Jak promują się pisarze na Instagramie? 10 polskich kryminalistów!

Jak promują się pisarze na Instagramie? 10 polskich kryminalistów!

O tym, że Instagram to doskonałe narzędzie marketingowe do budowania swojej marki osobistej oraz powiększania społeczności, powinni już wszyscy wiedzieć. Ale jak to robić, będąc pisarzem? Przecież życie literata jest nudne: biurko, komputer, kawa… A może jednak wręcz przeciwnie? 10 polskich pisarzy kryminałów obala ten stereotyp! Sprawdź, jak promują się na Instagramie!

Ten tekst powstał głównie dla debiutujących autorów, którzy wahają się jeszcze co do prowadzenia mediów społecznościowych. Kochani, warto jest promować swoją markę osobistą. W ten sposób naprawdę możecie zbliżyć się do swoich czytelników i nawiązać z nimi bezpośrednie interakcje. Chyba dobrze poznawać ludzi zainteresowanych Waszymi tekstami? Dla mnie właśnie możliwość spotkań z czytelnikami jest jedną z najcenniejszych rzeczy w pisarstwie.

Poza tym rzadko piszę o kryminałach, bo nie jestem ich miłośniczką, ale wiem, że to jeden z ulubionych gatunków literackich. Postanowiłam zatem delikatnie ugryźć temat, od strony rozrywkowej, nie krytycznej. To co, zaczynamy top 10 polskich kryminalistów na Instagramie?

Katarzyna Bonda

Królowa polskiego kryminału: piękna i mądra niczym Atena. Urodzona w 1977, w swoim dorobku literackim ma już osiem powieści kryminalnych. Jest nauczycielką w Maszynie do pisania oraz autorką książki o tym samym tytule, wydanej przez Muzę. Aktualnie angażuje się w promocję finałowego tytułu z serii o Saszy Załuskiej. Z okazji premiery Czerwonego pająka zorganizowano na Bulwarach Wiślanych w Warszawie specjalną przestrzeń dla czytelników. Będą tam mogli zanurzyć się w świecie stworzonym przez Bondę i poczuć jak bohaterowie serii.

Oprócz zdjęć ze spotkań autorskich, festiwali literackich czy widoków z życia codziennego, Bonda dzieli się z fanami swoją pasją. Dobrze wpasowuje się w jej twórczość literacką, bo chodzi o… strzelanie. Aż sama nabrałam ochoty na taki sport!

Wojciech Chmielarz

Jakub Mortka, komisarz o nieco zabawnym, ale świetnie przyjętym przez czytelników nazwisku, jest bohaterem jednego z cykli kryminalnych Wojciecha Chmielarza. Choć osobiście nie przeczytałam jeszcze żadnej książki tego autora, niebawem zapewne nadrobię zaległości. Wydane ostatnio przez Marginesy Żmijowisko prezentuje się wprost epicko, a Instagram autora mówi nam, że jest mężczyzną sympatycznym, z poczuciem humoru oraz otwartym na ludzi. Nawet, jeśli nie jest tak w rzeczywistości, media społecznościowe zrobiły swoją robotę.

Gaja Grzegorzewska

Autorka cyklu kryminalnego o prywatnej detektyw, Julii Dobrowolskiej, prowadzi bardzo barwny profil na Instagramie. Zdjęcia wyróżniają się na tle pozostałych, publikowanych przez innych polskich twórców kryminałów. Widać na pierwszy rzut oka, że Grzegorzewska jest nieprzeciętną osobowością, której życie mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Autorka publikuje zdjęcia swoich malunków. Poleca książki, które warto przeczytać. Pozuje w artystycznych kreacjach i pokazuje, jak fajny dystans ma do siebie, fotografując się na przykład z maseczką na twarzy. Sprawia wrażenie ciekawej osoby, którą bardzo chce się poznać. A jak to zrobić? Najlepiej poprzez literaturę. Kto sięga po książkę Grzegorzewskiej, ręka w górę! A może są tu jacyś czytelnicy autorki? Dajcie znać, które utwory podobały Wam sie najbardziej!

Marta Guzowska

Witajcie! Tu Marta! #martaguzowska

Post udostępniony przez Marta Guzowska – Pisarka (@martaguzowska_pisarka)


Ta autorka z kolei widzi świat raczej biało-czarno, jeśli mamy wiedzę na jej temat czerpać z Instagramu. Marta Guzowska jest nie tylko pisarką, ale również archeolożką. Pewnie dlatego na jej profilu znajdziemy mnóstwo intrygujących zdjęć. Z codzienną fotografią przeplatają się takie ciekawostki jak chociażby starożytne ruiny czy… kupa dinozaura! Autorka Reguły nr 1, Chciwości czy Ślepego archeologa jest jednak oszczędna w ujawnianiu szczegółów ze swojego życia. Zdjęć jest mało, mimo że Guzowska zaczęła prowadzić Instagram ponad dwa lata temu. Nic w tym dziwnego. Prywatność to skarb, a dzięki tej postawie Guzowska jest naturalna i widać, że zamiast tracić czas na wrzucanie fotek, woli skupić się na ważniejszych czynnościach.

Remigiusz Mróz

czyli człowiek, który nie do końca zrozumiał wyzwanie 52 książki w roku i zamiast je czytać, po prostu je pisze… Mam nadzieję, że nie jest to zbyt krzywdzący żart. Remigiusza Mroza podziwiam za pracowitość i zorganizowanie jak mało kogo. Poza tym jest przesympatycznym twórcą, który potrafi zatroszczyć się o promocję swoich literackich dzieci. Jego Instagram nie jest co prawda zbytnio rozbudowany, ale… nie musi być. W końcu i bez tego Remigiusz Mróz ma tam ponad 18 tysięcy fanów! Czy za jego popularność odpowiada zdjęcie z przepiękną Agnieszką Dygant? Nie sądzę. Ten przykład udowadnia, że prowadzenie profilu na Instagramie jest ważnym zabiegiem marketingowym, ale tylko do pewnego etapu sławy. Później może być swobodnym dodatkiem.

Joanna Opiat-Bojarska

Szósty dzień zwiedzania. Dalej nie idę… Coke is all I need.

