Into the wild – Wszystko za życie

Into the wild – Wszystko za życie

Czasem dopuszczam do siebie ciemność. Sama przychodzi, a ja nie mówię jej nie, bo i tak prędzej czy później wdarłaby się do mojego umysłu poprzez głupkowate reklamy w telewizji, absurdalne wymagania państwa względem jednostki, społeczne konwenanse… I ta ciemność mówi mi: rzuć to wszystko, jedź na Alaskę, bądź dla siebie i innych dobrym człowiekiem, a resztę chrzań… Wczoraj miałam taki moment, lecz zamiast spakować plecak, na co wiecznie brakuje mi odwagi, włączyłam film pt. Wszystko za życie (Into the Wild). I od razu zrobiło mi się lepiej. No, może nie do końca…
Film czekał bardzo długo, żebym w końcu go obejrzała (pewnie z pięć lat). Został wyreżyserowany przez Seana Penna, który napisał też scenariusz do filmu na podstawie książki Jona Krakauera pod tym samym tytułem. Into the wild to historia autentyczna, opisująca niezwykłą wyprawę Christophera McCandlessa (w roli głównej Emile Hirsch).
Zainspirowany książkami m.in. Jacka Londona i Lwa Tołstoja, po zakończeniu studiów, Christopher postanawia spakować plecak i ruszyć na włóczęgę. Pozostawiwszy rodzinę i przekazawszy oszczędności na cele dobroczynne, wyrusza w podróż przez USA, na czas włóczęgi przybierając imię Alexander Supertramp. Jego celem i największą przygodą, do jakiej dąży, jest spędzenie kilku miesięcy na łonie dzikiej natury, w całkowitym osamotnieniu, w sercu Alaski.
W drodze Alex spotyka mnóstwo ciekawych ludzi – parę przesympatycznych hippisów, zakochanych w sobie postrzelonych Holendrów, nastoletnią piosenkarkę country, artystę garbarniczego w podeszłym wieku… Alex pojawia się w ich życiu w kluczowym momencie. Dzięki nim chłopak staje się mądrzejszy, choć i wcześniej życiowej mądrości mu nie brakowało.
Into The Wild- great movie watch this movie free here: http://realfreestreaming.comInto the Wild http://www.amazon.com/ref=svisw1
Ciesząc się otaczającą go przyrodą, docierając do najdzikszych zakątków Ameryki, Alex po prostu cieszy się własnym istnieniem. Myślę, że to najcudowniejsza z umiejętności, jakie może nabyć człowiek w trakcie swojego życia, lecz nie każdemu jest to dane. Bohater (a zarazem postać autentyczna) pokazuje, jak bardzo jesteśmy złaknieni bliskości z naturą, prostoty i spokoju. Zachowanie Aleksa wzbudza jednak kontrowersje. W końcu od samego początku podróży ani razu nie dał znać swoim bliskim, że żyje. A idee, którymi się kierował, czasem nie do końca pokrywały się z realnym życiem… Interpretacja jednak, jak zawsze, zależy od naszych osobistych doświadczeń, a co za tym idzie, indywidualnego spojrzenia na sprawę.
W końcu Aleksowi udaje się dotrzeć do celu. Dociera do Alaski i rozpoczyna życie w opuszczonym autobusie, który teraz nabrał już kultowego, symbolicznego znaczenia…
Film z początku dał mi ogromne wytchnienie. Fabuła płynęła spokojnie, acz ciekawie, ze względu na zmiany perspektywy, retrospekcje, przepiękne widoki i wprowadzanie nowych postaci w idealnych momentach. Niesamowicie przypadły mi do gustu liczne odwołania do literatury i etos wolności. Żaden z dialogów, jakie zostały wypowiedziane w filmie, nie był zbędny. Wszystkie można było spokojnie wynotować w charakterze jakże życiowych sentencji. Nad wydarzeniami jednak unosił się smutek, a sama końcówka była dla mnie traumatyczna. Tym bardziej, że dopiero wtedy dowiedziałam się, iż Chris McCandless naprawdę istniał, a film jest naprawdę wiernym odwzorowaniem jego włóczęgi…
Wszystko za życie pokazuje najważniejsze wartości w życiu każdego człowieka. Można się z niego naprawdę sporo nauczyć. Ja wiem, że niektóre osoby może znurzyć brak akcji w postaci morderstw i seksu, więc będą mieć zupełnie inną opinię na temat tego arcydzieła, ale proszę, jeśli tak będzie, to zachowajcie ją dla siebie. Nie psujcie mojego zauroczenia tym filmem. A jeśli macie go na liście utworów „do obejrzenia”, jak najszybciej to zmieńcie. Gwarantuję tak czy siak mocne wrażenia. Skończyłam oglądać chyba po pierwszej w nocy, a do czwartej nie mogłam zasnąć, rozmyślając o życiu Chrisa McCandlessa… I szukam wciąż puenty. I nie mogę jej znaleźć, choć czuję ją pod skórą. I na szczęście znów czuję inspirację.
9/10

