Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Możesz sobie go kochać do utraty tchu, załatwiać dla niego mnóstwo spraw, ogarniać mu dupsko i wspierać w trudnych chwilach. A on i tak cię wydyma. Dosłownie i w przenośni. Tak to jest, jak się ma romans z przełożonym. Ale nie tylko o tym opowiada nowa książka Gabrielle Zevin pt. Wzloty i upadki młodej Jane Young. To pozycja o wiele ciekawsza.

Choć napisana bardzo prostym językiem. Na początku styl Gabrielle Zevin bardzo mnie irytował. Nie lubię typowych powieści dla kobiet, bo wydają mi się trochę infantylne, trochę prostolinijne… Takie mało wysublimowane, jakby czytelniczka miała dostać zawału, gdyby w tekście pojawiło się trudniejsze słowo. Wzloty i upadki młodej Jane Young rozdrażniły mnie więc i zastanawiałam się, czy dalej się męczyć… Ale wtedy okazało się, że jestem nagle w połowie książki. Tak bardzo wciągnęła mnie historia! Nawet nie zauważyłam, ile stron zdążyłam pochłonąć!

Książka to opowieść o kilku kobietach, które zostały skrzywdzone wskutek romansu jednej z nich. Na początku wsiąkamy w historię Rachel Shapiro. Żydówki po sześćdziesiątce, która próbuje sobie na nowo ułożyć życie po rozstaniu z mężem. Poznajemy jej najlepszą przyjaciółkę i dowiadujemy się, że bohaterka od lat nie miała kontaktu ze swoją córką, Avivą Grossman.

Później przechodzimy do narracji z perspektywy bohaterki tytułowej, czyli Jane Young. Okazuje się, że to właśnie Aviva, która po romansie z kongresmenem zmieniła nazwisko. Od kilku lat prowadzi własny biznes w Maine, ukrywając przed sąsiadami prawdziwą tożsamość. Ma dojrzewającą córkę o imieniu Ruby.

Relacja Ruby została przedstawiona bardzo ciekawie, bo za pośrednictwem maili pisanych do korespondencyjnej przyjaciółki. Nastolatka po pewnym czasie zaczyna zadawać pytania na temat swojego ojca i w ten sposób odkrywa prawdę o prawdziwym nazwisku matki oraz jej romansie ze słynnym konsgresmanem. Dziewczyna pragnie zatem spotkać się ze swoim prawdopodobnym ojcem, ale na drodze staje jej Embeth, żona kongresmena.

Uważam, że relacja Embeth została przedstawiona najsłabiej. Gabrielle Zevin mogła pokusić się o naprawdę dużo lepsze rozwinięcie tego wątku. Z drugiej strony autorka oszczędna jest w opisywaniu emocji bohaterów. Ich uczucia czytelnik musi pojąć sam, bo w tekście nie ma ich za wiele. Pod tym względem książka trochę mnie rozczarowała. Cieszę się, że czytanie szło mi tak lekko, szybko i przyjemnie, ale wydaje mi się, że prześlizgnęłam się trochę między tematami.

A ważnych tematów w książce jest naprawdę sporo! Wykorzystywanie kobiet przez ich przełożonych, zdrady, dorastanie, różnice kulturowe pomiędzy judaizmem a religią muzułmańską, relacje matka-córka, prześladowania w szkole, polityka, walka z rakiem piersi… To wszystko sprawia, że Wzloty i upadki młodej Jane Young są bez wątpienia książką ważną i wartościową.

Najnowsze dzieło Gabrielle Zevin to ciekawa rzecz pod względem konstrukcji fabuły oraz sposobów narracji. Mamy bowiem do czynienia nawet z tekstem pisanym w drugiej osobie. Retrospekcje są zamieszczone z bardzo dużą wprawą i ostatecznie nie mam tej książce nic do zarzucenia, bo ona ma taka być: prosta, do szybkiego czytania, niezbyt wymagająca. Tak poważne tematy nie zawsze muszą być poruszane w sposób ciężki, trudny do przyswojenia. Cieszę się zatem, że możemy podrzucać koleżankom Wzloty i upadki młodej Jane Young jako lekturę, która zrelaksuje, a do tego napełni duchem kobiecej solidarności i ukaże feminizm we właściwym świetle.

