Mamo, plecak spakowany, wychodzę! – rozmowa z Tomkiem Jakimiukiem z jaktodaleko.pl

Mamo, plecak spakowany, wychodzę! – rozmowa z Tomkiem Jakimiukiem z jaktodaleko.pl

Tomek rzucił mi się pierwszy raz w oczy chyba na Kolosach (to laureat Nagrody Dziennikarzy oraz Nagrody Publiczności) a zaraz potem na poznańskim festiwalu podróżniczym Śladami Marzeń. Otaczała go bardzo pozytywna aura. Aż kipiał dobrą energią i zarażał uśmiechem! Od jakiegoś czasu jego działalność związana z prowadzeniem bloga jest dla mnie wielką inspiracją. To facet, który po prostu wie, jak to robić. Pomyślałam sobie, że znowu zagaję do Tomka, bo wygląda na to, że może mnie dużo nauczyć.

Mało tego, że dowiedziałam się paru istotnych rzeczy, to jeszcze okazało się, że myślimy bardzo do siebie podobnie. Nie miałam pojęcia, że z naszej rozmowy wyjdzie tak pouczający i inspirujący wywiad. A dodatkowo z rozmowy z Tomkiem wyniosłam tyle pozytywnej energii i siły, że wydarzenia, które niedługo potem spotkały mnie w życiu, po prostu rozjechałam walcem wyrównalcem.

Dziękuję Ci Tomku za to, że natchnąłeś mnie taką inspiracją. Mam nadzieję, że dzięki przytoczeniu naszych słów poniżej, uda się zarazić dobrym humorem i natchnąć do działania czytelników bloga fabrykadygresji.pl A Was gorąco zapraszam już teraz do odwiedzin bloga podróżniczego Tomka jaktodaleko.pl oraz do podążania za nim na Facebooku, Instagramie i YouTube!

Komu wywiad będzie szczególnie przydatny?

  • Początkującym blogerom, którzy chcą dowiedzieć się czegoś nowego o social media,
  • miłośnikom podróży,
  • tym, którzy potrzebują inspiracji, motywacji i lubią poznawać Postaci przez duże P,
  • osobom bijącym się z myślami, pragnącym zmiany.

Emilia: Jesteś podróżnikiem i blogerem. Specjalizujesz się w niskobudżetowych wyprawach, twoja najsłynniejsza to chyba autostopem i hulajnogą z Podlasia na Daleki Wschód, prawda?

Tomek: Tak, a dokładniej do Chin.

E: No dobra, pewnie wszyscy Cię o to pytają, ale… skąd ten pomysł na hulajnogę?

T: Tak, to prawda. Wiesz co, temat hulajnogi jest wręcz prozaiczny. Odpowiadają za to dwa aspekty. Przede wszystkim szukałem czegoś, co pozwoliłoby mi autentycznie lżej podróżować. Myślałem o rowerze, ale jakoś nie czuję tego, żeby jechać rowerem, załóżmy, po Mongolii i patrzeć na ten powielający się krajobraz. To pewnie by mnie znudziło. Lubię większą dynamikę. Szukałem czegoś, co mógłbym złożyć, zapakować i łapać stopa, żeby było szybciej. Tak padło na hulajnogę.

Po drugie hulajnoga jest pewnego rodzaju artefaktem. To przedmiot, który ma w sobie zaklętą moc. Każdy może zakląć swoją moc w innym przedmiocie. Ale o co chodzi dokładnie: koleś, który jedzie przez Rosję albo po Mongolii z plecakiem na hulajnodze jest jak magnes. Magia hulajnogi polegała na tym, że sama w sobie przyciągała ludzi. A człowiek, który lubi robić zdjęcia, wie, jak ciężko jest zrobić reportaż fotograficzny i rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza w innych krajach. Zdawałem sobie z tego sprawę, dlatego wybrałem przedmiot, który będzie przyciągał.

Tego również doświadczyłem, gdy byłem w Meksyku i zacząłem używać harmonijki. Harmonijka też przyciągała ludzi. Hulajnoga była więc naturalnym wyborem. Wiesz, jedziesz na hulajnodze, koleś podchodzi, się odzywa, już kumple.

E: A, czyli hulajnoga była z premedytacją! W takim razie czy bardziej podróżujesz po to, by zwiedzać, poznawać nowe krainy, oglądać budowle, naturę czy bardziej w podróży chodzi ci o ludzi? O poznawanie ich zwyczajów, kultury?

T: Bardziej kręci mnie poznawanie kultury przez pryzmat ludzi. De facto utożsamiam każde miejsce z ludźmi, których poznałem. Nawet jeśli jest jakaś super architektura, która rzuca na kolana wszystkich, to jeśli nie spotkam tam jakiejś ciekawej osoby i z nią nie pogadam, to powiem ci szczerze, nie pamiętam potem tego miejsca. Staram się poznawać dany kraj przez pryzmat osobowości, które poznaję.

E: Dorastałeś w Siematyczach, tak?

T: Dokładnie.

E: Piszesz na swoim blogu, że ukształtował Cię również Białystok. Powiedz mi, skąd w ogóle w chłopaku z takiej niewielkiej dosyć miejscowości taki głód poznawania nowych ludzi i zbierania nowych doświadczeń?

T: Wydaje mi się, że to jest związane z adrenaliną. Jestem człowiekiem, który od małego szuka wyzwań. Próbował zawsze coś zobaczyć. Cały czas byłem ciekawy czegoś. I na studiach, poszedłem na turystykę i rekreację, na wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej, trochę mierziło mnie to, że studiuję coś, co znam tylko z teorii. Wcześniej w liceum lubiłem geografię, ale nawet nie byłem w górach czy nad morzem, bo po prostu nie było nas stać na to. I później poszedłem na te studia i sobie myślę: kurczę, ale to jest w ogóle jakaś abstrakcja. Człowiek studiuje sobie tutaj turystykę, a nawet turystą się nie może nazwać. No bo gdzie ja byłem? Co ja widziałem? To mnie trochę bolało. Później po prostu znalazłem ten klucz, który mi pomógł.

E: Czyli na studiach jeszcze nie podróżowałeś? Czy właśnie wtedy zaczęła się Twoja przygoda?

T: Zacząłem dokładnie na trzecim roku. To był kulminacyjny moment. Poznałem wtedy, czym jest autostop.

E: Dokąd wtedy wyjechałeś?

T: Moja pierwsza autostopowa wyprawa to był… Eurotrip! Podróż do Niemiec, która przerodziła się potem w wyjazd do Holandii, Belgii, Francji i aż w ogóle do Hiszpanii dojechaliśmy z koleżanką.

E: No, faktycznie, niezła wyprawa. Czytałam też, że studiowałeś zarządzanie. Czy to ci się jakoś przydaje? Na przykład w łapaniu autostopa?

T: Trudne pytanie! Może niekoniecznie w łapaniu autostopa. Ale w przedsiębiorczym aspekcie mojego życia, jasne, bo ja prowadzę też firmę.

E: To czym konkretnie się teraz zajmujesz? Czy pracujesz na etacie a podróże wypełniają resztę Twojego życia, czy też z podróżowania zrobiłeś biznes i dzięki swojej pasji możesz teraz zarabiać?

T: Wiedza zdobyta na studiach, z zakresu zarządzania, przełożyła się na to, co robię teraz. Zajmuję się stricte podróżami. Piszę bloga, co wiąże się z turystyką i rekreacją. Większość przedmiotów i tak była przedsiębiorczych, więc faktycznie, stałem się przedsiębiorcą, blogerem. Z czego się teraz utrzymuję? Wyobraź sobie, że jak zacząłem podróżować i prowadzić bloga, pisać na nim, poprawił się mój język, moja polszczyzna, choć uważam, że w dalszym ciągu jest nad czym pracować… Zacząłem zarządzać kanałami social media, rozumieć, jak to wszystko żyje, jak to funkcjonuje… Zacząłem być à la influencerem, gościem, który współpracuje z markami i zauważyłem, że to przynosi pieniądze.

Zacząłem opowiadać. W szkołach, w domach kultury… I uświadomiono mi, że za to też się bierze pieniądze, w związku z czym zacząłem robić prezentacje również w korporacjach, gdzie uświadomiono mi z kolei, że tam się bierze bardzo duże pieniądze. Czasami naprawdę skrajnie duże.

