Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Zazwyczaj, kiedy oglądam film sensacyjny, nie zakochuję się w głównym bohaterze. Wolę postaci drugoplanowe, tych słodkich fajtłapowatych pomagierów, grzeszących raczej intelektem niż siłą mięśni i wspaniałomyślnością. To samo w książkach. Im mniej jakiejś postaci, tym jest po prostu ciekawsza. Ale oto nadszedł czas, bym zmieniła punkt widzenia, bo w Drugiej rzeczywistości autorstwa Andrzeja Mathiasza taki właśnie bohater gra pierwsze skrzypce.

Tom Clark to młody, światowej sławy haker, który staje się szefem Cieni. Ich zadaniem jest ochrona najpotężniejszego we Wszechświecie wirusa, za pomocą którego wojsko chce stworzyć broń masowego, informatycznego rażenia. Jak to jednak w życiu bywa, broń zwraca się przeciwko swoim twórcom, opanowując po kolei każdą, najmniejszą nawet dziedzinę życia, by dokonać całkowitej zagłady ludzkości. Pokonać wirusa może tylko Tom Clark, który…

Ginie na pierwszych stronach książki.

Co za niefart.

A jednak. Jakimś cudem (być może cudem techniki albo siły wyższej, sprawdźcie sami), Tom powraca. Nie powiem na temat rozwoju fabuły już nic więcej, ale jest naprawdę ciekawie. Jeśli jesteście miłośnikami dobrej rozrywki w formie sensacji z odrobiną romansu i fantastyki, szybkiej akcji z mnóstwem niespodziewanych zwrotów oraz mocno zarysowanych charakterów, zdecydowanie jest to książka dla Was.

Ale to nie wszystko. Bo gdyby to było na tyle, pewnie nie zadałabym sobie trudu pisania o tej książce. Księgarnie w końcu pękają w szwach od zatrzęsienia lektur, które przynoszą tylko i wyłącznie kilka chwil relaksu.

Druga rzeczywistość jest książką niekonwencjonalną, skłaniającą nas do refleksji, ale niezbyt ciężkiej, nie obawiajcie się. Zamiast tego: zastanówcie się.

Jak zaczynacie dzień?

Pewnie wstajecie z łóżka, obudzeni dźwiękiem budzika, wydobywającego się z Waszego telefonu. Włączacie laptopa, by sprawdzić maile, idziecie do łazienki, gdzie używacie może elektronicznej szczoteczki, a później, w kuchni, robicie sobie kawę z nowego ekspresu, który także jest w pewnej mierze elektroniczny. W drodze do pracy albo zakładacie na uszy słuchawki, słuchając muzy ze Spotify’a, albo w samochodzie korzystacie z funkcji inteligentnego parkowania. Aplikacja Endomondo mówi Wam, ile kilometrów przebiegliście na podstawie sygnału GPS-u, więc po chwili dzwoni do Was przyjaciółka, czy może do Was dołączyć, bo akurat jest w pobliżu z dzieckiem w parku, więc poplotkujecie sobie troszkę. Potem lądujecie niefortunnie w McDonalds, bo dzieciakowi zachciało się shake’a, a Tobie wibruje smartfon, prosząc, byś ocenił restaurację i wrzucił do sieci kilka fotek. Wieczorem podczas przeglądania Facebooka pojawiają ci się reklamy dokładnie tych sukienek, o której rozmawiałaś dwie godziny wcześniej z kumpelką. Hmmm…

Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała mi, że Norwegia ma być pierwszym krajem, z którego znikną papierowe pieniądze i w zupełności zastąpi je waluta elektroniczna. Ja przepraszam bardzo, ale czy bezdomni będą łazić po Norwegii z terminalami w kieszeniach?

I co, jeśli wkradnie się wirus, który zmieni szyfrowanie w bankach i z plusa na koncie uczyni minus?

Po lekturze Drugiej rzeczywistości moja paranoja jeszcze przybrała na sile. Bo skoro Andrzej Mathiasz, artysta, człowiek kultury, pisarz i filmowiec, z takimi szczegółami potrafi opisać szereg niefortunnych zdarzeń, które mogą bardzo szybko doprowadzić do zagłady ludzkości, to myślę sobie: co z prawdziwymi hakerami? Co z tymi, którzy pracują dla Rosji, Chin i USA i zajmują się podobnymi działaniami? Znacie tę zasadę: jeśli jeden człowiek na coś wpadł, taka rzecz już pewnie została wymyślona i udoskonalona przez innego człowieka, dużo wcześniej.

