Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Mail

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.

Michał Witkowski – Wymazane

Michał Witkowski – Wymazane

Mama mnie zapytała, o czym ta nowa książka Witkowskiego. O bardzo przystojnym chłopaku, który uwielbia uprawiać seks z kobietami po sześćdziesiątce, odpowiedziałam grzecznie. A jaka jest prawda? Oto bandycka historia o ruchaniu, hajsie, okropieństwie drugiej wojny światowej i świństwach współczesności. Zapraszam na krótki tekścik o Wymazanym Michała Witkowskiego!

Jeśli jeszcze nie znasz Michaśki, znanej jeszcze niedawno w świecie blogerek modowych jako Miss Gizzy, powinieneś szybko nadrobić braki. Michał Witkowski to według mnie bardzo dobry pisarz, przedni bajarz i absolutny mistrz robienia wokół siebie zamętu. Artysta, chyba pracowity (12 powieści na koncie!) i taki jakby swój. Bo zaliczył kiedyś okropnąwpadkę medialną, nie za dobrze z niej wybrnął, ale mówi się trudno i żyje się dalej. I dostaje się po raz kolejny nominację do Nagrody Nike! Za Wymazane właśnie.

Wymazane to miasteczko na wschodzie Polski, przez które przepływa rzeka Wymazana. Wyrasta nie do końca zwyczajnie pomiędzy Lasem W Którym Rosną Same Trujaki a parkingiem dla tirów Tijuana. To ono jest głównym bohaterem książki, zaraz obok Damianka, przepięknego chłopaka z zamiłowaniem do prozy Michała Witkowskiego oraz starych bab. Najlepiej grubych i spoconych, bo w takich gustuje najbardziej. A jeśli są jeszcze bogate, jak Alexis, miejscowa bizneswoman, to już w ogóle cudownie.

Akcja Wymazanego nie posuwa się naprzód w galopującym tempie, bo prawie jej nie ma. Są za to opowieści, snute przez Witkowskiego językiem pięknym, bo wręcz ludowym. Pisarz jest mistrzem naśladowania mowy bab z bazaru. W sumie… Sam taką trochę przypomina. Dlatego wykreowane przez niego w Wymazanym postaci są do bólu autentyczne, ze swoją brzydotą, nadwagą i wielkimi, błyszczącymi marzeniami.

Najjaśniej błyszczy oczywiście Alexis, której marzenia udało się zrealizować. Wychowana w powojennej Warszawie, ciężko walcząca o przetrwanie swoim sprytem i rozwartymi udami, wygrywa, czyli, mówiąc konkretniej, dorabia się milionów. Za ich sprawą Damian trafia nawet na Malediwy, ale nie będę Wam już ujawniać szczegółów fabularnych. Sami przeczytajcie, bo warto. A dlaczego?

Ponieważ jest to błyskotliwa, prześmieszna, momentami lekko gorsząca, ale wciąż wspaniała, groteska. Na ludzkie umiłowanie pieniędzy i sławy oraz… na jego brak. Na przesadną ambicję oraz totalne zgnuśnienie. Na bycie gwiazdą Instagrama i na niebycie nią. Na starość i na młodość.

To jest książka pełna kontrastów, która wyśmiewa wszystko dokoła, nawet samą siebie. Witkowski bardzo często przywołuje w niej swoją postać oraz inne popełnione przez siebie utwory. Dlatego można się świetnie bawić podczas jej lektury, a potem zastanowić: to dokąd zmierzamy? To po co tyramy całe życie, skoro inni mogą bogato się ożenić, jak Damianek, i fruwać po całym świecie? A co jeśli przez zbytnie zaangażowanie się w karierę zapomnimy o miłości? Gdzie na stare lata odnaleźć ukojenie? Co wtedy z zaspokojeniem pożądania?

Reasumując, super język, mnóstwo prześmiesznych ale i wstrząsających historii, barwne wydarzenia, ciekawi bohaterowie i… to się po prostu zajebiście dobrze czytało, wiecie? Tyle w temacie.

Polecam z czystym sumieniem.