Gdy zacząłem to wszystko robić, pomyślałem: wow, prowadzę swoje kanały, np. Instagrama, Facebooka i bloga. Ogarniam, o co w tym wszystkim chodzi, na całkiem niezłym poziomie i stałem się content managerem. Teraz na przykład współpracuję z firmą, dla której prowadzę social media. Jestem freelancerem. Robię swoje, a w międzyczasie komuś pomagam w jakiejś firmie. Pasja przerodziła się w dość szerokie spektrum.

E: A czy to sprawia Ci radość?

T: Tak! To jest przecież wolność.

Wstajesz z rana, o dwunastej załóżmy, nikt ci nie mówi, że masz coś zrobić. Pracowałem najdłużej na etacie dwa i pół miesiąca. Jestem człowiekiem, który jak widzi, że coś jest źle zrobione, to o tym mówi, niezależnie od tego, czy mówi to kierownikowi, dyrektorowi… Nie mam może takiej ogłady. Moja siostra powiedziała, że powinienem pójść na etat i się nauczyć. Ale nie mam takiej ogłady. Jak widzę dyrektora, który popełnia błędy, po prostu mu mówię: ej, stary, to jest źle zrobione. A ludzie tego nie lubią. Jejku, jaki ja jestem teraz szczęśliwy, że na chleb mi nie brakuje, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale nie ciąży nade mną to fatum, że muszę wstać o ósmej i do szesnastej trwać w środowisku ludzi, którzy bywają takimi wampirami, że wysysają z ciebie energię. Tak czasami bywa, jak rozmawiam ze swoimi znajomymi.

Zatem tak, to daje mi szczęście. I wolność.

E: Oj, wiem o co Ci chodzi, przez to również nie jestem już na etacie, tylko na swoim.

T: Emilia, nie wiem, czy też tak masz, ale czasami lepiej zarobić mniej, bo miałem na przykład takie miesiące, że nie zarobiłem nic, kompletnie nic, ale wiedziałem, że przyjdzie taki czas, że człowiek się odbije, nie? Wtedy zrozumiałem, że lepiej nie mieć milionów, tylko by mieć te pieniądze tak, żeby przeżyć i być szczęśliwym. Nie można powiedzieć, że pieniądze nie są ważne. Są ważne.

E: Zgadzam się w stu procentach. Sama miałam teraz gorszy miesiąc, ale wiedziałam, że zawsze ciężką pracą człowiek dojdzie do rezultatów, nie ma innego sposobu, nie?

T: Oczywiście!

E: Dobra, podsumujmy. Prowadzisz bloga, kanał na YouTube, jesteś na Instagramie i na Facebooku

T: Ej, Emilka, wiesz co, włącz może nagrywanie mojego głosu?

E: Tomek, ja mam nagrywanie Twojego głosu.

T: A, dobra, to pozdrawiam Emilka, jak będziesz tego słuchała!

E: Ale co, coś nie tak?

T: Myślałem, że zapisujesz, no sorry…

E: Słuchaj, umiem szybko pisać, ale nie aż tak. Jeszcze trochę przede mną! To co z tymi mediami społecznościowymi?

T: Próbowałem poza tym wszystkim trochę na Twitterze, ale to zupełnie inny kanał, który nie jest dla mnie. I na Google+, ale to zupełnie inna bajka.

E: Robisz też podcasty. Skoro kręcisz na YouTube, to czemu te podcasty, skoro one są jedynie formą audio? Co Ci daje taka forma przekazu?

T: Z podcastami jest tak, że próbowałem swoich sił. Wiesz co, chyba jest jakieś przyciąganie, bo wczoraj pomyślałem: wiesz co, Tomek? Chyba pora kupić mikrofon pojemnościowy.

E: Ha!

Trzeba ten twój głos wykorzystać, bo ktoś mi tak mówił: ej, stary, ty masz głos taki z radia, nie?

E: No masz, to prawda!

T: No, jak sobie zrobię głos taki niższy i zacznę coś czytać, to naprawdę coś z tego wychodzi! Chciałem spróbować podcastów. Zrobiłem chyba sześć. Albo pięć. I przestałem. Zacząłem robić filmy. I zaczęło mi się to bardzo podobać! Ale nie widziałem przyrostu społeczności na YouTubie… Musiałem zgłębić temat. I okazało się, że to nie jest tak, że robisz filmy, nawet najpiękniejsze, najlepsze i ci ta społeczność przyjdzie. To tak nie działa, niestety.

E: To co trzeba robić, żeby społeczność przyszła? Bo na Facebooku masz już ponad osiem tysięcy ludzi! To sporo.

T: Żeby sprawić, by społeczność przyszła, trzeba się wyróżnić. Moja społeczność jest bardzo oddana. To ludzie, którzy naprawdę są. Nie tylko mnie obserwują, ale też do mnie piszą. Martwią się o mnie. Jak coś się dzieje, to się odzywają. Piszą, że fajną robotę robię… I to jest stała grupa. Ale żeby ją mieć, trzeba robić coś nieszablonowego. Moimi czytelnikami nie są podróżnicy. Sam nie mam czasu, by śledzić swoich kumpli blogerów. Tych ludzi jest tak dużo, że nie miałbym czasu w ogóle! A moi odbiorcy czasem nie mają żadnej styczności z podróżami. Są przy mnie dzięki temu, jaką jestem osobą, bo daję im dobrą energię. Musisz zrobić coś naprawdę wyjątkowego, taką… wisienkę na torcie. Coś, żeby znaleźć tą wisienkę. Coś kuriozalnego, żeby to dalej się za tobą ciągnęło. Wchodzą to w też kwestie kreowania wizerunku. Trzeba wszystko odpowiednio wyważyć, sam szukam tej wisienki, każdy bloger, vloger w Internecie tego szuka. Każdy, kto wychodzi do ludzi w ten sposób, chce mieć jak najwięcej czytelników, prawda?

E: Zgadza się. A co z ludźmi, których poznajesz w życiu codziennym? Mam konkretnie na myśli Twoich bliskich. Powiedziałeś zapewne w pewnym momencie: dobra, już mnie nie interesuje etat czy inne szablonowe działania, ja chcę robić na swoim, realizując swoją pasję. I co wtedy? Miałeś wsparcie bliskich czy tak sceptycznie podchodzili do tematu?

T: Jak masz jakiś schemat, za którym ludzie podążają, to… Ja z tego schematu totalnie wyskoczyłem. W moim otoczeniu, zarówno wśród rodziny jak i znajomych, no… Postawiłem ich przed faktem dokonanym. Po prostu zacząłem robić swoje. A ludzie wokół musieli to zaakceptować.

Przed każdą większą podróżą, w jaką jechałem, moja mama mówiła: po co ci to, człowieku, jak tam niebezpiecznie. A ja na to: mamo, plecak spakowany, wychodzę!

Tak samo było z byciem freelancerem. Szukałem sposobu na życie. Dalej szukam, ale teraz jest już bardziej sprecyzowanie. Wyszło na to, że bycie przedsiębiorcą-freelancerem jest chyba dla mnie najlepsze. Ale żeby nie było tak kolorowo, to ostatnio myślałem, żeby faktycznie zatrudnić się w jakiejś firmie marketingowej. Pójść na etat i zobaczyć, jak się pracuje z ludźmi. Autentycznie, bo siłą rzeczy brakuje mi w mojej pracy i w życiu… Burzy mózgów! Ludzi wokół, podążających w tym samym kierunku, którzy wymyślają takie same rzeczy.

E: To niestety prawda, też z tego powodu cierpię. To jest ten wielki minus. Kiedy zaczęłam pracować sama dla siebie, jest ciężko pod tym względem. Ale i tak wydzwaniam do ludzi i pytam, czy to, co myślę, jest tak samo fajne w ich opinii, jak i mojej. Czy tak może być. Co o tym w ogóle myślą, bo rozmowa potem zawsze się rozwija i nowe pomysły dochodzą. Powiedz mi jeszcze proszę, jakie trzy unikalne cechy powinna mieć osoba, która działa tak jak Ty? Która pragnie wyjść ze schematu i przejąć kontrolę nad własnym życiem?

