Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Kalmary w cieście smażone w głębokim tłuszczu. Lody o smaku Kinder Bueno, krewetki z zakręconymi frytkami, kulki serowe w panierce, camembert z grilla, Nutella… Oto moje myśli z wczoraj przed zaśnięciem. Tak bardzo chciałabym zjeść coś tłustego i słodkiego! Ale jak moja udręka ma się do Dietolandu autorstwa Sarai Walker?

Bohaterka książki, zabawna, nieco zgryźliwa Plum, postanawia przejść operację zmniejszenia żołądka. Waży ponad sto trzydzieści kilogramów i ma dość ludzi, którzy nie szanują jej z powodu nadwagi. Poznaje jednak w pewnym momencie Verenę, która zmienia spojrzenie Plum o 180 stopni. Okazuje się, że chude kobiety również nie są szanowane. Tak samo jak te z większym lub mniejszym nosem, o ciemniejszej lub jaśniejszej skórze, te które się malują albo w ogóle unikają makijażu…

Sama historia Plum nie jest aż tak ciekawa jak to, co dzieje się niejako na drugim planie akcji książki. To pewnie dlatego Dietoland został nazwamy mianem Fight Clubu w wersji kobiecej. (Chociaż moim zdaniem Fight Club, mimo że się w nim ostro leją po mordach, jest filmem, który tak samo będzie się podobał i kobietom, i facetom). Wyobraźcie sobie, że na całym świecie zaczyna działać tajna organizacja o nazwie Jennifer. Przynależące do nich kobiety wymierzają sprawiedliwość tym, którzy je skrzywdzili, m. in. gwałcicielom i mordercom, którzy wykręcili się z więzienia.

Czyta się więc szybko i bardzo ciekawie, choć nie jest to przyjemna lektura, bo cierpienie kobiet całego świata skondensowane na nieco ponad 410 stronach zdecydowanie udziela się czytelniczce. Ogólnie uważam, że potencjał na rozwinięcie akcji był ogromny i Sarai Walker wykorzystała go w niewielkiej mierze. Skończywszy czytanie, pomyślałam: tak, Emilka, zrobiłabyś to dużo lepiej. Ale machnę na to ręką, bo Dietoland to książka, która naprawdę zmieniła moje życie. W dwóch niesłychanie ważnych aspektach.

Miałam awersję do grubasów. Uważałam, że skoro sama mam kilka kilogramów nadwagi, to przynależę do grupy osób ważących zarówno 5 kg ponad normę, jak i 150, więc mogę się wypowiadać za wszystkich. Nie cierpiałam swojego ciała, ledwo patrzyłam na nie pod prysznicem. Ponieważ mój wygląd był efektem zajadania problemów i stresów słodkościami oraz fastfoodami, przeświadczona byłam o tym, że otyłość jest wynikiem albo głupoty (bo jak można tak o siebie nie dbać?! żeby tak karygodnie wyglądać?!) albo tego, że ktoś ma nie po kolei w głowie i jego nieszczęście uwypukla się w oponie wokół pasa.

Dietoland wyleczył mnie z tego błędnego myślenia. Naprawdę nie liczy się to, jak człowiek wygląda czy ile waży. Istotne jest jego zdrowie, a to na pewno nie będzie w 100% ok, gdy zewsząd taka osoba będzie słyszała kąśliwe bądź agresywne uwagi na swój temat. Poza tym walka z pokusami takimi jak McFlurry jest i tak uciążliwa, po co jeszcze się z ludźmi użerać? 🙁

Wsparcie i szacunek zamiast agresywnej motywacji, która na dłuższą metę po prostu nie działa. Oto pierwsze, co się u mnie zmieniło po lekturze książki.

Ponadto Dietoland nauczył też, że nie warto być cicho. Bo kiedy udajesz, że nie słyszysz albo czegoś nie widzisz, dajesz przyzwolenie na to, by nieprzyjemne dla Ciebie lub otoczenia sytuacje wciąż się powtarzały! Jeśli nie zareagujesz, nie wyrazisz sprzeciwu, jesteś współwinny. Ja wiem, że czasem blokuje nas strach. Wiecie, jak się za dużo powie, można wylecieć z pracy. Albo dostać w mordę. Ale właśnie o to w życiu chodzi, żeby ten strach pokonywać. Sama siedziałam cicho, zamurowana wtedy, kiedy powinnam najbardziej krzyczeć. I to niejednokrotnie. Bałam się, że każdy gwałtowny ruch będzie prowokacją, że każde moje słowo stanie się katalizatorem. Dla niesprawiedliwości. Dla przemocy. Dla naruszania barier. Nie tylko przez mężczyzn, ale to głównie mężczyzn się boję. Bo są silniejsi, bo jak przyłożą, zaboli bardziej niż biłaby dziewczyna.

