John Irving – Aleja tajemnic

John Irving – Aleja tajemnic

Czytelnikom Fabryki dygresji chyba nie trzeba przedstawiać Johna Irvinga, zwłaszcza po ostatnim wpisie. Natomiast reszcie powiem tylko, że Irving to powieściowy wirtuoz o piórze absolutnie genialnym, władca świata słowa pisanego, mój wielki literacki mistrz. A Wy powinniście go czytać. I doskonałą do tego okazją jest premiera jego najnowszej książki, Alei tajemnic
Aleja tajemnic traktuje o losach dwójki połowicznych sierot, Meksykanów, mieszkających na wysypisku śmieci w Oaxaca. Juan Diego, mimo bycia nastolatkiem, jest wytrawnym czytelnikiem. Ratuje niechciane książki przez spaleniem, często wyciągając je prosto z płomieni i parząc w ten sposób własne dłonie. Dzięki lekturze przyswaja obce języki i staje się niesamowicie inteligentny jak na swój wiek. Jego młodsza siostra, pełna energii Lupe, nazwana na cześć Matki Bożej z Guadalupe, posiada natomiast dar jasnowidzenia. Nad rodzeństwem czuwa jezuita Pepe i kochający z całego serca dzieci szef wysypiska, Rivera. Matka, piękna i nieszczęśliwa Esperanza,  nie bardzo zajmuje się swoim potomstwem, ale w pewnym sensie należy do tej dziwnej rodziny, w skład której niedługo wejdą również młody amerykanin, uciekający przed poborem do wojska, określany przez Lupe jako dobry gringo, oschły doktor Vargas, transseksualna prostytutka Flor i umartwiający się brat zakonny, uwielbiający hawajskie koszule senior Eduardo. To oczywiście tylko garstka wielobarwnych postaci, jakie przewijają się przez Aleję tajemnic. Mam wrażenie, że jedną z głównych ról, prócz Juana Diego oraz Lupe, gra tutaj Matka Boska (w kilku odmianach).
Jednocześnie akcja toczy się również w dużo dalszej przyszłości Juana Diego, kiedy jest sławnym pisarzem, zamieszkującym Stany Zjednoczone. Wyrusza on w podróż na Filipiny, gdzie ma oddać hołd ojcu dawnego przyjaciela. Ale czy to prawdziwa przyczyna jego tułaczki? Co wspólnego mają z nią tabletki i dwie tajemnicze podróżniczki, które zdają się pojawiać i znikać w najmniej (a może i najbardziej?) spodziewanych momentach?
Według mnie jest to książka Johna Irvinga, która ma w sobie bardzo dużo elementów komediowych i najwięcej, spośród wszystkich innych powieści, pierwiastków fantastycznych (dla tych, którzy czytali: nos!). Chyba już nigdy nie przejdę obok figury Matki Boskiej obojętnie…
Czyta się zaskakująco szybko. Musiałam dozować sobie tę przyjemność, by trwała jak najdłużej – wcześniej nie miałam z tym takich problemów, bo Irving momentami potrafi zmęczyć ogromem szczegółów fabularnych. Tym razem było jakby lżej.
Jak zwykle, do gustu przypadli mi bohaterowie. Ich kreacje zostały stworzone w sposób perfekcyjny: są ciekawe, niestandardowe, a relacje między nimi ukazują więzi tak silne, że czasem można tylko pozazdrościć. Historie z ich przeszłości potrafią wywołać dreszcze na karku (Flor, Vargas). I choć w Alei tajemnic sporo zaskoczeń, to w pewnym momencie czytelnik już wie, jaki będzie finał – idealnie wpasowujący się w książkę. Olśnienie przychodzi wtedy, kiedy powinno. Wtedy, kiedy nie ma już nic do odkrycia, bo punkt kulminacyjny właśnie nastąpił. I teraz, po silnym wstrząsie, można ze spokojem (ale i smutkiem) pożegnać się z bohaterami…
Nie przeszkadza mi absolutnie, że książka jest w zasadzie kalką innych historii Irvinga. Jestem zdania, że świadczy to o majestacie mistrza i jego niezrównanego pióra. Pokażcie mi inną osobę, choć jedną, która z tej samej historii potrafi wyczarować dziesięć innych, tak samo fascynujących?

 

A dlaczego polecę Ci tę książkę?
Ponieważ dzięki lekturze możesz zrozumieć lub sobie przypomnieć, iż inność nie jest gorsza niż przeciętność. Zacząć zauważać cuda wokół nas, docenić świat, w jakim żyjemy. I to, że żyjemy.