Polecam i dołączam do mojej feministycznej biblioteczki, a za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję!

A jeśli Ty napisałeś i wydałeś książkę i chcesz, by jej recenzja pojawiła się na mojej stronie, zapraszam Cię na podstronę RECENZJA KSIĄŻKI JUŻ WYDANEJ. Dowiesz się wszystkiego o współpracy. Gorąco zapraszam!

 

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.

Joanna Bator — Purezento

Joanna Bator — Purezento

Gdybym miała Wam streścić Purezento Joanny Bator, zamknęłabym się z łatwością w jednym zdaniu. Główna bezimienna bohaterka wyjeżdża do Japonii, tam uczy się sztuki sklejania naczyń, która to pomaga kobiecie dojść do siebie po stracie ukochanego. Podejrzewam, że książki Katarzyny Michalak mają bardziej skomplikowaną fabułę. Ale to nie znaczy, że książka nie jest warta przeczytania. Wręcz przeciwnie!

Zacznijmy jednak od tego, co widać gołym okiem.

A widać fenomenalny projekt autorstwa Jaśka Krzysztofiaka, który popełnił wcześniej okładki do choćby nowego wydania Przygody fryzjera damskiego Eduardo Mendozy czy Władcy much Williama Goldinga. Opakowanie Purezento wygląda zatem niebywale efektownie i sprawia, że książka, abstrahując już od tego, co dzieje się w środku, jest faktycznie bardzo dobrym pomysłem na prezent.

Dla kogo?

Dla osoby, która potrzebuje zwolnić, tak jak główna bohaterka.

Jak wspomniałam wyżej, fabuła książki jest naprawdę ascetyczna. Tak naprawdę wszystko w Purezento trąci oszczędnością. Krótkie zdania (które na początku czytało się bardzo dobrze, niestety po pewnym czasie zaczęły mnie nieco irytować), dialogi, bohaterowie… Wszystko to przypomina obraz, w którym jest sporo białych plam, a jednak jest kompletnym dziełem sztuki. Czytelnik po prostu musi sobie więcej wyobrażać, by samemu dopełnić kompozycji Joanny Bator.

No, chyba że chodzi o opisy nowej przestrzeni, w jakiej znalazła się bohaterka po opuszczeniu Polski.

Początkowo totalnie mnie oczarowały, później zaś przywykłam do nich na tyle, że straciły dla mnie urok, dokładnie tak, jak w przypadku lakonicznej narracji. Oglądaliście może jakiś film wyprodukowany przez Studio Ghibli? Choćby Spirited Away (mój ulubiony)? Sceneria otaczająca bohaterkę Purezento jest dosłownie wyrwana z tej japońskiej animacji. Zresztą, narratorka sama wspomina o tym tytule (powołuje się na bohaterki filmu, bliźniacze czarownice, Zenibę i Yubabę). Bator maluje przed czytelnikiem magiczne wręcz krajobrazy miejskich przedmieść, pokazując, że żyjący tam ludzie wciąż potrafią być blisko tajemniczej natury. W przystępny, subtelny sposób opisuje także zapachy, smaki, dźwięki i… doznania cielesne. Zbliżenie między bohaterką a jej wybrankiem zostało przedstawione w sposób bardzo smaczny i wyważony.

Kocha się tego, komu najbardziej pragnie się opowiadać.

Do gustu przypadły mi rownież takie porozsiewane po tekście złote myśli. Być może dla niektórych będą śmieszne w swej prostocie, ja jednak prostotę miłuję i takie słodkie oczywistości idealnie trafiają do mojego serca. Albo zerknijcie na ten dialog:

— Mądrość wynika z dobrze zadanych pytań.

