The Square (reż. Ruben Östlund) — To nie jest śmieszny film

The Square (reż. Ruben Östlund) — To nie jest śmieszny film

Czarna komedia to jeden z uwielbianych przeze mnie gatunków, zarówno w literaturze, jak i filmie. Ponad cztery lata temu zainteresowało mnie też kino skandynawskie, o czym wspominałam na blogu m. in. przy okazji recenzji Pewnego dżentelmena. Pomyślałam zatem, że The Square w reżyserii Rubena Östlunda będzie idealnym dla mnie filmem. Mądrym, ponurym z jednej strony, a z drugiej przezabawnym. Zwiastun jednak nie oddaje klimatu utworu. The Square bardzo mnie zaskoczył. Nie był śmieszny ani nawet zabawny. Był przerażający.

Christian (w tej roli Claes Bang) jest dyrektorem muzeum sztuki współczesnej. Jeździ Teslą, ma modne okulary, dwie córki z małżeństwa zakończonego rozwodem i kręgosłup moralny w ostatnim stadium erozji. Wydaje mi się, że gdyby postawić przed nim dwa przyciski, z czego na jednym napisane byłoby dobro, a na drugim zło, dostałby wylewu z niemocy podejmowania decyzji. To postać, która osiągnęła w życiu całkiem sporo, choć zupełnie nie wiadomo, dlaczego tak się stało. W dodatku Christian przypominał mi Radzimira Dębskiego i czekałam tylko, aż wyjmie zza pazuchy batutę.

Poznajemy go podczas rozmowy z, wydawać by się mogło, nieprzygotowaną do wywiadu dziennikarką o imieniu Anne (bardzo zdolna Elisabeth Moss). Kobieta jednak bardzo szybko zagania dyrektora w kozi róg. Nie tylko obowiązki służbowe przerastają Christiana. W drodze do pracy zostaje okradziony, zaś jego stosunki z ludźmi wokół są, delikatnie mówiąc, paralityczne.

Głównym wątek stanowi poszukiwanie przez Christiana złodzieja i nakłonienie go do oddania telefonu oraz przygotowania do nowej wystawy, której centralnym punktem ma być tytułowy square; kwadrat, w którego obrębie ma panować bezwzględny szacunek i dobro. Po drodze ku finałowi filmu możemy obserwować nieporadność Christiana, która bardziej irytuje i żenuje niż śmieszy. Reszta przeraża.

The Square uwypukla w zatrważający sposób fakt, iż wartości, jakimi kierowali się w życiu nasi dziadkowie, są obecnie sprowadzane do rangi performance’ów, eksponatów muzealnych czy sloganów reklamowych, za którymi stoi tylko pustka lub może odległe, ledwo słyszalne echo historii. Na relacje międzyludzkie, a zwłaszcza damsko-męskie, znów spada ciężka kotara wzajemnego niezrozumienia.

Scena łóżkowa w The Square należała do jednych z najbardziej tragicznych obrazów, jakie w życiu widziałam. Nie wiem, czy nie była przypadkiem nawet gorsza od mojego pierwszego razu. W zasadzie mogła śmieszyć, ale zaraz sobie pomyślałam, że to nie jest tylko i wyłącznie wizja reżysera, oparta na skrypcie. Takie przedstawienie intymności (czy też jej braku) nie wzięło się znikąd. Co, jeśli ludzie naprawdę się tak zachowują?

Później było już tylko gorzej, bo o ile nikomu pod kołdrę nie zaglądałam, o tyle wiem, jak działa psychologia tłumu oraz prawo silniejszego Trazymacha. A zatem to, co wydarzyło się w scenie z człowiekiem-gorylem (Terry Notary powinien dostać Oscara za odegranie tej roli; z ekranu popłynęło tyle emocji, że aż drżałam w fotelu!), jest nie tylko prawdopodobne, ale tak naprawdę… dzieje się cały czas. Tylko że większość z nas nie chce tego widzieć.