Czyżby?

Tutaj muszę wspomnieć po raz kolejny o Kasi, która właśnie jest w Siĕm Réab, by trenować kambodżański boks „kun khmer”. I o Sylwii Chutnik, która również potrafi skopać tyłek na ringu. Po zastanowieniu, boks raczej do mnie nie przemawia. Jestem wszak dużo większą fanką Jackiego Chana niż Andrzeja Gołoty. Może jakieś kun tao (z chińskiego: mądre pięści)?

Zobaczcie, sufrażystki nie były ciche i pokorne. Nie mówiły: to nie mój interes i nie odwracały się tyłkiem do koleżanek w potrzebie. Nie były łagodne i delikatne jak źdźbło trawy. One krzykiem i siłą załatwiły nam to, co mamy teraz, że możemy studiować (choć odsetek profesorek jest i tak dużo mniejszy niż profesorów, a to, co dzieje się na uniwerkach, jeśli chodzi o molestowanie, to po prostu materiał na serial dłuższy niż Moda na sukces), chodzić na wybory (choć więcej z nas powinno korzystać z tego dobrodziejstwa) i jeździć po świecie, zamiast siedzieć z dzieciakami w domu, gdyż stosunkowo niedawno spłynęło na nas olśnienie, iż mężczyzna też może sobie wziąć urlop tacierzyński i zająć się maluchem tak samo dobrze, jak kobieta.

Walka o równouprawnienie wciąż trwa. I skoro wciąż mężowie w domach biją kobiety, skoro wciąż mniej zarabiamy i rzadziej dostajemy ważne stanowiska w firmach, nie powinnyśmy przestawać o tym mówić!

Meya, moja koleżanka, ostatnio mówiła, że szykuje się do samodzielnej podróży. Na co jej mama powiedziała: oj, tak samiuśka? Wolałabym, żeby jechał z tobą jakiś kolega, byłoby bezpieczniej. Meya od razu wtedy spuentowała, że nie chce żyć na takim świecie, w którym potrzebuje męskiej ochrony, by radzić sobie z innymi mężczyznami. Feminizm jest dalej potrzebny. Byśmy czuły się bezpieczne, wracając same w nocy do domu na rowerze. Byśmy nie były obłapiane na peronach przez obcych lujów w oczekiwaniu na pociąg. Rety! Czy to naprawdę tak dużo?

Dietoland leci do mojej biblioteczki feministycznej i będzie tam zajmował bardzo ważne miejsce, bo otworzył mi głowę. Na wiele innych spraw, których nie będę poruszać na blogu. Może Wy o nich napiszecie? Jeśli macie coś do powiedzenia, mówcie to. Takie jest jedno z przesłań Dietolandu i bardzo dziękuję za tę książkę wydawnictwu

Jeśli chcecie polecić mi kolejne książki o podobnej tematyce, będę zachwycona! A sama zapraszam Was tradycyjnie do polubienia Fabryki Dygresji na Facebooku i zapoznania się z podobnymi wpisami.

Tyle na razie!

Pamiętajcie: czujność i siła!

Wasza

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Możesz sobie go kochać do utraty tchu, załatwiać dla niego mnóstwo spraw, ogarniać mu dupsko i wspierać w trudnych chwilach. A on i tak cię wydyma. Dosłownie i w przenośni. Tak to jest, jak się ma romans z przełożonym. Ale nie tylko o tym opowiada nowa książka Gabrielle Zevin pt. Wzloty i upadki młodej Jane Young. To pozycja o wiele ciekawsza.

Choć napisana bardzo prostym językiem. Na początku styl Gabrielle Zevin bardzo mnie irytował. Nie lubię typowych powieści dla kobiet, bo wydają mi się trochę infantylne, trochę prostolinijne… Takie mało wysublimowane, jakby czytelniczka miała dostać zawału, gdyby w tekście pojawiło się trudniejsze słowo. Wzloty i upadki młodej Jane Young rozdrażniły mnie więc i zastanawiałam się, czy dalej się męczyć… Ale wtedy okazało się, że jestem nagle w połowie książki. Tak bardzo wciągnęła mnie historia! Nawet nie zauważyłam, ile stron zdążyłam pochłonąć!