Piękna „Ida”

Ida pełna antysemickich stereotypów, Ida, która nie zasługuje na Oscara, nudna Ida… Każdy ma prawo do mówienia o swoich odczuciach wywołanych przez film. Każdy może interpetować film wedle własnej woli. Dlatego dziś, po dwukrotnym obejrzeniu Idy, powiem Wam o moich przemyśleniach względem obrazu Pawła Pawlikowskiego. Bardzo chyba zresztą prywatnych, bo nigdzie w sieci nie znalazłam podobnej interpretacji Idy. Dla mnie bowiem ten film opowiada o dojrzewaniu. 

Siostra Anna (Agata Trzebuchowska) na kilka dni przed złożeniem ślubów zakonnych, zostaje wysłana przez matkę przełożoną, by poznać swoją jedyną żyjącą krewną. W trakcie spotkania, ciotka, Wanda Gruz (Agata Kulesza), inspirowana postacią Heleny Wolińskiej-Brus*, wyjawia młodej dziewczynie, że naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest Żydówką. Następnie kobiety ruszają w podróż po szarej Polsce z lat 60. ubiegłego wieku, by odnaleźć miejsce pochówku najbliższych krewnych i dowiedzieć się, jak umarli. 
Do gustu przypadł mi kontrast między bohaterkami, mogący wydawać się oklepany, ale dla mnie bardzo wiarygodny i naturalny. Ida jest cichą, pokorną i oddaną Bogu młodą dziewczyną, zaś Wanda nie stroni od mężczyzn i alkoholu. Na swoich rękach ma krew innych ludzi. Większość jej wypowiedzi ma zaś sarkastyczny wydźwięk. I jako zdeklarowana komunistka, raczej nie oddaje się rozmyślaniom na temat wiary czy duchowości. Między dwoma kobietami szybko, choć nie bez zgrzytów, nawiązuje się nić porozumienia. To, że pomiędzy tak różnymi osobami może zrodzić się miłość, jest bardzo piękne. 
Pewnie w każdej recenzji, jaka się ukazała na temat Idy, został podkreślony artyzm każdego z kadru. Gdzieś przeczytałam, że Pawlikowski powtarzał niektóre sceny czterdzieści razy, by wszystko wyglądało idealnie tak, jak w jego głowie. Opłaciło się. Ogromne wrażenie na mnie zrobił nie tylko twórczy minimalizm zdjęć i to, że świat skąpany w czarno-białej tonacji wciąż jest zaskakująco piękny. Najbardziej przemówiła do mnie symetria scenografii oraz aktorów w kadrach, a także nieruchoma kamera. Faktycznie, każde ujęcie można oprawić w ramkę i zawiesić na ścianie. 
Muzyka też jest bardzo dobra. Hity takie jak Serduszko puka w rytmie cha-cha przeplatają się z muzyką poważną oraz jazzem. Przeważnie jednak widzowi towarzyszy cisza, która jest bardziej wymowna niż jakikolwiek podkład dźwiękowy. 

Ida nie szufladkuje narodów. Nie pokazuje, że Polacy są źli, a Żydzi dobrzy, albo odwrotnie. Historia ma do siebie to, że dzieje się nieustannie i rzutuje na życie każdego człowieka, raz mniej, raz bardziej. Tutaj konkretne wydarzenie, jakim był Holokaust, ma konsekwencje dla dwóch konkretnych żyć i Pawlikowski nie stara się kogokolwiek rozliczyć za piekło drugiej wojny światowej. Po prostu pokazuje, że każdy z ludzi niesie z sobą jakiś bagaż. Dla Idy takim bagażem była śmierć jej rodziców. Dlatego film jest dla mnie zmysłową opowieścią o dorastaniu. Tytułowa bohaterka dojrzewa, by poznać swoją tożsamość i dowiedzieć, co stało się z jej rodziną. Dojrzewa na tyle, by nie podejmować pochopnie decyzji o tym, czy spędzi resztę swojej egzystencji za murami zakonu. Dojrzewa tak, że prócz słuchania głosu rozsądku, odnaleźć miejsce na posłuchanie swojego instynktu. 