Post udostępniony przez Joanna Opiat-Bojarska (@opiatbojarska)

Musi być wielką miłośniczką Nowego Jorku. Mimo że akcja jej książek toczy się w rozmaitych polskich miastach (czytałam Niebezpieczną grę, której bohaterka, Aleksandra Wilk, z rodzinnego Poznania przenosi się na kilka dni do Łodzi), to na Instagramie goszczą ostatnio piękne miejskie widokówki z USA. Opiat-Bojarska pokazuje, że jest zwolenniczką aktywnego trybu życia. Pływanie i skoki ze spadochronu? Czemu nie! A do tego oczywiście informacje o wieczorkach autorskich, nowych książkach i spotkaniach z kolegami po fachu.

Katarzyna Puzyńska

Podczas prowadzenia swojego profilu zmieniła się z niepozornej myszki-okularnicy w kobietę z pazurem. Tatuaże i drapieżny image nie wyparły jednak tego, co najważniejsze: ukochanych zwierzaków, natury i, rzecz jasna, książek. A tych coraz więcej, ponieważ Puzyńska ma na swoim koncie już dziewięć powieści kryminalnych! Bardzo miło obserwować, z jaką wytrwałością prowadzi Instagram, a przede wszystkim rozwija się literacko i na polu osobistym. Z takich pisarek trzeba brać przykład!

Alek Rogoziński

Debiutował całkiem niedawno, bo w 2015 roku, ale jego Ukochany z piekła rodem zdobył pierwsze miejsce na liście bestsellerów Empiku! To chyba wyczyn, prawda? Pisarz często podkreśla, że uwielbia Madonnę. Z profilu na Instagramie dowiadujemy się… że musi bardzo lubić Instagram, bo mnóstwo tu fotek!  Sympatyczny uśmiech, chłopięca fryzura, czujny wzrok kryminalisty lustrujący nas zza prostokątnych szkieł okularów – Alek Rogoziński co chwila pozdrawia czytelników swoimi selfikami. Do tego mamy setki zdjęć z podróży oraz z wielbicielami. Wniosek z tego taki, że jeśli jesteście fanami i chcecie poprosić o wspólną fotę, odmowa raczej Was nie spotka.

Przemysław Semczuk

Dziennikarz, publicysta i twórca kryminałów opartych na faktach, jest przede wszystkim fanem… swojej rodziny. Pisarz promuje aktualnie Tak będzie prościej i publikuje na Instagramie zdjęcia, przedstawiające jego codzienność. Nie jest to raczej jego mocna strona, bo większość fotografii ma… zero polubień. Ale i prowadzenia Instagramu można się nauczyć! A z czasem nawet polubić. Profil Semczuka charakteryzują zabawne opisy zdjęć, dla których warto go obserwować. Poczucie humoru to faktycznie mocna strona pisarza, o czym mogłam przekonać się na warsztatach literackich z Maszyną do pisania. I tak, na zdjęciu powyżej możecie dostrzec również moją mordkę.

Marcin Wroński

Z tego, co słyszałam, bardzo dobry z niego pisarz, ale nie miałam jeszcze okazji się o tym przekonać. (Po prostu nie czytałam). Z profilu wyłania się postać urokliwego, nieco zagadkowego dżentelmena. U autora, który debiutował w roku mojego urodzenia (przypomnijmy: 1992), mało wszak zdjęć. Zatem, jak na kilka fotek, liczba 470 obserwujących jest całkiem dobrym wynikiem. I może właśnie ta tajemniczość zachęca bardziej do zetknięcia się z tym człowiekiem poprzez literaturę, którą stworzył? Hm, to chyba tylko moje subiektywne odczucie.

I głód.

Bo raz na jakiś czas wpada mi w ręce kryminał i jestem rozczarowana jego lekturą. A chciałabym przeczytać wreszcie dobry polski tekst ze zbrodnią w roli głównej. Proszę Was zatem o wskazówki w komentarzach. Za co się wziąć, by nie być po raz kolejny zbałamuconą przez błahą zagadkę i papierowych bohaterów? Emocji pragnę, emocji! Dajcie znać, dobra?

I jeśli podobał Wam się post, polubcie Fabrykę dygresji na Facebooku. A jeśli nie? Śmiało, piszcie, dlaczego!

 Przy okazji zapraszam jeszcze co czwartek o 19.00, właśnie tam, na Facebooka, bo będą live’y! I zaczynamy już jutro! Nie przegapcie!

Serdeczności, kochani!

Wasza

Czego o pracy nauczył mnie miesiąc na bezrobociu?

Czego o pracy nauczył mnie miesiąc na bezrobociu?

Miesiąc temu, na chwilę przed ukończeniem dwudziestego szóstego roku życia, zarejestrowałam się w urzędzie pracy. I wiecie co? Uważam, że to jeden z większych sukcesów w moim życiu. Bardzo dużo się w trakcie niego nauczyłam lub po prostu utwierdziłam w przekonaniu. Boicie się zmienić pracę? Czytajcie dalej, postaram się rozwiać Wasze wątpliwości.

Kiedy byłam dzieckiem i słyszałam, że ktoś jest bezrobotny, od razu oczami wyobraźni widziałam Ferdynanda Kiepskiego. Później, już na studiach, obserwowałam inne zjawisko. Absolwenci studiów magisterskich stawali się bezrobotnymi, bo stawki proponowane przez ich potencjalnych pracodawców były dalekie od satysfakcjonujących, a byle roboty głupio się podjąć z mgr przed nazwiskiem, prawda? Ja za to nigdy kłopotów ze znalezieniem pracy nie miałam, może dlatego, że w tej kwestii wybredna nie jestem.

W mojej karierze zawodowej pracowałam w telemarketingu, sprzedając rezonatory biofotonowe (nawet nie pytajcie), jako copywriter, zachwalając kosiarki, wózki inwalidzkie oraz środki na nadmierną potliwość oraz hostessa, marznąc przy sklepowych lodówkach z jogurtami. Wiele razy topiłam się z gorąca, kiedy przyszło mi rozdawać ulotki. Uczyłam dzieci w szkole podstawowej, a potem zajmowałam się jako niania trójką pociech jednocześnie. Z kumplem z akademika zaczęliśmy prowadzić nie do końca legalny, artystyczno-literacki biznes.