 

Przy okazji lektury możemy wyprawić się do upalnego Meksyku i poznać malownicze zakątki Filipin, co jest ciekawe o tyle, że wcześniej Irving zabierał nas głównie do Kanady bądź Europy.
Będzie to też doskonała sposobność do zastanowienia się nad swoim wyznaniem. Czy wierzymy tylko dlatego, bo wierzą nasi rodzice, i czy przypadkiem tylko nam się tak wydaje, bo prawdziwa wiara to coś, co nie do końca pojmujemy?
Wreszcie to, co zawsze najmilej witam w twórczości Irvinga, czyli refleksje związane z tworzeniem książki. Polecam Ci serdecznie przeczytanie Alei tajemnic, bo jeśli sam piszesz, znajdziesz tam bezcenne wskazówki co do tworzenia tekstow. Pamiętaj: nie ma pisania bez czytania!

 

7,5/10

 

Jeżeli czytałeś już Aleję tajemnic, koniecznie podziel się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzu poniżej bądź na Facebooku!
I czy nie uważasz, że powinieneś przeczytać wcześniejsze książki mistrza? Zanim Cię znajdę albo Jednoroczną wdowę?

O tym, jak książki Johna Irvinga sprawiły, że zostałam zboczeńcem

John Irving jest absolutnie moim ulubionym pisarzem i niedoścignionym wzorem. Kończę właśnie czytać jego czternastą powieść, Aleję Tajemnic, która opowiada o wytrawnym czytelniku, a później pisarzu – Juanie Diego i jego jasnowidzącej siostrze – Lupe. Ponieważ trudno mi rozstać się z tą fantastyczną książką, odwlekam jak najdalej w czasie ukończenie lektury. Postanowiłam jednak już teraz pozarażać Was trochę moją miłością do absolutnego króla powieści obyczajowej, jakim według mnie jest John Irving.
Prawda jest taka, że ten wybitny amerykański prozaik lubi kontrowersyjne tematy i często w swoich książkach opisuje rozmaite zdarzenia, które przeciętna osoba, nie poznawszy kontekstu, mogłaby określić jako zboczone. Hasający po domu transwestyci, wytatuowani od góry do dołu paranoicy, wypadki podczas seksu oralnego w trakcie prowadzenia auta, niespotykana fascynacja niedźwiedziami… Już te kilka elementów może wprawić w konsternację, a to dopiero początek!
Niemniej, przez lekturę niebawem dwunastu już książek Johna Irvinga, nie stałam się dewiantem czy pederastą, choć i takie kwestie pisarz porusza w swoich dziełach. Zboczenie, o jakim napisałam w tytule postu, wynika z tego, że inaczej podchodzę do rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Myślę, że niektórzy mogliby takie podeście nazwać odchyleniem od normy, i to znacznym. A dlaczego konkretnie? Pozwólcie, że wypunktuję.
Kadr z filmu Hotel New Hampshire
1. Kochać trzeba, warto, można. Można kochać wiele osób jednocześnie
Również na gruncie erotycznym. Miłość nie jest prosta czy oczywista. Jest dziwna i złożona, tak jak świat, pełen kolorów i ich odcieni, a już na pewno nie czarno-biały. Miłość jest niezależna, bo kochamy niezależnie od płci, orientacji, kasty czy koloru skóry. Można kochać siostrę. I można być w niej zakochanym. Można być przez to potępionym, ale można jednocześnie i być szczęśliwym (Hotel New Hampshire). Można kochać swojego psa, którego wychowuje się od szczenięcia i można tak samo kochać nieznajomego. Można kochać cały świat albo tylko jego wybraną część. Można kochać na milion różnych sposobów. Ale można i nikt nam tego nie zabroni (nawet, jeśli bardzo byśmy tego chcieli). Miłość jest możliwa i potrzebna – i o tym nigdy nie powinniśmy zapominać.
Kadr z filmu Drzwi w podłodze, filmu opartego na motywach Jednorocznej wdowy, filmweb.pl
2. Rodzina to rodzina. Choć niekoniecznie rodzona
Matka to matka, matkę kochać trzeba – tak stara się nam wmówić cały świat. Książki Johna Irvinga udowadniają, że możemy spokojnie mieć gdzieś zdanie innych. Matki nie zawsze są idealne i niektóre nawet nie dają się pokochać (Zanim Cię znajdę). Czasami po prostu ich brakuje (Ostatnia noc w Twisted River). Wokół nas jest za to sporo osób, które zasługują na to, by je pokochać, i które z pewnością pokochają nas, jeżeli im na to pozwolimy. Bez względu na to, czy mamy taką samą grupę krwi, kolor oczu i tego samego przodka. Pamiętając o więzach krwi oraz o tym, by je szanować, nie możemy zapominać, iż mamy prawo do wyboru własnej rodziny, czyli ludzi, z którymi po prostu uwielbiamy przebywać. Dla których możemy się poświęcić. I którzy pomogą nam, gdy będziemy ich potrzebować.
Kadr ze Światu według Garpa
3. Kobieta to nieposkromiony żywioł
Nie, żebym wcześniej nie wiedziała, ale postaci kobiece u Johna Irvinga są nad wyraz specyficzne. Nie ustępują pola mężczyznom, wręcz przeciwnie, potrafią wesprzeć ich, gdy tego potrzebują oraz pchnąć naprzód, by mogli wejść na szczyt. Przy niebywałej trosce o przeciwną płeć, nie poświęcają jej się całkowicie. Są skupione na sobie, swoim szczęściu i realizowaniu własnych marzeń, zdolne i kochające. A czasami zdrowo stuknięte (Zanim Cię znajdę). Niestety, mężczyźni wciąż potrafią sprawić, że stają się nieszczęśliwe…

