogu faktycznie można zarobić, ale nie obeszło mnie to specjalnie, bo właśnie wydawałam swoją debiutancką książkę, Piromanów, a wszystko inne miałam w pompie.

Aż w 2018 roku, czyli w szóstym roku prowadzenia bloga, zaczęło zgłaszać się do mnie mnóstwo ludzi, potrzebujących przewodnika w świecie literackim. Niektórzy potrzebowali recenzji, inni, jak się okazywało, pracy nad tekstem swojej książki, jeszcze inni chcieli znaleźć wydawcę. Pomyślałam sobie: może czas skończyć z odpisywaniem im tak, chciałabym pomóc, ale nie mogę, bo nie mam czasu? Pracuję na pełen etat, piszę książkę, nie dam rady?

Już chciałam przekazywać bloga w ręce najlepszego przyjaciela, ale… nie byłam w stanie tego zrobić. Fabryka Dygresji jest od początku do końca moja, taka prawda. Prędzej zrezygnuję z posady w wydawnictwie niż odpuszczę pisanie.

I tak też się stało.

Wiele razy, między innymi na Blog Conference Poznań, słyszałam z ust innych blogerów, że

siódmy rok prowadzenia bloga jest przełomowy dla kariery.

Albo odpuszczasz i niszczysz wszystko, albo wypływasz i zaczynasz sobie dawać radę. Wierząc kolegom z branży, stwierdziłam, że błędem będzie skupienie się na pracy dla kogoś innego, kiedy mogę pracować sama dla siebie. Siódmy rok już niedługo!

Złożyłam więc wypowiedzenie, a gdy znowu napisała do mnie na maila jakaś osoba, prosząc o recenzję swojego tekstu, napisałam: Bardzo dziękuję za wiadomość. Pańska książka ma objętość x arkuszy wydawniczych. Moja stawka za recenzję wynosi x zł. Jeśli opinia o książce będzie niekorzystna, zwracam 50% kosztów, a recenzję podsyłam Panu i nigdzie jej nie publikuję.

Dwa dni później trzymałam w ręku pierwsze kilka stów za przeczytanie książki.

Dwa miesiące później założyłam jednoosobową działalność gospodarczą Fabryka Dygresji Emilia Nowak.

Wnioski?

Nie trzeba być celebrytą ani super influencerem z kilkuset tysięcznymi zasięgami, by zarabiać na blogu. Nie trzeba reklamować produktów, tylko umiejętnie zaprezentować swoje talenty i wykorzystać je do zbudowania biznesu. Wszystko, czego trzeba, to chcieć i działać. Ja się przecież nawet praktycznie nie reklamowałam, nie wkładałam żadnej kasy w AdWords i dwa razy ustawiłam reklamę strony na Facebooku, na co wydałam łącznie niespełna 100 zł.

Po prostu pisałam.

I Ty też będziesz pisać.

Nawet wtedy, gdy będą się z Ciebie śmiać, wymawiać słowo blogerka z pogardą albo uważać, że blogowanie jest dla dzieciaków, a nie poważnych ludzi.

W sumie, co racja, to racja. Nie czuję się poważnym człowiekiem. Wiem jednak, że

blogowanie to zajęcie dla osób kreatywnych i nieprzeciętnych.

Pasjonatów życia. Ludzi ogarniętych szałem działania, którzy są na bakier z malkontenctwem.

Takich ludzi uwielbiam i z nich biorę przykład. Do takiego grona ludzi chcę przynależeć i to z nimi pragnę być utożsamiana.

Moja przygoda z blogowaniem to chyba wcale nie jest przygoda. To część mojego życia, z której próbowałam zrezygnować, ale po prostu nie potrafiłam.

Niskie słupki w statystykach nigdy za bardzo mnie nie obchodziły. Kiedy widziałam spadek, po prostu zastanawiałam się, co zrobić, by były wyższe. Zmuszało mnie to do wytężenia mózgownicy i poszukania ciekawszych tematów. Do lepszego pisania. Ale przenigdy nie pomyślałam, by przestać pisać, bo za mało ludzi odwiedza moją stronę! Przecież nawet jeśli pomogę moim pisaniem jednej osobie (a oto mój cel, by tworzyć treści z pożytkiem dla czytelników), to moja misja będzie w 100% zrealizowana!

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

Nie szukaj, ona jest w Tobie i Twoim blogowaniu! Przeczytaj sobie poprzednie teksty, popatrz, o czym piszą inni blogerzy. Porozmawiaj z nimi. Zapoznaj się z wcześniejszymi komentarzami swoich czytelników. Może o coś zapytali i z odpowiedzi na to pytanie zrodzi się cały tekst?