A jak się to wszystko kończy? Nie wiadomo do końca. Wiadomo, że dostaliśmy Oscara i powinniśmy się tym cieszyć. To naprawdę dobry powód do radości. Mnie osobiście cieszy także to, że zaczęłam wierzyć w polskie kino. Wyszukuję coraz to nowsze filmy realizowane przez Polaków i nie zawodzę się na nich. W tym przekonaniu utwierdził mnie sam Andrzej Wajda, który w wypowiedzi na antenie TVN24 przyznał, że naszas rodzima kinematografia wreszcie „staje na nogach”. Takiego autorytetu żal nie posłuchać. 
Bardzo pozytywnym akcentem była też fotka strzelona Anecie Kopacz, Urszuli Wantuch-Żal, Agacie Kuleszy i Agacie Trzebuchowskiej podczas gali przyznawania Oscarów. Pawlikowski rozgaduje się na scenie, a panie w tym czasie palą fajkę, plotkują i sączą wino. Dla mnie –  klasa sama w sobie. Oraz trafna charakterystyka polskich kobiet – naturalnych i stylowych jednocześnie. W internecie rozgorzała dyskusja, czy to ładnie, czy brzydko, że aktorki wraz z koleżankami opuściły główną salę, by uraczyć się używkami na korytarzu. Dyskusja chyba niepotrzebna, no bo zobaczcie sami, jakie one piękne!

A dla samej Idy

9/10. 

