Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Czyżby między tą dwójką popularnych polskich pisarzy zrodził się namiętny romans? Czy blisko pięćdziesięcioletnia pisarka lekkich obyczajówek dla kobiet mogła rozkochać w sobie młodszego o 38 lat doktora nauk prawnych, piszącego bestsellerowe kryminały? Czy mogliby wiązać sobie nadgarstki i robić brzydkie rzeczy przy wydobywającym się ze Spoify’a eterycznym głosie Beyonce, śpiewającej Crazy in love?

Oczywiście, że tak! Czy nie jest to wyśmienity pomysł na kolejną romantyczną książkę lub zaczątek serialu?
Oddaję Wam ten koncept za darmo, zrobicie na nim mnóstwo złotówek, proszę tylko o dedykację albo chociaż podziękowania na końcu, dobra?

W rzeczywistości Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i 50 twarzy Greya łączy niestety łączy co innego.

Zła sława.

Zacznijmy od końca.

W dalszym ciągu nie przeczytałam 50 twarzy Greya i nie mam zamiaru. Po przekartkowaniu stwierdzam, że nie jest to książka, której lektura sprawiłaby mi radość. Język zbyt prostolinijny a wyrafinowanej erotyki tak naprawdę brak. Rozumiem wszak osoby, którym lektura się podobała. I są oni w zdecydowanej większości! Inaczej E. L. James nie stałaby się autorką bestsellerowej serii. Serii, podkreślam, nie jednej książki. Dodatkowo historia wydania 50 twarzy Greya jest bardzo ciekawa sama w sobie. Kobieta zajarała się sagą o wampirach, napisała wciągające fanfiction, no kurde, bierzmy z niej przykład! Gratuluję pasji i pracowitości. Odniosła sukces, zarobiła dolary, brawo. Literackiego Nobla raczej nie zdobędzie, ale i tak większość z nas nie ma na to szans.

Jeśli nie znacie twórczości Katarzyny Michalak, zajrzyjcie do biblioteczki mamy lub babci. Wysokie prawdopodobieństwo, że znajdziecie tam któryś z tomów serii leśnej albo z kokardką.

Przyznam, że kiedy byłam młodsza, chciałam zrobić cykl recenzencki książek pani Michalak, najlepiej na YouTube, i mieszać każdą z błotem od góry do dołu, bo, jak wiadomo, od hejtu rosną statystyki. Na szczęście poszłam po olej do głowy. Po pierwsze, nie jestem w stanie się zmusić do lektury takich obyczajówek (chyba że za grube pieniądze albo, no nie wiem, jeśli miałabym ocalić tym czynem stado jednorożców). Po drugie zaś nie jestem grupą docelową tychże tekstów.

Między mną a Katarzyną Michalak jest potężna przepaść pokoleniowa (jeszcze większa niż między nią a Remigiuszem Mrozem), więc odbieramy świat zupełnie inaczej. Rzeczywistość przedstawiona w jej książkach nie jest taka, w jakiej chciałabym żyć (bo wiecie, ja to raczej z bajki o Hanku Moodym), ale dla tysiąca kobiet w Polsce światy wykreowane przez Katarzynę Michalak to spełnienie marzeń! Ciepła rodzina, powolne życie na łonie natury w otoczeniu zwierząt, piękne romanse, wspaniała kuchnia, kochający przyjaciele… Któż nie chciałby się zanurzyć w świecie, w którym problemy ustępują miłości, sprawiedliwości i dobru? Katarzyna Michalak daje wytchnienie i rozrywkę całemu mnóstwu kobiet, które tego potrzebują. I chwała jej za to.

Dobra, popieram Ignacego Karpowicza, który w pewnym numerze Chimery wydawanej przez Rafała Bryndala, zjechał panią Michalak za karmienie bezdomnych lukrowanymi pączusiami (to pafraza, równie dobrze mogło chodzić o donuty z pudrem) zamiast bułką i kiełbasą. Bo wiecie, lepszy konkret, jak już trzeba kogoś karmić, ale nieważne, każdemu zdarzy się taki przypał, jesteśmy tylko ludźmi.

Ale sapanie do Katarzyny Michalak, że jej książki są do dupy, jest po prostu nie na miejscu. Bo nie są, skoro mają czytelników. Należą do nurtu współczesnej literatury popularnej, który nie musi każdego interesować, po prostu. A z ciekawostek dodam, że czytelników muszą mieć sporo, bo w trakcie 11 lat pisarka opublikowała 36 powieści (3,27 rocznie) i współpracowała m. in. z Wydawnictwem Literackim, Filią, Albatrosem, Naszą Księgarnią, Znakiem… To nie są jakieś wydawnictwa krzak, tylko porządne domy wydawnicze.

Bazując na danych z Wikipedii, śmiem twierdzić, że Remigiusz Mróz jest jeszcze bardziej płodny niż przytoczona wyżej Michalak, ale pewnie o tym wiecie. W ciągu 5 lat opublikował 28 powieści, więc wychodzi na to, że rocznie wydaje 5,6 książek. Ma swoich wiernych fanów. Potrafi pisać na potęgę, ludzie chcą go czytać, no to niech pisze dalej! Niech wydawnictwo załatwi mu najlepszych redaktorów i w ogóle jak największy, najzacniejszy zespół, skoro jest na Mroza takie zapotrzebowanie. Bo wyśmiewanie się, że ktoś pisze za dużo, też jest jakimś absurdem. Nie można za dużo pisać, tak samo jak nie można za dużo czytać, bo to nie powoduje żadnej szkody!

A nie, przepraszam, jednak powoduje. I tutaj docieramy do sedna.

