W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

Z Magdaleną Pioruńską rozmawiałam prawie 13 miesięcy temu przy okazji premiery jej książki, Twierdzy Kimerydu, nad którą Fabryka dygresji objęła dumny patronat medialny. Jeżeli pragniecie wiedzieć, jak wygląda rok po premierze debiutu literackiego, koniecznie przeczytajcie drugi wywiad z Magdą, będącą również redaktorką naczelną portalu Szuflada.net. Dowiecie się, z jakimi trudami wiąże się ciężka praca debiutanta, by wypromować swój tytuł.

Emilia: Jak wyglądało ostatnich dwanaście miesięcy? Co wydarzyło się przez ten czas w polu literackim, związanym z Twierdzą Kimerydu?

Magdalena: Ostatnie dwanaście miesięcy były szaloną jazdą kolejką górską bez trzymanki. Mogę już na pewno powiedzieć, że wykonałam wręcz nadludzki wysiłek, żeby zaistnieć w roli pisarski i artystki: nie tylko w mojej świadomości, ale też w świadomości innych ludzi.

Co się tak naprawdę wydarzyło? Przełamałam kilka stereotypów, wpuściłam odrobinę świeżości do polskiej literatury, odważnie stanęłam za swoimi poglądami i pozwoliłam samej sobie dojść do głosu. Wyznaję zasadę, że trzeba samemu doświadczyć pewnych sytuacji, skonfrontować zdanie większości we wszystkich istotnych tematach. Rodzimy się sami, umieramy sami. Tyle wiem na pewno. A i jeszcze, że nic nie powinniśmy w życiu poza tym, że powinniśmy umrzeć. Samodzielność niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw, ale nic tak nie smakuje, jak wolność. Powietrze nawet pachnie inaczej, a my sami jesteśmy zdolni do rzeczy, których nawet się nie spodziewaliśmy. Zaczęło się właściwie od tego, że w ramach promocji książki musiałam odpowiedzieć na wiele pytań w wywiadach. Potem też prowadzący moich spotkań autorskich dopytywali mnie o różne sprawy. Byli ciekawi mojego światopoglądu, konkretnego przekazu. Okazało się, że jest go bardzo dużo w mojej książce, choć ja sama nigdy nie myślałam o pisaniu, jak o jakimś manifeście.

Pisanie jest dla mnie wyrazem wolności, więc nie, nigdy przenigdy w moim odczuciu nie będzie manifestem. Byłam nieświadoma, jak wiele z siebie dałam w tej książce. Jest dla mnie ważna, bo jest moim poważnym debiutem, ale też dlatego, bo jest prawdziwa. W Twierdzy Kimerydu rozprawiłam się z moimi życiowymi kompromisami. Powiedziałam sobie dość. Nie będę więcej udawać, że jestem normalna, że pasuję, że umiem się podporządkować, że wiem, jak żyć i że z tego tytułu mam prawo pouczać innych. Bo nie mam. Nikt nie ma. Wiem za to do czego się nadaję, do czego się nie nadaję, co lubię, a czego nie. I absolutnie nie mam ochoty narzucać moich preferencji ludziom. Nie życzę sobie też, żeby ktoś zachowywał się tak wobec mnie.

Czasem życie wymaga od nas wykonania kroku do tyłu, spojrzenia prawdzie prosto w oczy i przekonania się, ile tak naprawdę udało nam się osiągnąć i czy było warto. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. A i jeszcze uważaj o czym marzysz, bo te marzenia mogą się ziścić. Z całą pewnością wiem, że nie będę już taka, jak przed premierą książki. Bo jestem chciwa z natury i tak, chcę więcej i więcej, i więcej. Aż zabraknie mi sił i umrę z przepracowania.

Jakie działania podjęłaś, by dotrzeć z informacją o Twierdzy do czytelników?