___________________
* Polska komunistka pochodzenia żydowskiego, biorąca udział w stalinowskich mordach sądowych.

Eddie Redmayne jako Stephen Hawking

Teoria wszystkiego w reżyserii Jamesa Marsha to jeden z największych niewypałów, jakie na nieszczęście trafiłam do kina. Film jest, jakby to określiła moja mama, ładny. I to tyle, więc nie musicie czytać notki z recenzją tego dzieła wątpliwej jakości, mówię Wam jasno: obejrzeć można, ale niekoniecznie w kinie. Teoria wszystkiego zatem nie zachwyca. Moje serce podbiła jednak fenomenalna rola Eddiego Redmayne’a. I tematyka, bo Stephen Hawking wielkim człowiekiem jest. I o tych dwóch panach poniżej w poście.
O Jamesie Marshu wcześniej nie słyszałam. Nie uważam, by film był wybitnie wyreżyserowany, dlatego pominiemy dziś tego pana – najwyraźniej się nie spisał. Ze świetnego materiału na wstrząsający dramat rodzinny lub czarną komedię zrobił… w zasadzie nie wiadomo, co takiego. Przeciętną obyczajówkę? Słabe romansidło? Niepotrzebne skreślić. 
Teoria wszystkiego opowiada nam głównie o miłości Hawkinga do pierwszej żony i tego, co się działo w ich związku, kiedy choroba naukowca potwornie zaczęła dawać o sobie znać. Praktycznie zero aspektów naukowych, niewiele związanych z karierą i popularnością Hawkinga, nieciekawa, wręcz bezpłciowa rola Felicity Jones. A mogła tyle zagrać! Przecież to, co spotkało w życiu Jane Hawking, musiało czynić z nią niezwykle silną psychicznie kobietę, odważną, potrafiącą zawalczyć o to, czego potrzebowała jej rodzina. A przede wszystkim musiała naprawdę z całej siły kochać Stephena Hawkinga. Co zaś w filmie pokasuje Jones? Słabiutki głosik, którym wypowiada w ogóle nieprzekonującą kwestię „Jestem silną kobietą” i naiwne początki związku jej oraz młodego kosmologa. I ta naiwność utrzymuje się, o zgrozo, przez cały czas, do samego końca filmu. Ugh, grrr, bleh. I że ona niby też jest nominowana do tegorocznych Oscarów? Za co, ja pytam? 
Z góry założyłam, że wszyscy wiecie, kim jest Stephen Hawking. Ponieważ mamy siedem miliardów ludzi na Ziemi, trzy i pół miliarda, które chcą być sławne i z pół miliarda, które faktycznie jakąś tą sławą się cieszą*, więc czasem trudno się połapać, kto, co i jak, a Fabrykę dygresji czytają również osoby poniżej 18 roku życia** i może nie do końca zaznajomione z ponad siedemdziesięcioletnimi gwiazdami brytyjskiej astrofizyki, wyjaśnię. Stephen Hawking to urodzony w 1943 roku naukowiec, zajmujący się teorią fizyki i kosmologią. Z powodu jego wybitnych osiągnięć i tak byłby słynny, ale ponieważ od wielu lat walczy z nieuleczalną chorobą, która powinna go zabić w przeciągu dwóch lat od zdiagnozowania (werdykt lekarzy padł, kiedy Hawking miał 21 lat), jest jeszcze bardziej popularny. I słusznie. Chęć do życia tego człowieka jest niebywała. Od bardzo długiego czasu jest kompletnie sparaliżowany i nie może mówić. Ze światem komunikuje się ze światem tylko za pomocą komputera, który odczytuje prawie niezauważalne ruchy jednego z mięśni jego policzka. Taki stan fizyczny nie przeszkodził mu jednak w dokonywaniu kolejnych fenomenalnych odkryć, pisania popularnonaukowych publikacji (m. in. Krótkiej historii czasu, która sprzedała się do końca 2002 roku w 9 milionach egzemplarzy) czy występowaniu w mediach. Hawkinga charakteryzuje również nieprzeciętne poczucie humoru i wielki dystans do samego siebie. 
Ogromnie podziwiam tego człowieka. I jego pierwszą żonę, Jane, która stanowiła jego oparcie przez prawie trzydzieści lat. Poniżej ich zdjęcie ze ślubu zestawione z kadrem z filmu Teoria wszystkiego.
Żeby odzwierciedlić charakter tak niezwykłej osoby, a także ukazać targające nią uczucia w trakcie niewyobrażalnie ciężkiej choroby, Eddie Redmayne musiał się bardzo postarać. A ja jego starania doceniam, i to jak najbardziej! Postać, którą wykreował, jest na samym początku… niezręcznie pociągająca. Redmayne wcielił się najpierw w czarującego, genialnego badacza o błyskotliwym poczuciu humoru i wyszło mu to cudownie. Prawdziwy fenomen aktorski objawia się jednak przy graniu zwiastunów choroby, czyli trzęsących się rąk, upadków, a wreszcie powykręcanych gestów rąk, kuriozalnego chodu, przeraźliwych trudności z mową… 
Cóż, proste. Gra aktorska Eddiego Redmayne’a jest na najwyższym poziomie. Szkoda tylko, że gra w raczej przeciętnych filmach. (Wcześniej dałam mu się oczarować w filmie pt. Mój tydzień z Marilyn, skąd inąd również identycznie przeze mnie ocenionym). Bez wątpienia to bardzo charyzmatyczny, przystojny rudzielec. Został już unohorowany kilkoma nagrodami, m. in. Złotym Globem właśnie za rolę Hawkinga, ale wydaje mi się, że Oscara też powinien zgarnąć. Swoją drogą, do nagrody w tym roku nominowany jest także Benedict Cumberbath, który też kiedyś wcielił się w rolę Stephena Hawkinga i również świetnie mu poszło. A czy Wy macie może jakieś sugestie co do tegorocznych nominacji? Kto powinien wygrać i w jakiej kategorii? Macie swojego faworyta, jeśli chodzi o najlepszy film?

Na koniec zwiastun Teorii wszystkiego i podsumowująca ocena.

Ostatecznie oceniam film, nie grę aktorską. Niestety, nie zostałam oczarowana. Uważam, że film jest po prostu średni, dlatego przyznaję mu 
5/10.
_______________________
* Dane kompletnie z dupy.
** Dane z Google Analytics.

Alejandro González Iñárritu – Birdman

W swoim najnowszym filmie Alejandro González Iñárritu pokazuje, że kinowa era superbohaterów nie jest zbyt zaszczytną w historii filmu. Wręcz przeciwnie. Birdman jest surową krytyką dla hollywoodzkiego kiczu i zgubnej pogoni za sławą czy pieniędzmi, czyli dwoma wartościami tak bardzo oddalonymi od esencji prawdziwej sztuki. Choć niektóre wątki mogą wydawać się niejasne, przekaz jest łatwy do odczytania. Przede wszystkim liczy się rodzina.