Na tym sprośnym świecie […]jest się czyjąś żoną albo czyjąś dziwką, albo na najlepszej drodze dostania się jednym czy drugim. 

Świat według Garpa,
z Autobiografii Jenny Fields
 
Kadr z Wbrew regułom, filmu powstałego na motywach Regulaminu tłoczni win

4. Warto być egoistą. Choćby po to, żeby nie zwariować
To, co się dzieje na świecie, nie jest tak ważne, jak to, co się dzieje w Twojej wyobraźni. A zatem bycie egoistą jest przeze mnie wybitnie szanowane. Kiedy wiesz, że czegoś bardzo chcesz, co jest sporym sukcesem

[…] to katorga mieć siedemnaście lat i nie wiedzieć, kim się jest.

W jednej osobie
 

miej w dupie to, czego chcą inni i dąż nieustannie do tego, by przede wszystkim samemu być zadowolonym. Wtedy dopiero weź się za uszczęśliwianie innych. Jednocześnie trzeba pamiętać o poniższych słowach:

Żałuję, ale muszę przyznać, że ponosimy jakąś odpowiedzialność za ludzi na tym świecie. 

Uwolnić niedźwiedzie
Nie jesteśmy samotnymi wyspami, jak prawi Thomas Merton. Nasze czyny nie pozostają nigdy bez konsekwencji, więc jeżeli nie pomagamy, starajmy się chociaż nie szkodzić. OK?
Kadr z filmu Simon Birch, opartego ma motywach Modlitwy za Owena
5. Cuda się zdarzają. Każdego dnia
Mogą być odwzajemnionym spojrzeniem, który mówi więcej niż tysiąc słów. Albo tym, że siedzimy wygodnie z ukochaną książką, mając cztery kończyny (innym zdarza się mniej – Świat według Garpa), mogąc oddychać pełną piersią, bez podtrzymującej życie aparatury (W jednej osobie, Aleja Tajemnic), nie tęskniąc do osób, z którymi już nigdy nie będziemy mogli się zobaczyć (Hotel New Hampshire). Życie i literatura to dwa cudy. Do tej pory nie mogę się im nadziwić, za to zamierzam składać im hołd każdego dnia, aż do śmierci. Tak jak i John Irving.

To tylko garstka nauk, jakie przyjęłam od mistrza za pośrednictwem jego utworów. Telewizja zabija intelekt, polityka jest głupia, używanie kondomów jest na propsie – to jedne z kolejnych. Chciałabym jednak, żebyście sami wyłuskali z powieści Johna Irvinga coś dla siebie, dlatego, zachęcam – czytajcie! Jeśli nie wiecie, po którą książkę sięgnąć najpierw, skosztujcie najpierw recenzji:

Zanim Cię znajdę
W jednej osobie
Ostatnia noc w Twisted River
Jednoroczna wdowa
Uwolnić niedźwiedzie

Dzięki lekturze powyższych książek (i kilku innych, których dziwnym trafem nie udało mi się zrecenzować na Fabryce dygresji), nauczyłam się przede wszystkim pisać. Zatem ciąg dalszy nastąpi…
A Wy, moi drodzy? Lubicie Johna Irvinga? A może przeszkadza Wam natężenie zbyt wielu dziwności w jego prozie? Czekam na Wasze opinie!

 

John Irving – Zanim Cię znajdę

Przeczytałam na Lubimyczytać.pl komentarz jakiejś lali, że wydarzenia i postaci, o których pisze John Irving, są zbyt dziwne. Poczułam się zapewne tak, jak główny bohater Zanim Cię znajdę, Jack Burns, kiedy usłyszał podobny tekst z ust dziewczyny, w jakiej był szaleńczo zakochany. Dla mnie pisarz tworzy porywające historie, inspirujące, fascynujące, czasem groteskowo przerysowane i kolorowe jak najprawdziwszy cyrk, ale jednak wcale od życia nieoderwane. I tak właśnie jest z jego jedenastą powieścią, o której dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć. 