— Nawet, jeśli nie pozna się odpowiedzi?

— Nawet, jeśli nie ma jeszcze odpowiedzi.

W ogóle sztuka kintsugi, którą Bator uczyniła motywem przewodnim Purezento, czyli łączenie popękanych elementów ceramiki płynnym złotem, jest warta uwagi. Razem z bohaterką możemy się nauczyć (albo sobie uświadomić lub przypomnieć), że nie wszystko warte jest naprawienia. Część przedmiotów warto wyrzucić z naszego mieszkania, tak jak część spraw, a może nawet ludzi, warto odsunąć z naszego życia. Mamy do tego prawo. Co więcej, zrobienie porządku i podjęcie decyzji, jest niezbędne dla naszego zdrowia fizycznego oraz psychicznego.

Bo Joanna Bator porusza też temat depresji po utracie ukochanej osoby. Z wielką wprawą pisze o pewnym oddzieleniu bohaterki od reszty świata. I smutno mi z tego powodu, bo tylko ktoś, kto niewątpliwie przeżył taki dramat, potrafi oddać w tak wierny sposób pustkę, odrealnienie i niechęć do czegokolwiek. Również relacje głównej bohaterki z matką, dalekie od poprawnych, są przedstawione w sposób do bólu autentyczny.

Czas poświęcony tej lekturze na pewno będzie obftować w kilka refleksji. Nie jest to jednak książka dla każdego. Jeśli jesteście miłośnikami wartkiej akcji i pełnokrwistych bohaterów, to trzymałabym się od Purezento na Waszym miejscu z daleka. Ale jeśli lubicie subtelne, wolne i lekkie historie, ta z pewnością będzie dla Was idealna.

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak.

logo znak

Kooshyar Karimi – Tajemnica Leili

Kooshyar Karimi – Tajemnica Leili

To miłość do literatury połączyła tę dwójkę: młodą muzułmankę, która nie bała się marzyć i lekarza, kochającego wolność. Ich losy przeplatają się w książce Kooshyara Karimiego Tajemnica Leili, bazującej na prawdziwych, w dużej mierze traumatycznych wydarzeniach.

Według wielu historyków Iran jest najstarszą istniejącą nieprzerwanie cywilizacją na świecie. Imperium Perskie, jak nazywano Iran, w starożytności przetrwało wojny z Grecją i cesarstwem rzymskim, miało najdłużej panującą na świecie dynastię królewską, a w oku 550 p.n.e. było pierwszym królestwem, które wydało deklarację praw człowieka. Jednak w 1979 roku w tej starożytnej kolebce cywilizacji islamscy fundamentaliści dokonali rewolucji, w której wyniku zasady islamistyczne obowiązujące w siódmym wieku powróciły do konstytucji i zamieniły to państwo w gniazdo fanatyzmu i nietolerancji. Dzisiejszy Iran to kraj, gdzie aresztuje się najwięcej dziennikarzy na świecie, nadal dokonuje się egzekucji nieletnich, kamienuje kobiety za cudzołóstwo i wiesza mężczyzn za homoseksualizm.

Taki właśnie obraz Iranu maluje Kooshyar Karimi na pierwszych stronach swojej książki, opowiadającej jego personalną historię. Karimi jest przede wszystkim lekarzem. Żydem, który musiał uciekać z kraju, w jakim przyszedł na świat. Los obdarzył go bowiem nietolerancją na niesprawiedliwość i przemoc, a także darem do przelewania swoich myśli na papier.

Napisałem tę książkę z nadzieją, że pewnego dnia tolerancja zastąpi prześladowania i z wiarą, że jeśli nauczymy się wybaczać, nadejdzie wolność.