Przyznam Ci się szczerze, że na początku korzystałam z pomocy profesjonalnej specjalistki do spraw promocji, którą wynajęłam, korzystając ze starych znajomości. A potem cóż… potem to jakoś poszło samo. Dużo pomogła mi moja graficzka Ania Niemczak, niezwykle skromna i utalentowana dziewczyna, która wykonała ogromny kawał roboty przy grafikach do książki i potem przy tworzeniu różnych gadżetów w twierdzowej tematyce. Dużo pomogły mi też dziewczyny z Bookstagrama. Bardzo się odnalazłam na Instagramie, graficzna strona Twierdzy wpasowała się w instagramowy trend okładkowych srok. Innymi słowy przedsiębiorczy Tyrs sprzedawał mi książkę. Z tego też jestem dumna, bo jeśli już się z kimś światopoglądowo identyfikuję w Twierdzy, to właśnie z nim. Promocja była też dość spójna, Tyrs i spółka pasowali do mojego nastroju, do mojej nieskończonej bezkompromisowości. Co więcej sama się bardzo dużo nauczyłam w jej trakcie. W pewnym momencie przejęłam główny ster promocji i mocniej uderzyłam w youtube i bookstagram. Okazało się też, że, UWAGA, polubiłam ludzi. Wiesz, że ja z zasady nie lubię ludzi? Wolę zwierzęta, kwiaty, książki, komiksy, teatr… Ludzie mnie męczą, irytują, sprawiają, że robię się nadmiernie nerwowa, agresywna. Nie lubię też jakiejkolwiek ingerencji w mój świat chyba, że sama na to pozwolę. Czasem moje zachowanie bywa mylące, bo jestem też otwarta z natury i energiczna. Wiem, że wysyłam dziwny impuls, że jakby chcę, żeby ktoś się bardziej angażował, a tak wcale nie jest. Z drugiej strony kiedy sama kogoś zapraszam, okazuje się, że taka osoba wykazuje dużo rezerwy, bo przecież słyszała, że jestem aroganckim odludkiem z ironicznym uśmieszkiem, wiecznie przyklejonym do twarzy (co zresztą nie jest kłamstwem :P)

Czy była to ciężka praca?

Cholernie. Ale we mnie się coś wtedy otworzyło, coś obluzowało. Jakbym zbierała wszystkie doświadczenia, wszystkie rozczarowania i radości właśnie na tę okazję. Po raz kolejny w życiu rozkwitłam. Przypomniałam sobie o wielu moich artystycznych znajomych, albo oni sobie o mnie przypomnieli, a potem wszystko wydarzyło się samo. Wiesz, ja kocham media, kocham dziennikarstwo. Magię radia w szczególności, choć nie gardzę też gazetą i telewizją. Media odwdzięczają mi się taką samą miłością. Bo to nie zagra inaczej – albo kochasz życie w obiektywie, albo nie. Albo się z tym dobrze czujesz, albo nie. Ja czuję się tam świetnie. To moje miejsce, mój żywioł. Lubię wychodzić przed szereg, nawet kiedy do mnie strzelają.

Jakie media lub osoby były najbardziej zaangażowane?

Na pewno moja Szuflada, ale też co ciekawe bardzo moją osobą zainteresowały się media wieluńskie, zyskałam dużą lokalną sławę. Na początku dziwnie się z tym czułam, ale teraz jestem za to bardzo wdzięczna, bo dobrze się dzięki temu bawię. Poza tym oczywiście bookstagram. Dużo świetnych blogerek i fotografów włączyło się w promocję Twierdzy Kimerydu, a co więcej większość tych osób zrobiła to zupełnie bezinteresownie z czystego zainteresowania książką. Z tego miejsca dziękuję przede wszystkim Boskiej Safonie, która wykonała serię świetnych zakładek do książki i Weź nie czytaj, odpowiedzialnej za dinozakładki z chłopakami. Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o mojej ukochanej pop.books, dzięki której poznałam zalety i uroki bookstagrama. Wolę go teraz bardziej od facebooka i jestem mu oddana całym sercem.

Czy możesz zdradzić, jak realnie przełożyło się to na sprzedaż?

Owszem. Wiem, że bez Empiku, bo niestety nie miałam go zagwarantowanego w umowie, bez żadnej promocji, książka ginie. Nie tylko nie istnieje w świadomości ludzi, ale w dodatku w ogóle się nie sprzedaje. Oczywiście bez dystrybucji w największej księgarni w Polsce, autor ma znacznie pod górkę, musi sam powalczyć o odbiorcę, znaleźć grono oddanych czytelników. To jedyna droga. Na początku łudziłam się, że obędzie się bez mojej inicjatywy, że nie będę musiała bawić się w sprzedaż bezpośrednią. Byłam bardzo zmęczona własnym wkładem w wypromowanie i sprzedawanie książki. To tak jakbyś pracowała na trzy etaty. Przypomnę Ci, że mam jeszcze własny portal Szuflada.net, choć na szczęście moi redaktorzy radzą już sobie doskonale bez mojej większej ingerencji, pracuję w szkole, piszę książki i zaangażowałam się w teatr młodzieżowy. Czasem po prostu przydałaby się pomoc, ale ja należę do tych dumnych, nadąsanych ludzi, którzy nigdy o nią nie poproszą, bo boją się, że udławią się wtedy własnymi słowami. Promocja i sprzedaż Twierdzy nauczyła mnie znowu polegać na innych, prosić ich głośno o wsparcie. Niestety nie wszystko można załatwić samemu, nie wszędzie dotrze się tylko, polegając na własnych siłach, nawet jeśli są naprawdę spore. Zawsze jednak stoisz przed wyborem: poddać się, powiedzieć sobie: już wystarczy, albo podnieść się, otrzepać i iść dalej.