Kilkuletni Jack i Córka Alice tworzą idealny duet. Syn i jego matka podróżują po Europie, zajmując się robieniem tatuaży i poszukiwaniem ojca Jacka, Williama Burnsa, który ucieka od obowiązków rodzicielskich. Mężczyzna jest organistą ze słabością do dziar i młodych kobiet. Jack wraz z matką depczą mu po piętach, odwiedzając co chwila inne miasto, mogące poszczycić się wspaniałym kościelnym instrumentem. Spotykają w tym czasie mnóstwo nieprzeciętnych osobowości, m.in. tajemniczego najmniejszego żołnierza, poparzoną przez jednego z klientów prostytutkę Saskię, piękne studentki z muzycznej Akademii Sibeliusa, sympatycznego policjanta Nico Oudejansa i mnóstwo innych spektakularnych postaci, z których każda ma swoją historię. O poznanie jej nie musimy zabiegać; musimy być tylko cierpliwi, aż mistrz Irving podniesie kurtynę tajemnicy i odsłoni zaskakującą prawdę. 

Zanim Cię znajdę opowiada o poszukiwaniu szczęśliwego zakończenia. O skonfrontowaniu się z zatrważającą prawdą, niszczącą wiele żyć. O katastrofalnych skutkach pierwszych miłości i pękniętych serc. O silnych, mściwych kobietach i tych słabych, łaknących namiastki radości. O mężczyznach, którzy przebierają się w damskie fatałaszki, mimo skończenia trzydziestu lat są tylko małymi chłopcami i pragną skryć się w bezpiecznych ojcowskich ramionach…

To oczywiście tylko kilka wątków, których w Zanim Cię znajdę pod dostatkiem. Nie sposób omówić większości tematów, jakie poruszył na kartach tej powieści jej autor. To blisko 600 stron w formacie B5, zadrukowanych maczkiem. Pamiętam, że kupiłam książkę w jednym z poznańskich antykwriatów wiele lat temu i rozpoczęłam lekturę jeszcze na starym dworcu, przy akompaniamencie gruchających gołębi i płaczącego dziecka, usadzonego na zielonym plastikowym krzesełku przez matkę, która poszła kupić bilety. Pomyślałam sobie, że właśnie tak mógłby wyglądać Jack, czekający na matkę… A potem odłożyłam Zanim Cię znajdę na później. Zaczynałam czytać parę razy, ale z Irvingiem tak jest, że potrafi zmęczyć, jeśli Ty niewystarczająco zaangażujesz się w świat, który kreuje w powieści. Kiedy natomiast wkroczysz pomiędzy jego bohaterów i zdecydujesz się żyć między nimi, żadna siła Cię stamtąd nie wyrwie.

Trudno powiedzieć, żeby akcja była wartka. Na pewno jest żwawsza niż Twoje życie, ale rozbudowana fabuła zaciera to wrażenie. Podczas czytania stajesz się podglądaczem dzieciństwa i dorastania, a także dorosłych przygód Jacka Burnsa. To, co początkowo wydaje się tajemnicze i zawiłe, wkrótce zostaje stopniowo rozwinięte, a wreszcie wyjaśnione bez żadnych pozostawionych niedomówień. Ciekawość czytelnicza zostaje w pełni zaspokojona. Nasuwa mi to skojarzenie z projektem architektonicznym gotyckiej katedry. Wszystko pięknie i na swoim miejscu. 

Bohaterowie, tak jak i bieg (tudzież trucht albo spacer) fabularny, są najmocniejszymi punktami książki. U Irvinga, jak w życiu; nie ma jednoznacznie negatywnych czy pozytywnych. Są tylko tacy, którzy, zależnie od oczu i gustu czytelnika, mogą wydać się bardziej intrygujący lub mniej. 

Mnie najbardziej do gustu przypadły dwa mocne kobiece charaktery. Po pierwsze, Emma Oastler, z którą w dużej mierze się utożsamiam. Jest najlepszą przyjaciółką Jacka. Pisarką, która co chwila walczy z przybieraniem na wadze, raz katuje się fizycznie, a raz totalnie odpuszcza i we wszystkim folguje. Jej głównym atutem odwaga, opiekuńczość i bezkompromisowość. Poza tym, jest jeszcze Heather, na której pojawienie musimy się długo naczekać. Dzięki temu Irving udowadnia, że nawet na kilkanaście stron przed końcem książki, może nas czymś zaskoczyć. Heather jest muzykiem, mieszkającym z pięcioma współlokatorami w ciasnym mieszkanku. Cierpi na łagodną odmianę choroby dwubiegunowej, lecz mimo to rewelacyjnie radzi sobie w życiu, choć brakuje w nim ciepła i prawdziwej miłości. 
Oprócz rozgrywających się w książce dramatów (molestowania, zgony, kłamstwa – to tylko garstka z nich) mamy do czynienia z mnóstwem humorystycznych momentów. Boże Narodzenie to czas szczególnie opisywany w książkach Irvinga. Tym razem wyciska nam łzy śmiechu z oczu, gdy czytamy o Dzieciątku Jezus, spoczywającym w żłóbku wypełnionym nie sianku, a marihuaną albo o niecodziennym spotkaniu Jacka w ubikacji, tuż po zdobyciu Oscara… 