Chciałam pracować w ekskluzywnej kawiarni, ale mama powiedziała mi, że z moją prezencją bardziej nadaję się jednak na asystentkę jakiegoś prezesa. Starając się wreszcie sprostać jej oczekiwaniom, wpisałam w Google: asystentka prezesa Poznań, zaaplikowałam jednym zdaniem, udało się, zaczęłam pracować. Stamtąd droga do mojej najbarwniejszej jak dotąd pracy okazała się zatrważająco krótka. Po dwóch miesiącach, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zaczęłam etat za najniższą krajową w maleńkim wydawnictwie podróżniczym.

A po prawie trzech i pół roku stwierdziłam, że czas na zmiany, rzucam to, nie chce mi się już pracować.

Będę żyć z tego, co kocham. Z pisania oraz marketingu książek. Ogarnę lepiej bloga, skupię się na powieści, będę pomagała debiutującym autorom w promocji ich nazwiska oraz twórczości. Bez bycia przykutą do biurka przez osiem godzin dziennie, bez wykonywania czynności, których nie lubię. Brzmi zbyt idealistycznie?

Jeśli konsekwentnie działasz, realizując swoją pasję, to, że będziesz na niej zarabiać, jest tylko kwestią czasu.

Wyobraźcie sobie, że gdy mówiłam o moim planie różnym osobom, nikt nie popukał się w głowę. Nikt we mnie nie zwątpił. A wiecie dlaczego?

Ponieważ ja sama byłam przekonana o tym, że mi się powiedzie. Miałam plan, który zaczęłam realizować oraz zasady, których się trzymałam.

Pewność siebie i sukces w osiąganiu celów bierze się z dobrego planu działania.

I minął już grubo ponad miesiąc od mojego zarejestrowania się w urzędzie pracy. Czy dostaję zasiłek? Nie. Czy miałam jakieś oszczędności? Nie. Czy żyję teraz o suchym chlebie i wodzie, żebrząc na PKP o ciepłą zupę? Nie.

W przeciągu trzech ostatnich dni kupiłam wolnoobrotową wyciskarkę do soków i lodówkę.

Pamiętam, jak ucieszyłam się, kiedy z koperty od pierwszego klienta wyciągnęłam pieniądze. To było takie ekscytujące. Mój pierwszy własny klient. Ktoś, kto zgłosił się do mnie tylko i wyłącznie dzięki temu, że od kilku lat prowadzę bloga, jestem coraz bardziej rozpoznawalna w światku literackim, potrafię wzbudzić zaufanie. Pieniądze w tym przypadku znaczyły o wiele więcej.

Za pierwszym znaleźli się następni. Znaleźli, dosłownie, sami, bo przez miesiąc nie zdążyłam zrobić nic poza pisaniem kolejnych postów oraz realizowaniem zleceń. I tutaj znów wzrósł mój zachwyt. Miałam robić takie drobne rzeczy, ale, jak to ja, troszkę bardziej się zaangażowałam i zaczęłam… gadać. O książkach, promocji, ryku wydawniczym… Okazało się, że wiedza, jaką nabyłam, którą traktuję tak zdawkowo, jako totalną oczywistość, dla innych jest niesamowicie cenna. A ja, działając bez zaplecza zespołu, też potrafię być profesjonalistką.

Kiedy uświadomisz sobie, w czym jesteś najlepszy, możesz zacząć działać samodzielnie.

Jasne, że nie mam pewności co do tego, jak będzie wyglądała moja sytuacja życiowa za miesiąc. Dalej trzymam się planu, ale jest tyle zmiennych, a życie tak nieprzewidywalne…! Zatem przyznaję, mam z tyłu głowy takiego złośliwego ślimaczka, który momentami spowalnia mnie, odciągając od realizowanych projektów podszeptami: spartaczysz sprawę, coś się nie uda, nie będziesz miała za co żyć i pójdziesz pod most. Przyznam się Wam w ogóle do takiej mojej słabości: bywam chora na brak pieniędzy. Dosłownie chora. Kiedyś spóźniała mi się wypłata, a ja ze stresu dostałam migreny, która ustąpiła natychmiast, gdy na koncie pojawiła się zaległa kasa.

W sytuacji, kiedy wydarza się coś tak okrutnego, jak spóźniona wyplata czy też ślimak niepewności, trzeba sobie przypomnieć dwie życiowe prawdy, które istnieją od początku istnienia naszego uniwersum.

Nie jesteś samotną wyspą

To pierwsza z nich. Wiem, że dla niektórych może być to uwłaczające (ja też jestem w tej grupie), a dla innych oczywiste i racjonalne (zazdroszczę Wam), ale jeśli dzieje nam się w życiu krzywda, nawet finansowa, możemy poprosić o pomoc najbliższych. Przecież nie pozwolą nam zginąć w chwilowym kryzysie.

Okej, sama wolałam iść do najgorszej roboty pod słońcem, niż prosić o kasę rodziców. I tak, szczycę się, że od trzeciego roku studiów nie przyjęłam od nich pieniędzy i dałam radę samodzielnie się utrzymywać. Udowodniłam coś sobie i im. Ale nie wiem do końca, co i po co. Że sobie radzę w życiu? Każdy czasami sobie nie radzi, więc co to w ogóle miało na celu? Tak, śmiałam się z dzieciaków bogatych rodziców, których jedyną pracą było chodzenie na zakupy oraz zajęcia, opłacane przez ich starych. Czułam się lepsza, bardziej ogarnięta. Ale na co mi ta wyższość? Życie w swoim czasie doświadczy każdego. A wtedy są już tylko dwie opcje, o czym mówi druga życiowa prawda.

Ogarnij albo giń

Tak naprawdę to jedyny życiowy wybór, przed którym stajemy. Albo coś robimy, albo nie.

Można nie robić, na przykład zostać w pracy, która nas denerwuje, wyczerpuje, zabiera zbyt dużo czasu, sprawia, że po powrocie do domu nadajemy się tylko do odpalenia Netflixa i pójścia spać. Można patrzeć, jak życie przelatuje przez palce i powtarzać sobie: przecież muszę chodzić do tej pracy, nie tak szybko znajdę inną, rynek jest tragiczny. Zanudzać znajomych opowieściami o tym, jak to jest źle i do kitu. A potem liczyć siwe włosy, wrzody w żołądku i kasę, która poszła na psychoterapeutę. No można.