Książka to opowieść o kilku kobietach, które zostały skrzywdzone wskutek romansu jednej z nich. Na początku wsiąkamy w historię Rachel Shapiro. Żydówki po sześćdziesiątce, która próbuje sobie na nowo ułożyć życie po rozstaniu z mężem. Poznajemy jej najlepszą przyjaciółkę i dowiadujemy się, że bohaterka od lat nie miała kontaktu ze swoją córką, Avivą Grossman.

Później przechodzimy do narracji z perspektywy bohaterki tytułowej, czyli Jane Young. Okazuje się, że to właśnie Aviva, która po romansie z kongresmenem zmieniła nazwisko. Od kilku lat prowadzi własny biznes w Maine, ukrywając przed sąsiadami prawdziwą tożsamość. Ma dojrzewającą córkę o imieniu Ruby.

Relacja Ruby została przedstawiona bardzo ciekawie, bo za pośrednictwem maili pisanych do korespondencyjnej przyjaciółki. Nastolatka po pewnym czasie zaczyna zadawać pytania na temat swojego ojca i w ten sposób odkrywa prawdę o prawdziwym nazwisku matki oraz jej romansie ze słynnym konsgresmanem. Dziewczyna pragnie zatem spotkać się ze swoim prawdopodobnym ojcem, ale na drodze staje jej Embeth, żona kongresmena.

Uważam, że relacja Embeth została przedstawiona najsłabiej. Gabrielle Zevin mogła pokusić się o naprawdę dużo lepsze rozwinięcie tego wątku. Z drugiej strony autorka oszczędna jest w opisywaniu emocji bohaterów. Ich uczucia czytelnik musi pojąć sam, bo w tekście nie ma ich za wiele. Pod tym względem książka trochę mnie rozczarowała. Cieszę się, że czytanie szło mi tak lekko, szybko i przyjemnie, ale wydaje mi się, że prześlizgnęłam się trochę między tematami.

A ważnych tematów w książce jest naprawdę sporo! Wykorzystywanie kobiet przez ich przełożonych, zdrady, dorastanie, różnice kulturowe pomiędzy judaizmem a religią muzułmańską, relacje matka-córka, prześladowania w szkole, polityka, walka z rakiem piersi… To wszystko sprawia, że Wzloty i upadki młodej Jane Young są bez wątpienia książką ważną i wartościową.

Najnowsze dzieło Gabrielle Zevin to ciekawa rzecz pod względem konstrukcji fabuły oraz sposobów narracji. Mamy bowiem do czynienia nawet z tekstem pisanym w drugiej osobie. Retrospekcje są zamieszczone z bardzo dużą wprawą i ostatecznie nie mam tej książce nic do zarzucenia, bo ona ma taka być: prosta, do szybkiego czytania, niezbyt wymagająca. Tak poważne tematy nie zawsze muszą być poruszane w sposób ciężki, trudny do przyswojenia. Cieszę się zatem, że możemy podrzucać koleżankom Wzloty i upadki młodej Jane Young jako lekturę, która zrelaksuje, a do tego napełni duchem kobiecej solidarności i ukaże feminizm we właściwym świetle.

Polecam i dołączam do mojej feministycznej biblioteczki, a za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję!

A jeśli Ty napisałeś i wydałeś książkę i chcesz, by jej recenzja pojawiła się na mojej stronie, zapraszam Cię na podstronę RECENZJA KSIĄŻKI JUŻ WYDANEJ. Dowiesz się wszystkiego o współpracy. Gorąco zapraszam!

 

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Zyta Rudzka – Krótka wymiana ognia

Już ponad rok temu pisałam, jak bardzo boję się starości. Od tego czasu nic się nie zmieniło, może tylko pomogłam kolejnym pięciu staruszkom wnieść torbę do tramwaju. Potem przeczytałam Rdzę Jakuba Małeckiego, w której poznajemy waleczną, twardą babcię Tośkę, a teraz skończyłam lekturę Krótkiej wymiany ognia Zyty Rudzkiej, traktującej o końcówce życia delikatnej poetki Romy. I co z tą moją gerontofobią? Osłabła czy wręcz przeciwnie?

Najpierw dowiedzmy się, o czym w ogóle opowiada Krótka wymiana ognia.

O starej babie, która przed chwilą była młoda. O kobiecie, która przypomina sobie, że miała marzenia i ambicje, że kochała całą sobą, i to jeszcze przed chwilą. A teraz ma zmarszczki, stosy piguł na nocnym stoliku i kłopoty z zasypianiem. Roma jest sławną poetką. (Szczęściara, udało jej się wejść na piedestał liryczny w tym kraju, pogratulować sukcesu, chociaż kiedyś chyba było to łatwiejsze niż teraz). Jest matką, ale córka od niej uciekła. (Pogratulować córce odwagi, ja na przykład z tchórzostwa bym tego nie zrobiła). Jest rozwódką, bo kochała swojego męża, ale on wolał inną. (Nie ma czego gratulować mężowi, tak się zdarza, trudno). Była córką, a jej matka uczyniła Romę taką, jaką opisała ją Zyta Rudzka.