Jak oświecił mnie Andre, z którym wybrałam się do kina w ostatni czwartek, zwiastun Birdmana nie oddaje nawet jednej trzeciej fenomenu tego filmu. Faktycznie. 
W roli głównej wystąpił Michael Keaton, wcielając się w postać Riggana Thomsona. Tak jak Keaton, niegdyś grający Batmana w serii z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, tak i Thomson, który zasłynął z roli tytułowego Birdmana, aktualnie potyczkuje się z dramatycznym spadkiem popularności. Odcina się od kasowych hitów i próbuje wystawić sztukę teatralną. Niestety, jeden z jego aktorów nie jest w stanie wystąpić w spektaklu, zaś jego miejsce zajmuje sprawiający mnóstwo problemów ekscentryk, Mike Shiner (boski Edward Norton). To, co ci panowie robią na scenie, jest przykładem gry aktorskiej z najwyższej półki. Film warto obejrzeć choćby dlatego.

Norton,  Iñárritu i Stone
Ponadto w filmie można zobaczyć przezabawnego Zacha Galifianakisa, który zagrał najlepszego przyjaciela głównego bohatera, jego prawnika oraz agenta, Jake’a. Bardzo spodobała mi się także Emma Stone, wcielająca się w rolę córki Thomsona, Sam. Dziewczyna dopiero co zakończyła odwyk. Pracuje z ojcem jako jego asystentka i nawiązuje więź z Shinerem. (Tak bardzo zazdroszczę Emmie Stone tych chwil z Nortonem…)! Bardzo podoba mi się przedstawienie relacji ojciec-córka w Birdmanie. W ogóle takie wątki zajmują szczególne miejsce w moim sercu, patrząc chociażby na Interstellar
Birdman jest czarną komedią, czyli moim ulubionym gatunkiem zarówno w przypadku kina, jak i literatury. Od samego początku trwania filmu do samego jego końca, zdarzały się momenty, podczas których śmiałam się do łez wraz ze wszystkimi innymi uczestnikami seansu, np. kiedy Thomson odsłania opatrunek lub gdy w naprawdę nieoczekiwanym momencie spadający reflektor przyczynia się do zuobożenia obsady sztuki. Ale były też chwile, kiedy znajdowałam się w szoku, doznawałam wzruszenia, lub zastanawiałam się, co dany obraz może znaczyć. A mógł znaczyć naprawdę wiele. I to właśnie w tym filmie również jest świetne.
Iñárritu nie pokazuje gotowych odpowiedzi, raczej po prostu przedstawia problemy, z jakimi spotykają się nie tylko wielcy aktorzy, ale jakie pojawiają się w życiu każdego człowieka. To przemijanie, starcie starej generacji z nowoczesnością, poszukiwanie spełnienia, rozterka między sprawami zawodowymi a życiem osobistym, a także potrzeba akceptacji – przez środowisko, najbliższych oraz samego siebie. Birdman to film i o mnie, i o Tobie, a jeśli nie uważasz tak teraz, to pojmiesz to w niedługiej przyszłości.

| BIRDMAN City Poster | HollywoodMichael Keaton Plays A Superhero Has-Been in Teaser for Inarritu's 'Birdman'|Filmmakers,Film Industry, Film Festivals, Awards & Movie Reviews | Indiewire2015 Producers Guild of America Awards Nominations - Rotten Tomatoes

A sposób realizacji? Cudowny! Scenografia oraz sposób prowadzenia kamery w taki sposób, że wszystko wydaje się być nakręcone bez żadnych cięć, jest nie tylko majstersztykiem samym w sobie, bo i pasuje do aktualnych nastrojów głównego bohatera. Ciekawe jest też tło muzyczne, tworzone niemal tylko i wyłącznie przez perkusistę, który od czasu do czasu pokazuje się nawet w kadrze. Birdman przypomina bardziej sztukę teatralną niż film, co zdecydowanie dodaje temu dziełu wyrazu oraz oryginalności. 
Jeśli chcesz się uraczyć naprawdę dobrym filmem, pośmiać się, pozastanawiać i doświadczyć mnóstwa ciekawych emocji, polecam wybranie się na Birdmana
9/10

Odlotowy „Grand Budapest Hotel” – reż. Wes Anderson

Na arcydzieło, jakim jest według mnie Grand Budapest Hotel w reżyserii Wesa Andersona, trafiłam całkiem przypadkiem. Nie pamiętam jak. Grunt, że dałam się kompletnie oczarować bajkowej scenerii, niesamowitej historii, czarnemu humorowi oraz fikuśnym losom przerysowanych bohaterów. Jeśli obejrzycie, nie pożałujecie, a może nawet będziecie tak zachwyceni, jak ja, choć zaznaczam: nie jest to kino dla każdego. Tu nie poleje się krew i nie będzie ostrego seksu. To zupełnie inna bajka.
Pierwszy raz stykam się z Wesem Andersonem. Tak, jestem najwyraźniej zacofana, bo przecież słyszałam o podobno cudownych Kochankach z Księżyca, ale miałam ich głęboko gdzieś. Pewnie dlatego, że Edward Norton biega po planie przebrany za harcerza. Czy gdyby YouTube podpowiedział Wam coś tak cudownego, potrafilibyście odmówić takiej propozycji?