Można też wziąć kartkę i długopis, napisać, ile potrzebujemy kasy i na co, w czym jesteśmy dobrzy, co możemy w sobie poprawić, jeśli nie będą nas chcieli w jakiejś innej firmie. Zastanowić się, przeanalizować, ułożyć plan działania i systematycznie starać się poprawić swoją kondycję życiową.

Albo po prostu pieprzyć wszystko i puścić się. Oburącz. 

Jeśli coś Cię męczy, czemu tego nie zmienisz?

Podążaj za swoim instynktem, on jeden nigdy Cię nie oszuka.

Ponieważ Ty, nikt inny, wiesz, co dla Ciebie najlepsze. I nawet, jeśli szef będzie chciał cię zatrzymać, oferując lepsze warunki i wyższą pensję, wybór dalej należy do Ciebie.

Gdy żona usłyszy o tym, że chcesz zmienić pracę i zacznie panikować, bierzesz ją w ramiona i mówisz to, co czujesz: będzie dobrze, zadbam o to, ale potrzebuję twojego wsparcia.

A gdy ojciec dowiaduje się, że nagle rzucasz wszystko w cholerę i od teraz skupiasz się między innymi na pisaniu bloga, po czym wypala z tekstem: przestań się bawić, wróć do domu (oto mój personalny przypadek), czerwieniejesz na szyi, zaciskasz zęby, wkurzasz się na maksa…

Potem zaś oddychasz z ulgą.

Gdyż okazuje się, że twój tata tylko cię podpuszcza, bo uważa się za niezłego jajcarza i myślał, że taki tekst w tej sytuacji jest jak najbardziej zabawny.

A tak naprawdę w ciebie wierzy, jest dumny i czeka na kolejne osiągnięcia.

Do odważnych świat należy!

I tym razem nie mam już nic do dodania w tej kwestii. Idź i czyń swoje życie kolorowym, człowieku! Po to żyjesz, żeby było ciekawie. Nie łatwo, pięknie i przyjemnie, tylko ciekawie.

Żartowałam, jeszcze jedno.

Prędzej czy później coś się spieprzy. Znasz chyba to powiedzenie?

Wiesz co?

To nie jest do końca prawda.

Może coś się schrzanić, ale wcale nie musi. Co więcej: nawet, jak będzie się wydawać, że coś poszło nie tak, to nie musi być to prawda. Bo zaraz potem okaże się, że Twoja sytuacja życiowa jest o wiele lepsza, niż myślałeś.

Dobra, lecę się zorientować, co trzeba zrobić, by mieć własną firmę.

Trzymajcie się, kochani!

Wasza wciąż bezrobotna

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

Ostatnio po raz kolejny w trakcie moich agencko-literackich, tak to ujmijmy, poczynań, spotkałam się z przekonaniem, że jeśli jakieś medium zgadza się na byciem patronem medialnym i przekazuje swoje logo do wydrukowania na czwartej stronie okładki, na tym kończy się jego robota. Jakby to logo miało cudowną moc. Może nie uzdrawiania ran czy spełniania trzech życzeń, ale na przykład magicznego rozmnażania sprzedanych egzemplarzy książki. Tymczasem to tylko logo. Bez nakładu działań, które za tym znaczkiem stoją, jest zupełnie bezużyteczne.

Czy moja książka potrzebuje patrona medialnego?

I tak, i nie.
Zależy, czy Tobie zależy.

Jeśli masz już w miarę wyrobione nazwisko (to znaczy, że publikowałeś już tu i ówdzie, masz co najmniej kilkanaście zaprzyjaźnionych bibliotek, które tylko czekają na kolejny wydany przez Ciebie tytuł, by zorganizować spotkanie autorskie, lubi Cię kilka tysięcy osób na Facebooku, a wywiad z Tobą ukazał się w prasie drukowanej), niekoniecznie potrzebujesz patrona. Może drukujesz książkę w małym nakładzie (500, 700 egz.) i jesteś na tyle obrotny i samodzielny, że z pomocą wydawnictwa uda Ci się sprzedać wszystkie egzemplarze?

Jeśli planujesz wydanie książki na małą skalę, nie ma sensu angażować patrona, chyba że lokalnego (jakieś miejskie radio, gazetę, znajomego blogera).

Ale jeśli zależy Ci na rozmachu i tym, by jak najwięcej osób dowiedziało się o Twojej książce, a już na pewno, jeśli jest to debiut i planujesz dalszą karierę literacką, uważam, że dobry patron to podstawa.

Kim jest dobry patron medialny?

To instytucja lub osoba, której zależy na promowaniu dobrej literatury, a przy okazji stosunek jej zasięgów do przeprowadzonych działań i ceny jest całkiem korzystny.

Co to oznacza w praktyce?

To, że jeśli jakaś stacja radiowa decyduje się objąć patronat medialny nad Twoją książką, w zamian życząc sobie 3 tysiące złotych netto i zamieszczenia logotypu na czwartej stronie okładki, a Ty masz z tego tylko tyle, że możesz pochwalić się dodatkowym znaczkiem na książce, zrobiłeś słaby interes. (Przykład z doświadczenia).

Czasem lepiej wybrać mniejszego patrona medialnego, który jest w stanie zaoferować więcej za mniej, niż liczyć na wątpliwy splendor dużych mediów.

Tu bardzo pomocni są blogerzy, portale literackie i czasopisma. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by współpracować z dużymi stacjami radiowymi oraz programami telewizyjnymi. Trzeba tylko pamiętać, by wyegzekwować od nich godziwe warunki promocji Twojej książki.

Jak pozyskać patrona medialnego dla książki?

Przede wszystkim, działalność patrona Twojej książki musi być powiązana z jego zainteresowaniami lub wyznawanymi wartościami.

Zacznij zatem od zrobienia listy wszystkich mediów związanych z literaturą, jakie znasz. A najlepiej również z tematyką, którą poruszasz w swojej książce, bo jeśli np. piszesz o schorzeniach psychicznych, to dobrym patronem może być czasopismo psychologiczne, w którym jest tylko rubryka o książkach, ale możecie działać wspólnie inaczej (bo redakcja takiego czasopisma dysponuje jeszcze newsletterem, mediami społecznościowymi, zapewne bywa na targach, itd.). Pomyśl też o swoich znajomych – jakie oni mogą mieć kontakty z mediami? Przegadaj z nimi tę sprawę, może znają kogoś, do kogo akurat chcesz dotrzeć? Nie lekceważ potęgi społeczności!

