Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Możesz sobie go kochać do utraty tchu, załatwiać dla niego mnóstwo spraw, ogarniać mu dupsko i wspierać w trudnych chwilach. A on i tak cię wydyma. Dosłownie i w przenośni. Tak to jest, jak się ma romans z przełożonym. Ale nie tylko o tym opowiada nowa książka Gabrielle Zevin pt. Wzloty i upadki młodej Jane Young. To pozycja o wiele ciekawsza.

Choć napisana bardzo prostym językiem. Na początku styl Gabrielle Zevin bardzo mnie irytował. Nie lubię typowych powieści dla kobiet, bo wydają mi się trochę infantylne, trochę prostolinijne… Takie mało wysublimowane, jakby czytelniczka miała dostać zawału, gdyby w tekście pojawiło się trudniejsze słowo. Wzloty i upadki młodej Jane Young rozdrażniły mnie więc i zastanawiałam się, czy dalej się męczyć… Ale wtedy okazało się, że jestem nagle w połowie książki. Tak bardzo wciągnęła mnie historia! Nawet nie zauważyłam, ile stron zdążyłam pochłonąć!

Książka to opowieść o kilku kobietach, które zostały skrzywdzone wskutek romansu jednej z nich. Na początku wsiąkamy w historię Rachel Shapiro. Żydówki po sześćdziesiątce, która próbuje sobie na nowo ułożyć życie po rozstaniu z mężem. Poznajemy jej najlepszą przyjaciółkę i dowiadujemy się, że bohaterka od lat nie miała kontaktu ze swoją córką, Avivą Grossman.

Później przechodzimy do narracji z perspektywy bohaterki tytułowej, czyli Jane Young. Okazuje się, że to właśnie Aviva, która po romansie z kongresmenem zmieniła nazwisko. Od kilku lat prowadzi własny biznes w Maine, ukrywając przed sąsiadami prawdziwą tożsamość. Ma dojrzewającą córkę o imieniu Ruby.

Relacja Ruby została przedstawiona bardzo ciekawie, bo za pośrednictwem maili pisanych do korespondencyjnej przyjaciółki. Nastolatka po pewnym czasie zaczyna zadawać pytania na temat swojego ojca i w ten sposób odkrywa prawdę o prawdziwym nazwisku matki oraz jej romansie ze słynnym konsgresmanem. Dziewczyna pragnie zatem spotkać się ze swoim prawdopodobnym ojcem, ale na drodze staje jej Embeth, żona kongresmena.

Uważam, że relacja Embeth została przedstawiona najsłabiej. Gabrielle Zevin mogła pokusić się o naprawdę dużo lepsze rozwinięcie tego wątku. Z drugiej strony autorka oszczędna jest w opisywaniu emocji bohaterów. Ich uczucia czytelnik musi pojąć sam, bo w tekście nie ma ich za wiele. Pod tym względem książka trochę mnie rozczarowała. Cieszę się, że czytanie szło mi tak lekko, szybko i przyjemnie, ale wydaje mi się, że prześlizgnęłam się trochę między tematami.

A ważnych tematów w książce jest naprawdę sporo! Wykorzystywanie kobiet przez ich przełożonych, zdrady, dorastanie, różnice kulturowe pomiędzy judaizmem a religią muzułmańską, relacje matka-córka, prześladowania w szkole, polityka, walka z rakiem piersi… To wszystko sprawia, że Wzloty i upadki młodej Jane Young są bez wątpienia książką ważną i wartościową.

Najnowsze dzieło Gabrielle Zevin to ciekawa rzecz pod względem konstrukcji fabuły oraz sposobów narracji. Mamy bowiem do czynienia nawet z tekstem pisanym w drugiej osobie. Retrospekcje są zamieszczone z bardzo dużą wprawą i ostatecznie nie mam tej książce nic do zarzucenia, bo ona ma taka być: prosta, do szybkiego czytania, niezbyt wymagająca. Tak poważne tematy nie zawsze muszą być poruszane w sposób ciężki, trudny do przyswojenia. Cieszę się zatem, że możemy podrzucać koleżankom Wzloty i upadki młodej Jane Young jako lekturę, która zrelaksuje, a do tego napełni duchem kobiecej solidarności i ukaże feminizm we właściwym świetle.

Polecam i dołączam do mojej feministycznej biblioteczki, a za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję!

A jeśli Ty napisałeś i wydałeś książkę i chcesz, by jej recenzja pojawiła się na mojej stronie, zapraszam Cię na podstronę RECENZJA KSIĄŻKI JUŻ WYDANEJ. Dowiesz się wszystkiego o współpracy. Gorąco zapraszam!

 

Andy Weir — „Artemis”

Andy Weir — „Artemis”

Odkrywczy sposób poprowadzenia fabuły? Nie. Oryginalne kreacje postaci? Nie. Kunszt literacki? Zdecydowanie nie. A zatem dlaczego warto przeczytać najnowszą książkę Andy’ego Weira pt. Artemis? Ponieważ stanowi rewelacyjną rozrywkę na listopadowe wieczory, zdecydowanie lepszą niż oglądanie kolejnego serialu czy jedzenie następnej paczki czipsów. Już mówię, dlaczego lektura aż tak mnie ucieszyła!