Jak więc zatrzymać tę nieszczęsną, samonapędzającą się przez media społecznościowe mroczną karuzelę?

Po pierwsze: przeczytać książkę Druga rzeczywistość Andrzeja Mathiasza. (Niepozbawioną oczywiście drobnych wad, takich jak chociażby drażniące fuck wypowiadane co chwila przez detektywa Skalsky’ego — skoro książka jest po polsku, to czemu po prostu nie nasza rodzima kurwa?, na które wszak można przymknąć oko z powodu czarującego głównego bohatera).

Po drugie: przywiązywać uwagę do błahostek. Wiem, czasami jesteśmy zbyt leniwi, ale przeczytajmy chociażby ten artykuł i zmieniajmy od czasu do czasu nasze hasła. Pamiętam, kiedy na WTK 2015 mojego laptopa zaatakował wirus i zaczął zjadać mi pliki tylko dlatego, że nie miałam zainstalowanego aktualnego antywirusa na komputerze. Wiecie, ile dobrych tekstów poszło w cholerę?

Po trzecie: zastanowić się nad tym, co publikujemy w Internecie, po co i kto może być tego odbiorcą.

Reasumując, myślcie i czytajcie, zwłaszcza takie pomysłowe, niebanalne książki, bo choć temat dosyć oklepany, to ubrany w niebanalne przemyślenia i mnóstwo oryginalnych konceptów.

Za możliwość lektury z całego serca dziękuję Autorowi.

Polecam i pozdrawiam!

Wasza

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku:

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Już ponad rok temu pisałam, jak bardzo boję się starości. Od tego czasu nic się nie zmieniło, może tylko pomogłam kolejnym pięciu staruszkom wnieść torbę do tramwaju. Potem przeczytałam Rdzę Jakuba Małeckiego, w której poznajemy waleczną, twardą babcię Tośkę, a teraz skończyłam lekturę Krótkiej wymiany ognia Zyty Rudzkiej, traktującej o końcówce życia delikatnej poetki Romy. I co z tą moją gerontofobią? Osłabła czy wręcz przeciwnie?

Najpierw dowiedzmy się, o czym w ogóle opowiada Krótka wymiana ognia.

O starej babie, która przed chwilą była młoda. O kobiecie, która przypomina sobie, że miała marzenia i ambicje, że kochała całą sobą, i to jeszcze przed chwilą. A teraz ma zmarszczki, stosy piguł na nocnym stoliku i kłopoty z zasypianiem. Roma jest sławną poetką. (Szczęściara, udało jej się wejść na piedestał liryczny w tym kraju, pogratulować sukcesu, chociaż kiedyś chyba było to łatwiejsze niż teraz). Jest matką, ale córka od niej uciekła. (Pogratulować córce odwagi, ja na przykład z tchórzostwa bym tego nie zrobiła). Jest rozwódką, bo kochała swojego męża, ale on wolał inną. (Nie ma czego gratulować mężowi, tak się zdarza, trudno). Była córką, a jej matka uczyniła Romę taką, jaką opisała ją Zyta Rudzka.

Processed with VSCO with c1 preset

Wracam do miasta, do mieszkania, do zatyczek do uszu, proszków na sen, czopków na hemoroidy, tych wszystkich insygniów mowy detronizacyjnej, złożonych na krzyż w szafce nocnej.

Śmierć zbliża się sporymi krokami, więc Roma wspomina całe życie i postanawia odszukać córkę. W międzyczasie stwierdza, że być może spotka się z jednym z młodszych wielbicieli na małe co nieco. I tak, mam na myśli deser, ale nie chodzi o jedzenie.

W kwestii głównej bohaterki znalazłam na lubimyczytac.pl taki oto komentarz:

mariolka

Śmiem się nie zgodzić, bo bohatera literackiego ocenia się tak łatwo jak żywą osobę. I uważam, że wymaga to bardzo niewiele wysiłku. A zachowanie głównej bohaterki powinno nam dostarczyć raczej bodźca nie do kolejnej oceny, a przemyślenia własnej życiowej sytuacji. Czy my zawsze jesteśmy zdecydowani? Czy potrafimy być zawsze fair? I co z miłością? To co, można kochać tylko jedną osobę, a świat jest czarno-biały? Czy kiedy wybije ostatnia godzina naszego życia, będziemy mogli się nazwać bohaterami epoki? Nie sądzę. Raczej będzie nam zdecydowanie bliżej do starych idiotów.