Wydarzenia toczyły się dosyć wolno. Nie przeszkadzało mi to, bo takie stonowane tempo akcji i stopniowo zagęszczająca się atmosfera stanowiły spójną całość, uwypuklając pustkę życia głównego bohatera. Z drugiej strony trochę szkoda, że oddechy od kolejnych ważnych dla fabuły scen, nie zostały wypełnione ładniejszymi ujęciami. Zapamiętałam tylko kadr z jednej z muzealnych sal, gdzie mieściła się ekspozycja kamiennych hałdek. Ale też nie zachwycił. Może dlatego, że sztuka w porównaniu z prawdziwymi uczuciami i wartościami zwyczajnie przegrywa, a zatem takie właśnie było zamierzenie reżysera? Był on również bardzo ascetyczny w doborze muzyki. Soundtrack jest dla mnie jednym z ważniejszych elementów. Tutaj niestety muzyka tak stopiła się z tłem, jakby prawie w ogóle jej nie było.

Choć zatem zachowanie bohaterów wydaje się być przerysowane, to życiowe doświadczenie pokazuje mi niestety, iż wcale tak nie jest. Pokuszę się więc na podsumowanie, że The Square nie jest wcale czarną komedią, tylko dramatem obyczajowym. Niepokojącym i dobrym obrazem bezpardonowo podsumowującym pustotę człowieczeństwa oraz ukazującym kontrast między pierwotnością a przeintelektualizowaniem.

7/10

Polecam The Square każdemu, kto chce rozruszać mózgownicę. Idźcie do kina, koniecznie, bo będziecie żałować!

 

Notatnik śmierci by Netfilm w reżyserii Adama Wingarda, w skrócie: syf

Notatnik śmierci by Netfilm w reżyserii Adama Wingarda, w skrócie: syf

Zaznaczę od razu: będę bezwzględna, bo czytałam mangę i oglądałam anime. Mało tego, widziałam też japońskie kinówki, które aż mnie wykręcały podczas oglądania. Łudziłam się, że kiedy Amerykanie wezmą się za reżyserkę epickiej historii o desu nôto, zrobią to po prostu lepiej. Wszystko, czego było potrzeba, to poważne podejście do tematu. I tego właśnie w tym filmie zabrakło.

Death note to nie jest jakaś tam opowiastka, półprodukt popkultury, którym można się było na chwilę zachłysnąć. Nie. Przedstawione w mandze i anime losy bohaterów wrastają w oglądającego i wstrząsają nim z każdym kolejnym odcinkiem, zmuszając do intensywnego rozmyślania. Czym jest dobro? Co tak naprawdę oznacza być sprawiedliwym? Co jest ważniejsze: lojalność czy etyka? I jak to możliwe, że zdarzają się takie momenty w życiu, kiedy te dwie wartości stają w opozycji do siebie? Co się dzieje po śmierci, która… czym jest tak naprawdę? Karą czy nagrodą?

To są pytania, nad którymi większość dorosłych ludzi się nie zastanawia. Chodzą do swojej pracy na etacie, wychowują dzieci tak, by dobrze się uczyły i nie przynosiły wstydu, wyjeżdżają na wakacje raz do roku i niewiele ich interesuje. Wyobraźcie sobie zatem, że grom powyższych pytań spada nagle na nastolatków pod wpływem kilku odcinków ściąganego z neta serialu animowanego. Jaka to wielka rzecz dla ich psychiki. Jak rozwijają się, rozmawiając na filozoficzne tematy na forach oraz przerwach między biologią w religią w szkole.

A teraz włączcie sobie soundtrack z anime i posłuchajcie, choć przez chwilę.

Co więcej, manga i anime to pochwała intelektu, zdolności dedukcji oraz wybicie ze zwykłego rytmu przeciętnego odbiorcę. Otóż dwójka głównych bohaterów, wiedząc, jak zakończy się ich relacja (któryś zginie – lecz który pierwszy?) zostają kimś w rodzaju najlepszych przyjaciół. Jak można darzyć kogoś uczuciem przyjaźni bądź miłości, kiedy podejrzewa się go o bycie największym zbrodniarzem? Dlaczego ludzie, choć na pozór tak różni od siebie, są w gruncie rzeczy identyczni?