Gdy lista będzie już gotowa, wybierz z niej kilka najbardziej wartościowych instytucji lub osób. Do nich napiszesz w pierwszej kolejności. Kiedy oferty z tej pierwszej puli nie do końca przypadną Ci do gustu, nawet po negocjacjach (bo za drogo, patron za mało proponuje, a za dużo chce), nie poddawaj się i pisz do kolejnych. Ale dlaczego nie do wszystkich na raz? Czytaj dalej, odpowiedź znajdziesz na końcu artykułu.

Pamiętaj, by dobrze się zaprezentować. Wiadomość do patrona najlepiej zacząć od bardzo, bardzo krótkiej prezentacji swojej osoby. Kim jesteś, o czym jest Twoja książka? Niech będą to maksymalnie trzy, cztery zdania! O reszcie możesz napisać szczegółowiej w dokumencie, który dodasz do załącznika. Potencjalny patron go przeczyta, jeśli zainteresujesz go swoją wiadomością.

Pamiętaj – czas to pieniądz. Masz kilka sekund, by przykuć uwagę odbiorcy swojego maila i przekonać, że warto z Tobą współpracować. Dlatego wytłuść najważniejsze informacje lub zaznacz ją kolorową czcionką. Zwłaszcza korzyści.

To one niech będą główną częścią Twojego maila. Bądź konkretny. Co zaoferujesz patronowi swojej książki? 10, 20 egzemplarzy? Pieniądze? Jeśli tak, to ile – zaznacz od razu, jakimi środkami dysponujesz. Miejsce na logotyp na czwartej stronie okładki? A może całostronicową reklamę we wnętrzu książki? To są konkrety, cenniejsze od pitolenia w stylu: Państwa logotyp zamieszczony z tyłu okładki mojej książki będzie dla Państwa nobilitacją.

Reasumując: ma być krótko, zwięźle i na temat.

Fabryka dygresji też jest patronem medialnym – sprawdź!

Czego oczekiwać od patrona medialnego?

To, czego się nauczyłam jeszcze w pierwszych dniach mojej pracy w wydawnictwie, to zasada: coś za coś.

W dalszej części swojego maila napisz, czego Ty pragniesz od swojego patrona. Co Cię interesuje najbardziej? By zamieścił w swoim czasopiśmie wywiad z Tobą? By na okładce czasopisma znalazła się informacja o premierze Twojej książki? By przeprowadzono półgodzinny wywiad z Tobą na antenie radia lub przeczytano fragmenty Twojego tekstu? A może chcesz recenzji, zorganizowania konkursu, udostępnienia informacji o książce w mediach społecznościowych? Wyraź się klarownie.

Najklarowniej będzie przez telefon. Taka forma kontaktu jest najdokładniejsza. Warto zatem zdobyć numer kontaktowy do osoby odpowiedzialnej, ustalić z nią wszystko w rozmowie, a potem powtórzyć ustalenia w wiadomości mailowej.

I nie bój się.

Ani własnych oczekiwań, ani odpowiedzi.

Nawet, jeśli potencjalny patron napisze: jasne, zrobimy to, za stawkę taką i taką, to jeśli nie są to pieniądze, którymi dysponujesz, zawsze możesz spuścić nieco z tonu.

Zapytaj, jakie działania zostaną przeprowadzone za stawkę, która bardziej Ci odpowiada, albo sam zaproponuj alternatywę. To drugie może być nawet lepsze.

Co w razie odmowy?

Wzruszasz ramionami i idziesz dalej, jak ze wszystkim w życiu, gdy coś nie wychodzi. W Polsce są dziesiątki świetnych blogerów, czasopism literackich, instytucji, stacji radiowych, programów kulturalnych, fundacji propagujących czytelnictwo… Działaj.

A na koniec najważniejsze.

Nie liczy się ilość, a jakość.

Nie zaśmiecaj swojej okładki kilkunastoma logotypami. Wybierz trzech, w porywach pięciu, i właśnie dlatego wybieraj patronów stopniowo, w kolejności od najbardziej upragnionego. Jeśli od razu napiszesz do wszystkich czterdziestu mediów na liście i zdarzy się, że odezwie Ci się dwudziestu zainteresowanych, to co wtedy? Czy starczy Ci środków i czasu na zrealizowanie swoich zobowiązań wobec nich? A jeśli im odmówisz, pisząc, że sorry, jednak nie chcę, żebyś był moim patronem, pomyśl, jak to może rzutować na Twoją przyszłość i kolejne książki.

Świat jest bardzo mały, a środowisko literackie jeszcze mniejsze. Maleńkie. Hermetyczne. Każdy zna każdego, łatwo o przypał. Pamiętaj zatem o tym, by być grzecznym. Nawet, jeśli współpraca z jednym patronem nie wypali, nie obrabiaj mu tyłka, rozmawiając z innym, który zachował się naprawdę super. Może się ze sobą znają?

Swojego patrona medialnego traktuj jak partnera w zakresie marketingu książki. Ustalaj i egzekwuj terminy, ale bądź wyrozumiały. Zamiast bycia rozszczeniowym, wymagaj najpierw od siebie, a potem od innych. Sprawdź zatem, czy Ty wywiązujesz się z zobowiązań patronackich, a dopiero potem sprawdzaj innych.

Czy pozyskanie patrona dla mojej książki to rola moja czy wydawcy?

Jeśli jesteś selfpublisherem, naturalnie, Twoja.

Jeśli wydajesz w systemie tradycyjnym (kiedy wydawca inwestuje całkowicie w wydanie Twojego utworu), oczywiście domu wydawniczego, o ile będzie miał taką potrzebę.

Jeśli publikujesz za pośrednictwem wydawnictwa usługowego (zwanego również vanity), możesz zająć się tym sam albo skorzystać z pomocy wydawcy. To kwestia do ustalenia koniecznie przed podpisaniem umowy wydawniczej. Pamiętaj, że znalezienie patrona też może być traktowane jako usługa, więc wydawca może doliczyć Ci do kosztorysu wydania Twojej książki kilkaset lub nawet kilka tysięcy złotych. Możesz zająć się tym sam, jeśli lubisz zawierać nowe kontakty i masz sporo wolnego czasu, poprosić o pomoc bliską, ogarniętą osobę albo zatrudnić profesjonalistę.