Wasza

 

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Andrzej Mathiasz – Druga rzeczywistość

Zazwyczaj, kiedy oglądam film sensacyjny, nie zakochuję się w głównym bohaterze. Wolę postaci drugoplanowe, tych słodkich fajtłapowatych pomagierów, grzeszących raczej intelektem niż siłą mięśni i wspaniałomyślnością. To samo w książkach. Im mniej jakiejś postaci, tym jest po prostu ciekawsza. Ale oto nadszedł czas, bym zmieniła punkt widzenia, bo w Drugiej rzeczywistości autorstwa Andrzeja Mathiasza taki właśnie bohater gra pierwsze skrzypce.

Tom Clark to młody, światowej sławy haker, który staje się szefem Cieni. Ich zadaniem jest ochrona najpotężniejszego we Wszechświecie wirusa, za pomocą którego wojsko chce stworzyć broń masowego, informatycznego rażenia. Jak to jednak w życiu bywa, broń zwraca się przeciwko swoim twórcom, opanowując po kolei każdą, najmniejszą nawet dziedzinę życia, by dokonać całkowitej zagłady ludzkości. Pokonać wirusa może tylko Tom Clark, który…

Ginie na pierwszych stronach książki.

Co za niefart.

A jednak. Jakimś cudem (być może cudem techniki albo siły wyższej, sprawdźcie sami), Tom powraca. Nie powiem na temat rozwoju fabuły już nic więcej, ale jest naprawdę ciekawie. Jeśli jesteście miłośnikami dobrej rozrywki w formie sensacji z odrobiną romansu i fantastyki, szybkiej akcji z mnóstwem niespodziewanych zwrotów oraz mocno zarysowanych charakterów, zdecydowanie jest to książka dla Was.

Ale to nie wszystko. Bo gdyby to było na tyle, pewnie nie zadałabym sobie trudu pisania o tej książce. Księgarnie w końcu pękają w szwach od zatrzęsienia lektur, które przynoszą tylko i wyłącznie kilka chwil relaksu.

Druga rzeczywistość jest książką niekonwencjonalną, skłaniającą nas do refleksji, ale niezbyt ciężkiej, nie obawiajcie się. Zamiast tego: zastanówcie się.

Jak zaczynacie dzień?

Pewnie wstajecie z łóżka, obudzeni dźwiękiem budzika, wydobywającego się z Waszego telefonu. Włączacie laptopa, by sprawdzić maile, idziecie do łazienki, gdzie używacie może elektronicznej szczoteczki, a później, w kuchni, robicie sobie kawę z nowego ekspresu, który także jest w pewnej mierze elektroniczny. W drodze do pracy albo zakładacie na uszy słuchawki, słuchając muzy ze Spotify’a, albo w samochodzie korzystacie z funkcji inteligentnego parkowania. Aplikacja Endomondo mówi Wam, ile kilometrów przebiegliście na podstawie sygnału GPS-u, więc po chwili dzwoni do Was przyjaciółka, czy może do Was dołączyć, bo akurat jest w pobliżu z dzieckiem w parku, więc poplotkujecie sobie troszkę. Potem lądujecie niefortunnie w McDonalds, bo dzieciakowi zachciało się shake’a, a Tobie wibruje smartfon, prosząc, byś ocenił restaurację i wrzucił do sieci kilka fotek. Wieczorem podczas przeglądania Facebooka pojawiają ci się reklamy dokładnie tych sukienek, o której rozmawiałaś dwie godziny wcześniej z kumpelką. Hmmm…

Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała mi, że Norwegia ma być pierwszym krajem, z którego znikną papierowe pieniądze i w zupełności zastąpi je waluta elektroniczna. Ja przepraszam bardzo, ale czy bezdomni będą łazić po Norwegii z terminalami w kieszeniach?

I co, jeśli wkradnie się wirus, który zmieni szyfrowanie w bankach i z plusa na koncie uczyni minus?

Po lekturze Drugiej rzeczywistości moja paranoja jeszcze przybrała na sile. Bo skoro Andrzej Mathiasz, artysta, człowiek kultury, pisarz i filmowiec, z takimi szczegółami potrafi opisać szereg niefortunnych zdarzeń, które mogą bardzo szybko doprowadzić do zagłady ludzkości, to myślę sobie: co z prawdziwymi hakerami? Co z tymi, którzy pracują dla Rosji, Chin i USA i zajmują się podobnymi działaniami? Znacie tę zasadę: jeśli jeden człowiek na coś wpadł, taka rzecz już pewnie została wymyślona i udoskonalona przez innego człowieka, dużo wcześniej.