Tak jak właśnie ten i kilka kolejnych o blogowaniu?

Trzymam za Ciebie kciuki!

Twoja

PS!
Jeśli wpis przyniósł Ci pożytek, nie zapomnij dokonać subskrypcji!

Mail

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Jesteś święcie przekonany, że były szef kopie pod tobą dołki. To przez niego nikt nie chce cię teraz zatrudnić! Twój tekst został odrzucony przez trzy wydawnictwa, więc pewnie jest do kitu. Nie ma co próbować w czwartym.Trzy razy próbowałaś na różnych uniwerkach i nie skończyłaś żadnego kierunku, więc pójście na kolejne studia to poroniony pomysł. Zdarzyło Ci się myśleć podobnie? Jeśli tak, czytaj dalej!

Jagódka jakiś czas temu podesłała mi artykuł o błędach poznawczych (zniekształceniach myślowych). Zapoznawszy się z nim, ucieszyłam się, jak bardzo rozsądną, dojrzałą i inteligentną osobą jestem. Chodząca zajebistość, mówiąc dobitniej. To właśnie ja.

A potem młody szczeniak dalmatyńczyka pogryzł mi ulubioną bluzkę. Przez pół godziny zanosiłam się płaczem. Pokonały mnie własne emocje. Totalny wstyd. Przecież tak się zachowuje rozwydrzona nastolatka, a nie kobieta, która prowadzi własną firmę!

błędy myślowe fabryka dygresji depresja

W przeciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin od spotkania szczenięcych kłów z moją bluzką, rozmawiałam z dwoma kolejnymi przyjaciółmi. Uświadomili mi, że jak bardzo cwani byśmy nie byli, nie uciekniemy od tego, że nasz mózg jest leniwy. Lubi upraszczać, spłaszczać, generalizować. Przez jego lenistwo świat staje się czarno-biały.

Bluzka dobra, pies zły.

Ktoś, kto nam powiedział coś przykrego, powinien pójść do piekła. A my, za bycie ofiarą, do nieba.

Pojawiają się natrętne myśli. Bezsenność. Rozpamiętujemy w kółko to, co złego nam się przydarzyło.

W końcu depresja i wrażenie, że brak wyjścia z naszej sytuacji.

I myślimy, że to wszystko prawda.

Kiedy powinęła mi się noga na studiach, pomyślałam sobie: madafaka, ja naprawdę mam powtarzać tyle przedmiotów? Nie dam rady! Matka mnie nie wpuści do domu, bo to praktycznie oznacza kiblowanie! Ubzdurałam sobie, że jeśli ułoży mi się z chłopakiem, to cała reszta też, sama z siebie, jakoś poskłada się do kupy. I na tym się skupiłam. Poświęcałam czas relacji z góry skazanej na fiasko. Zawalałam kolejne przedmioty i przepuszczałam kasę na bzdury. Myślałam, że zakupoholizm pomoże mi ukoić stres.

Możecie się popukać w łeb, ja sama też się pukam, ale uwierzcie mi, byłam przekonana o prawdziwości mojego osądu. Kiedy wszystko do reszty się spieprzyło, zawinęłam się w depresyjny kocyk i przeleżałam w nim aż trzy miesiące. Myśląc o tym, czy można się utopić w kiblu, bo nie chciało mi się za bardzo wychodzić z akademika, żeby popełnić samobójstwo.

Ale oto jestem tu, pisząca dla Was. Ceniąca każdą minutę własnego życia. Pięć lat od tamtych okropnych dni. I trzy dni od zniszczenia depresyjnego kocyka przez narwanego Francisa. Bo bluzka mu nie wystarczyła. Dalmatyńczyk po prostu chciał się ze mną pobawić, a ja nie potrafiłam wytłumaczyć mu, że nie mam ochoty. Ot, cała filozofia.

leniwy mózg fabryka dygresji błędy myślowe

Z ludźmi bywa tak samo. Nie chcą nam zrobić nic złego, ale my nie potrafimy właściwie zinterpretować ich zachowania. A potem…

Palimy za sobą mosty. Z niewiedzy, że tak nie trzeba postępować.

Nie pozwólmy naszemu leniwemu mózgowi, by decydował o naszym życiu. Kontrolujmy go. Dowiedzmy się, na czym polegają najpopularniejsze błędy poznawcze. Spróbujmy je u siebie wyłapać. A potem nad nimi popracować. Potem utwierdzimy się w błędnym przekonaniu, że jesteśmy super, bo nie popełniamy tychże błędów, więc wrócimy do listy i zaczniemy cykl od nowa. Dobra?