Pod pozorami powieści, Karimi opowiada o wydarzeniach ze swojego życia, a także młodej kobiety, która bardzo wpłynęła na zmiany w jego życiu. Ma ona na imię Leila i dorasta w konserwatywnej muzułmańskiej rodzinie. Wraz z starszą siostrą pomaga matce w prowadzeniu domu, czyli usługiwaniu ojcu i trzem braciom. Nie jest to fascynujące zajęcie, tym bardziej, że w latach dziecięcych ciotka Leili zaszczepiła w dziewczynce miłość do literatury. Dziewczyna ma więc bujną wyobraźnię i z jej powodu bardzo cierpi w więzieniu, którego kratami jest czador i wszystko, co strój ten ma symbolizować. Leila pragnie uczęszczać na uniwersytet, jednak ojciec zabrania jej wyjazdu na studia. Jedyne przyjemne momenty w życiu dwudziestolatki to chwile, kiedy może zatopić się w lekturze i wybrać z siostrą do szpitala, by spędzić czas z zaprzyjaźnionymi dziećmi.

Niestety, pewnego razu, kiedy Leila wraca z biblioteki, upuszcza Małego Księcia Antoine’a de Saint Exupéry’ego. Książkę podnosi z ziemi przystojny nieznajomy. Jego cudowne oczy przyczynią się do zguby dziewczyny.

Tajemnica Leili podzielona jest przez autora na dwie narracje; z perspektywy dziewczyny oraz narratora właściwego, czyli lekarza o imieniu Kooshyar. Lubi słuchać Pink Floydów i czytać o rewolucjonistach. Nie pojmuje i nie znosi nieludzkich praw szariatu, które czynią jego piękny kraj miejscem strasznym. W pewnym momencie podejmuje decyzję o tym, by wybierać mniejsze zło zamiast większego. Będzie dokonywać aborcji i odbudowywać błony dziewicze kobiet, mimo że grozi za to kara śmierci. W ten sposób zgwałcone kobiety być może unikną ukamienowania, które bardzo obrazowo zostało przedstawione w powieści.

Historia zdecydowanie wciąga i momentami przypomina mi absolutnie mistrzowski Powrót do Missing; powieść innego lekarza, który został pisarzem, a konkretnie Abrahama Verghese. Bohaterzy nie są może cudownymi indywiduami, którzy pozostaną w naszej pamięci na wieki wieków, a fabuła powalająca, ale to wcale nie jest najważniejsze. Wartka akcja z ciekawymi zwrotami, piękna historia i orientalny, brutalny świat islamu – te czynniki wystarczają, by czytelnik nie chciał rozstawać się z Tajemnicą Leili nawet na chwilę.

Książka napisana jest bardzo wprawnym piórem. Ładnie i z wdziękiem, a do tego przystępnie. Co więcej, mówi o tym, o czym nigdy nie wolno nam zapomnieć: że na świecie wciąż istnieje niesprawiedliwość, a odległość dzieląca nas od niej jest tylko pozornie daleka. Może wydawać się, że to właśnie tam, gdzie nosi się czador i zabija kobiety, feminizm jest najbardziej potrzebny, ale spójrzmy, co dzieje się obecnie na naszym podwórku. Karimi pokazuje, że brak edukacji jest tragiczny w skutkach, a tam, gdzie nie szanuje się literatury, nie ma szans na szanowanie drugiego człowieka.

Koniecznie sięgnijcie po tę książkę, by nie tracić z oczu rzeczy ważnych a także żeby bliżej zetknąć się z kulturą Iranu. Pamiętajmy tylko, że ten świat, choć pozornie straszny i odległy, nie jest jednowymiarowy. Potrafi zachwycić i warto nie postrzegać go tylko przez pryzmat tej jednej książki. Tajemnicę Leili jednak z czystym sumieniem Wam polecam. Premiera już 16 lutego!