Na wstępie zaznaczę, że nie czytałam Marsjanina, nie widziałam nawet fragmentu ekranizacji, więc pozwólcie, że nie będę nawiązywać do poprzedniego bestselleru Andy’ego Weira. A to, że nie chcę po przeczytaniu Artemis uzupełniać tego braku, nie świadczy wcale o tym, że najnowsza książka nie jest ciekawa. Chodzi o Matta Damona. Nie przepadam za jego twarzą, a wiem, że będę sobie ją wyobrażać podczas lektury. Całe szczęście, że w ekranizacji Artemis na pewno nie zagra głównej roli, ponieważ bohaterką jest młoda kobieta.

Jasmine Bashara, przez większość nazywana po prostu Jazz, jest dwudziestoparoletnią obywatelką jedynego księżycowego miasta, tytułowego Artemis. Jest więc w podobnym do mnie wieku i może przez to tak dobrze obserwowało mi się jej poczynania. Widziałam też kilka innych podobieństw między nami. Choćby niewyparzony język (Jazz nie stroni zarówno od tradycyjnych wulgaryzmów, jak i ostrych neologizmów, za które podziwiam tłumacza, Radosława Madejskiego, ukłony!) i zarabianie tak małych pieniędzy, że musi dorabiać poza głównym miejscem zatrudnienia, by jakoś sobie poradzić. Nawet relacje z płcią przeciwną i stosunek do religii też niestety w pewnej mierze były ze sobą identyczne… Choć niektórym Jazz wyda się zatem rozwydrzonym bachorem, ja uważam ją za postać bardzo wrażliwą, która emocjonalnie wyraża siebie i ciężko pracuje na odkupienie win z przeszłości.

W pewnym momencie Jasmine trafia się fucha, dzięki której będzie mogła zacząć wreszcie żyć na dostatnim poziomie. Nie jest to co prawda legalne przedsięwzięcie. Wymaga od dziewczyny dużo sprytu jak i sprawności fizycznej. Postanawia jednak zaryzykować. Okazuje się jednak, że to uwertura do kolejnych zadań, które będzie musiała zrealizować, by ratować swoich bliskich i całe Artemis.

Processed with VSCO with c1 preset

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, uważam, że najmocniejszym punktem powieści są kreacje bohaterów. Nie mogę nazwać ich odkrywczymi, jednak Andy Weir wie doskonale, jakich ludzi lubią inni ludzie. I właśnie o nich pisze. O zasadniczym ojcu Jazz, pobożnym Ammarze, silnej administratorce Ngugi, młodej, początkowo nieco zahukanej córką miliardera, Lene Landvik, inteligentnym i nieśmiałym w stosunku do kobiet naukowcu Martinie Svobodzie… A także wielu innych. To, co podkreśla doskonały warsztat pisarski Andy’ego Weira, to fakt, że charakter jego postaci zostaje oddany nie w monotonnych opisach, a akcji. Sposób mówienia postaci oraz ich czyny eksponują najważniejsze cechy bohaterów. Nie są oni skomplikowanymi ludźmi, więc nie zaciekawią czytelnika na tyle, by chciał odkrywać mroczne tajemnice z ich przeszłości, ale nie oszukujmy się, w życiu też nie mamy do czynienia ze zbyt wieloma tak intrygującymi osobami. Z drugiej strony, ich rys psychologiczny jest wystarczający, by zapałać do nich sympatią i spędzić w ich towarzystwie rewelacyjny, pełen rozrywki czas.

Przyjemność sprawiało mi też czytanie o fizyce i technologiach na Księżycu. Grawitacja i to, w jaki sposób ludzie muszą się poruszać po gruncie, by gdzieś dotrzeć. Ubieranie skafandrów, przejścia przez śluzy, co, dlaczego, jak to jest w próżni, ile, jak długo, w jakim celu… Na te wszystkie pytania w wyczerpujący sposób odpowiada autor. Do tego przekazuje tę wiedzę językiem prostym. Wszystko jest jasne i oczywiste, choć dalej imponujące. Akcja Artemis toczy się bodajże w roku 2060 albo coś koło tego, więc mamy do czynienia w dużej mierze z technologią już istniejącą. Dlatego nietrudno się odnaleźć w opisywanych przez twórcę świecie, mimo że nie ma w nim powietrza, roślin czy zwierząt. Podanie tak trudnej wiedzy czytelnikowi w tak prosty sposób uważam za prawdziwe mistrzostwo.

Narracja z punktu widzenia pierwszej osoby, czyli Jazz, to może trochę pójście na łatwiznę. Z drugiej strony czytelnik w ten sposób łatwiej utożsami się z jej losami. Fabuła też nie jest powalająca. Mamy kilka zwrotów akcji, które może byłyby szokujące, gdyby nie to, że każdy film sensacyjny jest niestety podobnie skonstruowany. Ale akcja i jej liczne zawieszenia oraz retrospekcje, w których poznajemy przeszłość Jazz, pasowały do siebie jak sąsiadujące ze sobą puzzle. Kompozycja idealna.