Jak wyglądają prace nad kolejną częścią Twierdzy?

Już ją napisałam i jest w redakcji. A co?

Ogromna ciekawość dalszych losów nie tylko bohaterów Twierdzy Kimerydu, ale i perypetii wydawniczych. Wracając do bardziej twórczego aspektu: ile dziennie czasu przeznaczasz na pisanie?

Piszę partiami. Mam napady weny i wtedy siadam i piszę godzinami. Nie piszę przez to regularnie. Zawsze tak zresztą miałam. Regularność, zasady, przewidywalność, zdecydowanie nie są dla mnie.

Czy dalej kształcisz się w pisaniu?

We własnym zakresie  tak. Na przykład teraz zastanawiam się nad rodzajem narracji w trzeciej książce, na którą od dawna mam pomysł i jeszcze nic nie zrobiłam, żeby ją chociaż zacząć. Może to też wina tematu. Wybrałam sobie naprawdę trudny motyw przewodni: irytującą moralność i wąskie myślenie ludzi z małej miejscowości, które wpływa destrukcyjnie na głównych bohaterów książki. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.

Skąd te trudne tematy u Ciebie? Twierdza Kimerydu oscylowała wokół radzenia sobie z innością, własnymi demonami i odziedziczonym po rodzicach brzemieniem. Wszystko to przystrojone pstrokatą afrykańską scenerią i mnóstwem odcieni zachowań bohaterów. Nie lepiej napisać coś prostolinijnego, co będzie po prostu łatwe i zyska rzeszę czytelników?

Piszę o tym, co chcę. Jeśli zyskuję rzeszę czytelników, to fajnie. Nigdy zresztą nie myślę o potencjalnej rzeszy czytelników, kiedy piszę. Książka musi mieć przede wszystkim temat, a potem jego wciągającą realizację. Co się zaś tyczy postaci pociągają mnie ciekawe, nietuzinkowe osobowości. Antybohaterowie, wyrzutki, może nawet antagoniści. Tylko, że antagonizm pozostaje ostatnio w sprzeczności z moją wewnętrzną potrzebą zachowywania pozytywnej energii z rzeczywistością. Dlatego powoli się do niego dystansuję. Myślę, że bunt nie oznacza wiecznego narzekania, odrzucania świata i zamykania się w sobie. Bunt to raczej głośne wyrażanie swojego zdania i proponowanie światu ALTERNATYWY. Lubię myśleć, że jestem właśnie taką buntowniczką. Myślisz, że to powód, żeby nazwać mnie zarozumiałą?

Daleka jestem od wydawania opinii na temat innych ludzi, więc nie odpowiem na to pytanie. Zamiast tego, zapytam, jakie są Twoje dalsze pomysły na rozwój literacki? W zeszłym roku przy okazji wywiadu powiedziałaś, że dalej chcesz budować Szufladę i tworzyć. Czy coś się zmieniło?

Nie, właściwie nic. Tylko brakuje mi czasu i sił. Wszystko wokół mnie zaczęło żyć własnym życiem i jestem teraz w takim momencie podejmowania decyzji. Wiesz, jestem już stara. Mam 32 lata. Czasem dopada mnie irytująca myśl, że za późno zaczęłam, za późno dorosłam. Choć nie było mi łatwo w środowisku, z którego się wywodzę.

Każdy czas jest dobry. Uważam, że pośpiech i pęd są bardzo zgubne. Aż nie mogę uwierzyć w to, co piszę, ale faktycznie tak myślę. Powiesz nam coś więcej o swoim środowisku? Dlaczego było trudno?

Lubisz wkładać kij w mrowisko, co? To dobrze, bo ja też. Wywodzę się z małej miejscowości, właściwie również z wioski, czyli ze środowisk, w których w większości nie za bardzo ceni się sztukę i literaturę. W szkole zawsze mi powtarzano: dobrze, że masz taki talent, że jesteś taka super, ale NIC Z TEGO NIE BĘDZIESZ MIEĆ. A co to znaczyć coś mieć? Co to, do diabła, znaczy? Od tamtej pory nie znoszę, kiedy ktoś mi mówi o moich szansach i o moich umiejętnościach, a już szczególnie, kiedy wypowiada się na temat życiowej drogi, którą obrałam. Wyjdź za mąż, uśmiechaj się nieszczerze, niezbyt pewnie patrz ludziom w oczy, nie wychodź poza szereg, módl się, pracuj, nie miej zbyt odważnego zdania, nie nadajesz się, nikt cię nie chce, nie powinno cię być, nie pasujesz, nie ma cię. Znasz to? Tak wyglądało moje życie w liceum i jeszcze potem na studiach, kiedy wracałam z akademika do domu. To nieprawda, że tylko w grupie jesteśmy silni, zaryzykuję stwierdzenie, że często grupa nas osłabia. Trzeba przede wszystkim ufać sobie. Wierzyć we własne umiejętności i akceptować siebie, akceptować swoją inność. Zawsze wybieraj życie, działanie. Nigdy się nie wycofuj, nigdy nie uciekaj.