7/10

 

Marta Płusa – Seks i inne choroby cywilizacyjne

Od kiedy tylko dowiedziałam się w zeszłym roku, że Marta Płusa wydaje swoją książkę, nie mogłam się doczekać momentu publikacji! Czułam, że to będzie poważna sprawa. I miałam rację. Już sam tytuł powieści, Seks i inne choroby cywilizacyjne, może budzić kontrowersje. W połączeniu zaś z pogrążoną w mocnym światłocieniu nagą kobietą na okładce, soczystymi wulgaryzmami z wnętrza książki, faktem, iż Marta Płusa ma dopiero dwadzieścia parę lat oraz że w kategoryczny sposób podważa utarte w naszym społczeństwie role płciowe, stanowi prawdziwy koktajl Mołotowa. 

We współczesnej Warszawie żyją sobie trzy młode kobiety. Olga, która ma obsesję na punkcie swojej wagi oraz kariery w telewizji, bezrobotna Ewka, mająca pomysł na siebie, ale przybita smutnym ciężarem szarej codzienności oraz Nataria, charakteryzująca się tym, że, jak mówią jej koleżanki, „ogarnia”. Bohaterki Seksu i innych chorób cywilizacyjnych lawirują w maleńkim smutnym świecie, w którym można załatwić coś przeważnie tylko dzięki koneksjom, a włodarzami na włościach wciąż mogą być tylko mężczyźni. To, co dla innych młodych ludzi okazuje się być spełnieniem marzeń, jak choćby praca w porannym programie śniadaniowym dla telewizji, zostaje przez Płusę zanegowane. Autorka pokazuje, że można więcej, można inaczej, można mądrzej. Ale do tego stanowiska jej bohaterki muszą dopiero dojrzeć. Bardzo chciałabym, by książkę przeczytało jak najwięcej młodych kobiet i na przykładzie Olgi, Ewki oraz Natarii nauczyły się, co robić, a czego nie, a jednocześnie pamiętały o tym, że wybór i tak należy do nich. Według mnie Seks i inne choroby cywilizacyjne to lektura, która zsyła na czytelnika uświadomienie à propos najróżniejszych spraw.

Każda z nas ma gorsze momenty. I każda z nas próbuje poradzić sobie z nimi na swój własny sposób. Ja np. zazwyczaj uciekam, co jest jednym z najgorszych rodzajów radzenia sobie z problemami, bo tak naprawdę wcale nim nie jest. Bohaterki Płusy są chyba o wiele mocniejsze niż ja. Mają potężniejszą psychikę, ale i swoje uzależnienia. To stawia je w bardzo wyjątkowym świetle. Pisarka pokazuje bardzo jasno: kobieta może być bohaterką, ale ma i zawsze będzie miała swoje słabości, co wcale nie czyni ją gorszą od mężczyzny, tylko, wręcz przeciwnie, upodabnia ją do niego. (Choć, w tym konkretnym przypadku, nie wiem, czy którykolwiek mężczyzna udźwignąłby psychiczny ciężar, z którym musiały żyć bohaterki Seksu).

To prawda, że na pierwszy rzut oka, najbardziej kontrowersyjne mogą wydawać się opisy seksu. Bywają mechaniczne, wulgarne, proste, brudne, a czasem nawet bolesne – zupełnie jak seks. I jak seks potrafią sprawiać przyjemność, satysfakcję oraz dostarczać rozrywki. Podejście bohaterek może wzbudzać niesmak, ale tylko dlatego, że w Polsce nadal uważa się za fajnego faceta, który zaliczył mnóstwo dziewczyn, a za dziwkę kobietę, która sypiała z więcej niż pięcioma mężczyznami. Ale dlaczego to takie dziwe, że kobieta pragnie seksu tak samo, jak mężczyzna? 
Dla mnie ciekawsze jednak były opisy warszawskiego świata młodych karierowiczów. Poszukiwania pracy, rozmowy kwalifikacyjne, pustota ludzi na tzw. stołkach oraz potwierdzenie, że niestety pieniądze i znajomości liczą się bardziej od prawdziwego talentu. Warszawa, do której ciągną sznurami młodzi ludzie z całego kraju, bo taka wspaniała, zostaje sprowadzona do parteru. W Warszawie jest jak wszędzie indziej. Możesz mieszkać w mieście powiatowym gdzieś na Mazurach, i możesz mieszkać w stolicy, ale i tak każdy zna się z każdym, a jak nikt nie zna Ciebie, to nic nie wskórasz. 
Czyta się naprawdę super, bo historia wciąga już od pierwszych stron. Co prawda bohaterki potrafią nieźle zirytować czytelnika, ale w łatwy sposób można się również z nimi zaprzyjaźnić. Najważniejsze jednak jest to, że Seks i inne choroby cywilizacyjne to książka, którą przeczyta się i odkłada na półkę. Seks to lektura ważna, o jakiej będzie się myśleć jeszcze długo, bo zwiastuje z sobą zmiany. Potężne zmiany. I skłania do myślenia. 