Efekt statusu quo

Status quo to w języku łacińskim nic innego jak stały stan rzeczy. Większość ludzi za wszelką cenę pragnie tego, by zachować stałość. Żyjemy w mylnym przeświadczeniu, że zmiany są złe, a punkt, w którym jesteśmy teraz, jest w miarę dobry. Inaczej mówiąc: chujowo, ale stabilnie. W ten sposób pracownik, który użera się z szefem-frajerem, ma roboty na trzy etaty i od dwóch miesięcy nie odnotowuje na swoim koncie pieniędzy, dalej będzie tkwił w tej samej pracy. Bo w innej może być jeszcze gorszy szef.

Efekt autorytetu

Dobrze mieć w życiu autorytet, ale nie można zapomnieć o tym, że ma się własny rozum. W większości przypadków rodzice są ogromnym autorytetem dla swoich dzieci. Część z nich z takiego przeświadczenia nie wyrasta. Jeśli matka mówi nam za dzieciaka: bądź grzeczny, słuchaj pani, to mały szkrab będzie starał się wypełnić to polecenie. Bo dlaczego nie? W końcu powiedziała to mama, a ona wie najlepiej. Kiedy dwadzieścia lat później matka powie do syna: ta dziewczyna nie może być twoją narzeczoną, przecież jest kompletną idiotką, mężczyzna może powiedzieć: mamo, odczep się, ja ją kocham. Ale jeśli podlega dalej efektowi autorytetu, zerwie z narzeczoną.

Hiperbolizacja

Przeczytałeś ostatnio cztery książki w miesiącu, ale w grupie moli książkowych, do których należysz, napiszesz, że przeczytałeś aż pięć. Ledwo co poznałeś dziewczynę w pubie, ale swoim ziomkom powiesz, że prawie się całowaliście. I albo sam w to uwierzysz, więc przy następnym spotkaniu postarasz się pójść z dziewczyną do łóżka i zaliczysz ostrego liścia, albo będziesz sobie wyrzucał przed zaśnięciem, że znowu skłamałeś. I nie da ci to spokoju.

Widzenie tunelowe

Pies pogryzł moją ulubioną bluzkę, będę więc płakać i tupać nogami. Zły pies. Pies skurwysyn.
A tak naprawdę przecież to tylko szczeniak, który chce się bawić. Bluzka kosztowała 15 zł, kupiłam ją w towarzystwie osoby, z którą nie chcę już nigdy więcej mieć nic wspólnego, więc dobrze się stało. W końcu to tylko kawał materiału. Drugi identyczny albo i pięć razy lepszy mogę kupić w każdym momencie.

Lekceważenie lub pomijanie pozytywnych informacji

Często słyszę to od moich koleżanek, które narzekają na swoich chłopaków. Mówią bez przerwy o tym, jaki on jest okropny, nieczuły, chamowaty, skąpy, burkliwy, głupi i ogólnie kasztan z niego, a nie mężczyzna. Słysząc to po raz wtóry, sugeruję dziewczynom, by skończyły taki związek, no bo ile można wytrzymać? Ale okazuje się, że to tylko połowa prawdy, która do mnie dociera. Bo przecież ostatnio ten kasztan przygotował jej pyszną kolację, z samego rana powiedział, że kocha ją jak nikogo bardziej na świecie, jest taki przystojny i taki odważny… Tylko że tamte informacje wcześniej w ogóle do mnie nie docierały. Co więcej, podejrzewam, że moje koleżanki same po pewnym czasie związku widzą tylko te złe strony swojego partnera. Można uważać, że to słabe zachowanie, takie nie w porządku. Ale teraz wiemy, że jego przyczyną jest leniwy mózg.

I trzeba nad nim nieustannie pracować!

Najpełniejszą listę błędów poznawczych znalazłam na Wikipedii. Przedstawiłam Wam tylko piątkę jako zachętę do zbadania tego tematu samemu. Mam nadzieję, że udało mi się Was zainteresować tematem.

Pamiętajmy: to, co nam się wydaje lub o czym nawet jesteśmy przekonani, wcale nie musi być zgodne z tym, co jest w rzeczywistości. Korzystajmy ze swoich pięciu zmysłów i nie dajmy się wywieźć w pole meandrom naszego umysłu, który raz funkcjonuje lepiej, raz gorzej. Ćwiczmy mózgi i dbajmy o swoje zdrowie psychiczne. Bo wiecie, to, że pójdziemy raz w roku do internisty, żeby wypisał nam receptę na antybiotyk albo łykamy w okresie grypowym rutinoscorbin, to może i jest dbanie o swoje ciało. Ale psychika na nie nieustannie oddziałuje. Więc żeby ustrzec się przed wrzodami czy po prostu ocalić własne życie, pracujmy choć trochę nad tym, co mamy w głowie.