Processed with VSCO with c1 preset

Dla mnie dodatkową satysfakcją z lektury byłoby przeczytanie więcej szczegółów o różnych miejscach Artemis. Autor zapoznał nas z budową miasta, ale gdybym ja miała zabrać się za pisanie, starałabym się bardziej oddać klimat poszczególnych jego punktów. Pewnie tym samym znużyłabym jakieś siedemdziesiąt procent czytelników. Ale tylko tego mi było za mało.

Artemis nie jest zatem jakimś arcydziełem. To prosta lektura, ale bardzo przyjemna. Z powodu wątku Jasmine uważam, że to opowieść o przyjaźni i dojrzewaniu, która spodoba się bardzo nastolatkom i dwudziestolatkom. Losy głównej bohaterki przypomniały mi o dwóch rzeczach. Nie ma problemów do nieprzeskoczenia, tylko trzeba kombinować. I nigdy nie odpuszczać. Myślę, że Jass to dobry wzór do naśladowania mimo głupot, jakie narobiła w przeszłości. Bo któż z nas nie był lekkomyślny?

John Irving – Aleja tajemnic

John Irving – Aleja tajemnic

Czytelnikom Fabryki dygresji chyba nie trzeba przedstawiać Johna Irvinga, zwłaszcza po ostatnim wpisie. Natomiast reszcie powiem tylko, że Irving to powieściowy wirtuoz o piórze absolutnie genialnym, władca świata słowa pisanego, mój wielki literacki mistrz. A Wy powinniście go czytać. I doskonałą do tego okazją jest premiera jego najnowszej książki, Alei tajemnic
Aleja tajemnic traktuje o losach dwójki połowicznych sierot, Meksykanów, mieszkających na wysypisku śmieci w Oaxaca. Juan Diego, mimo bycia nastolatkiem, jest wytrawnym czytelnikiem. Ratuje niechciane książki przez spaleniem, często wyciągając je prosto z płomieni i parząc w ten sposób własne dłonie. Dzięki lekturze przyswaja obce języki i staje się niesamowicie inteligentny jak na swój wiek. Jego młodsza siostra, pełna energii Lupe, nazwana na cześć Matki Bożej z Guadalupe, posiada natomiast dar jasnowidzenia. Nad rodzeństwem czuwa jezuita Pepe i kochający z całego serca dzieci szef wysypiska, Rivera. Matka, piękna i nieszczęśliwa Esperanza,  nie bardzo zajmuje się swoim potomstwem, ale w pewnym sensie należy do tej dziwnej rodziny, w skład której niedługo wejdą również młody amerykanin, uciekający przed poborem do wojska, określany przez Lupe jako dobry gringo, oschły doktor Vargas, transseksualna prostytutka Flor i umartwiający się brat zakonny, uwielbiający hawajskie koszule senior Eduardo. To oczywiście tylko garstka wielobarwnych postaci, jakie przewijają się przez Aleję tajemnic. Mam wrażenie, że jedną z głównych ról, prócz Juana Diego oraz Lupe, gra tutaj Matka Boska (w kilku odmianach).
Jednocześnie akcja toczy się również w dużo dalszej przyszłości Juana Diego, kiedy jest sławnym pisarzem, zamieszkującym Stany Zjednoczone. Wyrusza on w podróż na Filipiny, gdzie ma oddać hołd ojcu dawnego przyjaciela. Ale czy to prawdziwa przyczyna jego tułaczki? Co wspólnego mają z nią tabletki i dwie tajemnicze podróżniczki, które zdają się pojawiać i znikać w najmniej (a może i najbardziej?) spodziewanych momentach?
Według mnie jest to książka Johna Irvinga, która ma w sobie bardzo dużo elementów komediowych i najwięcej, spośród wszystkich innych powieści, pierwiastków fantastycznych (dla tych, którzy czytali: nos!). Chyba już nigdy nie przejdę obok figury Matki Boskiej obojętnie…
Czyta się zaskakująco szybko. Musiałam dozować sobie tę przyjemność, by trwała jak najdłużej – wcześniej nie miałam z tym takich problemów, bo Irving momentami potrafi zmęczyć ogromem szczegółów fabularnych. Tym razem było jakby lżej.
Jak zwykle, do gustu przypadli mi bohaterowie. Ich kreacje zostały stworzone w sposób perfekcyjny: są ciekawe, niestandardowe, a relacje między nimi ukazują więzi tak silne, że czasem można tylko pozazdrościć. Historie z ich przeszłości potrafią wywołać dreszcze na karku (Flor, Vargas). I choć w Alei tajemnic sporo zaskoczeń, to w pewnym momencie czytelnik już wie, jaki będzie finał – idealnie wpasowujący się w książkę. Olśnienie przychodzi wtedy, kiedy powinno. Wtedy, kiedy nie ma już nic do odkrycia, bo punkt kulminacyjny właśnie nastąpił. I teraz, po silnym wstrząsie, można ze spokojem (ale i smutkiem) pożegnać się z bohaterami…
Nie przeszkadza mi absolutnie, że książka jest w zasadzie kalką innych historii Irvinga. Jestem zdania, że świadczy to o majestacie mistrza i jego niezrównanego pióra. Pokażcie mi inną osobę, choć jedną, która z tej samej historii potrafi wyczarować dziesięć innych, tak samo fascynujących?