Przez to, że Remigiusz Mróz płynie wciąż beztrosko na fali popularności, że książki Katarzyny Michalak nie chcą jakoś znikać z list bestsellerów, a teksty E. L. James dalej uparcie tłumaczone są na różne języki, trudniej jest innym autorom. Dostaną mniejsze honorarium. Ich książka nie będzie tak wybitnie promowana jak tych bardziej skomercjalizowanych autorów. Nie starczy dla nich miejsca na półce w Empiku pod szyldem promowane. Mimo że ich książki będą może nawet lepsze, bardziej wartościowe, ciekawsze. Z takiego stanu rzeczy rodzi się frustracja, kąśliwe docinki, bezsilność i niechęć do popularnych, tudzież majętniejszych. Tak było, jest i będzie.

Moi kochani debiutanci, którzy odwiedzacie tegoż bloga i tak ciężko pracujecie nad swoimi tekstami, posłuchajcie.

Rynek książki jest trudniejszy i nieporównywalnie bardziej skomplikowany niż rynek cukrów czy maseł. Ale, tak jak na każdym innym rynku, ktoś będzie bardziej na topie, a ktoś mniej. Ktoś będzie Lurpakiem za 9 zł, a ktoś regionalnym miksem tłuszczowym za niecałego piątala. Dlatego na sukces trzeba pracować nieustannie. Żeby się doskonalić i być bardziej wartościowym.

Pracowanie nad swoim literackim sukcesem nie obejmuje wszak tylko szlifowania tekstu i doprowadzania warsztatu do perfekcji. Chodzi również o budowanie swojej marki osobistej. Jeśli to zaniedbacie, marny wasz los.

A my, czytelnicy, nie dzielmy się na tych wytrawnych i tych gorszego sortu. Zostawmy takie głupoty partiom politycznym. Mało nas w Polsce. Propagujmy czytelnictwo zamiast dogryzać innym czytelnikom, że czytają jakąś taniochę. Lepsza lektura harlekina niż pranie mózgu za pośrednictwem tv, chyba się zgodzicie? Jako czytelnicy jesteśmy w mniejszości, więc nie obrzydzajmy innym preferowanych przez nich lektur!

Siła!

 

Jakim typem pisarza jesteś? 10 typów pisarzy!

Jakim typem pisarza jesteś? 10 typów pisarzy!

 
Amator
Od tego wszystko się zaczyna. Od amatorszczyzny.