To, co widzicie, to tylko kilka wycinków z tego majstersztyku, przybliżenie fabuły. Jest sobie hotel, a w nim goście, którymi zajmuje się konsjerż (zawsze jest miło poznawać nowe słowa) wspierany przez boya hotelowego. Konsjerż nazywa się Pan Gustave, a jego zdecydowanie tyleż samo wspaniałą co przebarwioną postać, gra Ralph Fiennes. Pomaga mu zaś cichy, skromny, lecz niebywale pracowity Zero Moustafa, w którego rolę wcielił się niejaki Tony Revolori. W filmie pojawia się ogrom gwiazd, które bardzo cenię, między innymi F. Murray Abraham, uwielbiany przeze mnie od czasów Amadeusza, fenomenalny Adrien Brody, napawający mnie często lękiem i wstrętem, ale świetny Willem Dafoe, słodki Jude Law, również lekko mnie przerażająca Tilda Swinton, a także, co typowe dla produkcji Wesa Andersona, Bill Murray, Edward Norton (ach, och!) i przyjaciel reżysera, Owen Wilson. Ponadto, jak wyczytałam na Filmwebie, to właśnie Wilson zaraził Andersona miłością do filmu. Ciekawe, prawda? A najciekawsze jest to, że to dzieło, które obroniłoby się nawet, gdyby w obsadzie nie znalazło się ani jedno z wyżej wymienionych nazwisk. Co więcej, śmiem twierdzić, że nie potrzebowałoby żadnego wybitnego aktora, by dalej być tak zabawnym i pięknym, jednak kunszt artystów, którzy wzięli udział w produkcji, jest wisienką na torcie. Innymi słowy: role nie są skomplikowane do zagrania i każdy mógłby się wcielić w takiego Pana Gustave. Moim zdaniem, im postać bardziej przerysowana, tym łatwiejsza do zagrania (wyjąwszy Jacka Sparrowa). Tyle że fenomenalna praca aktorów zatrudnionych w tym dziele jest akurat wisienką na torcie wielowarstwowym, monstrualnym, nabitym kremem i przyozdobionym mnóstwem marcepanowych ozdób. Oraz oblanym lukrem i czekoladą. A może nawet tęczową polewą. Jeżeli nie lubicie słodkości, nie przejmujcie się. Tort nie jest przesłodzony. Jest po prostu bardzo sycący. I zamiast rozwlekłych, kiepskich momentów romantycznych uniesień, mamy mnóstwo czarnego humoru oraz pokręconych sytuacji.
Pan Gustave ma nietypowe gusta. Kręcą go kobiety bogate, a przy okazji dobijające dziewięćdziesiątki. Wszystkie one są jego przyjaciółkami, z którymi utrzymuje kontakty seksualne. Ponieważ pasjonują go kosmetyki, włącznie z lakierami do paznokci, pada podejrzenie, jasno wypowiedziane w filmie, że najsłynniejszy konsjerż w tej części Europy jest biseksualny. A przy okazji niezastąpiony. Załatwi wszystko, zawsze, z każdym. A pod swoje skrzydła bierze Zero, młodego uchodźca. I lada chwila zaczyna się wielka przygoda, bo jedna z przyjaciółek Pana Gustave nagle umiera i zapisuje mu bezcenne dzieło sztuki. Rodzina zmarłej oskarża konsjerża o zamordowanie kobiety. Co robi Pan Gustave? Wykrada to, co mu się należy zgodnie z ostatnią wolą kobiety, a później dalej jest cudownie bezczelny i nieobliczalny, mimo że po drodze ląduje w więzieniu.
Dlaczego ten film jest majstersztykiem, mimo że fabuła nie jest jakaś odkrywcza?
Bo wszystkie sztampowe motywy zostały wykorzystane w filmie właśnie na sposób sztampowy. Anderson nie silił się na kombinatorstwo. Okazuje się, że to, co spodobało się dziewięćdziesiąt dziewięć razy, podoba też się po raz setny.
Ponadto film ogląda się tak, jakby nie oglądało się filmu, tylko czytało książkę. Mamy wyjątkowego narratora historii. Widz poznaje zakończenie historii na wstępie, a później cofa się razem z opowieścią i otrzymuje pełny obraz sytuacji oraz stopniowo rozwiązanie każdej zagadki.