 

A dlaczego polecę Ci tę książkę?
Ponieważ dzięki lekturze możesz zrozumieć lub sobie przypomnieć, iż inność nie jest gorsza niż przeciętność. Zacząć zauważać cuda wokół nas, docenić świat, w jakim żyjemy. I to, że żyjemy.

 

Przy okazji lektury możemy wyprawić się do upalnego Meksyku i poznać malownicze zakątki Filipin, co jest ciekawe o tyle, że wcześniej Irving zabierał nas głównie do Kanady bądź Europy.
Będzie to też doskonała sposobność do zastanowienia się nad swoim wyznaniem. Czy wierzymy tylko dlatego, bo wierzą nasi rodzice, i czy przypadkiem tylko nam się tak wydaje, bo prawdziwa wiara to coś, co nie do końca pojmujemy?
Wreszcie to, co zawsze najmilej witam w twórczości Irvinga, czyli refleksje związane z tworzeniem książki. Polecam Ci serdecznie przeczytanie Alei tajemnic, bo jeśli sam piszesz, znajdziesz tam bezcenne wskazówki co do tworzenia tekstow. Pamiętaj: nie ma pisania bez czytania!

 

7,5/10

 

Jeżeli czytałeś już Aleję tajemnic, koniecznie podziel się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzu poniżej bądź na Facebooku!
I czy nie uważasz, że powinieneś przeczytać wcześniejsze książki mistrza? Zanim Cię znajdę albo Jednoroczną wdowę?

O tym, jak książki Johna Irvinga sprawiły, że zostałam zboczeńcem

John Irving jest absolutnie moim ulubionym pisarzem i niedoścignionym wzorem. Kończę właśnie czytać jego czternastą powieść, Aleję Tajemnic, która opowiada o wytrawnym czytelniku, a później pisarzu – Juanie Diego i jego jasnowidzącej siostrze – Lupe. Ponieważ trudno mi rozstać się z tą fantastyczną książką, odwlekam jak najdalej w czasie ukończenie lektury. Postanowiłam jednak już teraz pozarażać Was trochę moją miłością do absolutnego króla powieści obyczajowej, jakim według mnie jest John Irving.
Prawda jest taka, że ten wybitny amerykański prozaik lubi kontrowersyjne tematy i często w swoich książkach opisuje rozmaite zdarzenia, które przeciętna osoba, nie poznawszy kontekstu, mogłaby określić jako zboczone. Hasający po domu transwestyci, wytatuowani od góry do dołu paranoicy, wypadki podczas seksu oralnego w trakcie prowadzenia auta, niespotykana fascynacja niedźwiedziami… Już te kilka elementów może wprawić w konsternację, a to dopiero początek!
Niemniej, przez lekturę niebawem dwunastu już książek Johna Irvinga, nie stałam się dewiantem czy pederastą, choć i takie kwestie pisarz porusza w swoich dziełach. Zboczenie, o jakim napisałam w tytule postu, wynika z tego, że inaczej podchodzę do rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Myślę, że niektórzy mogliby takie podeście nazwać odchyleniem od normy, i to znacznym. A dlaczego konkretnie? Pozwólcie, że wypunktuję.
Kadr z filmu Hotel New Hampshire
1. Kochać trzeba, warto, można. Można kochać wiele osób jednocześnie
Również na gruncie erotycznym. Miłość nie jest prosta czy oczywista. Jest dziwna i złożona, tak jak świat, pełen kolorów i ich odcieni, a już na pewno nie czarno-biały. Miłość jest niezależna, bo kochamy niezależnie od płci, orientacji, kasty czy koloru skóry. Można kochać siostrę. I można być w niej zakochanym. Można być przez to potępionym, ale można jednocześnie i być szczęśliwym (Hotel New Hampshire). Można kochać swojego psa, którego wychowuje się od szczenięcia i można tak samo kochać nieznajomego. Można kochać cały świat albo tylko jego wybraną część. Można kochać na milion różnych sposobów. Ale można i nikt nam tego nie zabroni (nawet, jeśli bardzo byśmy tego chcieli). Miłość jest możliwa i potrzebna – i o tym nigdy nie powinniśmy zapominać.
Kadr z filmu Drzwi w podłodze, filmu opartego na motywach Jednorocznej wdowy, filmweb.pl
2. Rodzina to rodzina. Choć niekoniecznie rodzona
Matka to matka, matkę kochać trzeba – tak stara się nam wmówić cały świat. Książki Johna Irvinga udowadniają, że możemy spokojnie mieć gdzieś zdanie innych. Matki nie zawsze są idealne i niektóre nawet nie dają się pokochać (Zanim Cię znajdę). Czasami po prostu ich brakuje (Ostatnia noc w Twisted River). Wokół nas jest za to sporo osób, które zasługują na to, by je pokochać, i które z pewnością pokochają nas, jeżeli im na to pozwolimy. Bez względu na to, czy mamy taką samą grupę krwi, kolor oczu i tego samego przodka. Pamiętając o więzach krwi oraz o tym, by je szanować, nie możemy zapominać, iż mamy prawo do wyboru własnej rodziny, czyli ludzi, z którymi po prostu uwielbiamy przebywać. Dla których możemy się poświęcić. I którzy pomogą nam, gdy będziemy ich potrzebować.
Kadr ze Światu według Garpa
3. Kobieta to nieposkromiony żywioł
Nie, żebym wcześniej nie wiedziała, ale postaci kobiece u Johna Irvinga są nad wyraz specyficzne. Nie ustępują pola mężczyznom, wręcz przeciwnie, potrafią wesprzeć ich, gdy tego potrzebują oraz pchnąć naprzód, by mogli wejść na szczyt. Przy niebywałej trosce o przeciwną płeć, nie poświęcają jej się całkowicie. Są skupione na sobie, swoim szczęściu i realizowaniu własnych marzeń, zdolne i kochające. A czasami zdrowo stuknięte (Zanim Cię znajdę). Niestety, mężczyźni wciąż potrafią sprawić, że stają się nieszczęśliwe…