Pisarz amator wygląda zupełnie przeciętnie. Jest osobnikiem dokładnie takim, jak Ty czy ja, bo w zasadzie może być Tobą albo mną. W dzieciństwie, w jakiś dziwny sposób (może przez wypadnięcie z ramion matki i uderzenie głową w podłogę?) w umyśle małego przyszłego amatora zrodziło się abstrakcyjne przeświadczenie, że osoba, która napisała książkę, jaką matka czyta mu do poduszki, musi być bardzo fajna.
W czasie chodzenia do szkoły przyszły pisarz amator często się zwiesza na lekcjach. Słowa nauczycielki do niego nie docierają, bo osobnik wyobraża sobie właśnie, że zaprasza na dyskotekę klasową najładniejszą dziewczynę w klasie. Oczywiście tego nie zrobi, bo jest zbyt nieśmiały, więc po powrocie do domu opisze to zdarzenie na drugiej stronie sprawdzianu, który miał poprawić w zeszycie. Będą z tego kłopoty.
Tak jak i z tego, że często podkoloryzuje i hiperbolizuje różne wydarzenia, przez co jego prawdomówność w najbliższym środowisku oceniana jest jako wątpliwa.
Ale to nic, bo pisarz amator nie potrzebuje prawdziwych przyjaciół. Wystarczą mu jego marzenia o byciu Pisarzem pro (o tym dalej) i komentujący jego fan-fiction publikowane na blogu.
Wklejam swoje zdjęcie w tym miejscu z fałszywej skromności.
Pisarka
Jest kobietą, którą trudno odróżnić od typowej nauczycielki języka polskiego, bibliotekarki lub nawet księgowej. Szczerze mówiąc, wysoce prawdopodobne, że jest polonistką, bibliotekarką albo księgową. Nie jest zbyt zadbana, bo woli poświęcić czas pisaniu i czytaniu zamiast stosować maskę nabłyszczającą na włosy, pomalować paznokcie czy wyskubać brwi. Z tego powodu najczęściej również ma kilka(naście) kilogramów nadwagi. Siedzi na tyłku przed laptopem i pisze o szczęśliwych związkach, zamiast ubrać adidasy, przebiec się po parku i w tym czasie spotkać atrakcyjnego mężczyznę. Wierzy w miłość aż po grób. W pewnym sensie wciąż ma dwanaście lat. W swoich książkach powiela nieprawdziwe idee czerpane z romantycznych komedii, więc odpowiada za nieprzygotowanie do życia wielu, wielu młodych kobiet, wciąż łudzących się, że są księżniczkami.
Wklejam zdjęcie pani Kasi Michalak, tak dla jaj, bo ja przecież jej żadnej książki jeszcze nie przeczytałam.
Dekadent
To albo młody pisarz, albo taki po czterdziestce, który wykazuje syndrom Piotrusia Pana i uważa, że życie boli, więc trzeba je spędzić na imprezowaniu, wtedy nie przestanie boleć, ale przynajmniej będzie można zgromadzić więcej materiału do opisania w powieści.
Często bywa pod wpływem – alkoholu, trawki, kwasów, pięknych i złych kobiet, które tak naprawdę nie są złe, ale czasami po prostu mają dosyć. Gdzie można najczęściej go spotkać w środku tygodnia? Zawsze w mieście. Tam mieszka. Żywi się bowiem spalinami i nieszczęśliwymi historiami sąsiadów. W nocy natkniesz się na niego w kałuży wymiocin pod speluną na prawo od ratusza, biorąc go za najzwyklejszego w świecie żula. A za dnia spotkasz go na uczelni, kiedy podczas egzaminu buchać będzie Ci w twarz odorem wczorajszego wieczoru. Tak, to Twój wykładowca.
A to pan Marcin Świetlicki, który z powyższym opisem nie ma i nie może mieć zupełnie nic wspólnego, bo jest poetą, nie pisarzem. I nigdy niestety mnie bezpośrednio niczego nie uczył, choć w jego utworach czai się mądrość przeogromna.
Reportażysta
Jest przystojny bojownikiem. Walczy z systemem. Przynajmniej tak się wydaje. Jeździ w końcu w odległe rejony świata, by pomóc biednym ludziom, których spotkała tragedia. Im tragedia większa, tym lepiej. Będzie o czym pisać, bo na tym właśnie polega jego pomoc. Nie na dokarmianiu biednych afrykańskich dzieci, nie na budowaniu szkół w Nepalu. Na opisywaniu w kraju tego, co dzieje się za granicą. Taka to pomoc, niezwykle istotna… Reportażysta jest więc całkowicie bezinteresownym twórcą.
Trochę tylko leniwym, bo zamiast wymyślać bohaterów, po prostu do swoich książek bierze ludzi z rzeczywistości, a jego teksty to najczęściej zapis rozmów albo skany dokumentów.
Ryszard Kapuściński, dostojny i przystojny; takich już nie produkują.
Kryminalista
Zazwyczaj szykowanie ubrany. Na jego butach nigdy nie uświadczysz choćby mikroskopijnych rozmiarów plamki błota albo kociego włosa. Kryminalista, czyli twórca kryminałów, wie bowiem doskonale dwie rzeczy. To, że trzeba być pedantem, by rozwiązać zagadkę. I że jak Cię widzą, tak Cię piszą, choć pozory mylą.
Często pracuje z policją. Jeśli ma kontakty i sporo hajsu, bo jest na przykład właścicielem firmy obuwniczej, zdarza mu się nawet pojawić na miejscu zbrodni, by poczuć klimat. Brak funduszy i koneksji jednak nie przeszkodzi mu w stworzeniu świetnej intrygi. W telewizji przecież wciąż emitują „Ojca Mateusza”.
I czasem tylko, kiedy smaruje kromkę chleba masłem, zbyt długo zapatrzy się najpierw na nóż, a później na własną żonę, która od rana krzyczy na niego, żeby skończył się bawić w to pisanie książek i zajął czymś poważnym, na przykład sadzeniem iglaków…
Przejrzałam Cię, Nik. 😉 (Zdjęcie Nikodema Pałasza wstawiam, bo jest jedynym znanym mi twórcą kryminałów, nie licząc Katarzyny Puzyńskiej z Instagrama i Katarzyny Bondy z Googli…).
Fantasta
Jego ostatnią formą ewolucyjną jest George R. R. Martin. Ubiera się trochę jak metal i ma ogromny brzuch. Przez całe życie próbował błysnąć poczuciem humoru, ale wszyscy mieli go w głębokim poważaniu, więc swoje żarty wkłada w usta swoich bohaterów. I wtedy te same teksty stają się nagle faktycznie bardzo zabawne – potwierdzają to czytelnicy, w większości podobni do fantasty. Jak więc nie wierzyć w magię?
Zawsze brakowało mu też odwagi do wyrwania najładniejszej dziewczyny w szkole. A może i wiedział, że nawet by na niego nie spojrzała, bo takie dziewczyny przede wszystkim cenią liczbę lajków na fejsie i centymetry w bicepsie? Czymże mógłby jej zaimponować? No przecież nie intelektem… Dlatego w swoich wielotomowych sagach pisze o kobietach jednocześnie mądrych i pięknych. Bo wierzy w magię. I wierzy, że jeśli powtórzy w swojej twórczości milion razy ten motyw, czary się zadzieją i na Ziemi pojawi się wreszcie kobieta tyleż samo inteligentna, co i śliczna… Niestety, jest tak skupiony na swojej misji, że nie widzi, iż jego najlepsza przyjaciółka, gothka, jest właśnie taką kobietą.