Kwestia języka jest taka, że podobało mi się sprawne zastosowanie przez Zytę Rudzką regionalizmów, zwłaszcza w monologach matki Romy. I zgodzę się, że tekst przekazywał bardzo dużo emocji, acz nie oryginalny język go przekazał. Po prostu opisane wydarzenia. Bo język jest sprawny, współczesny, elastyczny, ale nie szokuje specjalnie. Czytało się szybko i całkiem przyjemnie.

Gdybym nie czytała wcześniej Rdzy, pewnie Krótka wymiana ognia by mną wstrząsnęła. A tak tylko wkurwiła. Ponieważ jestem przekonana, że za kilka chwil otworzę oczy i będę stara. I nie przestanę wówczas być kobietą. Będę pożądać, tak jak Roma, z serca wylewać się będzie niespożytkowana miłość, a to już o krok od zawału.

Co innego w głowie miała. Miała strach, miała miłość, miała kiełbie we łbie.

Dlatego pomimo tego, że Krótka wymiana ognia jest książką piękną, zarówno zewnętrznie – maleńki, skromny acz gustowny egzemplarz – jak i wewnętrznie – bo forma tekstowa jest naprawdę bardzo dobrze wykrojona, to nie darzę jej sympatią. Pogłębiła zdecydowanie mój lęk przed starością. Życie jest cholernie ciężkie. Przerażajace. Bycie kobietą ma w siebie wpisane ogromne cierpienie.

Źle mi ze sobą. Ciężko. Ale mam w sobie decyzję.

Zyta Rudzka

To może nie warto czytać Krótkiej wymiany ognia? Po co się dołować?

Wręcz przeciwnie. Dobrze jest czasami pożyć problemami innych ludzi, a potem zamknąć książkę i uświadomić sobie, że to tylko fikcja. Warto wtedy pokontemplować siebie. Po to jest moim zdaniem ta ładnie napisana, krótka książka, powieść rzeczka. By zastanowić się nad ulotnością swojego życia. By zrozumieć, że jego koniec nie jest końcem całkowitym.

Myślałam: po takiej zimie wiosny nie będzie. A była.

Wiele w Krótkiej wymianie ognia pięknych zdań. Ale mnie najbardziej spodobało się to powyższe. Śmiejcie się, że proste, banalne, wcale nie jakieś artystyczne. Ale w prostocie siła.

Za możliwość recenzji bardzo dziękuję

 WAB--logo_100px_72dpi

 

Jakub Małecki – Rdza

Jakub Małecki – Rdza

Skończywszy Rdzę Jakuba Małeckiego, pomyślałam, że nic w życiu nie ma sensu, nawet czekanie na śmierć, lepiej sobie od razu strzelić w głowę i po sprawie. Chciało mi się płakać nad losem bohaterów i własnym życiorysem, nad bolączkami całego świata i ludzką niesprawiedliwością. Ale potem przypomniał mi się najważniejszy element tej całej układanki, Rdzy i własnej egzystencji. Facet, który gołymi rękoma zabił niedźwiedzia podczas ucieczki z zesłania na Syberię. Tak. To dla niego przede wszystkim warto było przeczytać tę książkę.

Ale, rzecz jasna, nie tylko.

O Jakubie Małeckim coś tam słyszałam, ale mało, dlatego postanowiłam sięgnąć po tak chętnie promowaną na rodzimym bookstagramie Rdzę. Zapoznawszy się z krótkim biogramem autora na skrzydełku książki, zdziwiłam się, że Małecki publikował już chyba we wszystkich czytanych przeze mnie czasopismach, dostał kilka zacnych nominacji (w tym do Angelusa i NIKE), a ja dalej nie bardzo potrafię dopasować jego buzię do stworzonych przez niego tekstów. Zatarłszy ręce, przystąpiłam do zacierania własnej ignorancji.

Zacieranie trwało łącznie trzy dni. Najpierw pospieszne przejrzenie tekstu, podniecenie się pierwszymi słowami, potem zrzucenie książki za łóżko i szukanie jej przez kilka dni (czasem zastanawiam się, czy w wieku 25 lat nie mam już pierwszych objawów starczej demencji). Wreszcie porządki, wyciągnięcie Rdzy z mrocznej szczeliny wypełnionej kurzem i niepamięcią, a potem utonięcie w tekście na dwa kolejne, przepełnione emocjami wieczory.