T: Ja nie mam żadnej cechy unikatowej, której nie miałabyś Ty czy ktokolwiek inny. Nie mam nic, co by mnie wyróżniało. Wszyscy mamy to samo! Ale motyw jest taki, że te cechy są rozwinięte na różnych poziomach. Jak chociażby otwartość na ludzi. Czy umiejętność mówienia do nich. Przecież nie zawsze miałem coś takiego, że byłem otwarty, nie wiem, że przychodzę do grona ludzi, którzy osiągnęli bardzo dużo w życiu, przybijam im piątkę i nie czuję się outsiderem. Teraz po prostu jestem sobą. Wiem, co osiągnąłem i znam swoją wartość. Ale ja się tego nauczyłem.

E: A jak się tego nauczyć?

E: Moja droga, żeby tego się nauczyć… Słuchaj uważnie teraz… Żeby tego się nauczyć, żeby zrozumieć, kim jesteś w życiu, żeby być pewnym siebie i otwartym… Trzeba. Zacząć. PODRÓŻOWAĆ. AUTOSTOPEM!

To jest oczywiście mój sposób, ale faktycznie na autostopie jesteś zmuszony być osobą otwartą. Musisz wyjść do ludzi, zagadać, poprosić, rozwinąć swoją intuicję do ludzi. W ułamku sekundy musisz ocenić, czy ten człowiek w aucie nie jest jakimś zabójcą, nie? Te wszystkie cechy rozwijają się podczas podróżowania. A konkretnie podczas podróżowania autostopem. Czasem musisz się do tych ludzi dostosować.

E: Podróżowanie więc daje ci dużo dobrej energii? Takiego pozytywnego kopa do działania? Czy są jakieś inne źródła Twojej motywacji?

T: Aktualnie jestem świadom tego, że mogę w każdej chwili spakować plecak i sobie pojechać albo pójść pieszo do np. Nowej Zelandii. To, że jestem świadomy, że nic mnie nie ogranicza, jest czymś, co mnie napędza. A druga kwestia to ludzie, którymi się otaczam. To jeszcze bardziej istotne niż podróże, bo to nie jest tak, że podróżuję przez 90% roku. Nie! Sumarycznie poza granicami kraju w tym roku byłem ledwo miesiąc. W Izraelu i w Gruzji. Chodzi o to, że większość czasu i tak jestem w Polsce, więc muszę otaczać się ludźmi, którzy są inspirujący. Mają szeroką perspektywę na rzeczywistość i są pomysłowi. Od takich ludzi się czerpie, bo jak przyjdziesz od nich, to od razu ci się chce!

E: To prawda. Tak mi się właśnie zachciało, jak odpisałeś błyskawicznie na maila z prośbą o rozmowę. Szybko, szybko, pach-pach i takiego kopa do działania dostałam, że tak mi się dobrze zrobiło…! Dzięki!

T: Cała przyjemność po mojej stronie!

E: Dziękuję Ci bardzo! A… Tak na koniec. Czy jest coś, czego się boisz?

T: Kiedyś bałem się jednej rzeczy. Że zabraknie mi wody. Ale mi to minęło. Obecnie… W życiu? Czy w podróży?

E: Ogólnie. Czy jest coś, co spędza Ci sen z powiek?

T: Nie. Nie ma czegoś takiego.

E: Super!

T: No nie ma, no szczerze Ci mówię, że nie ma. Faktycznie…

E: Wspaniale! To co? Gdzie można Cię zobaczyć niedługo?

T: Na World Travel Show w Nadarzynie pod Warszawą. Chyba w październiku.

I co? Jak Wam się podobała rozmowa z Tomkiem z bloga jaktodaleko.pl? Czekam na Wasze opinie. Zrobiło się Wam choć troszku lżej i milej na serduchach?

Jeśli macie jakąś osobę, z którą chętnie przeczytalibyście taki wywiad – albo może nawet posłuchalibyście, bo sama zastanawiam się nad podcastami (myślicie, że to ma sens? słuchacie takich audycji?)… No to dawajcie znać, dobra? Podrzucajcie mi tutaj Waszych ulubionych artystów, podróżników, pisarzy, osobowości… Chętnie poznam osoby, które Was inspirują!

Na koniec jak zawsze nieśmiało zapraszam do polubienia Fabryki Dygresji na Facebooku, zapisania się na newsletter (chociaż newsy są, nie ukrywajmy, bardzo rzadko, więc Wasza skrzynka z mojej winy na pewno nie będzie przepełniona) oraz przeczytania innych postów z wywiadami. Może inne osoby zainspirują Was jeszcze bardziej?

Tymczasem!

Wasza

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

10 porad dla początkujących blogerów

 

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Mam dla Was wywiad z kimś bardzo dla mnie wyjątkowym. Nie z jakąś tam osobą, tylko prawdziwą osobistością. Która  wiele w moim życiu znaczy, a która wreszcie, mimo swojej skromności, niepewności i strachu, kroczy odważnie ku realizowaniu własnej pasji.

Nawet, jeśli nie interesujecie się fotografią, przeczytajcie proszę ten wywiad. I zostańcie do końca, bo im dłużej rozmawialiśmy, tym lepiej nam szło. Dzięki temu wywiadowi odkryłam, że najfajniejsze rozmowy wychodzą, kiedy naprawdę znasz swojego partnera. Dziękuję Ci, Zimny. Od teraz będę się bratała z każdym, z kim będę chciała porozmawiać i zaatakuję go z nagrywaniem dźwięku w smartfonie. Bo dzięki temu powstają naprawdę dobre teksty.

A kim jest Mateusz Zimny, bohater dzisiejszego odcinka?

To postać, którą poznałam w pierwszych dniach studiów na filologii polskiej. Już chyba siedem lat temu. Przyjaciel, jeden z najlepszych, rozumiejący, że jeśli się nie odzywam, to nie dlatego, że się obraziłam czy w ten sposób okazuję lekceważenie. Rozumie moją samotniczą, artystyczną naturę, liczne ucieczki od ludzi, bo sam właśnie taki jest. Długie przerwy w naszej relacji nie wyrządziły nam żadnej krzywdy, a każdy powrót umacnia więź jeszcze bardziej. Bardzo liczę się z jego zdaniem, cenię wrażliwość, a przede wszystkim szczerość i uczciwość. Bo Zimny co ma w sercu, to na języku i brzydzi się kłamstwem. A dodatkowo piękny z niego mężczyzna.

Zimny działa na mnie bardzo twórczo. Jego obecność daje mi ogromnego kopa motywacyjnego i mnóstwo energii, którą później twórczo ukierunkowuję. Chcę, byście przeczytali tę rozmowę, bo wiem, że wielu z Was boi się poświęcić bardziej realizowaniu własnej pasji. Że czasem mówicie mi, że jestem za wielkim chojrakiem i Wy tak po prostu nie potraficie. Rzucić wszystko. Nie martwić się jutrem. Iść na żywioł. To nie są Wasze klimaty. Dlatego przeczytajcie proszę, co mówi Zimny.

Jego pasja jest z nim od dzieciaka. Po trzynastu latach wreszcie powoli procentuje.

Emilia: Jak się zaczęła Twoja przygoda z fotografią?

Mateusz: Zaczęło się jeszcze, jak mieszkałem w Darłowie. Miałem koleżankę, która była fotografką. Wtedy wolałem stawać po drugiej stronie obiektywu, czyli dawać robić sobie zdjęcia. W jakiś sposób zawsze wiedziałem, jak się ustawić, w jakim miejscu zapozować… Później, oprócz tego, że koleżanka mnie fotografowała, zaczęła mnie również zabierać na sesje zdjęciowe, które robiła innym osobom. Jako pomoc, po prostu żebym pomagał jej ustawiać tych ludzi. Jeszcze później odbyła się wystawa, na której było trochę moich zdjęć… No i później ta pasja jakoś uleciała. Wtedy, kiedy przeprowadziłem się do Poznania na studia.

Ile lat temu to było?