Łatwo zapomnieć, że i 7 książek J. K. Rowling należy do gatunku fantastyki…
Podglądacz
Mówi się, że każdy pisarz czerpie inspirację ze swojego życia. Jedni bardziej, inni mniej. No więc podglądacz – zdecydowanie bardziej.
Jego książki są tylko pozornie powieścią historyczną czy fragmentem literatury współczesnej. To nie przypadek, że każdy, kto skosztuje stworzonej przez niego lektury, stwierdzi, że opisywane postaci są jak żywe. Teraz wyjawię Wam prawdę i będzie ona równie nieprzewidywalna, co i straszna, więc przygotujcie się: podglądacz podgląda. Ludzi. Ze swojego otoczenia. Spisuje to, co powiedzą, w aplikacji w telefonie. Ogląda ich zdjęcia na fejsie, gdy zapomni, jaki mają kolor oczu, a trzeba przecież w książce zawrzeć jakiś opis postaci. I najgorsze: przekręca fakty. W tak obrzydliwy sposób, że zupełnie nie wiadomo, czy efemeryczna Beatrycze z piątego rozdziału jego ostatniej książki to Ty, kobieta z klasą, która załamała mu serce, czy pieprznięta Aldona z zakładu fryzjerskiego naprzeciwko.
Ignacy Karpowicz i jego debiutancka powieść pt. Piromani, he, he. Nie mam zielonego pojęcia, jak często może kogokolwiek podglądać, ale zdjęcie nie jest zamieszczone tutaj w stu procentach przez przypadek.
Grafoman
Tak, to też pisarz! Z jego twórczością można się zetknąć na forach literackich, stronach udostępniających darmowe e-booki, a nawet w księgarniach – takie mamy czasy. Grafoman żyje w przeświadczeniu, że jest najlepszym pisarzem na świecie i jednocześnie najbardziej niedocenionym. Jego najczęstszym powiedzonkiem jest: „Rowling też nie od razu wydała Harry’ego Pottera”. Najbardziej tragiczne w jego postaci jest jednak to, że gdyby zamiast na trąbieniu na lewo i prawo, jaką to nie jest ofiarą rynku wydawniczego, a wziął do rąk książkę, choćby raz na pół roku, i ją przeczytał, mógłby wreszcie nauczyć się pisać. Mógłby. Ale tego nie zrobi. Taki to już typ.
Zdjęcie pisarki z zagranicy, E. L. James – bo na mnie nie nakrzyczy, że umieściłam je w tym miejscu, a inni by mogli.
Pisarz pro
Wydał już co najmniej jedną książkę. Jest w trakcie pisania kolejnych, bo zawsze coś pisze bądź czyta. Literatura dla niego nie jest tylko literaturą. To jego śniadanie i kolacja, to jego powietrze, to jego najmilsza kochanka, to zdradziecka szuja, przez którą popada w depresję, to jego życie. W swoim artystycznym mieszkaniu ma pokaźną bibliotekę, wśród których można znaleźć dzieła Prousta czy Joyce’a. Pisarz pro czyta te książki, a później zadręcza się nad swoją stylową, odrestaurowaną maszyną do pisania, że nigdy nie będzie tak doskonały jak jego mistrzowie. Później jednak, podczas spotkań autorskich, przeciera szkła swoich okularów w rogowych oprawkach i własnym oczom nie wierzy. Otóż w sali zjawiło się kilku gości, chcących posłuchać tego, co ma do powiedzenia. Oto właśnie pisarz pro!
A to Kuba Wojtaszczyk, jak widać, ma okulary w rogowych oprawkach. To jeden z dwóch powodów, dla których wkleiłam jego zdjęcie w tym miejscu. Drugiego nie wyjawię, domyślcie się. Tak czy siak, przy okazji zajrzyjcie do recenzji najnowszej książki Wojtaszczyka pt. Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć.
Bóg Pisania czyli Mistrz
Nie spotkasz go na ulicy. W ogóle go nie spotkasz. Najczęściej jest z zagranicy (ponieważ nigdy nie doceniamy naszych rodzimych twórców). Żyje w swojej wielkiej rezydencji, którą wybudował za milionowe przychody ze sprzedaży swoich bestsellerowych książek, począwszy od Świata według Garpa, a na Alei Tajemnic póki co kończąc.
Podpis chyba nie jest wymagany.
Jak można się domyśleć, już nieco bardziej serio (ale też nie do końca), grafoman nie bardzo różni się od pisarza pro. Nie chodzi mi tu ani o styl bycia, ani o to, co dana osoba myśli na swój temat. Istnieją wybitni twórcy, poważani w pewnych kręgach, których charakteryzuje rewelacyjny warsztat literacki. Wszystko, co wyjdzie spod ich pióra, jest po prostu piękne. Stworzone przez nich konstrukcje zdaniowe, bogate metafory, oryginalne porównania, są tak dobre, że można godzinami rozwodzić się z zachwytem o ich dziełach. Ale co z tego, jeżeli całe życie spędzili tylko i wyłącznie na dopieszczaniu swoich tekstów? Jeżeli niewiele przeżyli i mają jeszcze mniej do przekazania? Z doświadczenia wiem, że są osoby w pewien sposób upośledzone pod względem pisania. Trudno im wyrazić siebie na papierze, ale ich historie bez wątpienia warte są opowiedzenia. To znowu nie są stricte grafomani. Bardziej już przypominają dyslektyków… Niemniej, stworzona przeze mnie dziś notka z klasyfikacją pisarzy przypomniała mi, jak bardzo życie nie jest czarno-białe, jak mało w nim rzeczy oczywistych. I że jakiekolwiek próby szufladkowania najczęściej są bezsensowne. No bo sortować można sztućce w szufladzie, a nie ludzi. W ogóle, zadziwiona jestem po raz kolejny, jak łatwo przychodzi wypisywanie a) bzdur, b) bzdurnych negatywów o ludziach.
Jednak jeśli widzicie się w którejś z prezentowanych przeze mnie kategorii – dajcie znać, pośmiejemy się. Sama zastanawiam się, ile we mnie podglądacza, ile z pisarki, a ile mam jeszcze z pozostałych typów…
No i można by wyróżnić jeszcze jeden typ.
11 typ pisarza – Karol Mroziński
Facet, który mówi, że w polskiej literaturze nie dzieje się nic ciekawego i utrzymuje, że sam za wiele nie czyta. Ktoś, kto opublikował książkę zebraną z krótkich opowiadań, jakie ukazywały się na jego Facebooku. I ktoś, kto według mnie jest bardzo dobrym pisarzem, bo w trafny sposób potrafi poruszyć konkretne problemy, skrytykować pustą modę, jaka aktualnie panuje w pokoleniu dwudziestolatków, a przy okazji obśmiać siebie i innych. Obczajcie Razzmatazz koniecznie.
Może można by wyróżnić jeszcze wcale niejeden typ pisarza… Ale po co?