Jaki wg Ciebie powinien być współczesny polski pisarz u progu kariery, jakim zestawem cech charakteru powinien się charakteryzować? Bo obie wiemy, że nie jest to łatwe zadanie.

To będą typowe frazesy, ale przede wszystkim powinien być pewny siebie i swojego talentu. Mieć to wewnętrzne przekonanie, o tym, że naprawdę go posiada. Być zdolny do podejmowania ryzyka, liczyć się z tym, że jak się wychodzi przed front, to będą do Ciebie strzelać, w dodatku uda im się kilka razy trafić, a rany postrzałowe bardzo krwawią, piekielnie też bolą. Potem trzeba nauczyć się chodzić z dziurą w kolanie.

Poza tym muszą mieć tę świadomość, że jakikolwiek sukces, zwłaszcza ten literacki, nie jest efektem kilkudniowej pracy, tylko trwa falowo, wymaga cierpliwości, miłości do tego, co się robi, autentycznej pasji i uporu pociągowego osła. Odpowiem Ci cytatem z Tyrsa: albo coś robisz, albo czegoś nie robisz. Proste. W życiu wygrywa się konsekwencją.

Ale przyda się też odrobina poczucia humoru. Zwłaszcza tego ironicznego. 😉

Kiedy będzie można przeczytać drugą część Twierdzy?

Jak skończę redakcję i korektę, będę się zajmować dalszą częścią procesu wydawniczego. Nie spieszę się, raczej wolę się przygotować i mieć do tego czysty umysł, wolny od uciążliwych myśli i koncentracji na codziennym życiu, które niestety jest takie, jakie jest i trzeba to akceptować bez zbędnej oceny. Debiut był dla mnie ogromnym poświęceniem i wymagał ode mnie ogromnego nakładu pracy. Teraz chcę zrobić to jeszcze lepiej, być przygotowana na każdą ewentualność. Dziękuję za wywiad, mam nadzieję, że ze mną zostaniesz. 🙂

A ja mam nadzieję, że zostanę nie tylko ja, ale i wszyscy czytelnicy. I że tak jak ja będą wyczekiwać sequelu oraz innych Twoich dzieł. Mam nadzieję, że wywołasz jeszcze więcej zamieszania następnym utworem. Trzymam za to kciuki i również dziękuję za rozmowę!

Czy macie podobne odczucia związane ze swoimi debiutami literackimi? A może losy Wasze i Waszej książki potoczyły się zupełnie inaczej? Jeśli chcecie opowiedzieć swoją historię, czekam na nie w komentarzach oraz pod adresem mailowym fabrykadygresji@gmail.com

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Zazwyczaj, kiedy oglądam film sensacyjny, nie zakochuję się w głównym bohaterze. Wolę postaci drugoplanowe, tych słodkich fajtłapowatych pomagierów, grzeszących raczej intelektem niż siłą mięśni i wspaniałomyślnością. To samo w książkach. Im mniej jakiejś postaci, tym jest po prostu ciekawsza. Ale oto nadszedł czas, bym zmieniła punkt widzenia, bo w Drugiej rzeczywistości autorstwa Andrzeja Mathiasza taki właśnie bohater gra pierwsze skrzypce.

Tom Clark to młody, światowej sławy haker, który staje się szefem Cieni. Ich zadaniem jest ochrona najpotężniejszego we Wszechświecie wirusa, za pomocą którego wojsko chce stworzyć broń masowego, informatycznego rażenia. Jak to jednak w życiu bywa, broń zwraca się przeciwko swoim twórcom, opanowując po kolei każdą, najmniejszą nawet dziedzinę życia, by dokonać całkowitej zagłady ludzkości. Pokonać wirusa może tylko Tom Clark, który…

Ginie na pierwszych stronach książki.

Co za niefart.

A jednak. Jakimś cudem (być może cudem techniki albo siły wyższej, sprawdźcie sami), Tom powraca. Nie powiem na temat rozwoju fabuły już nic więcej, ale jest naprawdę ciekawie. Jeśli jesteście miłośnikami dobrej rozrywki w formie sensacji z odrobiną romansu i fantastyki, szybkiej akcji z mnóstwem niespodziewanych zwrotów oraz mocno zarysowanych charakterów, zdecydowanie jest to książka dla Was.

Ale to nie wszystko. Bo gdyby to było na tyle, pewnie nie zadałabym sobie trudu pisania o tej książce. Księgarnie w końcu pękają w szwach od zatrzęsienia lektur, które przynoszą tylko i wyłącznie kilka chwil relaksu.