Krótkie podsumowanie:
1. Stwórz listę potencjalnych patronów.
2. Przygotuj mailing, uwypuklający korzyści ze współpracy.
3. Wyślij wiadomość najpierw do mediów, na których najbardziej Ci zależy.
4. Negocjuj i szanuj swoich nowych partnerów.
5. Wywiązuj się ze swoich zobowiązań, jeśli chcesz egzekwować obietnice od patronów.

Mam nadzieję, że udało mi się dobrze przybliżyć ten temat. Jeśli masz do mnie dodatkowe pytania albo jesteś zainteresowany współpracą, pisz śmiało na fabrykadygresji@gmail.com

Zapraszam też do polubienia mojej strony na Facebooku, będzie mi bardzo miło.

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

 

To już chyba wszystko na dziś.

Trzymajcie się!

Wasza

Stan umysłu na 26. urodziny: nie chcę niczego

Stan umysłu na 26. urodziny: nie chcę niczego

Robi się ciemno, a ja jestem sama w mieszkaniu. Trochę się denerwuję bieżącymi sprawami, ale to tylko emocje, przeminą, jak i wszystko. Wnikam głęboko w siebie, zastanawiając się, czego jeszcze chcę, czego potrzebuję… I kiedy tak główkuję, przychodzi do mnie odpowiedź: niczego. Po prostu niczego.

Nastaje kolejny już dzień, kiedy mogę powiedzieć sobie, wszystkim wokół i całemu światu, że jestem absolutnie szczęśliwa. I że szczęśliwsza być nie mogę, mam wszystko, czego pragnęłam. I może nie jest to wiele, bo przecież nie mam kredytu na mieszkanie, za to regularne wydatki na starodawne lokum nad rzeką. Ani bezpieczeństwa finansowego, bo przecież zerwałam z etatem. Minimalistką chyba trzeba być nie tylko materialnie, a może właśnie z minimalizmem materializm nie ma nic wspólnego. Im mniej, tym szczęśliwiej, choć nie zawsze łatwiej.

Kiedy tak latałam w kółko, jakbym miała pieprz w tyłku i opowiadałam, jaka jestem szczęśliwa, coś się stało. Nie wypadek, nie problem, nie tragedia żadna. Ogromna miła niespodzianka i jeszcze większe szczęście. Choć mówiłam najbliższym, by absolutnie nie dawali mi żadnych prezentów, bo żadna rzecz nie będzie tak cenna jak ich dobre słowo, żadna roślina nawet i żadna książka, ukochany przeszedł samego siebie.

Skończyłam dwadzieścia sześć lat i mam dosyć ciekawy stan umysłu, którym chcę się podzielić z Wami oraz sobą z przyszłości. Pragnę wracać do tego momentu, kiedy będzie mi źle, kiedy złapię doła, kiedy będzie ciężko, choć wydaje mi się obecnie, że nawet jeśli, to udźwignę i to.

Bo w tym momencie jestem wdzięczna losowi za każdą złą chwilę, która mnie w życiu spotkała. Za każdego złego człowieka, na jakiego trafiłam. Za wszystkie te pęknięcia w sercu, bo nauczyły mnie, jak przebaczać, jak mieć siłę oraz nadzieję. Jak kochać.

Dziękuję za to, że bywałam wykończona pracą, bo teraz celebruję każdą chwilę, w jakiej mogę po prostu oddychać. Dziękuję za to, że mam przeciążoną nogę (w dniu dwudziestych sześciu urodzin przeszłam wraz z najlepszym przyjacielem dwadzieścia sześć kilometrów), bo mogę znów docenić zdrowie i wykazać się, jak to pięknie powiedział Krzysiu Gonciarz, racjonalną dozą waleczności, gdyż za dwa dni startujemy z namiotami w Bieszczady.

W ogóle wspaniałe dni ostatnio przeżywam. W niedzielę odwiedziła mnie Jagoda i zwiedziłyśmy w ciągu kilku godzin poznańską palmiarnię, potem mogłam spędzić czas z innymi, których kocham, naprawdę, jest epicko. Tęsknię troszkę do pracy z Sikorą, dziwnie spędzać z nią kilka godzin tygodniowo zamiast całych dni i wieczorów, od kiedy już nie pracujemy razem…

Wdech, wydech.

Nie czuję, bym musiała o cokolwiek, kiedykolwiek walczyć. Nie traktuję już świata jak pola bitwy. Jeśli nawet takowym jest, to ja w tej bitwie nie muszę wcale uczestniczyć. Nie chcę nawet podbijać Wszechświata, konkurować z kimkolwiek, męczyć się. Zaczynam się  czuć integralną częścią wszystkiego. Wiem, że skoro już tu trafiłam, to jest tu dla mnie miejsce. Noszę je ze sobą teraz w głowie i w sercu.

Robić swoje. Kochać. Oddychać.

Znać swoją wartość, nie robić nic wbrew sobie, tylko dlatego, że ktoś ode mnie czegoś oczekuje.

Wydaje mi się, że mnie ostro popierdoliło, bo gdzie podział się mój głód życia, ta cała filozofia nażerania się ekscytującymi chwilami? Już się najadłam, po ledwo ćwierćwieczu?

Gdzie jest mój ogień, pytam się? Co z tą całą piromanią? Czy wszystkie pożary już ugaszone? Przecież, kiedy przeglądałam wpisy sprzed pięciu lat, moje teksty pełne były buntu, drapieżności, ostre i bezlitosne. Szczere. Czy straciłam tę iskrę prawdziwości, prostoty?

Chyba nie. Otóż ogień jest ogromny, rozgrzewa mi piersi nieustannie, błogim ciepłem. Wiem po prostu, że niektóre słowa mogą bardzo krzywdzić, dlatego jestem ostrożniejsza, ale z drugiej strony dalej zamierzam odważnie bronić swojego i mówić, co czuję, nieważne, ile razy dostanę za to po uszach.

Może pierdolę jak potłuczona, wciąż średnio wierzę w to, co właśnie piszę, ale jednocześnie inaczej napisać bym nie potrafiła, bo tak właśnie teraz jest.