O tym, jak książki Johna Irvinga sprawiły, że zostałam zboczeńcem

John Irving jest absolutnie moim ulubionym pisarzem i niedoścignionym wzorem. Kończę właśnie czytać jego czternastą powieść, Aleję Tajemnic, która opowiada o wytrawnym czytelniku, a później pisarzu – Juanie Diego i jego jasnowidzącej siostrze – Lupe. Ponieważ trudno mi rozstać się z tą fantastyczną książką, odwlekam jak najdalej w czasie ukończenie lektury. Postanowiłam jednak już teraz pozarażać Was trochę moją miłością do absolutnego króla powieści obyczajowej, jakim według mnie jest John Irving.
Prawda jest taka, że ten wybitny amerykański prozaik lubi kontrowersyjne tematy i często w swoich książkach opisuje rozmaite zdarzenia, które przeciętna osoba, nie poznawszy kontekstu, mogłaby określić jako zboczone. Hasający po domu transwestyci, wytatuowani od góry do dołu paranoicy, wypadki podczas seksu oralnego w trakcie prowadzenia auta, niespotykana fascynacja niedźwiedziami… Już te kilka elementów może wprawić w konsternację, a to dopiero początek!
Niemniej, przez lekturę niebawem dwunastu już książek Johna Irvinga, nie stałam się dewiantem czy pederastą, choć i takie kwestie pisarz porusza w swoich dziełach. Zboczenie, o jakim napisałam w tytule postu, wynika z tego, że inaczej podchodzę do rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Myślę, że niektórzy mogliby takie podeście nazwać odchyleniem od normy, i to znacznym. A dlaczego konkretnie? Pozwólcie, że wypunktuję.
Kadr z filmu Hotel New Hampshire
1. Kochać trzeba, warto, można. Można kochać wiele osób jednocześnie
Również na gruncie erotycznym. Miłość nie jest prosta czy oczywista. Jest dziwna i złożona, tak jak świat, pełen kolorów i ich odcieni, a już na pewno nie czarno-biały. Miłość jest niezależna, bo kochamy niezależnie od płci, orientacji, kasty czy koloru skóry. Można kochać siostrę. I można być w niej zakochanym. Można być przez to potępionym, ale można jednocześnie i być szczęśliwym (Hotel New Hampshire). Można kochać swojego psa, którego wychowuje się od szczenięcia i można tak samo kochać nieznajomego. Można kochać cały świat albo tylko jego wybraną część. Można kochać na milion różnych sposobów. Ale można i nikt nam tego nie zabroni (nawet, jeśli bardzo byśmy tego chcieli). Miłość jest możliwa i potrzebna – i o tym nigdy nie powinniśmy zapominać.
Kadr z filmu Drzwi w podłodze, filmu opartego na motywach Jednorocznej wdowy, filmweb.pl
2. Rodzina to rodzina. Choć niekoniecznie rodzona
Matka to matka, matkę kochać trzeba – tak stara się nam wmówić cały świat. Książki Johna Irvinga udowadniają, że możemy spokojnie mieć gdzieś zdanie innych. Matki nie zawsze są idealne i niektóre nawet nie dają się pokochać (Zanim Cię znajdę). Czasami po prostu ich brakuje (Ostatnia noc w Twisted River). Wokół nas jest za to sporo osób, które zasługują na to, by je pokochać, i które z pewnością pokochają nas, jeżeli im na to pozwolimy. Bez względu na to, czy mamy taką samą grupę krwi, kolor oczu i tego samego przodka. Pamiętając o więzach krwi oraz o tym, by je szanować, nie możemy zapominać, iż mamy prawo do wyboru własnej rodziny, czyli ludzi, z którymi po prostu uwielbiamy przebywać. Dla których możemy się poświęcić. I którzy pomogą nam, gdy będziemy ich potrzebować.
Kadr ze Światu według Garpa
3. Kobieta to nieposkromiony żywioł
Nie, żebym wcześniej nie wiedziała, ale postaci kobiece u Johna Irvinga są nad wyraz specyficzne. Nie ustępują pola mężczyznom, wręcz przeciwnie, potrafią wesprzeć ich, gdy tego potrzebują oraz pchnąć naprzód, by mogli wejść na szczyt. Przy niebywałej trosce o przeciwną płeć, nie poświęcają jej się całkowicie. Są skupione na sobie, swoim szczęściu i realizowaniu własnych marzeń, zdolne i kochające. A czasami zdrowo stuknięte (Zanim Cię znajdę). Niestety, mężczyźni wciąż potrafią sprawić, że stają się nieszczęśliwe…

Na tym sprośnym świecie […]jest się czyjąś żoną albo czyjąś dziwką, albo na najlepszej drodze dostania się jednym czy drugim. 

Świat według Garpa,
z Autobiografii Jenny Fields
 
Kadr z Wbrew regułom, filmu powstałego na motywach Regulaminu tłoczni win

4. Warto być egoistą. Choćby po to, żeby nie zwariować
To, co się dzieje na świecie, nie jest tak ważne, jak to, co się dzieje w Twojej wyobraźni. A zatem bycie egoistą jest przeze mnie wybitnie szanowane. Kiedy wiesz, że czegoś bardzo chcesz, co jest sporym sukcesem

[…] to katorga mieć siedemnaście lat i nie wiedzieć, kim się jest.

W jednej osobie
 

miej w dupie to, czego chcą inni i dąż nieustannie do tego, by przede wszystkim samemu być zadowolonym. Wtedy dopiero weź się za uszczęśliwianie innych. Jednocześnie trzeba pamiętać o poniższych słowach:

Żałuję, ale muszę przyznać, że ponosimy jakąś odpowiedzialność za ludzi na tym świecie. 

Uwolnić niedźwiedzie
Nie jesteśmy samotnymi wyspami, jak prawi Thomas Merton. Nasze czyny nie pozostają nigdy bez konsekwencji, więc jeżeli nie pomagamy, starajmy się chociaż nie szkodzić. OK?
Kadr z filmu Simon Birch, opartego ma motywach Modlitwy za Owena
5. Cuda się zdarzają. Każdego dnia
Mogą być odwzajemnionym spojrzeniem, który mówi więcej niż tysiąc słów. Albo tym, że siedzimy wygodnie z ukochaną książką, mając cztery kończyny (innym zdarza się mniej – Świat według Garpa), mogąc oddychać pełną piersią, bez podtrzymującej życie aparatury (W jednej osobie, Aleja Tajemnic), nie tęskniąc do osób, z którymi już nigdy nie będziemy mogli się zobaczyć (Hotel New Hampshire). Życie i literatura to dwa cudy. Do tej pory nie mogę się im nadziwić, za to zamierzam składać im hołd każdego dnia, aż do śmierci. Tak jak i John Irving.

To tylko garstka nauk, jakie przyjęłam od mistrza za pośrednictwem jego utworów. Telewizja zabija intelekt, polityka jest głupia, używanie kondomów jest na propsie – to jedne z kolejnych. Chciałabym jednak, żebyście sami wyłuskali z powieści Johna Irvinga coś dla siebie, dlatego, zachęcam – czytajcie! Jeśli nie wiecie, po którą książkę sięgnąć najpierw, skosztujcie najpierw recenzji:

Zanim Cię znajdę
W jednej osobie
Ostatnia noc w Twisted River
Jednoroczna wdowa
Uwolnić niedźwiedzie

Dzięki lekturze powyższych książek (i kilku innych, których dziwnym trafem nie udało mi się zrecenzować na Fabryce dygresji), nauczyłam się przede wszystkim pisać. Zatem ciąg dalszy nastąpi…
A Wy, moi drodzy? Lubicie Johna Irvinga? A może przeszkadza Wam natężenie zbyt wielu dziwności w jego prozie? Czekam na Wasze opinie!