Na tym sprośnym świecie […]jest się czyjąś żoną albo czyjąś dziwką, albo na najlepszej drodze dostania się jednym czy drugim. 

Świat według Garpa,
z Autobiografii Jenny Fields
 
Kadr z Wbrew regułom, filmu powstałego na motywach Regulaminu tłoczni win

4. Warto być egoistą. Choćby po to, żeby nie zwariować
To, co się dzieje na świecie, nie jest tak ważne, jak to, co się dzieje w Twojej wyobraźni. A zatem bycie egoistą jest przeze mnie wybitnie szanowane. Kiedy wiesz, że czegoś bardzo chcesz, co jest sporym sukcesem

[…] to katorga mieć siedemnaście lat i nie wiedzieć, kim się jest.

W jednej osobie
 

miej w dupie to, czego chcą inni i dąż nieustannie do tego, by przede wszystkim samemu być zadowolonym. Wtedy dopiero weź się za uszczęśliwianie innych. Jednocześnie trzeba pamiętać o poniższych słowach:

Żałuję, ale muszę przyznać, że ponosimy jakąś odpowiedzialność za ludzi na tym świecie. 

Uwolnić niedźwiedzie
Nie jesteśmy samotnymi wyspami, jak prawi Thomas Merton. Nasze czyny nie pozostają nigdy bez konsekwencji, więc jeżeli nie pomagamy, starajmy się chociaż nie szkodzić. OK?
Kadr z filmu Simon Birch, opartego ma motywach Modlitwy za Owena
5. Cuda się zdarzają. Każdego dnia
Mogą być odwzajemnionym spojrzeniem, który mówi więcej niż tysiąc słów. Albo tym, że siedzimy wygodnie z ukochaną książką, mając cztery kończyny (innym zdarza się mniej – Świat według Garpa), mogąc oddychać pełną piersią, bez podtrzymującej życie aparatury (W jednej osobie, Aleja Tajemnic), nie tęskniąc do osób, z którymi już nigdy nie będziemy mogli się zobaczyć (Hotel New Hampshire). Życie i literatura to dwa cudy. Do tej pory nie mogę się im nadziwić, za to zamierzam składać im hołd każdego dnia, aż do śmierci. Tak jak i John Irving.

To tylko garstka nauk, jakie przyjęłam od mistrza za pośrednictwem jego utworów. Telewizja zabija intelekt, polityka jest głupia, używanie kondomów jest na propsie – to jedne z kolejnych. Chciałabym jednak, żebyście sami wyłuskali z powieści Johna Irvinga coś dla siebie, dlatego, zachęcam – czytajcie! Jeśli nie wiecie, po którą książkę sięgnąć najpierw, skosztujcie najpierw recenzji:

Zanim Cię znajdę
W jednej osobie
Ostatnia noc w Twisted River
Jednoroczna wdowa
Uwolnić niedźwiedzie

Dzięki lekturze powyższych książek (i kilku innych, których dziwnym trafem nie udało mi się zrecenzować na Fabryce dygresji), nauczyłam się przede wszystkim pisać. Zatem ciąg dalszy nastąpi…
A Wy, moi drodzy? Lubicie Johna Irvinga? A może przeszkadza Wam natężenie zbyt wielu dziwności w jego prozie? Czekam na Wasze opinie!