Mówiąc oględnie, Jack nie miał pojęcia, co począć z nagrodą. Próbował wepchnąć ją pod pachę, co okazało się kiepskim pomysłem. Jeśli właśnie zdobyłeś swego pierwszego Oscara i masz świadomość, że ta sytuacja więcej się nie powtórzy, nie kwapisz się postawić go na podłodze męskiej toalety publicznej. Nie przyjdzie ci również do głowy umieścić go na szczycie pisuaru i przytrzymać jego smukłą głowę własnym podbródkiem. 
Jack ucieszył się, że zabrakło świadków jego kłopotliwych zmagań. Tak mu się przynajmniej zdawało. Zobaczył bowiem, że na drugim końcu rzędu pisuarów jednak ktoś stoi. Tamten najwyraźniej zrobił to, co było do zrobienia, i kłopoty Jacka siłą rzeczy nie uszły jego uwagi. […].

– Może ci potrzymać? – spytał Arnold Schwarzenegger. […].

– Boże, mam nadzieję, że mówił o statuetce! – zawołała później panna Wurtz […].

Od samego początku lektury mamy do czynienia z ewidentnym napięciem erotycznym, które nieraz sprawiło, że po karku przeszły mi dreszcze. Autor, prócz rozkoszy seksu, ukazuje niebezpieczeństwa z nim związane, w zupełnie innej odsłonie, niż można by przypuszczać. Opisuje też, jak łatwo przejść od miłości do nienawiści i mimowolnie krzywdzić najbliższych sobie ludzi. 
Zamiast rozbudowanego wątku związanego z pisarstwem, z czym mogliśmy spotkać się w innych książkach Irvinga, m. in. Świecie według Garpa, Hotelu New Hampshire czy Jednorocznej wdowie, w Zanim Cię znajdę zetkniemy się z szerokim omówieniem relacji międzyludzkich. Na czym polega wsparcie między przyjaciółmi, gdzie leży granica między pożądaniem a miłością, i dlaczego ludzi powinno się kochać bezwarunkowo, miast stawiać konkretne żądania… 
Miłość, myślę sobie, gdy próbuję krótko odpowiedzieć na pytanie, o czym traktuje Zanim Cię znajdę. O to w tej książce chodzi, ale bez cukierkowych rozwiązań, lukrowanych wyobrażeń o związkach i przekłamanych przedstawień półpornograficznych jak w Pięćdziesięciu twarzach… 
Po lekturze czuję się mądrzejsza. Mam nadzieję, że uda mi się teraz być bardziej wyrozumiałą i troskliwą, jeśli chodzi o moich bliskich, bo to, co liczy się w życiu najbardziej, to przede wszystkim ludzie, których kochamy. 

8,5/10

Na koniec chciałabym zachęcić nie tylko do lektury Zanim Cię znajdę, ale jakiejkolwiek książki Johna Irvinga, jeśli jeszcze nie spotkaliście się z jego twórczością. A poniżej – sam mistrz Dżony we własnym domu. Zobaczcie koniecznie! 

John Irving – W jednej osobie

No, niby najnowszy, ale jednak zeszłoroczny. Mowa o „W jednej osobie”, która ukazała się na rynku w 2012 roku. Książkę, tak jak było to w przypadku „Ostatniej nocy w Twisted River” dostałam na urodziny od zestawu 4xM, czyli Marysi, Moniki, Marcina i Macieja (wierząc podpisom pod uroczą dedykacją ^ ^), za co, jeśli kiedyś dane będzie im to przeczytać, jeszcze raz najserdeczniej dziękuję. 

Opowieść rozpoczyna się cytatem z Szekspira, dokładniej z „Ryszarda II”.

Tak i ja wielu gram w jednej osobie,

I w każdej źle mi.
Słowa odpowiadają licznym problemom, z którymi muszą zmagać się główni bohaterowie. Narratorem jest Billy Abbott, biseksualny pisarz, opowiadający o swojej rodzinie, przyjaciołach, seksualnych przygodach i poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: dlaczego jestem, jaki jestem? On sam, jak i miłość jego życia, panna Frost, tak naprawdę są chyba zadowoleni z drogi, na jaką skierowali swoje życie. Co innego ich otoczenie, zakochana po uszy w Billym jego przyjaciółka, Elaine czy też jego matka, Mary. 

Książka to historia homoseksualizmu na przestrzeni drugiej połowy XX wieku w USA oraz plagi AIDS, z jaką wówczas zmagało się społeczeństwo. Irving w piękny, prosty sposób oddał uczucia rodzin, jakie musiały przechodzić przez chorobę jednego z członków. 