Dzięki nim poznałam głównych bohaterów, Szymka i Tośkę, z która dodatkowo bardzo się zżyłam. A także cały zastęp drugoplanowych postaci, takich jak Doktor, Hołowczyc, Eliza, Budzik, ojciec Budzika, Drews, Sabina… Wszyscy żyją w Chojnach, wsi pod Chełmnem, w którym w czasach drugiej wojny światowej Niemcy zbudowali obóz zagłady. Zapach palonych ciał towarzyszy trzem pokoleniom mieszkańców w różnej formie, tak samo jak tytułowa rdza, wkradająca się w żywoty przedstawicieli opisywanych w książce rodzin.

Tośka jako mała dziewczynka ucieka przed bombardowaniem i znajduje w lesie rękę trupa, a potem zakochuje się w Niewidzialnym Człowieku. Dlaczego Niewidzialnym? Jej córka, Eliza, rodzi się i umiera, a przedtem, choć początkowo nie widzi w tym sensu, rodzi syna, Szymona, który stanie się potem Jaszczurem. Dlaczego Jaszczurem? Rodzina Budzikiewiczów walczy z rosnącą obok domu topolą, i choć początkowo czytelnik zadaje sobie pytania: po co, na co, dlaczego, wraz z dynamicznym, choć nie gwałtownym rozwojem fabuły, dowiaduje się. Wszystkie wątki splatają się w całość. Każdy opisany obiekt – topola, pistolet, siekiera – ma znaczenie. Losy każdego nawet najmniejszego bohatera rzutują na historię innych postaci, nieważne, czy w połowie XX wieku, czy na początku drugiego dziesięciolecia wieku XXI. I nawet jeśli nie wszystko zostaje wyjaśnione, to czytelnik podświadomie rozumie, dlaczego tak się stało. A jeśli nie, to i jeszcze lepiej. Nie wszystko da się wytłumaczyć.

Tym, czego jednak będę się trzymać, to legendarny prapradziadek Szymka, Lucjan. Jego historia w rodzinie Stawnych o tym, jak gołymi rękoma zamordował potężnego niedźwiedzia i sam to starcie ledwo przeżył, no ale przeżył, a niedźwiedź nie, daje siłę kilku pokoleniom ludzi. Jeżeli dziadek Lucjan potrafił uciec z Syberii, pokonać dzikie, niebezpieczne zwierzę, to czymże są problemy współczesnych Stawnych? Tak sobie dodają otuchy po kolei członkowie rodu. I wydaje mi się, że tego właśnie potrzebujemy w XXI wieku. Autorytetów. Pokolenie milenialsów łatwo zapomina o tym, że na świecie, poza nimi samymi, są ludzie silniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi. I niekoniecznie są wtedy konkurentami. Mogą się stać w łatwy sposób wzorami do naśladowania. Natchnąć nas siłą do działania i zainspirować do pokonywania kolejnych trudności.

No bo pomyślcie sobie: facet. Zabił. Niedźwiedzia. A wy nie potraficie powiedzieć szefowi prosto na ryj, że wam nie odpowiada jego zachowanie? 😉

Proszę, przeczytajcie Rdzę, bo oceniam ją 9/10 i bądźcie ludźmi, którzy pokonują każdego dnia złe niedźwiedzie.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non za egzemplarz recenzencki.

 

Sine qua non logotyp

Wydawnictwo SQN

Joanna Bator — Purezento

Joanna Bator — Purezento

Gdybym miała Wam streścić Purezento Joanny Bator, zamknęłabym się z łatwością w jednym zdaniu. Główna bezimienna bohaterka wyjeżdża do Japonii, tam uczy się sztuki sklejania naczyń, która to pomaga kobiecie dojść do siebie po stracie ukochanego. Podejrzewam, że książki Katarzyny Michalak mają bardziej skomplikowaną fabułę. Ale to nie znaczy, że książka nie jest warta przeczytania. Wręcz przeciwnie!

Zacznijmy jednak od tego, co widać gołym okiem.

A widać fenomenalny projekt autorstwa Jaśka Krzysztofiaka, który popełnił wcześniej okładki do choćby nowego wydania Przygody fryzjera damskiego Eduardo Mendozy czy Władcy much Williama Goldinga. Opakowanie Purezento wygląda zatem niebywale efektownie i sprawia, że książka, abstrahując już od tego, co dzieje się w środku, jest faktycznie bardzo dobrym pomysłem na prezent.