Druga rzeczywistość jest książką niekonwencjonalną, skłaniającą nas do refleksji, ale niezbyt ciężkiej, nie obawiajcie się. Zamiast tego: zastanówcie się.

Jak zaczynacie dzień?

Pewnie wstajecie z łóżka, obudzeni dźwiękiem budzika, wydobywającego się z Waszego telefonu. Włączacie laptopa, by sprawdzić maile, idziecie do łazienki, gdzie używacie może elektronicznej szczoteczki, a później, w kuchni, robicie sobie kawę z nowego ekspresu, który także jest w pewnej mierze elektroniczny. W drodze do pracy albo zakładacie na uszy słuchawki, słuchając muzy ze Spotify’a, albo w samochodzie korzystacie z funkcji inteligentnego parkowania. Aplikacja Endomondo mówi Wam, ile kilometrów przebiegliście na podstawie sygnału GPS-u, więc po chwili dzwoni do Was przyjaciółka, czy może do Was dołączyć, bo akurat jest w pobliżu z dzieckiem w parku, więc poplotkujecie sobie troszkę. Potem lądujecie niefortunnie w McDonalds, bo dzieciakowi zachciało się shake’a, a Tobie wibruje smartfon, prosząc, byś ocenił restaurację i wrzucił do sieci kilka fotek. Wieczorem podczas przeglądania Facebooka pojawiają ci się reklamy dokładnie tych sukienek, o której rozmawiałaś dwie godziny wcześniej z kumpelką. Hmmm…

Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała mi, że Norwegia ma być pierwszym krajem, z którego znikną papierowe pieniądze i w zupełności zastąpi je waluta elektroniczna. Ja przepraszam bardzo, ale czy bezdomni będą łazić po Norwegii z terminalami w kieszeniach?

I co, jeśli wkradnie się wirus, który zmieni szyfrowanie w bankach i z plusa na koncie uczyni minus?

Po lekturze Drugiej rzeczywistości moja paranoja jeszcze przybrała na sile. Bo skoro Andrzej Mathiasz, artysta, człowiek kultury, pisarz i filmowiec, z takimi szczegółami potrafi opisać szereg niefortunnych zdarzeń, które mogą bardzo szybko doprowadzić do zagłady ludzkości, to myślę sobie: co z prawdziwymi hakerami? Co z tymi, którzy pracują dla Rosji, Chin i USA i zajmują się podobnymi działaniami? Znacie tę zasadę: jeśli jeden człowiek na coś wpadł, taka rzecz już pewnie została wymyślona i udoskonalona przez innego człowieka, dużo wcześniej.

Jak więc zatrzymać tę nieszczęsną, samonapędzającą się przez media społecznościowe mroczną karuzelę?

Po pierwsze: przeczytać książkę Druga rzeczywistość Andrzeja Mathiasza. (Niepozbawioną oczywiście drobnych wad, takich jak chociażby drażniące fuck wypowiadane co chwila przez detektywa Skalsky’ego — skoro książka jest po polsku, to czemu po prostu nie nasza rodzima kurwa?, na które wszak można przymknąć oko z powodu czarującego głównego bohatera).

Po drugie: przywiązywać uwagę do błahostek. Wiem, czasami jesteśmy zbyt leniwi, ale przeczytajmy chociażby ten artykuł i zmieniajmy od czasu do czasu nasze hasła. Pamiętam, kiedy na WTK 2015 mojego laptopa zaatakował wirus i zaczął zjadać mi pliki tylko dlatego, że nie miałam zainstalowanego aktualnego antywirusa na komputerze. Wiecie, ile dobrych tekstów poszło w cholerę?

Po trzecie: zastanowić się nad tym, co publikujemy w Internecie, po co i kto może być tego odbiorcą.

Reasumując, myślcie i czytajcie, zwłaszcza takie pomysłowe, niebanalne książki, bo choć temat dosyć oklepany, to ubrany w niebanalne przemyślenia i mnóstwo oryginalnych konceptów.

Za możliwość lektury z całego serca dziękuję Autorowi.

Polecam i pozdrawiam!

Wasza

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Jak powszechnie wiadomo, życie pisarza to same blaski, żadnych cieni. Wszyscy cię lubią, cenią za to, co napisałaś, zapraszają na każdą imprezę, widzą w tobie guru, szampan leje się strumieniami, a hajsu nigdy nie brak.

A tak naprawdę to nie.

Często masz przerąbane z różnych powodów. Bo napisałaś coś w książce w narracji pierwszoosobowej i teraz ludzie uważają, że to ty tak myślisz. Albo gorzej! Główna postać postanawia zamordować irytującą znajomą i potem część koleżanek patrzy na ciebie spode łba, zastanawiając się, czy nie jesteś chorym pojebem oraz bojąc się wyjść z tobą na drinka do miasta.