 

Najlepsze polskie profile książkowe na Instagramie, cz. 3

Święta! Pojedzone? Poczytane? Wypoczęte?
To teraz zapraszam na kolejny odcinek najlepszych polskich profili książkowych na Instagramie, w którym główną bohaterką będzie Paula, autorka bloga Rude recenzuje i cudownych zdjęć publikowanych na inście pod pseudonimem ruderecenzuje. Zapraszam do zapoznania się ze stronami, zanim przejdziemy dalej!
Różnorodność, rewelacyjnie rozwinięte poczucie estetyki, przejrzystość i niezwykły klimat – tak podsumowałabym zdjęcia książek, które wykonuje Paula. Nic dziwnego, że jej konto obserwuje już 1 175 osób. 
Jak Paula tego dokonała? Czy sekret tkwi w ciekawym doborze lektur? (Obok Joanny Bator mamy do czynienia m.in. z komiksem lub Harrym Potterem). A może wystarczy tylko artystyczne podejście i systematyczność, jak było to w przypadku Miłki, o której pisałam w poprzednim odcinku Najlepszych polskich profili książkowych na Instagramie?
O tym w poniższym wywiadzie z Paulą, która od kilku lat mieszka w Olsztynie, gdzie w czerwcu bieżącego (jeszcze) roku ukończyła studia. Póki co, skupia się intensywnie na prowadzeniu bloga i literaturze. 

Emilka: 2. Dlaczego w ogóle fotografujesz książki?
Paula: Z fotografią od małego miałam coś wspólnego, zawsze mnie to kręciło. Jak byłam młodsza trochę bardziej, z wiekiem zaczęło mi to przechodzić przez masę różnego rodzaju obowiązków na głowie. Mniej więcej rok temu założyłam profil na Instagramie i od tego momentu zaczęłam fotografować głównie książki, bo w gruncie rzeczy to była jedyna rzecz, którą chciałam się z kimkolwiek dzielić. Najpierw pojawiały się też zdjęcia z różnych wyjść „na miasto”, ale zaniechałam tego, bo jednak nie chciałam, żeby obcy ludzie bardzo ingerowali w moje życie.

E: Skąd bierzesz pomysły na Instagramowe fotografie? Inspirujesz się czymś, czy pomysł od razu pojawia Ci się w głowie?
P: Zdarza mi się inspirować zdjęciami z gazet, czy znalezionymi gdzieś w sieci, dużo pomysłów nachodzi mnie w czasie przeglądania innych Instagramów książkowych – szczególnie tych zagranicznych. Czasami wystarczy wyjście z psem na spacer i pojawia się pomysł na kolejny dodatek do kompozycji. Im częściej się pracuje nad różnymi kreacjami zdjęć, tym później wymyślenie czegoś nowego staje się łatwiejsze.

E: Czy Twoje konto na Instagramie to dodatek do bloga, czy raczej niezależny twór? Najpierw był blog czy Instagram?
P: Najpierw był Instagram, blog powstał około 4 miesięcy później. Przez długi czas faktycznie były niezależnymi tworami, ale od jakiegoś czasu stale dążę do tego, żeby Instagram był dodatkiem do bloga i przy okazji urozmaiceniem fanpage’a na Facebook’u. Ludzie dużo chętniej sięgają po grafikę niż tekst, bo są potencjalnie łatwiejsze w odbiorze i nie wymagają tyle skupienia. Także póki co stawiam na zdjęcia, które zachęcą do przeczytania recenzji danej książki. 😉

E: Kiedy do Ciebie pisałam w sprawie wywiadu, wszystko wskazywało na to, że niedługo osiągniesz tysiąc obserwujących. Teraz jest ich grubo ponad tysiąc i pewnie niebawem zbliżysz się do tysiąca pięciuset. A to niespełna miesiąc! Czy masz jakieś porady dla osób, które chciałyby pójść w Twoje ślady? W czym tkwi zagadka: w dobrej fotografii, częstotliwości dodawania postów, hashtagach, a może chodzi o coś zupełnie innego?
P: Swojej fotografii osobiście nie uważam za dobrą, jakość zdjęć jest często słaba, zdjęcia są rozmazane albo jakieś takie niewyraźne – ale to świadczy o tym, że nie trzeba dysponować super drogim sprzętem, żeby publikować zdjęcia na Instagramie i żeby one faktycznie trafiły do jakiejś grupy ludzi. Myślę, że najważniejsze w przyciągnięciu uwagi jest umieszczenie estetycznej kompozycji na zdjęciu i odpowiednie oznaczenie ich za pomocą #hashtagów. Wydaje mi się, że częstotliwość też ma ogromne znaczenie, że ważne jest publikowanie zdjęć regularnie, żeby „utrzymać” swoich obserwatorów. Jak dla mnie ważne jest również wykonywanie zdjęć w odpowiednim świetle – bardziej urzekają mnie zdjęcia wykonywane w świetle dziennym, tak też staram się robić moje zdjęcia.

E: Co sprawia Ci więcej frajdy: pisanie recenzji książek czy ich fotografowanie?
P: Różnie to bywa – zdarzają się książki, o których bardzo chętnie i z ogromnym zapałem piszę, bo wpasowały się idealnie w mój gust i fabuła mnie zachwyciła, ale okazuje się, że brakuje mi pomysłu na ciekawe zdjęcie z tą pozycją w roli głównej. Czasami jest odwrotnie – książka okazuje się totalną klapą, a zrobiłam jej masę zdjęć w różnych kompozycjach i świetnie się przy tym bawiłam. Wszystko zależy od konkretnej pozycji. Natomiast jeżeli miałabym wybrać między fotografowaniem a pisaniem – wybrałabym to pierwsze.