Dla kogo?

Dla osoby, która potrzebuje zwolnić, tak jak główna bohaterka.

Jak wspomniałam wyżej, fabuła książki jest naprawdę ascetyczna. Tak naprawdę wszystko w Purezento trąci oszczędnością. Krótkie zdania (które na początku czytało się bardzo dobrze, niestety po pewnym czasie zaczęły mnie nieco irytować), dialogi, bohaterowie… Wszystko to przypomina obraz, w którym jest sporo białych plam, a jednak jest kompletnym dziełem sztuki. Czytelnik po prostu musi sobie więcej wyobrażać, by samemu dopełnić kompozycji Joanny Bator.

No, chyba że chodzi o opisy nowej przestrzeni, w jakiej znalazła się bohaterka po opuszczeniu Polski.

Początkowo totalnie mnie oczarowały, później zaś przywykłam do nich na tyle, że straciły dla mnie urok, dokładnie tak, jak w przypadku lakonicznej narracji. Oglądaliście może jakiś film wyprodukowany przez Studio Ghibli? Choćby Spirited Away (mój ulubiony)? Sceneria otaczająca bohaterkę Purezento jest dosłownie wyrwana z tej japońskiej animacji. Zresztą, narratorka sama wspomina o tym tytule (powołuje się na bohaterki filmu, bliźniacze czarownice, Zenibę i Yubabę). Bator maluje przed czytelnikiem magiczne wręcz krajobrazy miejskich przedmieść, pokazując, że żyjący tam ludzie wciąż potrafią być blisko tajemniczej natury. W przystępny, subtelny sposób opisuje także zapachy, smaki, dźwięki i… doznania cielesne. Zbliżenie między bohaterką a jej wybrankiem zostało przedstawione w sposób bardzo smaczny i wyważony.

Kocha się tego, komu najbardziej pragnie się opowiadać.

Do gustu przypadły mi rownież takie porozsiewane po tekście złote myśli. Być może dla niektórych będą śmieszne w swej prostocie, ja jednak prostotę miłuję i takie słodkie oczywistości idealnie trafiają do mojego serca. Albo zerknijcie na ten dialog:

— Mądrość wynika z dobrze zadanych pytań.

— Nawet, jeśli nie pozna się odpowiedzi?

— Nawet, jeśli nie ma jeszcze odpowiedzi.

W ogóle sztuka kintsugi, którą Bator uczyniła motywem przewodnim Purezento, czyli łączenie popękanych elementów ceramiki płynnym złotem, jest warta uwagi. Razem z bohaterką możemy się nauczyć (albo sobie uświadomić lub przypomnieć), że nie wszystko warte jest naprawienia. Część przedmiotów warto wyrzucić z naszego mieszkania, tak jak część spraw, a może nawet ludzi, warto odsunąć z naszego życia. Mamy do tego prawo. Co więcej, zrobienie porządku i podjęcie decyzji, jest niezbędne dla naszego zdrowia fizycznego oraz psychicznego.

Bo Joanna Bator porusza też temat depresji po utracie ukochanej osoby. Z wielką wprawą pisze o pewnym oddzieleniu bohaterki od reszty świata. I smutno mi z tego powodu, bo tylko ktoś, kto niewątpliwie przeżył taki dramat, potrafi oddać w tak wierny sposób pustkę, odrealnienie i niechęć do czegokolwiek. Również relacje głównej bohaterki z matką, dalekie od poprawnych, są przedstawione w sposób do bólu autentyczny.

Czas poświęcony tej lekturze na pewno będzie obftować w kilka refleksji. Nie jest to jednak książka dla każdego. Jeśli jesteście miłośnikami wartkiej akcji i pełnokrwistych bohaterów, to trzymałabym się od Purezento na Waszym miejscu z daleka. Ale jeśli lubicie subtelne, wolne i lekkie historie, ta z pewnością będzie dla Was idealna.

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak.

logo znak

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Dare Wright, o której opowiada biografia napisana przez Jean Nathan, była modelką, fotografką i pisarką książek dla dzieci. Przede wszystkim jednak była córką swojej matki, słynnej portrecistki, Edith Stevenson Wright. Nawet tyle lat po odejściu z tego świata dwóch kobiet, wciąż występują razem. Nie potrafiła rozłączyć ich nawet śmierć. Któż z Was chciałby żyć w cieniu swojej matki przez całą wieczność?