Na początku takie sytuacje bardzo mnie irytowały. Krzywdziły. Bolało mnie serce, bo nie wiedziałam, dlaczego niektórzy nagle przestają się do mnie odzywać, a inni wyłaniają się z mroku przeszłości i nagle chcą się znów przyjaźnić. Szczególnie dobijały mnie stwierdzenia, które słyszałam na każdym kroku, bo często przelewały szalę goryczy, a ja nie wiedziałam, jak się zachować. Być miłym i się uśmiechać? Mówić, że wszystko jest spoko, podczas gdy w środku szaleje demon wściekłości? Asertywności jeszcze do niedawna było we mnie za grosz. Teraz usilnie nad tym pracuję. Top 10 irytujących tekstów przedstawiam poniżej z komentarzami, których kilka lat temu niektórym osobom nie powiedziałam, a powinnam.

  1. — Czy mogę ci przesłać swój tekst? Bardzo potrzebuję, żeby ktoś rzucił na niego fachowym okiem.

    — Naturalnie, moja stawka za jeden arkusz wydawniczy wynosi trzysta złotych.
    To zdecydowanie najczęściej zadawane mi pytanie. Najgorsze, kiedy pojawiasz się na imprezie, nie zdążysz jeszcze ściągnąć z siebie futra, a już masz w rękach czyjś maszynopis.
    Wiecie, teksty debiutantów często są po prostu złe jak odbyt szatana. I kiedy próbujesz przekazać im to na twarz, nie są w stanie uwierzyć, więc po co robić sobie kłopot?
    Rzecz jasna, to nie jest tak, że nie chcę pomagać, bo jestem zadufaną w sobie szmatą. (Nie aż tak). Lubię pomagać, ale jestem dosyć zajętą osobą. A nawet, jeśli akurat mam wolne, to wolę sobie poczytać teksty Chutnik, Żulczyka, Twardocha, Orbitowskiego, teksty sprawdzone, renomowane, dla przyjemności własnej, nie czyjejś.
    Inaczej się walczy o atencję, jeśli się nie chce za coś płacić. Stara się sobą zainteresować, przekonać do konceptu, polubić się i dopiero potem poprosić o przysługę. Nie mam nic przeciwko interesującym tekstom. A kiedy powiem Wam, że jeśli naprawdę kochasz pisanie, powinieneś robić to dalej, to wiedzcie, że daliście mi do czytania totalną szmirę.

  2. — Słuchaj, co mi się przydarzyło, to będzie na pewno dobry scenariusz do twojej kolejnej książki!

    — No na bank. Pozwól, że ja o tym zdecyduję, dobra?
    Bo pomysłów to mam swoich od zatrzęsienia i więcej nie potrzebuję. Ale jeśli chcesz mi dać trochę czasu, to przyjmę go, a w zamian oddam cokolwiek, co zechcesz. (Oprócz roślin i bliskich, istotami żywymi nie handluję).

  3. — Ile zarobiłaś?

    Wkurza mnie to, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sugeruje wszak, że nadawca tego komunikatu ma jedną z dwóch motywacji. Albo chce zajrzeć do wnętrza mojego portfela, co nie jest wskazane, bo wewnątrz jest tylko mroczna odchłań i nie warto się tym interesować, bo można zostać pożartym przez nicość, albo sam chce napisać książkę i wydać ją dla kasy. Nie widzę w tym nic złego, acz pytanie mnie bawi, bo na debiucie raczej można stracić zęby niż zyskać hajsy. Kto zarobił na swoim debiucie, niech podniesie rękę w komentarzu i powie, jak to zrobił, nie mając wcześniej zbudowanej społeczności odbiorców.

  4. — Gdzie można kupić twoją książkę? Dostanę z rabatem?

    — W sklepie.
    Aż się prosi o taką odpowiedź, co nie? Aczkolwiek na forum odpowiadam, że można ją kupić też u mnie, wystarczy napisać na fabrykadygresji@gmail.com i zamówić, a dostanie się ją z fajnymi bajerami. Różnistymi.

  5. — Można z podpisem?

    — No a co mam zrobić?
    Po prostu nie mogę przestać się dziwić, dlaczego ludzie chcą mojego podpisu. Może po to, by zeskanować albo jakoś podrobić i wziąć potem na mnie jakiś kredyt? Jestem zwyczajną babką, po co mam gryzmolić po Twojej książce? Znaczy ja wiem, myślisz, że jestem albo będę fajna za kilka lat i to będzie wyjątkowy egzemplarz tej książki, więc opylisz go na Allegro po arcyhipsterskiej cenie. Może masz nawet rację, ale cały czas trudno mi się do tego przyzwyczaić. Uwiera mnie jakoś to podpisywanie. Pewnie za rzadko to robię.