Wobec powyższego należałoby wykazać trochę szacunku do pierwowzoru i poruszyć w filmie choć ze trzy wybrane etyczne kwestie. Ale nie. Twórcy scenariusza stwierdzili najwyraźniej, że chała, którą przygotują, i tak się sprzeda, bo nazwa do czegoś zobowiązuje. Co zatem nam postanowili zaserwować widzom podczas koszmarnego seansu? Tlenionego Lighta, który jest skrzywdzony przez los, bo jakiś przestępca zabił mu matkę, brzydką, nudną scenografię, bezsensowną bieganinę z pistoletem, który wygląda jak zabawka dla dzieci oraz totalny brak logiki. Idealny przepis na odmóżdżenie dla małolatów. Choć mogło być zupełnie inaczej…

Zacznijmy od tego, że o ile Nat Wolff może jeszcze postarać się wyglądać inteligentnie, o tyle z bezwzględnym geniuszem zła, aspirującym do roli boga, bardzo ciężko byłoby go pomylić. W Notatniku śmierci jego postać jest więc siusiumajtkiem-półsierotą, który korzysta z tytułowego notatnika, by ukarać zabójcę swojej matki i łobuziaka z ogólniaka, przez którego na początku filmu wylądował w kozie. Nie takiego Lighta chcieliśmy widzieć na ekranie, prawda? Przez Wolffa pomyślałam przez chwilę, że to parodia Death Note’a. Kiedy zaczął krzyczeć na widok boga śmierci, Ryuka (obdarzonego głosem przez samego Willema Dafoe, no chociaż tyle dobrego), zaczęłam się zanosić śmiechem. Dawno już się nie śmiałam podczas seansów. (Ostatnio chyba podczas ekranizacji Mrocznej Wieży, miałam jakiś groteskowy sen w kinowym fotelu…).

O grze aktorskiej Lakeitha Stanfielda w roli L’a raczej się nie wypowiem, bo jej nie było. Koleś fajnie biegał taki przygarbiony, i to jedyne, co mogę o nim powiedzieć. Jego postać była totalną wydmuszką. Z zewnątrz totalnie przejaskrawiona, w środku pusta. W dodatku… L zdenerwowany? Tudzież wkurwiony? Co. Ja. Pacze.

Najważniejszy wątek Notatnika śmierci został w ogóle wycięty w wersji Netfilmu. L i Light ledwo nawiązują kontakt.

Może dlatego fabuła była tak poszatkowana? Bo zamiast snuć kapitalny dramat psychologiczny, przypominający partię szachów między Anderssenem a Kieseritzkym, skupiono się na przestępcy bez jaj i ścigającym go śledczym, który pracuje intensywnie na cukrzycę. Ideał sięgnął bruku. Finał oczywiście musiał mieć miejsce podczas szkolnego balu. Amerykanie są jacyś zafiksowani na punkcie promów. Nie wiadomo zatem, w jaki sposób L wpadł na podejrzenie, że głównym złoczyńcą jest Light, ale wiadomo, że bez tańca-przytulańca nie ma filmu dla nastolatków.

Byłabym może w stanie to kupić, gdyby Notatnik śmierci w reżyserii Adama Wingarda był jeszcze ładnie zapakowany. Wiecie, cukierki w złotych papierkach smakują lepiej niż te w przezroczystej folii, nawet jeśli i jedne, i drugie są mordoklejkami. Niestety. Muzyki totalnie nie pamiętam, a scenografia… hm, była jakaś? W głowie pozostała mi tylko scena z diabelskim młynem. A przecież w anime, narysowanym wręcz ascetycznie, są piękne, proste sceny, które tak epicko obrazują to, co czeka bohatera! Damn!

 

Krótkie podsumowanie: jestem potwornie rozczarowana. Okropny jest ten rok 2017 pod względem filmów. Ostatecznie odsyłam wszystkich do mangi oraz anime, a filmowi daję przepełnione goryczą

2/10.