E: Kiedy tworzysz nowe posty, zarówno na blogu, jak i na Instagramie? Czy przeznaczasz na to dużo czasu?
P: Zarówno opinie o książkach pojawiające się na blogu, jak i zdjęcia na Instagramie wymagają ode mnie ciągłej pracy – a dokładniej ciągłego analizowania. Więc w gruncie rzeczy przeznaczam na to dużo czasu. Każdy książkowy post, który pojawił się na moim blogu został wykreowany na podstawie pewnego schematu, konspektu – dla każdej książki jest on inny. Po przeczytaniu konkretnej pozycji często potrzebuję kilku dni na zebranie myśli, wyłapanie i spisanie najważniejszych moim zdaniem elementów książki i późniejszą selekcję i dopasowywanie ich w odpowiednie miejsca notatki tak, żeby miała ona przysłowiowe ręce i nogi. 

Wykonywanie zdjęć na Instagrama jest dużo łatwiejsze. Jedyne napotykane problemy to zdobycie różnego rodzaju rekwizytów i dopasowywanie ich zarówno między sobą, jak i do książek.

E: Jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem o książkach? Wiem z bloga, że zakochałaś się w czytaniu od spotkania z Harlanem Cobenem. Ale czy już wtedy myślałaś o tym, by dzielić się swoimi refleksjami na temat lektur w Internecie?
P: Jako że czytanie kiedyś zupełnie mnie nie kręciło, może nawet wydawało się być całkowitą stratą czasu, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby założyć bloga i dzielić się na nim przemyśleniami o poszczególnych pozycjach książkowych. Na początku roku (styczeń 2015) na fanpage’u Wydawnictwa Znak pojawił się post, w którym Wydawnictwo ogłosiło, że poszukują osób, które chciałyby recenzować ich książki. Postanowiłam spróbować swoich sił i się zgłosiłam – od momentu kiedy zainteresowałam się książkami, często sięgałam po książki Znaku (zresztą do tej pory sięgam). Okazało się, że brak bloga wcale nie stał na przeszkodzie i zostałam przyjęta z otwartymi rękoma do grona recenzentów. Po którejś z kolei otrzymanej pozycji postanowiłam założyć bloga i publikować na nim recenzje. Zawsze mogłam go usunąć. Nie spodziewałam się, że z moim słomianym zapałem będę go prowadzić przez tak długi czas (nie wspominając o książkowym Instagramie i fanpage’u na dokładkę). 

Przepiękne Rude zaprasza Was na sowitą porcję soczystych recenzji!
E: Co najchętniej czytasz?
P: Zdecydowanie najchętniej sięgam po kryminały oraz reportaże i literaturę faktu ściśle związane z tematyką mafijną. Lubię uczucie niepewności i ciągłe skupienie przy tego typu książkach. Lubię momenty, kiedy nie mogę usnąć przez napięcie, które wywołała we mnie dana pozycja, nawet jeżeli już ją skończyłam. Chociaż wykreowanie wartkiej akcji i zaskakującej fabuły stanowi nie lada wyczyn, docenienie kryminału – wyciągnięcie z niego każdego pozytywnego aspektu jest dla mnie dużo łatwiejsze niż przy książkach zaliczanych do innych kategorii.
Na zakończenie Paula poleca Wam jeszcze trzy książki, które koniecznie musicie przeczytać, a ja z kolei zapraszam na Facebookowy fanpage Rude recenzuje, by być na bieżąco ze wszystkimi nowościami.
1. Wstręt do tulipanów – Richard Lourie, literatura faktu
2. Dzieci gniewu – Paul Grossman, kryminał
3. Dżungla – Dariusz Sypień, fantastyka
Czytaliście coś z tego zestawu? Osobiście przyznam, że pierwsze słyszę o lekturach poleconych przez Paulę, ale Wstręt do tulipanów zaintrygował mnie jako tytuł, więc z chęcią po niego sięgnę. 
Bardzo dziękuję Pauli za poświęcony mi czas! Wszystkim nam, zainteresowanych Instagramem, życzę jak najwięcej oryginalnych konceptów i czasu do ich realizacji, wiernych obserwatorów i tego, byśmy każde nasze zajęcie, nieważne, czy związane z blogowaniem czy czymkolwiek innym, wykonywali z prawdziwą pasją. To tak z okazji Bożego Narodzenia. 
Na sam koniec, jak zwykle, apeluję:  jeżeli macie jakieś refleksje, pytania, chcecie pochwalić się swoim profilem na Instagramie lub podzielić wskazówkami dotyczącymi prowadzenia strony – nie wahajcie się i piszcie! Moją uwagę też zwrócicie na samym Instagramie poprzez hasz #fabrykadygresji lub oznaczenie przez małpkę @. 

Najlepsze polskie profile książkowe na Instagramie, cz. 2

Kto jeszcze nie śledzi mojego konta na Instagramie, niechaj wie, że dwa ostatnie zdjęcia, które tam zamieściłam, wydają mi się o wiele lepszej jakości niż wszystkie poprzednie 103. Czegoś najwyraźniej się uczę od dziewczyn, które tak pięknie prowadzą swoje profile. Chciałabym, żebyście, o ile jesteście zainteresowani, również coś wyciągnęli z mojego rankingu, który tak naprawdę ma stanowić dla nas wszystkich lekcje. Dziś o profilu trochę bardziej młodzieżowym, niż ostatnio, jak u Karoliny i Pana Franciszka. Mniej prywaty kotków, ale więcej aromatycznej herbaty i literatury young adult. 