  6. — Czy opisujesz prawdziwe wydarzenia?

    — A czy ma książce napisałam, że to reportaż? Nie? To dobrze, bo to powieść. Fikcyjna.
    Dajcie spokój, przecież wiadomo, że każdy pisarz w jakiś sposób, mniejszy lub większy, przetwarza otaczającą go rzeczywistość.

  7. — Kiedy kolejna książka?

    — Im rzadziej będę musiała marnować czas na głupie pytania, tym szybciej się ukaże.
    To pytanie już mnie nie irytuje, tylko wkurwia, więc darujcie sobie, dobra? Pracuję nad tym. Nie tak intensywnie, jakbym chciała. A może jednak właśnie tak, może to ślimacze tempo to moje nowe tempo. Ale przestańcie zadawać to pytanie. Błagam. Bo zejdę z wyrzutów sumienia i nigdy nic się mojego już nie ukaże.

  8. — Może wzięłabyś się do normalnej pracy?

    — Jakbym potrafiła, tobym się wzięła.
    Wszystko co robię i tak się wiąże z literaturą. Prawie trzy i pół roku pracy w wydawnictwie, teraz freelance w charakterze agenta literackiego, recenzje książek, robienie korekt, wieczorki prozatorskie, warsztaty, blog… Nie oszukujmy się. Potrafię tylko się babrać w literaturze.

  9. — Opowiedziałabym ci coś, ale nie mogę, bo to opiszesz.

    — Ta, jasne.
    No dobra, jest jedna osoba, która faktycznie, jeśli zaczyna mówić w ten sposób, ma coś bardzo, bardzo, bardzo ciekawego do powiedzenia i bez wątpienia wartego opisania. To moja mama. I ma wszelkie powody by sądzić, że będę chciała opisać to, co powie, bo szalone historie, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu, inspirują mnie jak nic innego. Muszę znaleźć sposób na mamę, może ktoś mi pomoże? Czekam na pomysły!

  10. — Ja wtedy tak się nie zachowałem!

    — Ja wtedy w ogóle o tobie nie pisałam.
    Już chyba wspominałam, że zdarza się, iż z mojego dalszego otoczenia wyskakują znajomi z jakimiś dziwnymi jazdami. Faktycznie, inspirują mnie osoby z mojego otoczenia, ale tworzę fikcję. (Pewnie będę musiała to powtarzać do usranej śmierci). Łączę wątki, postaci, zachowania, miksuję wszystko z własną wyobraźnią, telewizyjnymi wiadomościami, snami, lękami, i tak dalej. Jeśli ktoś bierze to na serio, jest gorszy niż babcie Kunegundy, które myślały, że kiedy Hania z M jak miłość wjechała w kartony, Małgosia Kożuchowska też nie żyje.

Nie bierzcie tego tekstu za bardzo na serio.

Trochę mi głupio, że to piszę, bo robię z Was łochów, którzy nie łapią satyry, ale czuję, że niektórzy po prostu nie mają do siebie odpowiedniego dystansu i mogą sobie wziąć ten tekst zbytnio do serca. I niej jest to niczyja wina, może ja mam po prostu za dużo dystansu.

Co nie przeszkadza mi się niepotrzebnie wkurzać.

Bo wiecie, te wszystkie teksty tak naprawdę w ogóle nie sprawiają mi problemu. W głębi serduszka nawet cieszą, bo to oznacza, że ktoś się interesuje, ktoś czyta, ktoś chce się więcej dowiedzieć.

Słowa to tylko słowa.

He, he.

Przy tej okazji wspomnę, że napisałam ostatnio ebooka! Postanowiłam spróbować swoich sił w selfpublishingu. To taki drobny specjalistyczny poradnik pt. 7 grzechów głównych debiutanta. Jeśli chcecie otrzymać pierwsze rozdziały za darmo i dowiedzieć się, co od razu dyskwalifikuje tekst w oczach redaktora z wydawnictwa, koniecznie zapiszcie się na mój newsletter, oki-doki? Formularz poniżej.

 

Mail

 

A niedługo widzimy się na YouTube! Subskrybujcie, jeśli nie chcecie przegapić mojej tyrady na temat książki Otoczeni przez idiotów.

To tyle. Buziaki!

Wasza

Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku:

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Już ponad rok temu pisałam, jak bardzo boję się starości. Od tego czasu nic się nie zmieniło, może tylko pomogłam kolejnym pięciu staruszkom wnieść torbę do tramwaju. Potem przeczytałam Rdzę Jakuba Małeckiego, w której poznajemy waleczną, twardą babcię Tośkę, a teraz skończyłam lekturę Krótkiej wymiany ognia Zyty Rudzkiej, traktującej o końcówce życia delikatnej poetki Romy. I co z tą moją gerontofobią? Osłabła czy wręcz przeciwnie?