 

Feuchtgebiete – Wilgotne miejsca

Feuchtgebiete – Wilgotne miejsca

Kurczaki, ale mi się ten film podobał! Ale wiem, że spora część Was zakrzyknęłaby zgodnie: fuuuuu! Takich filmów nie powinno się robić!

Zimny uważa, że film jako film jest całkiem spoko, ale jako ekranizacja niestety nie spełniła jego oczekiwań. A ja Wam powiem, że Wilgotne miejsca w reżyserii Davida Wnenda przerosły moje oczekiwania. Zresztą, najpierw zachęcam do zapoznania się z recenzją książki Wilgotne miejsca autorstwa Charlotte Roche, a najlepiej do przeczytania powieści. Kto już to zrobił, może czytać ze spokojnym sumieniem.

Nastoletnia Helen czerpie niesamowitą przyjemność z obcowania ze swoim ciałem. Sprawdza, jakim warzywem najlepiej się masturbować i para się produkcją tamponów handmade. Daleka jest natomiast od dbania o higienę intymną. Stąd bierze się jej problem, kiedy depilując miejsca intymne rani swoje hemoroidy, po czym trafia do szpitala. Tam, leżąc w sterylnym środowisku, marzy o trzech rzeczach. O tym, by zasiać trochę chaosu i brudu wokół siebie. O przystojnym, przeuroczym pielęgniarzu Robinie. I po trzecie, najważniejsze, by jej skłóceni rodzice wreszcie wrócili do siebie.

Uważam, że dzieło jest bardzo dobrze skomponowane. Zaczyna się od pełnej czarnego humoru komedii, a kończy na rodzinnym dramacie z elementami romansu. Pełno retrospekcji oraz scen z wyobrażeniami głównej bohaterki. Kadry są pięknie skomponowane i intensywnie nasycone barwami. Oczywiste w filmie obrzydliwości wcale nie są takie straszne, choć na pewno film zszokuje większość odbiorców. W książce jednak są opisane bardziej bezpardonowo. A może to ja mam bogatszą wyobraźnię w kwestii świństw, kto wie? Akcja nie galopuje, więc można skupić się na relacjach między bohaterami i zastanowić, o co tak naprawdę chodzi w fabule, bo nie jest to wcale oczywiste.

Na wyjątkową uwagę zasługuje w tym filmie rewelacyjna warstwa muzyczna oraz gra aktorska Carli Juri jako Helen. Bez niej Wilgotne miejsca nie byłyby z pewnością tak wspaniałe.

A dlaczego uważam, że film jest lepszy od powieści?
Po pierwsze, Helen w filmie wydaje się mniej pusta niż w książce. Jest o wiele bardziej zainteresowana światem, miła i zdecydowana. Generalnie: mniej głupia.
Po drugie, rozbudowany został tu wątek rodzinny, więcej uwagi zostało poświęcone matce i ojcu głównej bohaterki. To mnie dziwi, bo Zimny mówił mi zupełnie co innego. To zadziwiające, jak bardzo różnią się nasze spojrzenia w kwestii tych dwóch dzieł. Jestem ciekawa, kto z Was oglądał i czytał Wilgotne miejsca. Koniecznie dajcie znać, jak Wam się w ogóle podobało i gdzie Waszym zdaniem wątkowi temu poświęcono więcej uwagi.
Po trzecie, obraz przypomina momentami moją ukochaną Amelię Jean-Pierre’a Jeuneta. Nic dodać, nic ująć.

Koniecznie obejrzyjcie ten film, ponieważ pokazuje, jak wielki wpływ ma na nas dom rodzinny. Do czego potrafimy się posunąć, by uzyskać namiastkę miłości. I że nie powinniśmy się wstydzić ani własnych uczuć, ani popędów, ani ciał. No bo po co, ja się pytam?