M: Te początki to były… gdzieś w gimnazjum. Miałem może jakieś tam trzynaście lat…? Czyli trzynaście lat temu. I później, gdy tutaj się przeprowadziłem [do Poznania], gdzieś tę pasję upuściłem. Wróciła do mnie, gdy rzuciłem studia. Zaczynało się od takich zdjęć telefonem. Wszyscy mówili O, super zdjęcia! Zacząłem się nimi bardziej bawić, nakładać tonę filtrów w tych różnych śmiesznych smartfonowych aplikacjach. No i gdzieś tam po dwóch latach robienia zdjęć tylko telefonem zaczęły docierać do mnie coraz liczniejsze sygnały. O tym, że zdjęcia się podobają ludziom. Stwierdziłem, że to chyba ten czas, by kupić aparat. To było dwa lata temu. Dzięki niemu zacząłem się bardziej rozwijać. Już jak miałem lustrzankę to na maksa się zajarałem fotografią. Zacząłem robić coraz więcej zdjęć. Weszła wtedy jeszcze obróbka graficzna. I teraz tak sobie siedzę, z kolejnymi aparatami. I z Photoshopem.

Jaki był twój pierwszy aparat?

M: Pierwszy to był amatorski Canon 1300D z bardzo słabymi parametrami. Potem dokupiłem do niego obiektyw, taki standardowy, jak na początkującego fotografa przystało, czyli 50 mm. Taki podstawowy. Dzięki niemu uzyskałem fajniejsze efekty, mniejszą głębię ostrości.

Jakie zdjęcia najbardziej lubisz robić?

M: Najbardziej zawsze nastawiałem się na robienie zdjęć ludziom. Chociaż pierwszy zarobek przyniosła mi fotografia kulinarna. Ale najbardziej lubię zdjęcia portretowe, zdjęcia natury. Myślę, że natura jest najmniej kapryśną modelką i najpiękniejszą. 

Co czujesz, kiedy robisz zdjęcia?

M: Nie da się tego opisać słowami. Jednocześnie takie podniecenie, taką adrenalinę, trochę ekscytacji… Czuję się po prostu tak, jakbym wciskając guzik w aparacie, zatrzymywał całą rzeczywistość dookoła siebie, jakbym mógł zastopować cały świat na ten ułamek sekundy. I to jest piękne, że mogę wcisnąć stop. Zaobserwować coś, uchwycić ten moment. Uwydatniam emocje, które ulatują w tym szybkim życiu.

A czy jest coś, co w fotografii sprawia Ci trudność?

M: Myślę, że u każdego fotografa są jakieś sesje albo tematy ciężkie do zrealizowania. Ale najważniejsze jest to, by iść do przodu i przełamywać ten strach. Miałem właśnie tak z fotografią kulinarną. Dostawałem pierwsze zlecenia w restauracji, w której pracowałem. Myślałem, że w ogóle się do tego nie będę nadawać. A po roku spędzonym na pracy w restauracji i robieniu tam zdjęć bardzo się rozwinąłem. Tak, że nie ma teraz jakichś przeszkód, których bym nie mógł pokonać. Wiem, że ustawiam sobie poprzeczkę tylko po to, by potem położyć ją jeszcze wyżej. By przesunąć horyzont swoich możliwości.

Czyli uczysz się tylko poprzez praktykę?

M: Najwięcej się uczyłem przez praktykę. Ale w pracy fotografa, jak i innych artystów, nieodzowna jest inspiracja innymi dziedzinami sztuki. Cały czas przeglądam zdjęcia innych fotografów. Żyjemy w XXI wieku, w dobie mediów społecznościowych. Teraz obraz krzyczy z każdej możliwej strony. Na każdym kroku mamy inspirację, żeby stawać się coraz lepsi. Świat, w którym egzystujemy, to też epoka multitaskingu. Wybieramy to, co nam się podoba, robimy po kilka rzeczy na raz. Kilka sztuk łączymy w jedno. Tak teraz powstają zdjęcia.

A dobre zdjęcie? Co powinno w sobie mieć?

M: Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Zależy, co to zdjęcie będzie przedstawiać, ale dobre zdjęcie nie powinno być tylko ładne. Powinno zapadać w pamięć. Tak, że po przejrzeniu stu zdjęć, jak już wyłączymy ekran komputera, to nam w głowie zostanie właśnie to jedno konkretne. Obraz w głowie, który cały czas będziemy mieć przed oczami i będziemy o nim myśleć. Dobre zdjęcie powinno zmuszać do głębszej refleksji.

Jesteś zwolennikiem zdjęć czarno-białych czy kolorowych?

M: Kiedyś byłem zwolennikiem zdjęć tylko czarno-białych.
Są bardzo fajne pod tym względem, że wychodzą z nich wszystkie emocje. Ten obraz jest bardziej uczuciowy. Krzyczy do nas swoim przekazem. Ale teraz chyba wybrałbym kolorową fotografię. Moje ulubione barwy są mocno odsycone, takie sprane. Lubię brudne kolory. Właściwie wciąż chyba oscyluję w odcieniach czerni i bieli, bo faktycznie moje kolory są na maksa niedosycone, ale tak widzę świat.

Ładna odpowiedź, taka poetycka bardzo.

M: [Śmiech].

Jak widzisz swoją karierę fotograficzną za dziesięć lat?

M: Hm, za dziesięć lat to najchętniej bym się widział w polskim „Vogue’u” [śmiech]. W „Vouge’u” jest w ogóle bardzo ciekawa fotografia. Fotografia modowa jest bardzo specyficzna, większość ludzi chyba nie zdaje sobie sprawy, jaki ta konkretna dziedzina wywiera wpływ na inne obszary sztuki, choćby film czy reklamy… Można to zaobserwować na podstawie kampanii reklam Gucciego. Tam zdjęcia wyglądają jak obrazy, malowane na płótnie… Wracając do tematu, za dziesięć lat widzę się albo w prężnie działającej firmie, gdzie mógłbym się realizować i w dalszym ciągu stawiać poprzeczkę coraz wyżej. A jeśli mi się to nie uda, to widzę siebie jako swojego szefa i pana życia. Chcę się utrzymywać z własnej działalności. Nie ma nic lepszego niż pasja, która przekształca się w pracę. I która daje nam pieniądze. I w sumie… Nie musiałbym być znanym fotografem. Ważne, żeby dalej sprawiało mi to przyjemność i żebym był w stanie się z tego zajęcia utrzymać.

Jakich zleceń się teraz podejmujesz? I jakie są najbardziej przez Ciebie pożądane?

M: Teraz… Jestem bezrobotny [śmiech]. Ostatnio zrealizowałem na przykład ślub. Jestem wdzięczny, że ktoś zaufał mi w tak ważnej kwestii. W tym tak bardzo istotnym dla siebie dniu. I jeszcze fotografia kulinarna. Ale najfajniejsze zlecenia to sesje plenerowe, portretowe. Byle nie noworodkowe, za dziećmi nie przepadam [śmiech].

To skoro o modelach mowa… Łatwiej pozują kobiety czy mężczyźni?

M: Kobiety.

Tak? Jest aż taka różnica?

M: Tak. Mam wrażenie, że kobiety, choć oczywiście nie można generalizować, bo, wiadomo, nie każda feministka nie goli nóg i ma owłosione pachy… Ale myślę, że kobiety są bardziej wrażliwe na piękno, więcej w nich emocji i mają więcej zmysłu artystycznego. Faceci często myślą, że zdjęcie zrobi się samo za nich. Że staną okrakiem. Rozszerzą nogi, złapią się za biodra i będą wyglądać bajecznie. Tak nie jest, trzeba być świadomym swojego ciała. Myślę, że kobiety nie bez powodu są płcią piękną.

Czy podejmujesz jakieś kroki ku autopromocji?

M: Moja promocja leży na podłodze i nie chce wstać. Większość zleceń mam przez znajomych, ktoś zobaczył moje zdjęcia i też chce mieć podobne.

I kiedy już do Ciebie przychodzi klient, to czy ma skonkretyzowane oczekiwania? Wie, czego chce, czy możesz się wykazać swoją własną inwencją?

M: Różnie. Jeśli mają własne oczekiwania, staram się im sprostać, ale często też dają mi działać na własną rękę. To są te najfajniejsze zlecenia, kiedy mogę robić po swojemu. Ale zawsze szanuję życzenie klienta. Nawet, jeśli zleceniodawca chce zdjęcia z dużą ilością światła, za czym ja nie przepadam, to i tak traktuję to jak wyzwanie, dzięki czemu mogę nauczyć się czegoś nowego. Pokazać moją wszechstronność. I na chwilę zobaczyć świat oczami klienta.