Jak więc zatrzymać tę nieszczęsną, samonapędzającą się przez media społecznościowe mroczną karuzelę?

Po pierwsze: przeczytać książkę Druga rzeczywistość Andrzeja Mathiasza. (Niepozbawioną oczywiście drobnych wad, takich jak chociażby drażniące fuck wypowiadane co chwila przez detektywa Skalsky’ego — skoro książka jest po polsku, to czemu po prostu nie nasza rodzima kurwa?, na które wszak można przymknąć oko z powodu czarującego głównego bohatera).

Po drugie: przywiązywać uwagę do błahostek. Wiem, czasami jesteśmy zbyt leniwi, ale przeczytajmy chociażby ten artykuł i zmieniajmy od czasu do czasu nasze hasła. Pamiętam, kiedy na WTK 2015 mojego laptopa zaatakował wirus i zaczął zjadać mi pliki tylko dlatego, że nie miałam zainstalowanego aktualnego antywirusa na komputerze. Wiecie, ile dobrych tekstów poszło w cholerę?

Po trzecie: zastanowić się nad tym, co publikujemy w Internecie, po co i kto może być tego odbiorcą.

Reasumując, myślcie i czytajcie, zwłaszcza takie pomysłowe, niebanalne książki, bo choć temat dosyć oklepany, to ubrany w niebanalne przemyślenia i mnóstwo oryginalnych konceptów.

Za możliwość lektury z całego serca dziękuję Autorowi.

Polecam i pozdrawiam!

Wasza

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku:

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Już ponad rok temu pisałam, jak bardzo boję się starości. Od tego czasu nic się nie zmieniło, może tylko pomogłam kolejnym pięciu staruszkom wnieść torbę do tramwaju. Potem przeczytałam Rdzę Jakuba Małeckiego, w której poznajemy waleczną, twardą babcię Tośkę, a teraz skończyłam lekturę Krótkiej wymiany ognia Zyty Rudzkiej, traktującej o końcówce życia delikatnej poetki Romy. I co z tą moją gerontofobią? Osłabła czy wręcz przeciwnie?

Najpierw dowiedzmy się, o czym w ogóle opowiada Krótka wymiana ognia.

O starej babie, która przed chwilą była młoda. O kobiecie, która przypomina sobie, że miała marzenia i ambicje, że kochała całą sobą, i to jeszcze przed chwilą. A teraz ma zmarszczki, stosy piguł na nocnym stoliku i kłopoty z zasypianiem. Roma jest sławną poetką. (Szczęściara, udało jej się wejść na piedestał liryczny w tym kraju, pogratulować sukcesu, chociaż kiedyś chyba było to łatwiejsze niż teraz). Jest matką, ale córka od niej uciekła. (Pogratulować córce odwagi, ja na przykład z tchórzostwa bym tego nie zrobiła). Jest rozwódką, bo kochała swojego męża, ale on wolał inną. (Nie ma czego gratulować mężowi, tak się zdarza, trudno). Była córką, a jej matka uczyniła Romę taką, jaką opisała ją Zyta Rudzka.

Processed with VSCO with c1 preset

Wracam do miasta, do mieszkania, do zatyczek do uszu, proszków na sen, czopków na hemoroidy, tych wszystkich insygniów mowy detronizacyjnej, złożonych na krzyż w szafce nocnej.

Śmierć zbliża się sporymi krokami, więc Roma wspomina całe życie i postanawia odszukać córkę. W międzyczasie stwierdza, że być może spotka się z jednym z młodszych wielbicieli na małe co nieco. I tak, mam na myśli deser, ale nie chodzi o jedzenie.