Bohaterką dzisiejszego odcinka jest Miłka, prowadząca bloga recenzenckiego maw-reads.blogspot.com i konto na Instagramie pod nickiem maw_reads. Urzekła mnie przejrzystość zdjęć, porządek, który na nich panuje, ich stonowanie kolorystyczne i niesamowity klimat. Ciepły, przyjemny, relaksujący… I bardzo dziewczęcy. Zupełnie się nie dziwię, że aktualnie Miłkę obserwuje 1 658 osób. Spójrzcie sami, jak u niej cudownie! I choć nie do końca są to moje klimaty książkowe, to fotografiami idzie się naprawdę zachwycić. Jakie porady ma dla Was Miłka i kim w ogóle jest? Zapraszam do przeczytania króciuteńkiego wywiadu.

Emilka: Jak zaczęła się Twoja przygoda z literaturą? Od zawsze lubiłaś czytać książki?
Miłka: Pierwszą osobą, która mi czytała, był tata. Tata jest wielkim fanem czytelnictwa, jestem mu ogromnie wdzięczna, że zaraził mnie swoją pasją. Już od najmłodszych lat dreptałam dzielnie do biblioteki i wynosiłam kilka książeczek na raz. W końcu doprowadziłam do tego, że tata miał dosyć bajeczek dla dzieci. 🙂 Gdy już nauczyłam się sama czytać pochłaniałam niewyobrażalne ilości książek. Bywało i tak, że przez dłuższy czas w ogóle nie sięgałam do biblioteczki. Nie znosiłam lektur szkolnych. Wstyd się przyznać, ale od gimnazjum przeczytałam naprawdę niewiele z nich.
 
E: Jaki jest Twój ulubiony rodzaj książek i dlaczego?
M:Ciężko wybrać jeden rodzaj. Lubię young adult, w szerokim słów tych znaczeniu. Czy to fantasy, utopia, antyutopia, romansidełka itp. Dobrze mi się czyta młodzieżówki, często zastanawiam się czy kiedyś z nich wyrosnę. Mam nadzieję, że nie prędko, bo sprawiają mi wiele przyjemności. Ponadto najzwyklejsze obyczajówki, kryminały, thrillery. Lubię też takie pozycje, które dają do myślenia, trochę cięższe. Na dobrą sprawę przeczytam wszystko, co przykuje moją uwagę.
E: Kiedy pojawił się pomysł na rozpoczęcie prowadzenia bloga z recenzjami? 
M: Temat bloga przewijał się w moim życiu nieustannie. Od zawsze chciałam mieć swoje miejsce w sieci i szczerze mówiąc, nie raz robiłam już „podejście” do blogowania. Jednak nigdy nie czułam się wystarczająco dobra, chciałam by odzew był natychmiastowy a kiedy go nie było – rezygnowałam. Tym razem zaczęłam od Instagrama, spodobał się, przyjął. Postanowiłam spróbować po raz kolejny i mam nadzieję, że w końcu trafiłam w dziesiątkę, że to odpowiedni czas.
 
E: Twoje fotografie zamieszczane na Instagramie są bardzo estetyczne. To prawdziwe dzieła sztuki! Czy realizujesz się jako plastyk bądź fotograf?
M: To dość mocne słowa, ale dziękuję! Staram się, żeby takie były. Fotografia to moje niespełnione marzenie. Do prac plastycznych natomiast mam dwie lewe ręce. 🙂
 

Miłka wygląda właśnie tak


E: Aktualnie na Instagramie obserwuje Cię już ponad półtora tysiąca osób, co jest niewątpliwym sukcesem. Jak długo zajęło Ci osiągnięcie tej liczby? Czy możesz udzielić jakichś wskazówek dla innych instagramowiczów, którzy chcieliby pójść w Twoje ślady?

M: Nie spodziewałam się takiej liczby osób zainteresowanych moimi zdjęciami i tym co mam do powiedzenia. Regularne prowadzenie profilu na Instagramie zaczęłam około trzech miesięcy temu. Wydaje mi się, że to dość dobry „wynik” jak na tak krótki czas i jestem niesamowicie wdzięczna każdej osobie, która mnie obserwuje.
Jeśli mogłabym komukolwiek coś radzić to: po pierwsze – systematyczność! Po drugie – lubię, kiedy tematyczne Instagramy są przejrzyste, zdjęcia mają dobrą jakość, są dobrze oświetlone. Wiem, że nie każdy ma świetny aparat czy to w telefonie czy jakikolwiek inny. Dobrze jednak, jeśli odbiorca ma szanse zobaczyć na zdjęciu coś więcej niż czarną plamę. Na koniec dodam, że ważne jest to, by być miłym i uprzejmym. Przecież nie chcemy nikogo odstraszyć – wręcz przeciwnie! Kiedy już odnieśliśmy pierwszy sukces i zainteresowanie wzrasta – nie warto się wywyższać, osoby początkujące powinniśmy traktować na równi ze sobą bo przecież sami kiedyś zaczynaliśmy. Tym się kieruję i to jest moja główna wskazówka.

E: Czy mogłabyś podać jeszcze 3 tytuły książek, które polecasz mnie oraz czytelnikom mojego bloga? M: „Ostatnie dni Królika” – Anna McPartlin, „Pisane szkarłatem” – Anne Bishop oraz „Zaklinacz czasu” – Mitch Albom. 

Podsumowując: z pustego i Salomon nie naleje. Jeśli marzycie o podobnej popularności na Instagramie, a Wasze fotografie, mimo że pomysłowe, nie są dobrze oświetlone lub ukazują się w sieci za rzadko i w różnych odstępach czasu, prawdopodobnie będziecie mieć fiasko, a nie obserwatorów. Miłce serdecznie dziękuję za wywiad i dawkę inspiracji oraz gratuluję pracowitości i polotu, zaś do reszty apeluję, jak ostatnio:  jeżeli macie jakieś refleksje, pytania, chcecie pochwalić się swoim profilem na Instagramie lub podzielić wskazówkami dotyczącymi prowadzenia strony – nie wahajcie się i piszcie! Moją uwagę też zwrócicie na samym Instagramie poprzez hasz #fabrykadygresji lub oznaczenie przez małpkę @.