Kobiety odkrywały, że ich mężowie spotykają się z mężczyznami, kiedy mężowie umierali. Rodzice dowiadywali się, że ich młodzi synowie umierają, zanim docierała do nich prawda o ich orientacji. 

Powyższy fragment książki to chyba jeden z tych, które poruszyły mnie najbardziej. Jednocześnie cytat ten uczy, że nie prawda o orientacji czy innych upodobaniach jest najważniejsza. Po przeczytaniu „W jednej osobie” o wiele łatwiej zrozumieć, że ocenianie drugiego człowieka na podstawie jego upodobań czy skłonności jest barierą, która bardzo ogranicza człowieka i jedyne, co zapewnia, to wieczne stanie w miejscu. 
Prócz najważniejszego przesłania książka oczywiście bawi i wstrząsa typowym Irvingowi czarnym humorem. Fabuła zbudowana jest w taki sposób, że każdy wątek po kolei rozwiązuje się albo w oczywisty, albo w kompletnie zaskakujący sposób. Można przewidzieć tylko to, że w inny, niż się tego spodziewa czytelnik. 
Bohaterowie są dokładnie tacy, do jakich zdążyłam przywyknąć. Billy jest dokładnie taki, jaki Garp albo Johnny Berry, Elaine bardzo podobna do Helen, dziadek Henry do trenera Boba z Iowa (obaj tak samo ekscentryczni, choć w nieco inny sposób), panna Frost, kobieta-rakieta to istna Pam, tylko brakuje jakiejś nowości, jak na przykład postaci tak charakterystycznej jak Ketchum. Wiem, że Irving stara się unikać takiego przerysowywania postaci, bo nie wpływa to korzystnie na realizm powieści, ale Ketchum stał się dla mnie pewnym symbolem, którego na pewno długo nie zapomnę. Bohaterowie „W jednej osobie” niestety już mi się rozmywają w pamięci, choć od przeczytania książki minęły dopiero trochę ponad dwa miesiące. 
No i, choć język pisarza jest tak piękny i błyskotliwy w swej rzeczowości, w poprzednich powieściach trafiłam na o wiele więcej myśli godnych zapamiętania. Szkoda też trochę, że Irving poświęcił tym razem o wiele mniej miejsca rozważaniom na temat pisarstwa. Z drugiej strony, ile można? 
Z utartych motywów: brak niedźwiedzi, ale pojawiają się zapasy, za którymi zdążyłam się już stęsknić! 
Książka znalazła się na liście 100 najważniejszych książek roku 2012 wg „The New York Times”. Ale ja myślę, że powinna znaleźć się na liście stu najważniejszych książek współczesnej epoki. Jak wszystkie dzieła Irvinga, polecam ją każdemu, lecz tę konkretną pozycję szczególnie, z całego serca. Gdyby choć co dziesiąty Polak poznał „W jednej osobie”, myślę, że w naszym kraju byłoby o wiele mniej aktów nietolerancji. 
9/10