Processed with VSCO with c1 preset

Wracam do miasta, do mieszkania, do zatyczek do uszu, proszków na sen, czopków na hemoroidy, tych wszystkich insygniów mowy detronizacyjnej, złożonych na krzyż w szafce nocnej.

Śmierć zbliża się sporymi krokami, więc Roma wspomina całe życie i postanawia odszukać córkę. W międzyczasie stwierdza, że być może spotka się z jednym z młodszych wielbicieli na małe co nieco. I tak, mam na myśli deser, ale nie chodzi o jedzenie.

W kwestii głównej bohaterki znalazłam na lubimyczytac.pl taki oto komentarz:

mariolka

Śmiem się nie zgodzić, bo bohatera literackiego ocenia się tak łatwo jak żywą osobę. I uważam, że wymaga to bardzo niewiele wysiłku. A zachowanie głównej bohaterki powinno nam dostarczyć raczej bodźca nie do kolejnej oceny, a przemyślenia własnej życiowej sytuacji. Czy my zawsze jesteśmy zdecydowani? Czy potrafimy być zawsze fair? I co z miłością? To co, można kochać tylko jedną osobę, a świat jest czarno-biały? Czy kiedy wybije ostatnia godzina naszego życia, będziemy mogli się nazwać bohaterami epoki? Nie sądzę. Raczej będzie nam zdecydowanie bliżej do starych idiotów.

Kwestia języka jest taka, że podobało mi się sprawne zastosowanie przez Zytę Rudzką regionalizmów, zwłaszcza w monologach matki Romy. I zgodzę się, że tekst przekazywał bardzo dużo emocji, acz nie oryginalny język go przekazał. Po prostu opisane wydarzenia. Bo język jest sprawny, współczesny, elastyczny, ale nie szokuje specjalnie. Czytało się szybko i całkiem przyjemnie.

Gdybym nie czytała wcześniej Rdzy, pewnie Krótka wymiana ognia by mną wstrząsnęła. A tak tylko wkurwiła. Ponieważ jestem przekonana, że za kilka chwil otworzę oczy i będę stara. I nie przestanę wówczas być kobietą. Będę pożądać, tak jak Roma, z serca wylewać się będzie niespożytkowana miłość, a to już o krok od zawału.

Co innego w głowie miała. Miała strach, miała miłość, miała kiełbie we łbie.

Dlatego pomimo tego, że Krótka wymiana ognia jest książką piękną, zarówno zewnętrznie – maleńki, skromny acz gustowny egzemplarz – jak i wewnętrznie – bo forma tekstowa jest naprawdę bardzo dobrze wykrojona, to nie darzę jej sympatią. Pogłębiła zdecydowanie mój lęk przed starością. Życie jest cholernie ciężkie. Przerażajace. Bycie kobietą ma w siebie wpisane ogromne cierpienie.

Źle mi ze sobą. Ciężko. Ale mam w sobie decyzję.

Zyta Rudzka

To może nie warto czytać Krótkiej wymiany ognia? Po co się dołować?

Wręcz przeciwnie. Dobrze jest czasami pożyć problemami innych ludzi, a potem zamknąć książkę i uświadomić sobie, że to tylko fikcja. Warto wtedy pokontemplować siebie. Po to jest moim zdaniem ta ładnie napisana, krótka książka, powieść rzeczka. By zastanowić się nad ulotnością swojego życia. By zrozumieć, że jego koniec nie jest końcem całkowitym.

Myślałam: po takiej zimie wiosny nie będzie. A była.

Wiele w Krótkiej wymianie ognia pięknych zdań. Ale mnie najbardziej spodobało się to powyższe. Śmiejcie się, że proste, banalne, wcale nie jakieś artystyczne. Ale w prostocie siła.

Za możliwość recenzji bardzo dziękuję

 WAB--logo_100px_72dpi

 

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Dare Wright, o której opowiada biografia napisana przez Jean Nathan, była modelką, fotografką i pisarką książek dla dzieci. Przede wszystkim jednak była córką swojej matki, słynnej portrecistki, Edith Stevenson Wright. Nawet tyle lat po odejściu z tego świata dwóch kobiet, wciąż występują razem. Nie potrafiła rozłączyć ich nawet śmierć. Któż z Was chciałby żyć w cieniu swojej matki przez całą wieczność?