 A trudno jest Ci rozkręcić swój biznes fotograficzny? Zaistnieć w tym świecie?

M: W większym mieście, czyli takim, jakim jest Poznań, jest trudniej. Mamy tu duży rynek, wielu profesjonalnych fotografów. Konkurencja jest spora. Ale mam też koleżankę z mniejszego miasta, czasem podejmujemy się wspólnie zleceń.

Moje kompetencje cały czas rosną, a wiadomo, że najbardziej liczy się jakość w stosunku do ceny. Jestem świadomy i moich umiejętności, i tego, że tak naprawdę nie mam aż tak wielkiego doświadczenia. Ale dzięki temu mogę zaproponować klientowi i dobrą sesję, i przystępną cenę.

Mateusz Zimny fabryka dygresji poznań fotograf

Czy jest coś, co Cię wyróżnia jako fotografa?

M: Że jestem gejem [śmiech]. Nie wiem…

[Oboje odpalamy papierosy].

Ale co, wywalamy to? Tego nie ma być?

M: Nie wiem. Myślę, że wyróżnia mnie w ogóle podejście do zdjęć. Ja chyba robię zdjęcia smutne. Dla mnie w ogóle w życiu prywatnym szklanka jest zawsze do połowy pusta. Nigdy nie jest do połowy pełna. Zawsze wiem, że można czegoś tam dolać. To się chyba odbija w mojej fotografii. Nawet z najweselszej sytuacji potrafię wydobyć nutkę melancholii. Może goryczy. Nie wiem, czy to jest dobry chwyt marketingowy.

Czemu? Mi się podoba. Jesteś szczery. Twoje zdjęcia też, są prawdziwe. Ty jesteś prawdziwy w tym, co robisz.

M: No, aż mi się nogi spociły. 

Aha, w takim razie co… kończymy. Chociaż nie, mam pytanie ekstra. Co byś zrobił, gdybyś się nie bał? W kontekście oczywiście swojej pasji fotograficznej.

M: To jest bardzo duży problem. Tego, że ja się wiecznie boję. Tak zostałem wychowany, że jestem zahukany z każdej strony.Ale gdybym się nie bał… Bardziej chyba bym uderzał do ludzi z tymi zdjęciami. Nie bałbym się ich pokazywać. Ta promocja by wstała z tej podłogi i by się przeszła po całym mieście. A ta moja niepewność siebie, która może i jest u każdego artysty, u mnie jest po prostu za duża. Hamuje mnie. Walczę z tym, staram się. Bo żaden artysta nie robi sztuki dla siebie. Robimy sztukę dla odbiorcy. Nawet, jeśli to ma być jeden odbiorca, którego to chwyci za serce, to uważam, że warto. Dlatego przełamuję mój lęk. Bo to nie jest strach przed krytyką. Raczej jest irracjonalny, ale postaram się go wypędzić. Pozdrawiam czytelników Gazety Wyborczej!

Ha, ha. Życzymy wszystkim Czytelnikom Fabryki Dygresji, żeby się nie bali realizowania swojej pasji.

M: Ej, to się nie nagrywało.

Nagrywało się!

Autorem wszystkich zdjęć użytych w poście jest Mateusz Zimny. Są dziełami objętymi prawem autorskim. Jeśli chcecie je wykorzystać, a może i zamarzyła się Wam własna sesja fotograficzna, możecie skontaktować się z Mateuszem pod adresem mailowym: mateusz.zimny92@gmail.com

Koniecznie obserwujcie też jego magicznie piękny Instagram pod nickiem @ziemny. Gorąco polecam!

A jak wywiad? Podobał się Wam? Ma być więcej takiej inspiracji na blogu? Koniecznie dajcie znać też w kwestii zdjęć Zimnego. Które zachwyciło Was najbardziej?

Do zgadania w komentarzach!

Wasza

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

Wiecie, za co przede wszystkim uwielbiam moją pracę? Za to, że mogę poznawać fantastycznych ludzi. Chciałabym się z Wami nimi podzielić, bo dostarczają mi mnóstwo inspiracji, życiowej mądrości oraz są osobami, z których można śmiało brać przykład. Jedną z nich jest Katarzyna Maniszewska. Nieprzeciętna osobowość, a do tego autorka książek Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia oraz Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata. Ta ostatnia ma dziś premierę!

Emilia Teofila: Kasiu, jesteś osobą bardzo wszechstronną — ukończyłaś germanistykę i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, jesteś doktorem nauk humanistycznych, pracujesz jako wykładowczyni, jesteś członkiem Rady Naukowej Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, lecz przede wszystkim… podróżniczką! Co bardziej Cię ukształtowało jako osobę – uniwersytet czy świat poza nim? Co doradziłabyś młodzieży, która właśnie zastanawia się nad wyborem własnej życiowej drogi – pójście na studia, czy pójście w nieznane?

Katarzyna Maniszewska: Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, ale nie określiłabym się osobą wszechstronną. To nie jest tak, że jestem fizykiem i, dajmy na to, hobbystycznie muzykologiem. Moje zainteresowania są wobec siebie komplementarne, np. prowadzę w Collegium Civitas zajęcia  „Geografia terroryzmu”, które pozwalają mi łączyć wątki podróżnicze z bezpieczeństwem. Ale odpowiadając na pytanie, generalnie uważam, że każdy powinien wybierać swoją własną drogę. Nie jestem rzecz jasna przeciwnikiem studiów, uważam, że edukacja formalna rozszerza horyzonty, a i w życiu zawodowym nie jest bez znaczenia, ale szczerze przyznaję, że więcej nauczyły mnie podróże niż szkoła. Zresztą, obecnie podczas studiów istnieje  wiele możliwości podróżowania, wymian studenckich, stypendiów, staży zagranicznych etc. i bardzo zachęcam do korzystania z tych opcji! 

ET: Skąd w Tobie zrodziła się pasja do podróży?

KM: Chyba z lektury. A konkretnie przeczytanych w dzieciństwie książek takich jak Kon Tiki, Robinson Crusoe, W 80 dni dookoła świata czy przygód Tomka Wilmowskiego. Postanowiłam w dorosłym życiu realizować swoje dziecięce marzenia. 🙂

ET: Czego można się nauczyć, zwiedzając świat?

KM: Podróże to kopalnia wiedzy o świecie, o kulturze, historii, geografii, ale także o sobie samym. Otwierają oczy. Zwłaszcza podróże w pojedynkę, z plecakiem, pozwalają sprawdzić się w różnych sytuacjach, często znacząco wykraczających poza tzw. strefę komfortu. 

ET: Jacy są ludzie poza granicami Polski i czy można liczyć na pomoc nieznajomych?

KM: Przekonałam się podczas podróży, że ludzie nawet w najodleglejszych zakątkach globu są w gruncie rzeczy tacy sami, mają podobne potrzeby, marzenia, troski… Spotkałam się z ogromną życzliwością, serdecznością, gościnnością. Chociaż, jak to mawiam, idiotów nie brakuje w żadnym kręgu kulturowym i pod żadną szerokością geograficzną, więc — jak i w Polsce — są osoby otwarte i gościnne, skore do pomocy, a są i osoby niekulturalne, obawiające się obcych, pełne uprzedzeń i stereotypów.

ET: Jakie było Twoje najintensywniejsze przeżycie pośród wszystkich dotychczasowych podróży?

KM: Nie wiem naprawdę. Każda podróż przynosiła bardzo intensywne emocje – od euforii po skoku na bungee w Zambii czy też kiedy zobaczyłam po raz pierwszy posągi na Wyspie Wielkanocnej do skrajnej złości przy próbie kradzieży moich rzeczy w Zimbabwe czy też wulgarnych zaczepkach w Indiach. Ale ponieważ zawsze, nawet z niesympatycznych perypetii wychodzę cało i zdrowo, to traktuję to wszystko jako część doświadczenia, jakim są podróże.

ET: Dziś wyjątkowy dzień – premiera Twojej kolejnej książki, Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata. Jak znalazłaś pośród codziennych obowiązków czas na pisanie?