Wiecie, muszę się jeszcze sporo nauczyć, ale czuję, że jestem na dobrej drodze.

Nie tylko emocjonalnie, również literacko. Tak się cieszę, że ciężka praca przynosi efekty. Na koniec stycznia przecież ukazało się O trzech wykastrowanych kotach w Fabulariach, teraz znalazłam się wśród laureatów konkursu literackiego i przystępuję w maju do warsztatów z Maszyną do pisania, czego owocem ma być kolejne prozatorskie dziecko, Piromani zaczynają przeżywać po trzech latach swój renesans… Jest naprawdę spora szansa, że uda mi się z drugą książką jeszcze w tym roku… A potem i z następnymi…

Kiedy patrzę w przyszłość, widzę zieloną nadzieję. Dobrze będzie, wiem to, a jak już ja coś wiem, to możecie śmiało to przyjmować za pewnik.

(Tak naprawdę to nie).

Piotrek, z którym odbywałam ten długi urodzinowy spacer, zapytał mnie, jak się czuję w tym wieku. Powiedziałam bez większego zastanowienia, że dojrzale, bo mam w sobie pewność, iż nieważne, co się stanie, i tak sobie poradzę. Niesamowity stan umysłu to jest, serio, polecam.

Z okazji moich 26. urodzin, właśnie tego Wam życzę, chyba że już to macie albo nie chcecie. 🙂

PS z aktualizacją dzień później:
moja stopa ma się dużo gorzej, w zasadzie cała noga, więc raczej nie pojedziemy w Bieszczady.
W dodatku dostałam mandat za jazdę tramwajem bez biletu.
Czuję się już gorzej, ale, jak napisałam na początku wpisu – to tylko emocje, przeminą, tak samo jak wszystko, więc nie warto się nimi przejmować, przecież w gruncie rzeczy dalej jest super!

Jeśli tekst Wam się spodobał albo czujecie, że jednak potrzebuję urodzinowego prezentu i chcecie mi go dać – łapka w górę będzie jak najbardziej mile widziana. 🙂

A tutaj możecie jeszcze sprawdzić, jaki miałam stan umysłu na 25. urodziny, kiedy napisałam tekst pt. 25 rzeczy, które możesz spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą.

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

Oj, biedactwo ty moje! Pogłaskałabym cię po główce i przytuliła, bo życie jest takie paskudne. Wokół tylko szare budynki, ci sami nudni ludzie i wkurzający szef. Nikt nie zasłużył na tak miałkie życie. To absolutnie nie jest twoja wina, przecież jesteś ciekawą, inteligentną osobą, to ze światem jest coś nie tak!

Gówno prawda. To jest twoja wina, pieprzony malkontencie. Weź się w garść, dobra? Już ja cię nauczę!

To może najpierw o mnie, bo to mój tekst czytasz i to najwyraźniej w jakimś celu.

W przyszłym tygodniu skończę dwadzieścia sześć lat. W ubiegłym miesiącu zrezygnowałam z pracy na etacie. Nie mam żadnych oszczędności. Państwo oferuje mi na szczęście ubezpieczenie jako osobie bezrobotnej oraz dotacje na założenie działalności gospodarczej. Mam głowę na karku, w 90% wypełnioną pomysłami, a w 10% obawami. W sercu marsza gra mi wolność, ale w weekend i tak rzucam wszystko i jadę w Bieszczady, w maju prawdopodobnie wybieram się do Warszawy, w lipcu jadę na 10 dni na Mazury oraz najprawdopodobniej w Tatry, w sierpniu – Sopot, we wrześniu – Londyn?, a w listopadzie powinnam wylądować na co najmniej 4 dni w Krakowie. Gdzieś po drodze zahaczę o Pragę.

Nie jeździłam tyle nawet pracując w wydawnictwie podróżniczym.

Facebook pokazuje mi, że od stycznia poznałam siedemdziesiąt nowych osób, tyle samo polubiło mój blog na przełomie marca i kwietnia.

Nie jestem przemęczona, wysypiam się wreszcie solidnie, nie chcę za bardzo narzekać, a gdybym już chciała, to nie mam na co.

W tym momencie naprawdę wiem, że ze wszystkim sobie poradzę, nie od razu, powolutku, ale z uśmiechem na twarzy.

Myślicie, że jestem szalona?

Myślicie, że mnie obchodzi to, co myślicie?

Brutalna prawda o byciu szczęśliwym jest taka, że nasz komfort uzależniamy bardzo często od oczekiwań ludzi, którzy nas otaczają. Chcemy, by dobrze o nas myśleli, więc marnujemy nasz własny czas (najcenniejszy surowiec w tym uniwersum, kochani!), by spełnić ich wymagania. Pragniemy być przez nich lubiani, akceptowani, bo jeśli nie, to kto nam pomoże? Kto nas wesprze w trudnej sytuacji?

Wyobraźcie sobie, ze nawet, jeśli przez całe życie będziemy komuś pomagać i latać wokół niego z wywieszonym jęzorem, będąc na każde skinienie, ta osoba i tak może nas zawieźć, gdy my będziemy jej potrzebowali.

A co z tego, jeśli inni powiedzą, że jesteśmy egoistycznymi borsukami albo niewdzięcznymi kapibarami?

Może jesteśmy, i co?

Jeśli nie ty zadbasz o siebie, to nikt inny za ciebie tego nie zrobi.

Ale jeśli ty nie zatroszczysz się o swój własny czas i swoje własne priorytety, zrobi to kto inny. Dostosowując je pod siebie.

Bo jeśli po ośmiu godzinach pracy przychodzisz do domu i snujesz się z kąta w kąt, ktoś z rodziny na przykład nie będzie miał skrupułów, żeby wetknąć ci dziecko do opieki, choć nie masz na to najmniejszej ochoty. Jeśli nie masz odwagi powiedzieć szefowi w pracy, że nie chcesz wypełniać nowych obowiązków, to będziesz je wypełniać. A gdy ktoś cię irytuje swoją paplaniną, a ty nie powiesz mu, żeby zamknął twarz, bo boisz się, że ta osoba się obrazi (sic!), to dalej czeka cię wysłuchiwanie głupot.