Poza tym mocną stroną Grand Budapest Hotel jest też jego realizacja. Co łączy wszystkie te kadry, hm?
Bingo. Chodzi o symetrię. Oczywiście sama na to nie wpadłam, po prostu kadry wydały mi się bardzo ładne, a dopiero później, gdy poczytałam trochę o kinie Wesa Andersona, zostałam uświadomiona o dbałości reżysera.

A język? Och, język! Wypowiedzi bohaterów są tak kwieciste, że zawstydzą niejednego współczesnego erudytę. Ubolewam, że w naszych czasach szacunek do mowy został zepchnięty na daleki margines.
Dobrze. Wisienką na torcie była gra aktorska. W takim razie płonącą flarą pośrodku ciasta niech stanie się kompozycja szkatułkowa. Nie pamiętam, bym w najbliższej przeszłości miała do czynienia z filmem tak pięknie spiętym przez klamry kompozycyjne.

I mogłabym jeszcze dłużej zachwycać się tym arcydziełem, gdyby nie to, że chcę zostawić kilka kąsków dla Was. Odkryjcie Grand Budapest Hotel po swojemu. Bez przewodnika. I napiszcie, co myślicie na jego temat.
9/10

Noworoczna recenzja: „Bogowie” Palkowskiego

Jaki jest doktor Gregory House, każdy wie. Mistrz sarkazmu, błyskotliwy geniusz, nieposkromiony ekscentryk i dobry nauczyciel. Ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że my, Polacy, możemy pochwalić się lekarzem lepszym nawet od House’a, bo, przede wszystkim, naprawdę istniejącym. Czy postać profesora Zbigniewa Religi została wiernie przedstawiona w najnowszym filmie reżyserii Łukasza Palkowskiego? Nie mnie oceniać. Ważne, że Bogowie to kolejny film, który odwodzi mnie od mojego starego, infantylnego poglądu, że polskie kino jest słabe.
W połowie grudnia razem z Matim zrobiliśmy sobie czwartkowy popkulturalny wieczorek z Kinder Bueno. (Ciekawe, skąd teraz będę pozyskiwać papierki na tańsze bilety, skoro jestem na diecie? Oto jest pytanie)! Zgodziłam się na obejrzenie Bogów tylko dlatego, że Dziupla wcześniej całkiem chwaliła sobie ten film (potwierdza się: poczta pantoflowa najsłuszniejszą reklamą!), ale pierwszy raz nie widziałam zwiastunu przed pójściem do kina i trochę się obawiałam. Polski film? Biograficzny? Z Kotem w głównej roli, i to nie komediowej? Myślę, że gdybym obejrzała poniższą multikinowską zajawkę, wątpliwości by nie zniknęły. Jest bardzo przeciętny w zestawieniu z całością utworu i raczej nie oddaje jego klimatu.

Na szczęście jest i zwiastun właściwy:

Z twórczością Łukasza Palkowskiego nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, choć nie do końca. Słyszałam bowiem o serialu 39 i pół z Tomaszem Karolakiem, a także widziałam nudny jak flaki z olejem kilkuminutowy fragment Galerii. Jak dobrze, że nie kojarzyłam ani trochę tego pana, bo wtedy, kierując się uprzedzeniami jak każdy stereotypowy Polak (co swoją drogą również jest stereotypem – trzeba to zmienić!), ominęłabym bardzo dobry film.
Kto to był profesor Religa? Facet od pierwszego w Polsce udanego przeszczepu serca. Na pewno kojarzycie zdjęcie, które znalazło się w National Geographic po bardzo długiej, wyczerpującej operacji przeszczepu serca u pana, który żyje do teraz, mając rocznikowo osiemdziesiąt dziewięć lat. Operujący go profesor Religa umarł zaś w roku 2009. 
W filmie jego postać grana przez Tomasza Kota została zaprezentowana w dosyć kontrowersyjny sposób. Ci, którzy znali profesora Religę, ci mogą się wypowiadać o wizji Palkowskiego, czy była wierna rzeczywistości, czy też przesadzona. (Spotkałam się z wieloma opiniami, że reżyser po prostu musiał podkoloryzować, żeby film się sprzedał, ale osobiście nie jestem tego taka pewna. Doświadczenie mówi mi, że im większy geniusz, tym większe jego odchylenia od normy). Ekranowy Religa to ekscentryk, który nie bawi się w takie prozaizmy jak podjęcie próby zapanowania nad własnymi emocjami – nie ma na to czasu, musi ratować ludzkie życie. Widzimy go, jak niszczy aparat telefoniczny i zwalnia swoich pracowników po kilka razy, targany wściekłością. Wydaje się być jednak dobrym człowiekiem. Oddanych asystentów zawsze później z powrotem przyjmuje na etat. Pije kawę czarną i gęstą jak smoła, by nabrać energii, a żeby ukoić nerwy, często topi smutki w barze, wlewając w siebie litry wódki. Walczy o powodzenie swojej misji, chociaż wszędzie napotyka ogromne przeszkody – a to konserwatywnych starszych kolegów lekarzy, a to nie ma pieniędzy na wykończenie kliniki, a to kolejny raz operacja nie wychodzi… 
Kot zagrał dobrze. Bez rewelacji chyba, ale też i nie najgorzej. Podziwiam go za bezustanne chodzenie wszędzie z papierosem i palenie w prawie każdej scenie, bo mnie po godzinie seansu zachciało się wymiotować. Szczęśliwie po jakimś czasie przeszło. Cały czas tylko lekko przeszkadzał mi jego wzrost. Ale to chyba trochę rasistowskie.
Na wyróżnienie dla mnie zasługuje aktorka grająca żonę głównego bohatera, Magdalena Czerwińska. Często jeszcze spotykam się z opiniami, że aktor jest wtedy dobry, kiedy żywo gestykuluje, a jego bogata mimika wyraża zawsze odpowiednie uczucia. A przecież to pogląd sprzed stu lat, kiedy powszechne było kino nieme. Dla mnie oszczędność Czerwińskiej jako Anny Religi i w gestach, i w dialogach, i w mimice, była bezcenna. Tak naprawdę nie miała dużego udziału w akcji, ale jej duch był obecny przez cały czas. Ciężko miała pani profesorowa, oj ciężko, bo musiała dzielić się początkowo mężem z jego inną miłością, chirurgią. Później też miała ciężko, lecz nie dzieliła się mężem. Chirurgia stała się dla niego numer jeden, a ona dzielnie udźwignęła ten ciężar, pomagając ukochanemu za każdym razem, kiedy tego potrzebował. Godne podziwu? Bohaterska męczennica czy słaba i uległa dusza, która za szybko pogodziła się z losem? Jak sądzicie?
Film trwa niespełna dwie godziny, a akcja jest bardzo wartka, więc upływ czasu jest właściwie niezauważalny. Zdjęcia świetne, muzyka – również całkiem okej, raczej nie PRL-owska, tylko w rytmie amerykańskiego rock’n’rolla. Wśród utworów wykorzystanych w soundtracku znalazł się m.in. słynny kawałek Joan Jett. Czasem tylko było jej za dużo. W filmie znalazły się momenty na tyle dramatyczne, że wystarczyła zwykła cisza, by najlepiej podkreślić uczucia bohaterów. 
Dodatkowe plusy to klimat schyłku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wraz z wszystkimi gadżetami wykorzystanymi w scenografii oraz zachowaniem aktorów i sporo humoru, w czym sporo udziału miały kąśliwe teksty profesora Religi. Na przykład

Dlaczego z czystym sumieniem polecam Wam Bogów?
Ponieważ to kolejny z filmów, który udowadnia, tak jak wcześniej już wspomniałam, że polskie kino to może być dobre kino. Dzięki seansowi można poznać sylwetkę jednego z najsłynniejszych na świecie Polaków, a przy okazji pośmiać się i powzruszać. Urodzeni na początku lat dziewięćdziesiątych i później, mają okazję do spotkania z rzeczywistością schyłku Rzeczypospolitej Ludowej, a wszyscy mogą obserwować, jak wiele kosztuje osiągnięcie celu, jak bardzo człowiek może się zgubić w drodze do zrealizowania swoich ambicji, ale jak dobrze jest, gdy odnajdzie się i spełni wszystko to, co sobie początkowo założył. 
Ten film jest jak najbardziej wart obejrzenia.
8/10