Jasna sprawa?

Tak? To proszę o łapkę w górę.

Jeśli jesteście zainteresowani tematem, macie podobne przemyślenia lub doświadczenia, koniecznie dajcie znać w komentarzu.

To byłam ja!
Wasza

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?

Bezpośrednio pociąg z Poznania do Lublina odjeżdża o 1.03. Trochę zaspani przemierzamy nocne centrum w kierunku dworca. Biletów nie mamy, trzeba czekać w kolejce. Do odjazdu coraz mniej czasu. Wreszcie jednak lądujemy z kupionymi w automacie biletami w przedziale. Plecaki lądują na metalowych półkach. Czekamy, aż pociąg ruszy. I jest! Charakterystyczne szarpnięcie. Wycieczka!, chcę zawołać z entuzjazmem, ale przecież jeszcze nie ruszyliśmy. Czyżby opóźnienie? Nie, okazuje się, że pociąg ruszył, ale… bez nas.

Pomyliliśmy wagony.

Tacy, kurde, wielcy podróżnicy z nas, hehe. Daj lajka niezdarnym turystom, żeby mieli motywację do kolejnych przypałów w podróży!

Pierwsze wrażenia

24 godziny później robimy drugie podejście. Tym razem z biletami kupionymi dużo wcześniej, by na papierze znalazły się numery miejscówek. Rano, tuż po ósmej, w połowie wyspani, wysypujemy się z TLK na dworzec w Lublinie. Żeby dostać się do centrum, musimy zrobić długi, bo trwający kilkanaście minut spacer. Jakoś już tak się chyba przyjęło, że wolimy chodzić po nowym mieście (a w Lublinie przecież jeszcze nie byliśmy!) niż poruszać się jakimkolwiek środkiem transportu. Chyba, że rowerem, rower może być. Bo w autobusie, trolejbusie czy tramwaju po prostu nie jest się w stanie tak dokładnie pochłonąć nowej rzeczywistości. Trzeba trochę pooddychać przestrzenią pomiędzy budynkami, przypatrzeć się ich detalom, na spokojnie, bez pośpiechu.

Z początku Lublin nie zachwycał. Blokowiska, gorąc bijący wściekle od asfaltu, wszędobylska przeciętność z wyjątkiem iksów w szyldach. Bo w Lublinie jest xero, a nie ksero, nie wiedzieć czemu. Im jednak bliżej było Starego Miasta, tym cudniej. Na pusty żołądek zwiedzać jednak nie wypada, więc trzeba było gdzieś się posilić.

Co zjeść w Lublinie?

Podstawowa zasada brzmi, by iść tam, gdzie są ludzie. Ten trop zawiódł nas więc do

Mandragory,

bardzo klimatycznej restauracji, serwującej kuchnię żydowską. Zamówiliśmy cebularza z kawiorem żydowskim i bajgle z twarożkiem, ogórkiem i łososiem. Bajgle wyjątkowe, naprawdę, nigdy nie jadłam tak delikatnego, wilgotnego ciasta. Największym doznaniem było jednak… piwo. Perła w Lublinie smakowała o wiele lepiej niż w Poznaniu. Zazwyczaj nie pijemy przed południem, więc może to nasze kubki smakowe były wyjątkowo wrażliwe na doznania…? Otóż nie. Podczas dalszej części piwnej turystyki utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Perła najlepsza jest w Lublinie. Nic dziwnego, w końcu to stąd Perła pochodzi. Ale o tym później, w następnej części cyklu o weekendzie z Lublinem.

Wracając do Mandragory. Cenowo może nie najtaniej, ale pysznie i w dodatku była tego wuchta! Byłam też totalnie zachwycona obsługą. Kelner, gdyby mógł, nieba by nam uchylił. Ponieważ nie miał jeszcze takiej mocy, starał się, by nasz pobyt był jak najmilszy i najsmaczniejszy. Udało się! Chętnie do Mandragory wrócę, bo spróbowaliśmy tylko wyimka z menu śniadaniowego. A przecież to miejsce ma jeszcze mnóstwo do zaoferowania, nie tylko w kwestii jedzenia, ale i wydarzeń kulturalnych.

cebularz Mandragora Fabryka Dygresji co zjeść w Lublinie

Nieco dalej, poza obrębem Starego Miasta, przy Solnej 4, mieści się

Zatar mezze & hummus & grill,

maleńka restauracja pełna smaków, głównie z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Znajdą się tam specjały zarówno dla wszystkożernych, jak i wegan. A wśród nich takie rarytasy jak pieczony kalafior czy przepyszne kanapki w picie. I to wszystko, jak i kawa, posypane płatkami róż. Smacznie i estetycznie, a porcje takie akurat. Jeśli będziecie w okolicach, możecie śmiało wpadać.