 

John Irving – Zanim Cię znajdę

Przeczytałam na Lubimyczytać.pl komentarz jakiejś lali, że wydarzenia i postaci, o których pisze John Irving, są zbyt dziwne. Poczułam się zapewne tak, jak główny bohater Zanim Cię znajdę, Jack Burns, kiedy usłyszał podobny tekst z ust dziewczyny, w jakiej był szaleńczo zakochany. Dla mnie pisarz tworzy porywające historie, inspirujące, fascynujące, czasem groteskowo przerysowane i kolorowe jak najprawdziwszy cyrk, ale jednak wcale od życia nieoderwane. I tak właśnie jest z jego jedenastą powieścią, o której dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć. 

Kilkuletni Jack i Córka Alice tworzą idealny duet. Syn i jego matka podróżują po Europie, zajmując się robieniem tatuaży i poszukiwaniem ojca Jacka, Williama Burnsa, który ucieka od obowiązków rodzicielskich. Mężczyzna jest organistą ze słabością do dziar i młodych kobiet. Jack wraz z matką depczą mu po piętach, odwiedzając co chwila inne miasto, mogące poszczycić się wspaniałym kościelnym instrumentem. Spotykają w tym czasie mnóstwo nieprzeciętnych osobowości, m.in. tajemniczego najmniejszego żołnierza, poparzoną przez jednego z klientów prostytutkę Saskię, piękne studentki z muzycznej Akademii Sibeliusa, sympatycznego policjanta Nico Oudejansa i mnóstwo innych spektakularnych postaci, z których każda ma swoją historię. O poznanie jej nie musimy zabiegać; musimy być tylko cierpliwi, aż mistrz Irving podniesie kurtynę tajemnicy i odsłoni zaskakującą prawdę. 

Zanim Cię znajdę opowiada o poszukiwaniu szczęśliwego zakończenia. O skonfrontowaniu się z zatrważającą prawdą, niszczącą wiele żyć. O katastrofalnych skutkach pierwszych miłości i pękniętych serc. O silnych, mściwych kobietach i tych słabych, łaknących namiastki radości. O mężczyznach, którzy przebierają się w damskie fatałaszki, mimo skończenia trzydziestu lat są tylko małymi chłopcami i pragną skryć się w bezpiecznych ojcowskich ramionach…

To oczywiście tylko kilka wątków, których w Zanim Cię znajdę pod dostatkiem. Nie sposób omówić większości tematów, jakie poruszył na kartach tej powieści jej autor. To blisko 600 stron w formacie B5, zadrukowanych maczkiem. Pamiętam, że kupiłam książkę w jednym z poznańskich antykwriatów wiele lat temu i rozpoczęłam lekturę jeszcze na starym dworcu, przy akompaniamencie gruchających gołębi i płaczącego dziecka, usadzonego na zielonym plastikowym krzesełku przez matkę, która poszła kupić bilety. Pomyślałam sobie, że właśnie tak mógłby wyglądać Jack, czekający na matkę… A potem odłożyłam Zanim Cię znajdę na później. Zaczynałam czytać parę razy, ale z Irvingiem tak jest, że potrafi zmęczyć, jeśli Ty niewystarczająco zaangażujesz się w świat, który kreuje w powieści. Kiedy natomiast wkroczysz pomiędzy jego bohaterów i zdecydujesz się żyć między nimi, żadna siła Cię stamtąd nie wyrwie.

Trudno powiedzieć, żeby akcja była wartka. Na pewno jest żwawsza niż Twoje życie, ale rozbudowana fabuła zaciera to wrażenie. Podczas czytania stajesz się podglądaczem dzieciństwa i dorastania, a także dorosłych przygód Jacka Burnsa. To, co początkowo wydaje się tajemnicze i zawiłe, wkrótce zostaje stopniowo rozwinięte, a wreszcie wyjaśnione bez żadnych pozostawionych niedomówień. Ciekawość czytelnicza zostaje w pełni zaspokojona. Nasuwa mi to skojarzenie z projektem architektonicznym gotyckiej katedry. Wszystko pięknie i na swoim miejscu. 

Bohaterowie, tak jak i bieg (tudzież trucht albo spacer) fabularny, są najmocniejszymi punktami książki. U Irvinga, jak w życiu; nie ma jednoznacznie negatywnych czy pozytywnych. Są tylko tacy, którzy, zależnie od oczu i gustu czytelnika, mogą wydać się bardziej intrygujący lub mniej. 