Czy już wiesz, dlaczego w Twoim życiu nic się nie dzieje?

Dalej uważasz, że to nie jest Twoja wina? Okej, to teraz ja posłucham Twoich wymówek.

Nie mam kasy

Brakuje mi pieniędzy, żeby gdzieś pojechać.
(Ale żeby sobie pójść codziennie na obiad za pięćdziesiąt złotych to spoko).
To była moja wymówka praktycznie od urodzenia do zeszłego roku, przez ćwierć wieku, dacie wiarę? Człowiek strasznie wolno uczy się nowych rzeczy.
Zdobywanie kasy samej w sobie jest genialną przygodą, obfitującą w całkiem sporo emocji. Ostatnie lata mojej kariery zawodowej uświadomiły mi, że kasy się nie zarabia, tylko kasę się organizuje. Do tego dochodzi kwestia priorytetów i chęci, ale jeśli zaplanujesz sobie wyjazd na lipiec, to od stycznia jesteś w stanie po prostu odłożyć te pieniądze – to najprostsza droga. Czasami okazuje się, że na wyjazd na drugi koniec Polski na długi weekend wystarczy Ci 300 zł!
To naprawdę tak dużo?

Nie mam czasu

A prowadzisz kalendarz?
Bo właściwa odpowiedź brzmi: mam czas, co prawda dopiero za dwa miesiące, ale wtedy akurat widzę puste rubryczki w moim organizerze.
Jeśli nie potrafisz ogarnąć swojego kalendarza Google albo papierowego harmonogramu, to jest coś z Tobą faktycznie nie tak. Nie masz pojęcia, ile czasu przepierdalasz, więc może najpierw to sprawdź, potem zaplanuj kilkanaście minut na dziwienie się i mówienie wszystkim dookoła, jakie życie jest jednak proste i fajne, jak się człowiek zorganizuje, a potem zacznij korzystać z planowania! Przejrzyj sobie ten rok, wyznacz czas na urlop, poszukaj dłuższych weekendów i imprez, które się wówczas odbywają, po czym jedź na te najbardziej interesujące!
A za dnia – naprawdę nie znajdziesz dwóch, trzech godzinek raz w tygodniu na robienie czegoś nowego po pracy? Może sport, kurs gotowania, pisanie książki albo bloga, cokolwiek poza gapieniem się w telefon…?

Nie mam z kim

Pewnie dlatego, że jesteś za fajna.
Zarabiasz tyle i tyle, nie będziesz zadawać się z kimś, kto zarabia mniej. A może masz doktorat z tego i z tego, więc osoby z wykształceniem średnim z góry traktujesz jako opóźnione intelektualnie. Z tamtą laską też się nie będziesz przyjaźnić, bo ma kolczyk w złym miejscu i nazywa ludzi chorymi pojebami, a to przecież takie bez klasy czy taktu. Poza tym w twoim wieku to większość już jest ohajtanych i dzieciatych, więc naprawdę trudno o nowych znajomych z podobnego rocznika.
Hm, a może skumpluj się z kimś 10, 20 lat starszym albo młodszym od siebie?
Odrzuć swoją dumę i uprzedzenia, ludzie są ciekawi niezależnie od tego, czy ich zainteresowania, religia albo statut społeczny pokrywają się z Twoim. Często wręcz przeciwnie.
Zanim kogoś ocenisz i zdyskwalifikujesz, spróbuj go poznać.
Mieszkasz w małej miejscowości? Spróbuj Internetu.
Nikt nie chce Cię zaprosić na piwo w dużej miejscowości? Sama kogoś zaproś, jak nie na piwo, to na planszówki.
Nie czekaj, aż ktoś przejmie inicjatywę, sama inicjuj!
Wyjdź człowiekowi naprzeciw z uśmiechem na twarzy, bo wszyscy mamy takie same potrzeby. Chcemy mieć z kim porozmawiać, obejrzeć serial, zjeść popcorn, pogadać o codzienności, bez względu na to, ile mamy lat!
A już ostatecznie: czy naprawdę potrzebujesz człowieka do wszystkiego? Nie możesz mieć jakiegoś zajęcia, którego podejmiesz się samodzielnie? Samotne wyprawy przecież też są cudowne!

Oto moje wiosenne przesłanie.
(Zimą pewnie bym powiedziała, że życie jest do dupy i nie warto się starać o cokolwiek, i tak wszyscy umrzemy).
No ale wiecie, ile razy można komuś powtarzać, żeby się ogarnął, skoro można napisać to raz i potem tylko wysyłać mu linka?
Trochę mi głupio, że zrzuciłam na Was tekst na grubo ponad tysiąc dwieście słów, ale jeśli obrana tutaj filozofia do Was w miarę przemawia, to polecam jako lekturę dopełniającą książkę Rafaela Santandreu Być szczęśliwym na Alasce. Uwaga: wewnątrz nie ma ani jednego słowa o Alasce. Za to sporo o byciu szczęśliwym albo przynajmniej o skończeniu ze szkodliwym, malkontenckim pierdoleniem.

Na koniec jeszcze jedna myśl do rozważenia.
Może nie jesteś w istocie typem, który lubi przygody, nowych ludzi, ciekawe doznania…? Może pasuje ci bura codzienność, ludzie, których spotykasz codziennie, nie potrzebujesz wcale nowości. Netflix, piwko i kanapa w domu też ma swój urok, zawsze można popisać z jakimś starym znajomym na fejsie… Ja nie mówię, że to jest złe, rozumiemy się? I nie chcę, żebyś to rzucił, jeśli taki tryb życia ci odpowiada.
Ale zrozum to, zaakceptuj i przestań gadać na około, że tak ci źle i niewygodnie, i przykro, i ciągle coś nie tak, bo… to twój wybór. Stałość, pewna doza rutyny, zaufane grono znajomych – w tym nie ma nic złego, a jeśli ktoś z tego powodu ci ciśnie, więc udajesz, że ci to nie pasuje, skończ z tym.

Po prostu bądź ze sobą szczery.

Ale wyjdź z chałupy od czasu do czasu, bo słońce pięknie świeci i warto pooddychać świeżym powietrzem.

Pozdro!

Jeśli tekst Ci się spodobał, daj mi kopa do kolejnych tekstów – zasadź mi lajka na fanpage.