Seria Samotna lalka, publikowana w Stanach Zjednoczonych od roku 1957, natychmiast stała się bestsellerem. Dare Wright stworzyła nie tylko tekst, ale i przede wszystkim zdjęcia. Całość była idealną kompozycją, która podbiła serca dzieci we wszystkich stanach oraz… zapisem głębokich emocjonalnych rozterek artystki. Sama bohaterka historyjek, lalka Edith, wygląda dokładnie jak pomniejszona wersja Dare, zaś swoje imię odziedziczyła po matce tejże, zwanej przez większość znajomych po prostu Edie.

Kiedy Dare jest małą dziewczynką, jej rodzice się rozwodzą. W późniejszych latach przyszła artystka zastanawia się, czy istotnie miała kiedyś ojca i starszego brata, czy też wszystko stanowi dzieło jej bujnej wyobraźni. Edie bowiem, udzielając wywiadów, często przeinacza rzeczywistość. Udaaje, że nie ma syna, a jej mąż nie żyje. Dare całe dnie spędza zaś sama, na czytaniu książek lub zabawie z lalką, podczas gdy jej matka od rana do wieczora maluje portrety i widuje się z prasą. Dopiero wieczorem Dare ma rodzicielkę tylko i wyłącznie dla siebie. Prawdziwą istotę, o której miłość będzie zabiegać do samego końca.

Processed with VSCO with c1 preset

Processed with VSCO with c1 preset

Dopiero po wielu, wielu latach, bliżej trzydziestki, Dare udaje się spotkać z bratem, Blainem. Rodzeństwo natychmiast wpada sobie w ramiona z powodu tęsknoty trwającej całe dzieciństwo i młodość. Edie, jak łatwo sobie wyobrazić, była bardzo niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Już wcześniej zdecydowała, że chce mieć tylko córkę. Nagle zaś niechciany syn zabiera jej ukochaną Dare. Tłumione przez lata uczucia rodzeństwa po spotkaniu zamieniają się zaś w nieprzewidziany żywioł. Dare i Blaine… zakochują się w sobie.

W życiu Dare dochodzi do mnóstwa tragedii, których sama artystka jakby zdawała się nie zauważać. Przez znanych ją ludzi często określana była jako zjawa albo wieczna dziewczynka. Jako nieprzeciętna piękność, przyciągała mężczyzn jak magnes, ale z żadnym nie chciała nawiązać poważniejszej relacji. Interesowało ją głównie robienie zdjęć i pisanie bajek. Dopiero po śmierci matki, kiedy Dare skończyła sześćdziesiąt lat, zaczęła docierać do niej prawdziwa proza życia, z którą artystka totalnie nie potrafiła sobie poradzić.

Biografia napisana przez Jean Nathan wydaje się stanowić bardzo dokładne świadectwo życia Dare Wright. W Sekretnym życiu samotnej lalki odnajdziemy mnóstwo szczegółów dotyczących nie tylko głównej bohaterki, ale i towarzyszących jej osób (choć było ich zatrważająco mało). Dziennikarka wykonała potężną pracę, by jak najwierniej odtworzyć historię artystki. Książka wciąga, jakby była wyborną powieścią psychologiczną z nutką thrillera w tle. A komu i dlaczego polecam tę książkę?

Przede wszystkim po Sekretne życie samotnej lalki powinny sięgnąć matki i córki. By zrozumieć, jak nieświadomie można się niewyobrażalnie skrzywdzić, jednocześnie żywiąc do siebie wielkie uczucie.

Po drugie, biografię polecam każdemu miłośnikowi dobrych biografii, bo lektura jest naprawdę przednia.

Po trzecie, fanom wstrząsających historii i książek dostarczających mnóstwa intensywnych wrażeń. Muszę Wam powiedzieć, że kiedy przeczytałam, jak mizernie wyglądał schyłek życia Dare pomimo odniesienia wielkiego sukcesu, nie mogłam przestać płakać przez dobre kilka godzin. Minęły trzy dni od przeczytania przeze mnie Sekretnego życia samotnej lalki, a ja cały czas rozpamiętuję ostatnie strony.

lalka2

Życie Dare Wright utwierdza mnie w przekonaniu, że nieważne, jak bardzo sławny albo bogaty będziesz. Jeśli nie masz z kim podzielić się swoimi sukcesami, są one totalnie bez znaczenia.

Za wspaniałe i dające do myślenia chwile spędzone z książką Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright składam gorące podziękowania Wydawnictwu W.A.B.

WAB--logo_100px_72dpi

 

Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.