9/10

Zupełnie Nowy Testament

Czasem zastanawiam się, czy Bóg jest kobietą, i czy zna cierpienie noszenia butów na wysokim obcasie. Innym razem zastanawiam się, czy Bóg nie jest kimś w rodzaju programisty, scenarzysty i grafika pracującego przy grze The Sims. Wizja Jaco van Dormaela trochę wpasowuje się w moje ludzkie wyobrażenie o Stwórcy. Może wstrząsnąć i rozbawić jednocześnie. 

Bóg chodzi w laczkach, ma na sobie niechlujny, zapewne cuchnący podkoszulek, cichą żonę i dwójkę dzieci. Starsze, JC, dało się ukrzyżować za ludzkie grzechy i jest tymczasowo nieobecne. Młodsze, córka Ea, właśnie wchodzi w okres buntu. Uważa, że ojciec, który spędza całe dnie przed komputerem, wymyślając rozmaite katastrofy, jakie mają dotknąć ludzi, zachowuje się żałośnie. Maluje paznokcie na czarno, wchodzi do biura ojca, wysyła ludziom na skrzynkę mailową datę ich śmierci i ucieka z domu przez pralkę, by napisać Zupełnie Nowy Testament.
Ea potrafi chodzić po wodzie, rozmawiać ze zwierzętami i słuchać muzyki, która gra w sercu każdego człowieka. Spotkawszy wybranych na chybił trafił nowych apostołów, odmienia ich życie na lepsze. Sama jednak nie ma spokoju. Zirytowany do granic możliwości, pobity na ulicy przez opryszków i głodujący ojciec depcze jej po piętach. 
Jeśli chcecie zobaczyć tańczącą na stole odciętą dłoń, zobaczyć, jak morderca zmienia się w chodzącego anioła, podążyć wraz ze stadem ptaków na Koło Podbiegunowe, posłuchać cudownej muzyki i pośmiać się z życia – polecam Wam ten doskonały przykład francuskiej komedii. Film pełen jest absurdu, polotu i prostych prawd, o których nigdy nie wolno nam zapomnieć, a co niestety zdarza nam się nagminnie. To obraz, po którym zrobi się lżej i cieplej na sercu. A jeśli jesteście fanami Amelii w reżyserii Jeana-Pierre’a Jeuneta, to Zupełnie Nowym Testamentem będziecie wprost zachwyceni.
8/10

7 powodów, dla których warto zobaczyć nowe Gwiezdne Wojny

Nie będzie to typowa recenzja, bo musiałabym napisać dwa teksty: jeden pod kątem wartości Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy względem starszych części sagi, a drugi pod kątem po prostu oceny filmu jako utworu. Nie chcąc Was zanudzać, zapraszam na krótką notkę. Spokojnie, nie będzie spoilerów. 

1. Kylo Ren
Dla niektórych emo-Sith, dla mnie dobrze skonstruowana postać. Dzieciak, mroczny, podążający za swoim niedoścignionym wzorem, Lordem Vaderem, dla mnie będący jednak dokładną opozycją dla Anakina. Kylo Ren też jest mocno pofiksowany (może nawet mocniej), ale odwrotnie. No i gra go Adam Driver. 

2. Girl power! 
Główny bohater to dziewczyna, i to jaka. Silna, bystra, szybka i w dodatku ładna. Można? Można. 
3. Black power!
A nie, no dobra. Murzyn był irytujący.

4. Muzyka Johna Williamsa
Genialny twórca, wirtuoz, który skomponował tła muzyczne do filmów takich jak Skrzypek na dachuWyznania Gejszy, Harry Potter, Indiana Jones, Kevin sam w domu, Czarownice z Eastwick, Złap mnie jeśli potrafisz, działał również przy Gwiezdnych Wojnach. Przekonajcie się sami. 
5. Kilka podobieństw do Gry o tron
Myślę, że możecie być ukontentowani, jeśli jesteście fanami sagi G. R. R. Martina i skomplikowanych koneksji między jego bohaterami.