KM: Pisałam podczas urlopu – oto cały sekret 🙂 Notatki robiłam podczas podróży, potrzebowałam kilku tygodni w spokoju, że wszystko spisać i szczęśliwie mi się to udało. Jestem dość zdyscyplinowaną osobą, jak sobie coś postanowię to zwykle się tego trzymam. Późniejsza praca nad edycją tekstu poszła sprawnie, dzięki Twojej fachowej pomocy, moja droga Redaktorko! (Emilia jest redaktorem mojej książki — przypis KM 😉

mockup_podroznik

Sprawdź na http://www.sorus.pl/ksiazka/podroznik-bez-powodu-w-40-dni-dookola-swiata/

ET: Co mówią Twoi najbliżsi o Twoim bakcylu podróżniczym? Czy wyjazdy nie utrudniają Ci prowadzenia życia prywatnego?

KM: Mam to szczęście, że mam świetnych przyjaciół i rodzinę, która mnie wspiera, więc podróże nie są żadnym problemem w życiu prywatnym. Moi bliscy po prostu kibicują mi w realizacji podróżniczych pasji.

ET: Co w życiu przynosi Ci najwięcej satysfakcji — podróże, pisanie, a może jeszcze co innego?

KM: Największą satysfakcję przynosi mi praca nauczyciela — kiedy widzę, że młodzież nie tylko rozumie, chętnie się uczy, ale i dyskutuje, nie boi się wyrażać własnego zdania, szanuje opinie innych, angażuje w zajęcia, i przede wszystkim myśli — to jest największa satysfakcja. Sprawić, żeby zajęcia były dla nas wspólną intelektualną przygodą to jest ogromne wyzwanie, ale też prawdziwa radość dla wykładowcy.

ET: Czy określiłabyś siebie mianem feministki?

KM: Nie lubię etykietek, zwłaszcza tak szerokich i różnorako interpretowanych. Jestem po prostu sobą. Uważam, że wszyscy ludzie są równi i dyskryminacja z jakiegokolwiek powodu nie powinna mieć miejsca. A już na pewno nie z powodu płci. Ale niestety dyskryminacja kobiet ma miejsce. I to nie tylko w odległych zakątkach globu, ale i w naszym kraju. Uważam, że kobiety powinny mieć nie tylko na papierze równe prawa z mężczyznami, a także równe traktowanie (np. w miejscu pracy) i równy szacunek (autentyczny, a nie czysto deklaratywny). 

ET: Gdzie według Twojej opinii lepiej żyje się kobietom: w Polsce czy za granicą? Czy byłaś może w kraju, w którym kobiety są naprawdę równe mężczyznom?

KM: To bardzo szerokie zagadnienie… W wielu miejscach kobiety traktowane są przedmiotowo, i to uprzedmiotowienie ma różne oblicza. Pisałam o tym trochę w poprzednim „Podróżniku”. Byłam w miejscach, gdzie kobiety traktowane są właściwie jak własność mężczyzny, spotkałam taką sytuację np. w Papui Zachodniej, gdzie w tradycyjnym modelu rodziny, kobieta zajmuje się dziećmi, domem i pracą, a mężczyźni nie robią całymi dniami nic, przy czym żonę można kupić za jednego prosiaka. Byłam też w miejscach, gdzie dba się o równy status kobiet i mężczyzn, dobrym przykładem są kraje skandynawskie. Polska jest pewnie gdzieś w środku tej skali. Z jednej strony nasi rodzimi „dżentelmeni” często perorują, jak to wielce szanują kobiety, w mankiet buchną, na 8 marca przylecą z kwiatkiem, ale z drugiej strony odnoszę wrażenie, że część z nich najchętniej by kobiety zamknęła w domach i sprowadziła do ról podobnych do przywołanych w papuaskich wioskach…

ET: Jak powinna zadbać o siebie współczesna kobieta, by być szczęśliwym człowiekiem?

KM: W idealnym świecie kobieta powinna sama móc wybrać swoją drogę. Wolność wyboru drogi życia to – wg mnie – klucz do szczęścia. Przy czym nie ma – jak sądzę – jednej recepty na owo szczęście. Dla każdego oznacza ono inne priorytety, realizację innych celów. Ale kobiety powinny móc o sobie decydować – o swojej edukacji, wyborach życiowych, ścieżce zawodowej, realizacji zainteresowań. Takich możliwości życzę nam wszystkim!

Na zakończenie chcę serdecznie podziękować Kasi za to, że poświęciła swój czas, by odpowiedzieć na pytania. Mam nadzieję, że zapis tej rozmowy pokaże Wam, zwłaszcza młodszym czytelnikom, że w życiu można robić fantastyczne rzeczy. Takie, o jakich nam się zamarzy. Potrzeba do tego tylko uporu.

Wspomnę też, że kupując najnowszą książkę Kasi, możecie uczynić świat lepszym. Podróżniczka została ambasadorką akcji organizowanej przez Fundację im. Kazimierza Nowaka, Z dżungli na studia.

2

Polecam Wam również spotkania z Katarzyną Maniszewską podczas rozmaitych prelekcji w Warszawie. Daty wszystkich spotkań oraz ciekawostki na temat wizyt Kasi w różnych zakątkach świata są dostępne na Facebooku Podróżnika bez powodu. Zapraszam do polubienia! Mam nadzieję, że wywiad zainspiruje Was do odkrywania życia i walki o spełnianie swoich marzeń.

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Pamiętacie recenzję Twierdzy Kimerydu? Postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki oraz kulisy powieści. Nie tylko dlatego, że Magdalena Pioruńska jest bardzo interesującą personą, zaś książka pewnym ewenementem we współczesnej literaturze polskiej. Wydaje mi się, że z lektury poniższej rozmowy będziecie mogli się sporo nauczyć.

Emilia Teofila Nowak: To jak w końcu, Twierdza Kimerydu jest Twoją debiutancką powieścią czy było coś wcześniej? Różne źródła różnie mówią.

Magdalena Pioruńska: Moją pierwszą wydaną książką była notabene książka naukowa na temat rozpadu byłej Jugosławii o jakże oryginalnym tytule: Przyczyny rozpadu byłej Jugosławii w XX. wieku. Potem mój krótki tekst z innego uniwersum fantasy Witajcie w Zoa znalazł się w antologii Dziedzictwo Gwiazd. Moje opowiadanie Ceres trafiło zaś do magicznej antologii opowiadań o Opolu Festiwal Natchnienia. Mogę się pochwalić długim stażem w środowisku literackim. Przez trzy lata uczestniczyłam czynnie w organizowaniu festiwali poświęconych fantastyce we Wrocławiu i Opolu. Prowadziłam spotkania autorskie, zapraszałam pisarzy i kontaktowałam się nawet z zagranicznymi gwiazdami. Ponadto przeprowadziłam kilka konkursów literackich i graficznych na Szufladzie moim portalu kulturalno-literackim, który w sierpniu tego roku skończy sześć lat. Byłam też jurorką przy konkursach literackich na festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu.

Myślę, że moja absolutnie autonomiczna książka musiała się wreszcie pojawić na rynku. Od paru lat byłam na to skazana.

ETN: Ile zajęło Ci napisanie Twierdzy Kimerydu? Od pierwszego pomysłu na powieść do momentu powzięcia decyzji o zwróceniu się do wydawcy?

MP: Twierdza Kimerydu to moja praca dyplomowa w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Od Ono. Kim jest Ono? To specyficzna personifikacja mojego natchnienia, która ujawniła swoje istnienie na zajęciach z poezji właśnie w Studium Literacko-Artystycznym.

Pewnego dnia napisałam długi wiersz z dialogami pomiędzy dziewczyną a stworem, który wiernie towarzyszył jej w podróży po prehistorycznych lasach. Ono tak bardzo spodobało się moim kolegom z roku i wykładowcom, że samoistnie otrzymało dłuższy żywot. Napisałam więc całą serię dziwnych wierszy o Ono i jego Pani, z którą przemierzało fantastyczne światy. Ono miało długi ogon, pomarańczowe ślepia i chowało dłonie w czerwonych rękawiczkach, z których wystawały długie pazury. Teraz nie pamiętam kto, ale chyba któraś z moich koleżanek ze studiów, nazwała Ono dinozaurem. W pewnym momencie Ono zaczęło też coraz mocniej kształtować swój charakter i śmielej poczynać sobie w kontaktach ze swoją Panią. Tak właśnie stworzyłam postać Tyrsa.