W kwestii głównej bohaterki znalazłam na lubimyczytac.pl taki oto komentarz:

mariolka

Śmiem się nie zgodzić, bo bohatera literackiego ocenia się tak łatwo jak żywą osobę. I uważam, że wymaga to bardzo niewiele wysiłku. A zachowanie głównej bohaterki powinno nam dostarczyć raczej bodźca nie do kolejnej oceny, a przemyślenia własnej życiowej sytuacji. Czy my zawsze jesteśmy zdecydowani? Czy potrafimy być zawsze fair? I co z miłością? To co, można kochać tylko jedną osobę, a świat jest czarno-biały? Czy kiedy wybije ostatnia godzina naszego życia, będziemy mogli się nazwać bohaterami epoki? Nie sądzę. Raczej będzie nam zdecydowanie bliżej do starych idiotów.

Kwestia języka jest taka, że podobało mi się sprawne zastosowanie przez Zytę Rudzką regionalizmów, zwłaszcza w monologach matki Romy. I zgodzę się, że tekst przekazywał bardzo dużo emocji, acz nie oryginalny język go przekazał. Po prostu opisane wydarzenia. Bo język jest sprawny, współczesny, elastyczny, ale nie szokuje specjalnie. Czytało się szybko i całkiem przyjemnie.

Gdybym nie czytała wcześniej Rdzy, pewnie Krótka wymiana ognia by mną wstrząsnęła. A tak tylko wkurwiła. Ponieważ jestem przekonana, że za kilka chwil otworzę oczy i będę stara. I nie przestanę wówczas być kobietą. Będę pożądać, tak jak Roma, z serca wylewać się będzie niespożytkowana miłość, a to już o krok od zawału.

Co innego w głowie miała. Miała strach, miała miłość, miała kiełbie we łbie.

Dlatego pomimo tego, że Krótka wymiana ognia jest książką piękną, zarówno zewnętrznie – maleńki, skromny acz gustowny egzemplarz – jak i wewnętrznie – bo forma tekstowa jest naprawdę bardzo dobrze wykrojona, to nie darzę jej sympatią. Pogłębiła zdecydowanie mój lęk przed starością. Życie jest cholernie ciężkie. Przerażajace. Bycie kobietą ma w siebie wpisane ogromne cierpienie.

Źle mi ze sobą. Ciężko. Ale mam w sobie decyzję.

Zyta Rudzka

To może nie warto czytać Krótkiej wymiany ognia? Po co się dołować?

Wręcz przeciwnie. Dobrze jest czasami pożyć problemami innych ludzi, a potem zamknąć książkę i uświadomić sobie, że to tylko fikcja. Warto wtedy pokontemplować siebie. Po to jest moim zdaniem ta ładnie napisana, krótka książka, powieść rzeczka. By zastanowić się nad ulotnością swojego życia. By zrozumieć, że jego koniec nie jest końcem całkowitym.

Myślałam: po takiej zimie wiosny nie będzie. A była.

Wiele w Krótkiej wymianie ognia pięknych zdań. Ale mnie najbardziej spodobało się to powyższe. Śmiejcie się, że proste, banalne, wcale nie jakieś artystyczne. Ale w prostocie siła.

Za możliwość recenzji bardzo dziękuję

 WAB--logo_100px_72dpi

 

Jakub Małecki – Rdza

Jakub Małecki – Rdza

Skończywszy Rdzę Jakuba Małeckiego, pomyślałam, że nic w życiu nie ma sensu, nawet czekanie na śmierć, lepiej sobie od razu strzelić w głowę i po sprawie. Chciało mi się płakać nad losem bohaterów i własnym życiorysem, nad bolączkami całego świata i ludzką niesprawiedliwością. Ale potem przypomniał mi się najważniejszy element tej całej układanki, Rdzy i własnej egzystencji. Facet, który gołymi rękoma zabił niedźwiedzia podczas ucieczki z zesłania na Syberię. Tak. To dla niego przede wszystkim warto było przeczytać tę książkę.

Ale, rzecz jasna, nie tylko.

O Jakubie Małeckim coś tam słyszałam, ale mało, dlatego postanowiłam sięgnąć po tak chętnie promowaną na rodzimym bookstagramie Rdzę. Zapoznawszy się z krótkim biogramem autora na skrzydełku książki, zdziwiłam się, że Małecki publikował już chyba we wszystkich czytanych przeze mnie czasopismach, dostał kilka zacnych nominacji (w tym do Angelusa i NIKE), a ja dalej nie bardzo potrafię dopasować jego buzię do stworzonych przez niego tekstów. Zatarłszy ręce, przystąpiłam do zacierania własnej ignorancji.