Najpierw dowiedzmy się, o czym w ogóle opowiada Krótka wymiana ognia.

O starej babie, która przed chwilą była młoda. O kobiecie, która przypomina sobie, że miała marzenia i ambicje, że kochała całą sobą, i to jeszcze przed chwilą. A teraz ma zmarszczki, stosy piguł na nocnym stoliku i kłopoty z zasypianiem. Roma jest sławną poetką. (Szczęściara, udało jej się wejść na piedestał liryczny w tym kraju, pogratulować sukcesu, chociaż kiedyś chyba było to łatwiejsze niż teraz). Jest matką, ale córka od niej uciekła. (Pogratulować córce odwagi, ja na przykład z tchórzostwa bym tego nie zrobiła). Jest rozwódką, bo kochała swojego męża, ale on wolał inną. (Nie ma czego gratulować mężowi, tak się zdarza, trudno). Była córką, a jej matka uczyniła Romę taką, jaką opisała ją Zyta Rudzka.

Processed with VSCO with c1 preset

Wracam do miasta, do mieszkania, do zatyczek do uszu, proszków na sen, czopków na hemoroidy, tych wszystkich insygniów mowy detronizacyjnej, złożonych na krzyż w szafce nocnej.

Śmierć zbliża się sporymi krokami, więc Roma wspomina całe życie i postanawia odszukać córkę. W międzyczasie stwierdza, że być może spotka się z jednym z młodszych wielbicieli na małe co nieco. I tak, mam na myśli deser, ale nie chodzi o jedzenie.

W kwestii głównej bohaterki znalazłam na lubimyczytac.pl taki oto komentarz:

mariolka

Śmiem się nie zgodzić, bo bohatera literackiego ocenia się tak łatwo jak żywą osobę. I uważam, że wymaga to bardzo niewiele wysiłku. A zachowanie głównej bohaterki powinno nam dostarczyć raczej bodźca nie do kolejnej oceny, a przemyślenia własnej życiowej sytuacji. Czy my zawsze jesteśmy zdecydowani? Czy potrafimy być zawsze fair? I co z miłością? To co, można kochać tylko jedną osobę, a świat jest czarno-biały? Czy kiedy wybije ostatnia godzina naszego życia, będziemy mogli się nazwać bohaterami epoki? Nie sądzę. Raczej będzie nam zdecydowanie bliżej do starych idiotów.

Kwestia języka jest taka, że podobało mi się sprawne zastosowanie przez Zytę Rudzką regionalizmów, zwłaszcza w monologach matki Romy. I zgodzę się, że tekst przekazywał bardzo dużo emocji, acz nie oryginalny język go przekazał. Po prostu opisane wydarzenia. Bo język jest sprawny, współczesny, elastyczny, ale nie szokuje specjalnie. Czytało się szybko i całkiem przyjemnie.

Gdybym nie czytała wcześniej Rdzy, pewnie Krótka wymiana ognia by mną wstrząsnęła. A tak tylko wkurwiła. Ponieważ jestem przekonana, że za kilka chwil otworzę oczy i będę stara. I nie przestanę wówczas być kobietą. Będę pożądać, tak jak Roma, z serca wylewać się będzie niespożytkowana miłość, a to już o krok od zawału.

Co innego w głowie miała. Miała strach, miała miłość, miała kiełbie we łbie.

Dlatego pomimo tego, że Krótka wymiana ognia jest książką piękną, zarówno zewnętrznie – maleńki, skromny acz gustowny egzemplarz – jak i wewnętrznie – bo forma tekstowa jest naprawdę bardzo dobrze wykrojona, to nie darzę jej sympatią. Pogłębiła zdecydowanie mój lęk przed starością. Życie jest cholernie ciężkie. Przerażajace. Bycie kobietą ma w siebie wpisane ogromne cierpienie.

Źle mi ze sobą. Ciężko. Ale mam w sobie decyzję.

Zyta Rudzka

To może nie warto czytać Krótkiej wymiany ognia? Po co się dołować?

Wręcz przeciwnie. Dobrze jest czasami pożyć problemami innych ludzi, a potem zamknąć książkę i uświadomić sobie, że to tylko fikcja. Warto wtedy pokontemplować siebie. Po to jest moim zdaniem ta ładnie napisana, krótka książka, powieść rzeczka. By zastanowić się nad ulotnością swojego życia. By zrozumieć, że jego koniec nie jest końcem całkowitym.

Myślałam: po takiej zimie wiosny nie będzie. A była.

Wiele w Krótkiej wymianie ognia pięknych zdań. Ale mnie najbardziej spodobało się to powyższe. Śmiejcie się, że proste, banalne, wcale nie jakieś artystyczne. Ale w prostocie siła.

Za możliwość recenzji bardzo dziękuję

 WAB--logo_100px_72dpi