Na szczęście nieostatnia noc z Irvingiem

Z okazji dwudziestych pierwszych urodzin moi przyjaciele obdarowali mnie aż dwoma najnowszymi książkami Johna Irvinga. Jedną z nich jest „Ostatnia noc w Twisted River”, wydana w Polsce w 2010
roku. Właśnie o niej chcę powiedzieć kilka słów. 
Ostatnia noc spędzona w Twister River przez Dominica i jego syna Daniela obfitowała w koszmarne wydarzenia. Karmiony przez rodzica i znajomych historiami o niebezpiecznych niedźwiedziach, Danny zabija kochankę ojca, którą wziął za dzikie mordercze zwierzę. Bohaterowie muszą opuścić miasto, by uciec przed zemstą niezrównoważonego szeryfa. Tułaczka trwa latami, ale gdy nadejdzie czas powrotu, starzy przyjaciele jak zwykle w powieściach Irvinga okażą się niezawodni. Akcja osadzona jest na tle przemian w USA. Najpierw wojna wietnamska, później rządy kolejnych prezydentów, wreszcie ataki na World Trade Center. Bohaterowie, jako przedstawiciele społeczeństwa, bezpardonowo krytykują władzę, starając się przy tym żyć własnym życiem. Irving ukazuje odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę jest patriotyzmem, lecz, jak zwykle, pozostawia wiele pola do interpretacji. Nie brak też refleksji nad zawodem pisarza.
Jeśli chodzi o bohaterów powieści, to historia Dominica Baciagolupo i jego pierworodnego została ukazana w bardzo ciekawy, zagmatwany sposób. Tajemnice z przeszłości wypływają dopiero pod koniec, czyli w najodpowiedniejszym momencie, a ich wyjawienie stanowi jeden z punktów kulminacyjnych. Nie pokochałam jednak tych panów tak szczerze jak chociażby Garpa, Ruth i Teda Cole czy całej rodziny Berrych z poprzednich utworów pisarza. Wielką postacią „Ostatniej nocy” jest jednak Ketchum, być może potomek rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, człowiek, który nie boi się niczego, nie rusza się nigdzie „bez aspiryny i pukawki”. Jednocześnie, jak głosi legenda, „tylko Ketchum może zabić Ketchuma”. To jedna z najbardziej dopracowanych postaci, jakie kiedykolwiek spotkałam w twórczości Irvinga. Przy tym nie wydaje się być ani troszkę przerysowana. 
Ze standardowych motywów ogromną rolę w tym obszernym dziele (576 stron) odgrywają niedźwiedzie, co bardzo mi cieszy, bo Irving znów rozprawia się z nimi fenomenalnie. W tekście odzwierciedlenie znajduje też zamiłowanie pisarza do kuchni, zwłaszcza włoskiej, a do tego niebieski cadillac, który utożsamia wszystkie życiowe wypadki, jak wcześniej w „Hotelu New Hampshire” pies Smutek i otwarte okna czy „zjadliwy wirus” ze „Świata według Garpa”.
Problemem jest jedynie poszatkowana fabuła. Irving skacze od jednego wydarzenia w drugie, niemal zupełnie zatracając chronologię. Poprzez zbyt liczne retrospekcje i nagłe skoki w przyszłość miałam problem z uważnym wczytaniem się w lekturę. Gubiłam pewne wątki, a przy tym zapominałam o pewnych szczegółach. Gdzieś koło dwusetnej strony odczułam mękę czytania, by od połowy przegalopować już do końca niemal bez chwili na odpoczynek, bo styl znacząco się poprawił.
John Irving z synem Everettem,
któremu zadedykował powieść
Mimo wszystko „Ostatnia noc w Twisted River”, choć jest świetną lekturą, znacznie lepszą od przykładowych obyczajówek, jakie wpadają w ręce w księgarni czy bibliotece, różni się od poprzednich dzieł Irvinga. Czegoś brakuje i zaczynam się obawiać, że dojrzały wiek Irvinga zabrał mu jakąś pisarską iskrę, bo tego wyjątkowego pierwiastka nie mogłam doszukać się też w następnej
powieści, czyli „W jednej osobie”. To też pierwsza powieść, podczas lektury której sięgnęłam po ołówek i wykreśliłam cały zupełnie niepotrzebny akapit. Irving podał wszystko na tacy, jakby czytelnik był za głupi na odczytanie tak klarownego symbolu, jakim w pewnym momencie staje się karłowata sosna. Na szczęście udało mi się z żyć z niektórymi z bohaterów, więc pisarz w dalszym ciągu nie stracił umiejętności manipulowania emocjami czytelnika. Uroniłam kilka łez i kilka razy wybuchnęłam szczerym śmiechem. A o Ketchumie na pewno będę pamiętać do końca życia, bo to bohater, obok którego po prostu nie da się przejść obojętnie.
Ciekawostki: 
– John Irving zbierał materiały do napisania powieści (już dwunastej!) i tworzył ją przez około dwadzieścia lat.
– Tytuł pochodzi z ostatniego zdania książki. Ten chwyt pisarz zastosował wcześniej tylko raz, w „Świecie według Garpa”, mimo że owe ostatnie zdanie Irving zawsze zapisuje jako pierwsze i od niego zaczyna swoją pracę nad dziełem.
– Utwór został uznany przez dziennik „Financial Times” za książkę roku 2009.
Wybrane cytaty:
„Nie, nie jestem chory, Lupito – odpowiadał niezawodnie Danny. – Yo solo soy un escritor. – (Jestem tylko pisarzem, jakby to tłumaczyło jego stan).”
„To dzieło Indian: nigdy się nie rozpadnie.”
” – Gdyby nie ta gówniana moralność…!
  – Moralność to nie przelewki, panie Ketchum […].”
„Nie zawsze mamy wpływ na to, jak poznajemy się nawzajem. Bywa, że ludzie wchodzą w nasze życie gładko, jakby spadali z nieba, jakby prowadził stamtąd prosty szlak – tak samo nagle, jak tracimy tych, wydawałoby się, związanych z nami nierozerwalnie.”
„[…] wiedział jednak, że opowieści to rzecz niepojęta – raz puszczone w ruch, nie dadzą się zatrzymać.”
7,4/10