To kobiety tak naprawdę są tematem tego stulecia, powiedział niedawno wielbiony przeze mnie Igor Ostachowicz w 113. odcinku Xięgarni, zapytany przez prowadzących o to, dlaczego jego najnowsza powieść, Zielona Wyspa, została napisana z kobiecej perspektywy. 

Autorka Seksu i innych chorób cywilizacyjnych, Marta Płusa, źródło: www.mediaelite.pl
Trudno się nie zgodzić, tym bardziej, że w ręce wpada mi nagle Seks i inne choroby cywilizacyjne, stanowiący świeży powiew na rynku wydawniczym, ale wpasowujący się świetnie w słowa Ostachowicza. 
Spotkałam się jeszcze z takimi opiniami, że książka może być jakimiś 50 twarzami Greya dla nastolatek lub czymś podobnym. Nie, moi mili, nie o to w tej książce w ogóle chodzi. Wręcz przeciwnie, dlatego z czystym sumieniem przyznaję
8/10,

a jeśli nie jesteście przekonani do lektury, którą można nabyć choćby na stronie wydawnictwa Videograf, to zajrzyjcie chociaż na bloga pisarki, do czego gorąco zachęcam, bo zawiera mnóstwo inspirujących oraz budujących treści. http://zadna-kolejna-milostka.pl/

Anna Gavalda, „Ostatni raz”

Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, która bije teraz rekordy popularności wśród blogerek książkowych. Nie kręci mnie taki gatunek prozy, ale zanim rozprawię się z nim na blogu, przebrnę przez jakąś Grocholę czy inną Michalak, choć nie wiem, czy z tego pojedynku wyjdę cało. Z Anną Gavaldą jest jednak inaczej. Może dlatego, że Francuzki po prostu potrafią pisać o życiu i miłości w sposób bardziej autentyczny niż współczesne Polki? Na razie nie mam danych, by odpowiedzieć na to pytanie, więc jak Wy sądzicie? 
Ostatni raz, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, jest z pewnością o wiele lepszy niż którykolwiek z pierwszych razów opisywanych w ckliwych powieściach dla kobiet naszych czasów. (Naprawdę, nie mam pojęcia, dlaczego dziś rzucam takie bezpodstawne sądy bez jakichkolwiek oględzin, Przypadek czy intuicja)? To druga książka Anny Gavaldy, po jaką sięgam. Wcześniej zauroczył mnie tytuł Po prostu razem, w którego ekranizacji występuje wielbiona przeze mnie Audrey Tautou oraz Guillaume Canet. Zanim jednak napiszę cokolwiek na temat jakiejkolwiek z książek Gavaldy, kilka słów o samej pisarce.

Anna Gavalda chyba jest bardzo życzliwym człowiekiem, bo takie odnoszę wrażenie na podstawie lektury jej dwóch książek. Myślę też, że dobrze zdaje sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje niesie ze sobą prawdziwe życie. Mimo tego, nie znalazłam żadnych informacji w internecie, które potwierdziłyby moje odczucia, więc jak zwykle pozostaję gołosłowna. (Chyba, że też tak czujecie, wtedy raczej wiarygodności nam nie przybędzie, ale możemy być gołosłowni razem, bo jak wiadomo, w kupie* raźniej).