Pierwszy dinozaur, który przyszedł mi na myśl przy krystalizacji tej postaci, to oczywiście welociraptor, a właściwie utahraptor, na którym wzorował się Michael Crichton, tworząc swój Park Jurajski. A ponieważ nigdy nie zabieram się za pisanie bez przygotowania, poświęciłam pół roku na oglądanie filmów przyrodniczych z serii Dicovery Channel i BBC na temat życia prehistorycznych gadów w tym szczególnie raptorów, choć najbardziej ujęła mnie historia małego Allozaura ze zwichniętą szczęką. Te obrażenia już w dorosłym życiu zmusiły go do szukania przymierza z roślinożercami…

Sięgnęłam też po książkę uznanego paleontologa Roberta T. Bakkera Raptor Red. Śledzimy w niej losy młodej raptorzycy i jej konfliktowej siostry. Wzruszyło mnie rodzinne życie raptorów, ich usilne i bardzo ludzkie trzymanie się w stadzie i walka o przetrwanie każdego jego członka. Reszta jakby wymyśliła się sama. Chociaż teraz z perspektywy czasu myślę, że Tyrs Mollina nie do końca odegrał rolę mojego Ono. Może to jednak jego mały braciszek Taniel?

Ale wracając do twojego pytania: samo napisanie powieści trwało trochę ponad miesiąc napisałam ją w lipcu ubiegłego roku. Proces jej wymyślania i analizowania poszczególnych wątków trwał za to niecałe dwa lata, począwszy od momentu narodzin Ono.

IMG_20170317_191738_processed

Źródło: archiwum prywatne Magdaleny Pioruńskiej

ETN: Co sprawiło Ci największe wyzwanie podczas pisania?

MP: Anna. Miałam ogromny problem z tą postacią. W miarę jak postępowała fabuła, szybko okazało się, że chłopaki skradli ją w całości, Anna w porównaniu z nimi wypadła bardzo blado. Nie lubiłam pisać jej kolejnych narracji. Wydawały mi się takie uniwersalne, zwyczajne, sztampowe… Wiesz, Anna wprowadza wątek szczeniackiej miłości pomiędzy porządną, szanowaną kobietą a nieokrzesanym buntownikiem. Kiedy to zauważyłam, doszłam do wniosku, że może moja książka powinna mieć trochę inny wydźwięk. Może powinna na całej linii zrywać z różnymi, literackimi stereotypami, w tym właśnie zaginać konwencję romansową. Dopiero wtedy udało mi się wyciągnąć tę bohaterkę z cienia i zrobić z nią coś interesującego. Powiem ci szczerze zmusiło mnie do tego to, że dałam jej oddzielną narrację, wyobrażając sobie, że okaże się całkiem inną postacią. Niestety pomyliłam się i dzięki temu Twierdza Kimerydu wcale nie jest romansem.

ETN: Dlaczego zdecydowałaś się na narrację pierwszoosobową, skoro jest tak mnóstwo postaci? Nie uważasz, że lepiej byłoby spróbować opowiadać historię z pomocą narratora wszechwiedzącego?

MP: Całe życie pisałam książki z perspektywy narratora wszystkowiedzącego i to nie było dla mnie dobre. Rozwlekałam wątki, rozbudowywałam światy, mnożyłam bohaterów. Z biegiem czasu sama zapominałam, jaki był główny wątek powieści i jego główny bohater. Narracja z perspektywy czterech bohaterów to i tak duże z mojej strony ustępstwo. Ja nie cierpię głównych bohaterów zarówno w książkach, jak i w filmach. Ciągnie mnie właśnie w stronę antybohaterów i ludzi z otoczenia protagonisty, którzy zwykle wydają mi się bardziej interesujący. Dlatego też nie chcę mówić, że Tyrs Mollina jest głównym bohaterem Twierdzy Kimerydu. Owszem, pod koniec dojrzewa do tej roli, ale na szczęście wciąż czuwa nad nim Tycjan, a zmiana nastroju i scenerii wcale nie oznacza, że w drugiej części Twierdzy nie pojawią się jego godni konkurenci.

ETN: Którego ze swoich bohaterów lubisz najbardziej?

MP: Zdecydowanie Taniela Mollinę. Po pierwsze dlatego, że Tyrs naturalnie się przy nim zmienia. Taniel wydobywa z niego najlepsze cechy, trafia w jego czułe punkty, tym samym wzmacniając ich i tak już silną więź. Taniel jest ukochanym dzieckiem Tyrsa, jego małym schronieniem, światłem jego życia i być może jedyną osobą, przy której całkowicie czuje się sobą. Po drugie… czytałaś Twierdzę, wiesz jak trudnym i tajemniczym dzieckiem jest Taniel. Pisząc końcówkę książki, już byłam podekscytowana perspektywą drugiej części i wiedziałam, że dorastający Tanni będzie grał w niej jedną z głównych ról. Poza tym on ma boską moralność, a właściwie jej boski brak. Z jednej strony wydaje się być najbardziej ludzki z rodzeństwa raptorów, a z drugiej najbardziej przypomina zwierzę… Podejrzewam go o bardzo zwichniętą psychikę. Mam słabość do takich ludzi.

IMG_20170317_193951_processed

 

ETN: Czy Twoje postaci są wzorowane na kimś z Twojego bliskiego otoczenia? Wymyśliłaś ich sama od początku do końca, czy noszą cechy Twoich znajomych?

MP: Nie wiem. To zawsze dla mnie trudne określić, ile tak naprawdę rzeczywistości wkradło się do moich książek. Wiem za to na pewno, że moja relacja z pewnym specyficznym młodym człowiekiem wpłynęła na ukształtowanie niektórych przyjaźni i rodzinnych relacji w tej powieści. Wiesz, ciężko mnie zainspirować rzeczywistością. Łatwo się też nudzę, nie lubię tracić czasu na zamartwianie się drobiazgami. Owszem, potrafię mocno zainteresować się ludźmi, ale tylko tymi wybranymi przeze mnie. Mam taki wewnętrzny radar, który ciągnie mnie do ludzi utalentowanych, myślących inaczej o świecie i przez to często trudnych w odbiorze przez większość. Ale zdradzę ci za to, że przyjaźń Tyrsa i Tycjana, szczególnie kiedy razem imprezują i prowadzą swoje specyficzne rozmowy, to częściowo odbicie mojej przyjaźni z dziewczyną, z którą mieszkałam w akademiku podczas studiów. Ewcia, serdecznie cię z tego miejsca pozdrawiam. 😉

ETN: W książce mamy do czynienia z postacią Tulii, będącej również Tuliuszem, a może na odwrót. Rozbuchana seksualność tej nieokreślonej płciowo postaci pewnie budzi kontrowersje. Jaki jest Twój stosunek do transpłciowości?

MP: Otwarty. Jestem otwarta na środowisko LGBT, mam tam dobrych znajomych i to nawet bardzo dobrych. Nie mam nic przeciwko wątkom genderowym w powieściach. Sama je przecież propaguję na Szufladzie z działem gender, w którym Ania Godzińska, moja redaktorka, zajmuje się czytaniem i recenzowaniem powieści pod kątem genderowym.

Tuliusz miał być kontrowersyjny i tragiczny. Zresztą każda z moich hybryd miała być w jakiś sposób uszkodzona psychicznie, złamana przez życie. Pomyślałam sobie, że nie można być do końca normalnym, posiadając geny dinozaura. Chociaż wydaje mi się, że to nie te geny same w sobie sprawiły, że moi bohaterowie nie do końca radzą sobie z życiem. Twierdza Kimerydu to przede wszystkim powieść o inności i o reakcjach ludzi na tę inność. Moi chłopcy na swój sposób nauczyli się radzić sobie z ostracyzmem społeczności…

ETN: A co ma z tym wszystkim wspólnego schizofrenia, na którą zdaje się cierpieć postać?

MP: Słuchaj, nie chcę tutaj zdradzać zbyt dużo z fabuły książki, ale podpowiem ci, że może jest ona tylko wymówką… Może Tuliusz Donner po prostu nie akceptował samego siebie i na podobieństwo Normana Batesa z Psychozy Alfreda Hitchcocka do końca nie potrafił uwolnić się od cienia swojej matki?