Zacieranie trwało łącznie trzy dni. Najpierw pospieszne przejrzenie tekstu, podniecenie się pierwszymi słowami, potem zrzucenie książki za łóżko i szukanie jej przez kilka dni (czasem zastanawiam się, czy w wieku 25 lat nie mam już pierwszych objawów starczej demencji). Wreszcie porządki, wyciągnięcie Rdzy z mrocznej szczeliny wypełnionej kurzem i niepamięcią, a potem utonięcie w tekście na dwa kolejne, przepełnione emocjami wieczory.

Dzięki nim poznałam głównych bohaterów, Szymka i Tośkę, z która dodatkowo bardzo się zżyłam. A także cały zastęp drugoplanowych postaci, takich jak Doktor, Hołowczyc, Eliza, Budzik, ojciec Budzika, Drews, Sabina… Wszyscy żyją w Chojnach, wsi pod Chełmnem, w którym w czasach drugiej wojny światowej Niemcy zbudowali obóz zagłady. Zapach palonych ciał towarzyszy trzem pokoleniom mieszkańców w różnej formie, tak samo jak tytułowa rdza, wkradająca się w żywoty przedstawicieli opisywanych w książce rodzin.

Tośka jako mała dziewczynka ucieka przed bombardowaniem i znajduje w lesie rękę trupa, a potem zakochuje się w Niewidzialnym Człowieku. Dlaczego Niewidzialnym? Jej córka, Eliza, rodzi się i umiera, a przedtem, choć początkowo nie widzi w tym sensu, rodzi syna, Szymona, który stanie się potem Jaszczurem. Dlaczego Jaszczurem? Rodzina Budzikiewiczów walczy z rosnącą obok domu topolą, i choć początkowo czytelnik zadaje sobie pytania: po co, na co, dlaczego, wraz z dynamicznym, choć nie gwałtownym rozwojem fabuły, dowiaduje się. Wszystkie wątki splatają się w całość. Każdy opisany obiekt – topola, pistolet, siekiera – ma znaczenie. Losy każdego nawet najmniejszego bohatera rzutują na historię innych postaci, nieważne, czy w połowie XX wieku, czy na początku drugiego dziesięciolecia wieku XXI. I nawet jeśli nie wszystko zostaje wyjaśnione, to czytelnik podświadomie rozumie, dlaczego tak się stało. A jeśli nie, to i jeszcze lepiej. Nie wszystko da się wytłumaczyć.

Tym, czego jednak będę się trzymać, to legendarny prapradziadek Szymka, Lucjan. Jego historia w rodzinie Stawnych o tym, jak gołymi rękoma zamordował potężnego niedźwiedzia i sam to starcie ledwo przeżył, no ale przeżył, a niedźwiedź nie, daje siłę kilku pokoleniom ludzi. Jeżeli dziadek Lucjan potrafił uciec z Syberii, pokonać dzikie, niebezpieczne zwierzę, to czymże są problemy współczesnych Stawnych? Tak sobie dodają otuchy po kolei członkowie rodu. I wydaje mi się, że tego właśnie potrzebujemy w XXI wieku. Autorytetów. Pokolenie milenialsów łatwo zapomina o tym, że na świecie, poza nimi samymi, są ludzie silniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi. I niekoniecznie są wtedy konkurentami. Mogą się stać w łatwy sposób wzorami do naśladowania. Natchnąć nas siłą do działania i zainspirować do pokonywania kolejnych trudności.

No bo pomyślcie sobie: facet. Zabił. Niedźwiedzia. A wy nie potraficie powiedzieć szefowi prosto na ryj, że wam nie odpowiada jego zachowanie? 😉

Proszę, przeczytajcie Rdzę, bo oceniam ją 9/10 i bądźcie ludźmi, którzy pokonują każdego dnia złe niedźwiedzie.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non za egzemplarz recenzencki.

 

Sine qua non logotyp

Wydawnictwo SQN