 

Czego zaś się doszukałam?
Tego, że kobieta urodziła się w Paryżu i uczyła języka francuskiego. Aktualnie jest rozwódką z dwójką dzieci, mieszkającą pięćdziesiąc kilometrów od stolicy Francji. Pisanie idzie jej bardzo dobrze. Zekranizowano już dwie powieści, a w sumie opublikowała sześć książek, bardzo poczytnych nie tylko u kochanych żabojadów, ale choćby w UK i Polsce, a także w jakichś czterdziestu innych krajach. To m. in. debiutancka Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał, Kochałem ją, Billie oraz Pocieszenie.
Poza tym ma czterdzieści pięć lat i trzyma fason. Wygląda trochę jak księżna Diana, tylko odchudzona. I bardzo niemartwa. Ogólnie: ładna babeczka, w jej wieku mogę wyglądać podobnie, nie obrażę się.

 

Ostatni raz opowiada o spotkaniu czwórki rodzeństwa. Statecznego Simona, romantyczki Loli, najmłodszego Vincenta oraz niesfornej Garance, z której to perspektywy opowiedziana zostaje krótka historia ostatniego dnia ich dzieciństwa. Wspomnienia o życiu w domu rodzinnym przeplatają się z beztroskim dniem wolnym, kiedy cała czwórka bierze wolne od małżonków, dzieci, pracy i innych obowiązków. Wspólnie spędzone chwile toczą się leniwie, a słoneczna wieś gdzieś w środku Francji i cygański tabor stanowi dla nich przepiękne tło.
Niepoukładana postać Garance jest mi bardzo bliska. Również mam problemy z wejściem w dorosłość. Staram się odkładać ją na później, ale coraz częściej stwierdzam, że to dojrzałość i odpowiedzialność bardziej mi pasuje niż szczeniackie wygłupy, co z kolei przybliża mnie niejako do postaci Simona. Pisarka w zwięzły, ale bardzo dobitny sposób opisuje każdą z postaci. Szczególnie do gustu przypadło mi porównanie sióstr, Garance i Loli. Zresztą, spójrzcie sami:

 

Ona lubi być na lekkim rauszu, ja wolę pić naprawdę. Ona nie lubi wychodzić, ja nie lubię wracać. […] Ona nie może pójść z facetem do łóżka bez miłości, ja nie mogę iść z facetem do łóżka bez prezerwatywy. Ona… Ona mnie potrzebuje, a ja potrzebuję jej.
Niby takie proste, a do mnie przemawia. Widać nie liczy się tylko język. Poetycko wyrażane myśli, wysublimowane konstrukcje gramatyczne i katedry zdań wielokrotnie złożonych to najwyraźniej nie zawsze fundament dobrej prozy. Liczy się uczucie, z jakim pisze twórca oraz odczucia, jakie później gromadzi w sobie czytelnik. To właśnie moc Anny Gavaldy i Ostatniego razu.
Nie do każdego do trafi, ale jeśli zgadzasz się ze mną, to możemy sobie przybić piąteczkę, do czego gorąco zachęcam. Czy ktoś z Was w ogóle czytał  Ostatni raz? Dajcie znać, proszę, a przy okazji powiedzcie, co sądzicie na temat okładki polskiego wydania. O co chodzi z połówką pomarańczy i jabłka? Do czego pije autorka? Do Simone’a i jego żony czy może Loli oraz Garance? Jakieś inne pomysły?
6/10

______________________________________

*Temat kupy powraca jak bumerang nie tylko na blogu, ale i w życiu. Szykuje się Kupa zła vol. 2. Polecam przedtem zapoznanie się z Kupą zła vol. 1.