6. Stara ekipa
Stara, bo powtarzająca się z części IV, V i VI, a także… stara. Ale miło poobserwować dziadków śmigających po planie i grających o wiele lepiej niż młodziaki. Han Solo (Harrison Ford) jest najlepszy i basta!
7. Akcja
Akcji jest sporo. Na tym filmie nie można się nudzić, przysięgam. Nawet, jeśli humor czasami jest wapniacki, co chwila coś się dzieje, więc jeśli szukasz rozrywki, to będzie udane wyjście do kina.

Jeżeli Was nie przekonałam – cóż… Sama nie jestem przekonana do nowych Gwiezdnych Wojen. Ale jestem całkiem, całkiem zadowolona! Film ten został stworzony tylko i wyłącznie dla zabawy (czyt. komercji), więc było tak, jak miało być: fajnie. 
A jak Wasze wrażenia? 
Na dole strzelajcie do woli spoilerami. 🙂

Tylko kochankowie przeżyją

Moje filmy to rewelacyjne historie, tylko po prostu wielu ludzi uważa inaczej, twierdzi Jim Jarmusch, dla mnie wybitny reżyser, z którym przygodę zaczęłam pewnego zimnego, choć wakacyjnego wieczora, razem z Kawą i papierosami (2003). Od tamtego czasu jestem totalnie zauroczona filmową twórczością artysty. Film, mający premierę dziesięć lat później, Tylko kochankowie przeżyją (2013) pogłębił to uczucie.


Główni bohaterowie – Adam i Eve
Tylko kochankowie przeżyją to dzieło, którego głównymi bohaterami jest para wampirów: Adam (Tom Hiddleston, znany najszerzej chyba z roli Lokiego w Avengers i F. S. Fitzgeralda w O północy w Paryżu Woody’ego Allena) oraz Eva (niesamowita, nieziemska wręcz Tilda Swinton (Madame D. w Grand Budapest Hotel, Biała Czarownica w Opowieściach z Narni, i wiele, wiele innych fenomenalnych kreacji). Ale ani Adam, ani Eve nie są wampirami, do jakich przyzwyczaiły nas dwa ostatnie dziesięciolecia, czyniące z mrocznego, romantycznego toposu cukierkowy produkt popkultury. W filmie Jarmuscha wampiry nie mienią się brokatem, jak w Zmierzchu, kiedy przyjdzie im stanąć na słońcu, wręcz przeciwnie. Nie mogą w ogóle narażać swojej skóry na promieniowanie, lecz co się dzieje, kiedy sprzeciwią się temu prawu? Nie wiadomo. Ich relacje romantyczne nie ograniczają się do kierowania płytkim popędem seksualnym, nie zmieniają partnerów jak rękawiczek, nie skupiają się na snuciu intryg, by zyskać władzę czy splendor (Pamiętniki Wampirów, The Originals). Przede wszystkim szanują życie każdej istoty, tak kruche w obecnych czasach. Nie narzucają się światu – trwają pokornie w swojej egzystencji, pławiąc się w sztuce oraz nauce ubiegłych wieków i dokładając do niej swoje cegiełki… 

Kiedy Eve dowiaduje się, że Adama coś trapi, rzuca natychmiast ukochane Maroko i przybywa do zdewastowanego Detroit, w którym przed całym światem ukrywa się jej ukochany. W podróż zabiera tylko książki (swoją drogą, chciałabym czytać tak szybko jak wampirzyca – być może, jeśli pożyję jeszcze kilkaset lat, uda mi się opanować tę sztukę) oraz parę skórzanych rękawiczek. Kiedy staje u progu domu Adama, niewidzianego od, jak można podejrzewać, bardzo długiego czasu, daje sobie ściągnąć owe rękawiczki. I według mnie jest to jedna z najbardziej przesyconych erotyzmem scen w historii kinematografii. Jarmusch udowodnił, że można dostać dreszczy nie tylko na widok gołych piersi czy śliskich od oliwy pośladków. Swoją drogą, motyw rękawiczek przewija się w filmie dosyć często. Są intensywnie eksponowane w różnych ujęciach. Co dokładnie symbolizują? Nie wiadomo. Można za to do woli interpretować. To kolejna rzecz, oprócz charakterystycznego, mrocznego stylu oraz niewątpliwej klasy, za którą uwielbiam filmy Jarmuscha. Przede wszystkim szanuje on swojego odbiorcę i jego intelekt.