Seria Samotna lalka, publikowana w Stanach Zjednoczonych od roku 1957, natychmiast stała się bestsellerem. Dare Wright stworzyła nie tylko tekst, ale i przede wszystkim zdjęcia. Całość była idealną kompozycją, która podbiła serca dzieci we wszystkich stanach oraz… zapisem głębokich emocjonalnych rozterek artystki. Sama bohaterka historyjek, lalka Edith, wygląda dokładnie jak pomniejszona wersja Dare, zaś swoje imię odziedziczyła po matce tejże, zwanej przez większość znajomych po prostu Edie.

Kiedy Dare jest małą dziewczynką, jej rodzice się rozwodzą. W późniejszych latach przyszła artystka zastanawia się, czy istotnie miała kiedyś ojca i starszego brata, czy też wszystko stanowi dzieło jej bujnej wyobraźni. Edie bowiem, udzielając wywiadów, często przeinacza rzeczywistość. Udaaje, że nie ma syna, a jej mąż nie żyje. Dare całe dnie spędza zaś sama, na czytaniu książek lub zabawie z lalką, podczas gdy jej matka od rana do wieczora maluje portrety i widuje się z prasą. Dopiero wieczorem Dare ma rodzicielkę tylko i wyłącznie dla siebie. Prawdziwą istotę, o której miłość będzie zabiegać do samego końca.

Processed with VSCO with c1 preset

Processed with VSCO with c1 preset

Dopiero po wielu, wielu latach, bliżej trzydziestki, Dare udaje się spotkać z bratem, Blainem. Rodzeństwo natychmiast wpada sobie w ramiona z powodu tęsknoty trwającej całe dzieciństwo i młodość. Edie, jak łatwo sobie wyobrazić, była bardzo niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Już wcześniej zdecydowała, że chce mieć tylko córkę. Nagle zaś niechciany syn zabiera jej ukochaną Dare. Tłumione przez lata uczucia rodzeństwa po spotkaniu zamieniają się zaś w nieprzewidziany żywioł. Dare i Blaine… zakochują się w sobie.

W życiu Dare dochodzi do mnóstwa tragedii, których sama artystka jakby zdawała się nie zauważać. Przez znanych ją ludzi często określana była jako zjawa albo wieczna dziewczynka. Jako nieprzeciętna piękność, przyciągała mężczyzn jak magnes, ale z żadnym nie chciała nawiązać poważniejszej relacji. Interesowało ją głównie robienie zdjęć i pisanie bajek. Dopiero po śmierci matki, kiedy Dare skończyła sześćdziesiąt lat, zaczęła docierać do niej prawdziwa proza życia, z którą artystka totalnie nie potrafiła sobie poradzić.

Biografia napisana przez Jean Nathan wydaje się stanowić bardzo dokładne świadectwo życia Dare Wright. W Sekretnym życiu samotnej lalki odnajdziemy mnóstwo szczegółów dotyczących nie tylko głównej bohaterki, ale i towarzyszących jej osób (choć było ich zatrważająco mało). Dziennikarka wykonała potężną pracę, by jak najwierniej odtworzyć historię artystki. Książka wciąga, jakby była wyborną powieścią psychologiczną z nutką thrillera w tle. A komu i dlaczego polecam tę książkę?

Przede wszystkim po Sekretne życie samotnej lalki powinny sięgnąć matki i córki. By zrozumieć, jak nieświadomie można się niewyobrażalnie skrzywdzić, jednocześnie żywiąc do siebie wielkie uczucie.

Po drugie, biografię polecam każdemu miłośnikowi dobrych biografii, bo lektura jest naprawdę przednia.

Po trzecie, fanom wstrząsających historii i książek dostarczających mnóstwa intensywnych wrażeń. Muszę Wam powiedzieć, że kiedy przeczytałam, jak mizernie wyglądał schyłek życia Dare pomimo odniesienia wielkiego sukcesu, nie mogłam przestać płakać przez dobre kilka godzin. Minęły trzy dni od przeczytania przeze mnie Sekretnego życia samotnej lalki, a ja cały czas rozpamiętuję ostatnie strony.

lalka2

Życie Dare Wright utwierdza mnie w przekonaniu, że nieważne, jak bardzo sławny albo bogaty będziesz. Jeśli nie masz z kim podzielić się swoimi sukcesami, są one totalnie bez znaczenia.

Za wspaniałe i dające do myślenia chwile spędzone z książką Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright składam gorące podziękowania Wydawnictwu W.A.B.

WAB--logo_100px_72dpi