Mnie najbardziej do gustu przypadły dwa mocne kobiece charaktery. Po pierwsze, Emma Oastler, z którą w dużej mierze się utożsamiam. Jest najlepszą przyjaciółką Jacka. Pisarką, która co chwila walczy z przybieraniem na wadze, raz katuje się fizycznie, a raz totalnie odpuszcza i we wszystkim folguje. Jej głównym atutem odwaga, opiekuńczość i bezkompromisowość. Poza tym, jest jeszcze Heather, na której pojawienie musimy się długo naczekać. Dzięki temu Irving udowadnia, że nawet na kilkanaście stron przed końcem książki, może nas czymś zaskoczyć. Heather jest muzykiem, mieszkającym z pięcioma współlokatorami w ciasnym mieszkanku. Cierpi na łagodną odmianę choroby dwubiegunowej, lecz mimo to rewelacyjnie radzi sobie w życiu, choć brakuje w nim ciepła i prawdziwej miłości. 
Oprócz rozgrywających się w książce dramatów (molestowania, zgony, kłamstwa – to tylko garstka z nich) mamy do czynienia z mnóstwem humorystycznych momentów. Boże Narodzenie to czas szczególnie opisywany w książkach Irvinga. Tym razem wyciska nam łzy śmiechu z oczu, gdy czytamy o Dzieciątku Jezus, spoczywającym w żłóbku wypełnionym nie sianku, a marihuaną albo o niecodziennym spotkaniu Jacka w ubikacji, tuż po zdobyciu Oscara… 

Mówiąc oględnie, Jack nie miał pojęcia, co począć z nagrodą. Próbował wepchnąć ją pod pachę, co okazało się kiepskim pomysłem. Jeśli właśnie zdobyłeś swego pierwszego Oscara i masz świadomość, że ta sytuacja więcej się nie powtórzy, nie kwapisz się postawić go na podłodze męskiej toalety publicznej. Nie przyjdzie ci również do głowy umieścić go na szczycie pisuaru i przytrzymać jego smukłą głowę własnym podbródkiem. 
Jack ucieszył się, że zabrakło świadków jego kłopotliwych zmagań. Tak mu się przynajmniej zdawało. Zobaczył bowiem, że na drugim końcu rzędu pisuarów jednak ktoś stoi. Tamten najwyraźniej zrobił to, co było do zrobienia, i kłopoty Jacka siłą rzeczy nie uszły jego uwagi. […].

– Może ci potrzymać? – spytał Arnold Schwarzenegger. […].

– Boże, mam nadzieję, że mówił o statuetce! – zawołała później panna Wurtz […].

Od samego początku lektury mamy do czynienia z ewidentnym napięciem erotycznym, które nieraz sprawiło, że po karku przeszły mi dreszcze. Autor, prócz rozkoszy seksu, ukazuje niebezpieczeństwa z nim związane, w zupełnie innej odsłonie, niż można by przypuszczać. Opisuje też, jak łatwo przejść od miłości do nienawiści i mimowolnie krzywdzić najbliższych sobie ludzi. 
Zamiast rozbudowanego wątku związanego z pisarstwem, z czym mogliśmy spotkać się w innych książkach Irvinga, m. in. Świecie według Garpa, Hotelu New Hampshire czy Jednorocznej wdowie, w Zanim Cię znajdę zetkniemy się z szerokim omówieniem relacji międzyludzkich. Na czym polega wsparcie między przyjaciółmi, gdzie leży granica między pożądaniem a miłością, i dlaczego ludzi powinno się kochać bezwarunkowo, miast stawiać konkretne żądania… 
Miłość, myślę sobie, gdy próbuję krótko odpowiedzieć na pytanie, o czym traktuje Zanim Cię znajdę. O to w tej książce chodzi, ale bez cukierkowych rozwiązań, lukrowanych wyobrażeń o związkach i przekłamanych przedstawień półpornograficznych jak w Pięćdziesięciu twarzach… 
Po lekturze czuję się mądrzejsza. Mam nadzieję, że uda mi się teraz być bardziej wyrozumiałą i troskliwą, jeśli chodzi o moich bliskich, bo to, co liczy się w życiu najbardziej, to przede wszystkim ludzie, których kochamy. 

8,5/10

Na koniec chciałabym zachęcić nie tylko do lektury Zanim Cię znajdę, ale jakiejkolwiek książki Johna Irvinga, jeśli jeszcze nie spotkaliście się z jego twórczością. A poniżej – sam mistrz Dżony we własnym domu. Zobaczcie koniecznie! 

Jack London, „Martin Eden”

Od kiedy tylko sięgam pamięcią, Martin Eden stał sobie u nas spokojnie na jednej z półek. Za każdym razem, gdy na nią spoglądałam, mój tato mówił, że to najlepsza książka na świecie i powinnam przeczytać. Wreszcie dorosłam do lektury. Po przeczytaniu stwierdzam, że Martin Eden jest po prostu mistrzowski. 
Jeśli ktoś nie wie, kim jest Jack London, powinien się wstydzić i natychmiast zgooglować tego wybitnego amerykańskiego twórcę. W swoim dorobku literackim ma takie słynne tytuły jak np. Biały Kieł czy Zew krwi. London tworzył w pierwszej połowie ubiegłego wieku, więc język, w którym pisał, może nie przypaść wszystkim do gustu. Jest szlachetny, a jednocześnie pełnokrwisty. W piękny i chyba już dawno zapomniany sposób opiewa prawdziwą istotę rzeczy. Ale zdolności estetyczne Jacka Londona nie są jedyną zaletą jego twórczości, zwłaszcza, jeśli chodzi o Martina Edena.
Tytułowy bohater jest dwudziestoletnim marynarzem. Zarabia na życie w trakcie rejsów po całym świecie, zaś kiedy schodzi na ląd, mieszka w rodzinnym Oakland, wynajmując pokój u swojego szwagra. Pewnego razu podczas wizyty w mieście, Martin ratuje przed złodziejami chłopaka z bogatego domu. Ten zaprasza marynarza na obiad, gdzie główny bohater poznaje przepiękną Ruth Morse i od razu się w niej zakochuje. 