Tak jak Eve wielbi książki, tak Adam kocha muzykę.

Adam tworzył muzykę z największymi kompozytorami muzyki ubiegłych wieków. Przyjaźnił się z najwybitniejszymi twórcami, a ich wspólne utwory zapisały się na zawsze w historii. Wampir jest romantykiem, któremu przyszło doczekać życia we współczesności, w jakiej prawdziwą sztukę spycha się na margines, zastępując sztucznymi półproduktami, które z muzyką tak naprawdę nie mają za wiele wspólnego. Dlatego Adam coraz częściej zaczyna myśleć o śmierci. Tworzy muzykę pogrzebową, która w pewnych miejscach na świecie zaczyna być doceniana, a może i wręcz kultowa… 
Idealną scenerią dla stanu duszy bohatera wydaje się być Detroit. To tam właśnie toczy się główna część akcji Tylko kochankowie przeżyją. Miasto, niegdyś kwitnące, stanowiło na początku XX wieku jeden z najważniejszych ośrodków przemysłowych Stanów Zjednoczonych. W latach 50. natomiast były kolebką muzyczną Motown, R’N’B i wielu innych… To stąd wywodzi się zresztą Jack White, jeden z bohaterów Kawy i papierosów, założyciel zespołu The White Stripes. (Któż nie zna choćby Seven Nation Army? A ja polecam jeszcze od siebie Love is Blindeness, jeśli komuś umknął ten genialny kawałek). Pewnej nocy Adam stwierdza, że jednym z ciekawszych obiektów, jakie może pokazać Evie, jest właśnie dom Jacka White’a. Docierają tam podczas wspólnej samochodowej przejażdżki, oczywiście nocą. W jednym z wywiadów Jarmusch wyznał, że nic nie mówił na ten temat White’owi, będąc ciekaw reakcji przyjaciela. 

W pewnym momencie, z powodu wizyty niepokornej siostry Eve, Avy (Mia Wasikowska), para zmuszona zostaje do ucieczki. Pojawiają się problemy z ukryciem ciała truposza, pozyskaniem dobrej jakości krwi (takiej nieskażonej choćby wirusem HIV), utratą dobrego przyjaciela… Po części są to problemy niezwykłe, a z drugiej strony – zupełnie prozaiczne. Każdy z nas ma kłopoty z rodziną, tęsknotą za przeszłością czy odejściem bliskiej osoby. Dlatego w filmie trudno uświadczyć tak naprawdę paranormalnych wydarzeń, a te, które już są obecne, to raczej elementy obranej przez reżysera stylizacji. Fani wartkiej akcji mogą poczuć się zawiedzeni. To nie jest film przygodowy, thriller czy horror, do jakiego się przyzwyczailiśmy. Tylko kochankowie przeżyją to uczta dla oczu i słuchu, spokojna, melancholijna, mroczna opowieść o miłości, przemijaniu oraz hołd złożony prawdziwej sztuce.
Dużo w tym filmie niewiadomych i mroku. Film niby nie jest skomplikowany, ale przez celowe niedomówienia potrafi wstrząsnąć również swoją tajemniczością. Wiecie, są tacy ludzie, których się do końca nie rozumie. Może dlatego, że do końca się ich nie zna, ale żywi się do nich jednocześnie ogromną, niewyjaśnioną sympatię i podświadomie czuje, o co im chodzi. To samo jest z utworem Jarmuscha. Można go poczuć, można się w nim zatopić. Jest bardzo elegancki, momentami cechuje go czarny humor, a pod koniec można nawet zinterpretować go optymistycznie. Tym, co ratuje nas w ostateczności, jest właśnie miłość. 
Albo narkotyki. 
8/10
A dla Was na sam koniec utwór Jacka White’a High Ball Stepper. Obejrzyjcie koniecznie teledysk, hipnotyzuje.