John Irving – Jednoroczna wdowa

Kiedy kupiłam w ulubionym antykwariacie egzemplarz „Jednorocznej wdowy” Johna Irvinga, wiedziałam, że nie przeczytam jej od razu – tym bardziej, że byłam wówczas w trakcie lekko męczącej lektury „Uwolnić niedźwiedzie”. Wydawało mi się zatem, iż trzeba będzie zrobić sobie pewien okres odpoczynku od Irvinga. Odpoczynek ten trwał kilka godzin. Rzuciłam debiutancką powieść mojego ulubionego pisarza, pożarłam „Barbarę Radziwiłłównę” Felińskiego, a później, zachęcona rozmową z Jagódką (podobno „Jednoroczna wdowa” to jedna z ulubionych książek Stephena Kinga, która bardzo go zainspirowała), postanowiłam poznać sekrety dwunastej powieści Irvinga, wydanej w roku 1998. Ponieważ tom zawierał olbrzymią ilość stron, pomyślałam, że będę czytać „Jednoroczną wdowę” chyba przez pół roku. Błąd. Blisko siedemset stron pysznej prozy syciło mnie w sumie około pięciu, sześciu dni. 
Książka opowiada o losach Ruth Cole i jej rodziny. Zaczyna się, gdy główna bohaterka ma cztery lata i skupia na separacji między jej rodzicami, Tedem i Marion. Wówczas poznajemy też Eddiego, szesnastoletniego chłopaka, marzącego o byciu pisarzem. Wielką rolę odegrają tu fotografie zmarłych braci Ruth, Thomasa i Timmy’ego, których duchy obecne są od początku do końca powieści. 
Druga część książki przenosi nas w czasie. To już nie lata sześćdziesiąte, a dziewięćdziesiąte XX wieku. Ruth jest dorosłą kobietą, jej ojciec Ted starszym mężczyzną, wciąż łamiącym kobiece serca, a Eddie nadal kocha się w Marion, która odeszła od rodziny ponad trzydzieści lat temu. Powieść zmienia się w kryminał, gdy Irving wraca do jednego ze swoich ulubionych tematów: prostytutek. Tym razem nie w tak ukochanym przez pisarza Wiedniu, ale równie znamiennym Amsterdamie. 
Co jest, a czego nie ma?
Nie ma niedźwiedzi, nie ma zapasów, ale to nie dramat. Jest zabójstwo, jest detektyw, typowy czarny humor i obiekty, z początku niepozorne, a później odgrywające kluczową rolę dla akcji (na przykład brązowy tusz z mątwy czy krzywo zbudowana sala do gry w squasha). Są wielobarwne, dopracowane postacie (tym razem bardziej niż w przypadku „Świata według Garpa”). I geniusz autora. W „Jednorocznej Wdowie” naprawdę każdy najmniejszy element jest istotny, a każdy bohater, nawet ten dwunastoplanowy, ma swoje rzetelnie zarysowane „ja”.
Jest też seks. Całkiem sporo. I czyta się o nim, jak to zwykle u Irvinga, z uśmiechem. Zwłaszcza rozdziały zatytułowane „Maszyna masturbacyjna” czy „Czerwono-niebieski materac dmuchany”. W ogóle, na tytuły rozdziałów warto zwrócić szczególną uwagę. Świetnie zarysowują mijający w fabule czas. Ale o tym się dowiecie, gdy sięgniecie po książkę.

Samo zakończenie wycisnęło mi łzy z oczu. Moja mama jak zwykle posądziła mnie o bycie wariatką, gdy wyłam, skryta pod pościelą, plamiąc rąbek kołdry tuszem do rzęs. Tylko że po zżyciu się z bohaterami i tak pięknym rozwiązaniu akcji nic innego nie można zrobić. Płakać można też dlatego, że to na szczęście nie ostatnia książka Irvinga, którą mam do przeczytania, więc to również łzy ulgi.

Zakończę ten szkic recenzji cytatem z „Jednorocznej wdowy”. To słowa wypowiedziane przez męża Ruth, będącego również jej agentem i wydawcą, bo – jak przystało na powieść Irvinga – główna bohaterka jest oczywiście pisarką.

„Ach, jakże wielka jest moc słowa pisanego.”

5/5

Co zaś tyczy się filmu powstałego na motywach „Jednorocznej wdowy”, czyli dramatu pt. „Drzwi w podłodze”, to próbowałam obejrzeć. Naprawdę, starałam się. Ale prócz maleńkiej Ruth (granej przez Elle Fanning), nie dostrzegałam żadnych jasnych elementów (choć Jeff Bridges akurat pasował chyba jak nikt inny do roli Teda). Zazwyczaj nie porzucam filmów z własnej woli. Choćby były gniotami, staram się obejrzeć do końca. Chyba, że odłączą mi prąd albo zirytują jakimś limitem. Tym razem nie mogłam sprostać. Film ma około dwóch godzin, ale będzie się Wam wydawać, że trwa nieskończoność. Nie polecam. Nie ma w nim nic zabawnego, a przedstawiona w „Drzwiach…” tragedia może skutecznie Was przytłoczyć, jeśli nie obrzydzić.