Największe doznanie kulinarne przytrafiło mi się jednak w

Sielsko Anielsko,

do którego trafiłam dzięki tekstowi Wszędobylskich (polecam, będę z tego jedzeniowego przewodnika na pewno korzystać jeszcze nie raz), szukając pierogów. Mam takie małe gastrozboczenie. Kocham pierogi ruskie ponad wszystkie inne dania i to ich muszę spróbować, gdy trafiam do nowego miejsca. Myślę, że w całym moim życiu jadłam pierogi w lekko ponad dwustu lokalach. Chyba w ogóle stworzę jakiś ogólnopolski ranking… A na pierwszym miejscu będą ruskie z Sielsko Anielsko przy Rynku 17. Duże, o idealnej konsystencji (grudki twarogu były jeszcze widoczne), w miękkim, świeżutkim cieście, z okrasą, którą określiłabym jako rześką (delikatny tłuszcz z lekko podsmażonymi, złocistymi skwarkami). Z pierogami ruskimi jest taki problem, że często są przesolone, a te były naprawdę perfekcyjnie przyprawione. Cena (18 zł) wydaje mi się zatem jak najbardziej adekwatna. A nawet niewygórowana jak za taką przyjemność dla podniebienia.

Sielsko Anielsko Pierogi ruskie Fabryka dygresji

Zupy, barszcz i żur też podobno były przepyszne, tak samo jak drugie danie główne, czyli wątróbka po Zamojsku. Nie dziwię się, że Sielsko Anielsko co chwilę zgarnia jakieś nagrody. Kolejnym plusem jest szybka, profesjonalna obsługa. Cenowo może nie wychodzi super tanio, ale i tak chyba dobrze jak na tak pyszne rzeczy serwowane na Starym Rynku. W budynku, w którym na świat przyszedł sam Henryk Wieniawski!

Uciekła mi ostrość, ale trzeba było jeść, a nie jakieś zdjęcia pstrykać!

Przaśny wystrój co prawda nie należał do moich ulubionych, ale był wyjątkowo spójny i oddawał charakter miejsca. Nie mogę zatem mieć żadnych zarzutów i polecam z czystym sumieniem.

Sielsko Anielsko Fabryka Dygresji Co zjeść w Lublinie

Nie mogło się jednak obyć bez deseru. Za poleceniem brodacza z powyższego zdjęcia, udaliśmy się do kawiarni

Anabilis

przy Lubartowskiej 7. Zobaczyliśmy tam dzieła sztuki cukierniczej. Torty wyglądające jak poezja, gustownie wyeksponowane w szklanych gablotach. Ale przyszliśmy tam ze względu na podobno najlepsze lody w mieście. Jak się okazało, wprowadzono nas w błąd. To najlepsze lody w całej Polsce. Składniki w stu procentach naturalne, sprowadzane z Włoch, specjalna śmietana, nietuzinkowe połączenia smaków… Cztery wielkie lodowe kule to 10 zł. Aż nie mogłam uwierzyć w tak niską cenę, Poznań przyzwyczaił nas do czegoś innego. Lody nie przypominały w konsystencji niczego, co do tej pory jadłam. Były aksamitne jak krem, a w smaku tak intensywne jak same produkty, z jakich zostały przygotowane.

Źródło: lublin.eu

Podczas naszych spacerów co chwilę natrafialiśmy na miejsce, do którego chciałabym wejść i skosztować czegokolwiek. Niestety, albo i na szczęście, mam tylko jeden żołądek. A Lublin, jak się okazuje, pod względem gastronomicznym ma tak wiele do zaoferowania, że będę tam z wielką chęcią wracać raz po raz i próbować kolejnych przysmaków.  Zapraszam do podzielenia się wiedzą o fajnych miejscach z jedzeniem w komentarzach. Śmiało, polecajcie!

Przy okazji dajcie proszę znać, czy chcecie, by na blogu pojawiało się więcej wpisów o podróżowaniu, dobrze? Wybieramy się za dwa tygodnie do Wrocławia na Targi Książki Niezależnej, potem na Mazury, w Beskidy oraz do Wielkiej Brytanii. Jeśli wyrazicie ochotę, będziecie na pewno mieli o czym czytać!

A jeszcze w tym tygodniu druga część wpisu o Lublinie. Tym razem o tym, gdzie wypić.

Wasza oczarowana Lublinem