Ponieważ Ruth pochodzi z wyższych sfer i jest w trakcie studiów humanistycznych, a Martin ma podstawowe braki w wykształceniu, postanawia uzupełnić swoją wiedzę, by podbić serce ukochanej. Dzięki lekurze książek z biblioteki nabiera ogłady w sferze towarzyskiej. Uczy się, jak odzywać się do młodych dam, a także pochłania dzieła filozoficzne, biologiczne i w ogóle z wszelakich dziedzin naukowych. Od czasu do czasu ujawnia się jeszcze wybuchowy temperament chłopaka, lecz dla Ruth Martin jest w stanie nosić uwierające kołnierzyki, rzucić palenie oraz zyskać sławę. No właśnie. Podczas jednego z kolejnych rejsów Martin zaczyna rozumieć, co jest jego prawdziwym powołaniem. To jeden z najpiękniejszych fragmentów, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia, więc z radością podzielę się nim z Wami. 
Niewysłowione piękno świata upajało go aż do granic męki; żałował, że Ruth nie może dzielić z nim tych wrażeń. Postanowił, że odtworzy dla niej na piśmie wiele z uroku południowych mórz. Na tę myśl zapłonął w nim jasno duch twórczy, każąc mu widziane piękno przekazać nie tylko ukochanej, ale i szerszemu gronu czytelnbików. Wtedy to w blasku i chwale zrodziła się w nim wielka myśl: będzie pisał! Stanie się jedną ze źrenic, przez które świat widzi, jednym z uszu, przez które słyszy, jednym z serc, którymi czuje. 
Na początku XX wieku fach pisarski był równie ciężki, jak obecnie. Początkowo nie sposób było się z niego utrzymać, ale Martin Eden postanowił się nie poddawać. Czy udało mu się zostać wielkim pisarzem i zdobyć ukochaną kobietę? Przekonajcie się sami, sięgając po książkę Jacka Londona, w której autor zawarł wiele elementów autobiograficznych. Sam w końcu również zajmował się pływaniem na statkach i zwiedził wiele intrygujących zakątków świata. Później stał się farmerem, zdarzyło mu się również piractwo i kłusownictwo oraz podejmowanie różnych innych, czasem dziwnych zajęć. Nie dość, że był wobec tego bardzo zaradnym facetem, niewątpliwie inteligentnym, o ogromnej wiedzy, a także zdolnym, to jeszcze cieszył się ogromnym zainteresowaniem kobiet, bo wyglądał tak, jak powyżej. 
Jeśli nie chcecie poznać pewnych szczegółów z książki, które niektórzy określają mianem spoilerów, lecz tak naprawdę postaram się nie wyjawić za wiele z fabuły, nie czytajcie dalej. To czas zamknąć Fabrykę dygresji lub ewentualnie przenieść się do innego postu. Ale jeśli nie potraficie okiełznać swojej ciekawości, zapraszam dalej. 
London sporo pisze o miłości. Zauważa, jak łatwo zakochać się we własnym wyobrażeniu o jakiejś osobie, a nie w prawdziwym człowieku. Ujawnia prawdy na temat ciężkiego rzemiosła, jakim jest zawodowe pisarstwo. Składa hołd nie tylko wiedzy akademickiej, ale przede wszystkim życiowym doświadczeniom i dobroci serca. Pokazuje, że wykształcona burżuazja zdecydowanie nie jest solą ziemi oraz co można osiągnąć, kierując się niezachwianą wiarą we własne siły. Pisze nie tylko pięknie, ale i mądrze. Z lektury można nawet wyciągnąć wskazówki na pewny sukces. 
1. Rób to, co kochasz, i rób to całym sobą. 
2. Ucz się nieustannie.
3. Szlifuj swoje rzemiosło.
4. Bądź wierny swoim przekonaniom, lecz licz się z tym, że możesz tkwić w błędzie.
5. Okazane dobro przekazuj dalej. 
W Martinie Edenie sporo jest pięknych i wzruszających, lecz pozbawionych zbędnego patosu scen. Tą, która dosłownie wycisnęła mi łzy z oczu, był moment, kiedy przyjaciółka głównego bohatera otrzymaną od niego książkę kładzie w najważniejszym miejscu domu, tuż przy Biblii. A sama końcówka, choć była jedynym, co mi się w całej książce nie spodobało (wraz z okropną postacią Ruth tak naprawdę), i tak powala. 
W skrócie: wstyd nie znać.

9/10