ETN: Jestem bardzo ciekawa Twojego stosunku do gender studies. Niektóre Twoje postaci, np. Tyrsa Molliny, są tragicznie stereotypowe w swoim przywiązaniu do płci kulturowej. Ale z drugiej strony Tulia…? Zresztą, to kobiety tak naprawdę stoją za wszystkimi aferami, które napędzają fabułę Twojej książki, czyli głównie Anna i Arabella. Czy współczesna kobieta musi być przebiegła, inteligentna i zabójczo piękna? Czy to nie kolejny stereotyp?

MP: Wspomniałam ci wcześniej, że miałam kłopot z kreacją Anny. Za to Arabella jest moim zdaniem fantastyczną postacią. Jej motywacją jest bowiem chęć dorównania ojcu: szalonemu naukowcowi, ale też przede wszystkim czysta ciekawość, jaki będzie efekt każdego jej najokrutniejszego eksperymentu. Arabella miała być psychopatką, zimną suką. Miała przerażać. Miała niszczyć i wypalać po sobie ziemię. Anna jest od niej słabsza charakterologicznie i to wpłynęło na wszystkie jej decyzje. Bohaterka zmaga się z przeszłością, boleśnie dostrzegając przy tym, że tak naprawdę niewiele się zmieniło. Jest przez to ślepa na konsekwencje własnych czynów. Przyzwyczaiła się bowiem do roli tej lepszej siostry”.

A Tyrs i Tuliusz… Cóż, myślę, że mimo dwóch totalnie sprzecznych postaw i podskórnej niechęci, łączy ich przecież coś ważniejszego potrzeba zrozumienia i przebywania blisko człowieka, który nie zadaje zbędnych pytań, po prostu oferuje wsparcie. Lubię tę ich kruchą przyjaźń. To w końcu Tyrs zawsze staje za Tuliuszem, nawet kiedy sypie się relacja Tuliusza i Tycjana. Chyba chodziło mi o to, żeby pokazać, że prawdziwa przyjaźń nie musi wcale opierać się na podobieństwach… Wiesz co? Są rzeczy ważniejsze, niż kulturowe nastawienie do płci. I właśnie one połączyły Tyrsa i Tuliusza.

ETN: A Afryka? Dlaczego akcja nie dzieje się na wyspie w rodzaju Isla Nublar tylko na Czarnym Lądzie? I skąd w ogóle nazwa: Twierdza Kimerydu?

MP: Wcześniej to miała być Nikaragua. Serio, napisałam osiem rozdziałów o młodości Teobalda Elasmosa i ich akcja toczyła się… właśnie w Nikaragui. Potem to przemyślałam; pojawiło się Ono, akurat kiedy zabrakło mi pomysłów na pisanie i Teobald wylądował w Afryce w towarzystwie dinozaurów. Wybrałam Afrykę, ponieważ pasowała do mojej koncepcji totalitarnego świata. Gra w nim bowiem rolę wielkiego śmietnika Cesarstwa Europejskiego, które ją lekceważy i sukcesywnie niszczy. Kimeryd zaś to nazwa jednej z podepok Jury, kiedy na Ziemi żyły największe dinozaury. Pomyślałam, że skorzystam z wszelkich dobrodziejstw prehistorii.

ETN: Zamierzasz wyjechać do Afryki i pisać stamtąd książki? Jak w ogóle widzisz swoją literacką przyszłość? Czy za dziesięć lat Magdalena Pioruńska otrzyma Nagrodę Nike? Co jest Twoim największym celem?

MP: Niczego w swoim życiu nie wykluczam. Chcę się zmieniać. Chcę iść do przodu. Chcę być lepsza. Chcę pisać książki dużo książek i dalej prowadzić Szufladę i budować coraz lepszą markę. Mój sukces to efekt kilkuletniej ciężkiej pracy, orania tematu u samych podstaw, czasem z przygarbionymi ze zmęczenia plecami, ale nadal ze sztywnym kręgosłupem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mój się nie zgina, że niektórzy ludzie się tacy rodzą. Cieszę się, że widzisz we mnie kandydatkę do Nagrody Nike. 😀 Jestem tak próżna, że na pewno się z niej bardzo ucieszę. A potem pomyślę o Noblu. 😉

ETN: Jak wygląda Twój dzień powszedni i skąd bierzesz czas na pisanie? Czym na co dzień się zajmujesz?

MP: Pracuję w tygodniu. Głównie z młodymi ludźmi. Lubię młodzież, jest naprawdę ciekawa, dostarcza mi wiele tematów do rozważań i konstruowania fabuły. Ostatnio w związku z premierą Twierdzy Kimerydu, żyję w ciągłym biegu. Nie mam czasu dobrze zjeść, potrafię pół dnia chodzić głodna, jak wilk, bo zwyczajnie zapominam, że jestem głodna… Tak jak na przykład teraz, kiedy odpowiadam ci na pytania. Już dawno powinnam coś zjeść, no ale…

Właśnie. Jak się za coś zabieram na poważnie, to zwykle po drodze kruszę skały. 🙂 Czekam aż ten szum trochę ucichnie, moje życie się ustabilizuje i wrócę do spokojnego, regularnego pisania. Przypominam Ci, że poza pisaniem książek, zarządzam też portalem i piszę do niego teksty.

ETN: Jakie masz wskazówki dla osób, które marzą o wydaniu swojej debiutanckiej książki?

MP: Nie można zrażać się niepowodzeniami. Ale też nie zawsze zgadzać się z odmową. Może chodzi o to, żeby pokazać, że nie mieli racji, nie doceniając twojego talentu? Bo to się liczy przede wszystkim. Talent. A potem dopiero ciężka praca. I nie ukrywam, że przebojowość i odwaga bardzo się przydają.

ETN: Co dla Ciebie, jako czytelniczki, jest najcenniejsze w literaturze?

MP: Autentyczność. Inność. Czasem dziwność. Lubię, kiedy literatura czymś we mnie EPATUJE. Lubię coś mocno odczuwać i lubię, jak moje serce zamiera albo bije zbyt szybko.

ETN: Jakie książki możesz polecić, podobne do Twojej?

MP: Nie wiem, bo na nikim się nie wzorowałam. Kiedy pisałam o Tuliuszu, przypominał mi się za to bardzo ciekawy film Mandarynka o społeczności transwestytów w Hollywood. Zrobił na mnie ogromne wrażenie właśnie taką czułością i niezwykle kruchym pięknem na tle brudnego, odrażającego świata. Jeszcze raz chętnie polecę też Raptora Red. Mimo że bohaterka jest prehistorycznym gadem, a całość przypomina raczej zapis serialu przyrodniczego, książkę czyta się jednym tchem.

ETN: A gdybyś miała wybrać swój literacki wzór do naśladowania, jakiegoś twórcę, kto by to był?

MP: I tutaj mam znowu problem. A wiąże się on z moją specyficzną osobowością i światopoglądem. Nie wierzę we wzory do naśladowania. Nie wierzę w autorytety. Wierzę za to w mój talent, wierzę w to, że warto pisać mimo wszystko. A jako skrajna indywidualistka powiem ci jeszcze, że każdy artysta powinien sam odnaleźć swoją własną drogę. Nie tylko w pisaniu, ale również w życiu.

ETN: Kiedy kolejna książka?

MP: Kiedy się napisze. Będzie dłuższa od pierwszej części, bo akcja będzie się toczyć równocześnie w Afryce i w Europie. Ale już zaczęłam i świetnie się bawię w trakcie pisania.

Droga Magdaleno, bardzo dziękuję Ci za wartościową rozmowę. Myślę, że Twoje słowa będą pomocne dla każdego, kto marzy o pisaniu. Mnie wywiad z Tobą bardzo zainspirował i zmotywował do dalszej walki z samą sobą o dokończenie pisania książki. Życzę Czytelnikom, by śmiało brali z Ciebie przykład osoby tyleż samo pracowitej, co przebojowej i kreatywnej. A Tobie, by pisanie kolejnej książki dostarczyło Ci co najmniej tyle samo frajdy, co przy pierwszej części Twierdzy Kimerydu. Przy okazji zapraszam też wszystkich na jeden z moich ulubionych portali literackich www.szuflada.net. Naprawdę warto!