10 abstrakcyjnych powodów, dla których musisz obejrzeć Stranger Things 2! (Garść delikatnych spoilerów)

10 abstrakcyjnych powodów, dla których musisz obejrzeć Stranger Things 2! (Garść delikatnych spoilerów)

Krótki wpis o nowym sezonie jednego z najlepszych produkcji Netflixa. Nie chciałam Wam spoilerować (co i tak niestety może się tutaj zdarzyć, upsi), więc nie napisałam o tym, co się przydarza bohaterom. Nic z tych istotnych rzeczy, naprawdę, nie martwcie się. Możecie czytać spokojnie, ubezpieczam Was. (Aczkolwiek nie gwarantuję w 100%, bo wołali na mnie kiedyś człowiek-spoiler, no z tym nie wygram).

1. Sam Gamgee

Nie spodziewałam się, że wymiary w Stranger Things przenikną się aż tak bardzo, że w miasteczku Hawkins pojawią się… hobbit. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami.

2. Czerwony Wojownik

Trudno powiedzieć, dlaczego jeszcze nie widziałam tegorocznej ekranizacji Power Rangers. Może jestem za stara, to jest dobry argument na wszystko. Dlatego powinnam przestać go używać. Niemniej, nowy Czerwony pojawia się w Stranger Things bez ujmy na honorze dla tej produkcji. (Możecie nie pamiętać, ale Czerwony Wojownik ze starego serialu lubił występować w innych filmach z odsłoniętymi wszystkimi częściami ciała. Tym razem mamy tylko klatę).

3. Krótki poradnik na temat relacji damsko-męskich

Nasze małe nerdy powoli dorastają. Rady, które otrzymują od bliskich, powinny zostać zapamiętane i wzięte głęboko do serca przez każdego oglądającego serial.

steve

4. Słodkie domowe zwierzątka

Może nie pieski, nie kotki, ale i tak problematyczne. Wyprowadzanie na spacer to wcale nie taka łatwa czynność. Obejrzyjcie Stranger Things 2 ze swoimi dzieciakami. Może odechce im się nowego pupila.

5. Mechanizm powstawania teorii spiskowych

Niezwykle bawią mnie pogłoski o tym, że między nami żyją Reptilianie (np. prezydent Obama), uwielbiam słuchać historie o zaginionym św. Graalu i znajdować dowody na to, że człowiek wcale nie był na Księżycu. Teraz wiem, że te wszystkie teorie spiskowe to i tak delikatne tylko odpryski prawdy, której nasz umysł mógłby nie udźwignąć. Właśnie to przekonanie zyskałam dzięki Stranger Things 2.

6. Trzy trójkąty

Uwielbiam trójkąty, a w Stranger Things 2 mamy aż trzy! Może ten najmłodszy trochę słabo wyszedł, ale nie oczekujmy zniewalającej chemii u trzynastolatków.

7. Rasowy harlequin

A kiedy zdarza się, że kobieta po czterdziestce, gospodyni domowa, spotyka młodego, przystojnego, jurnego, kipiącego seksapilem łobuziaka, co się w końcu dzieje, mamy materiał na cały nowy wątek romantyczny w Stranger Things 3. Albo przynajmniej na filler Dirthy Things. Niechże powstanie, byłoby super.

8. Wyczerpujący poradnik, jak spieprzyć wychowanie dzieci

W pierwszym sezonie bardzo podobała mi się relacja matki (Winony) z synem (Noah). W drugim sezonie mamy do czynienia z obserwowaniem innej relacji, ojciec-córka. I tak jak od Joyce Byers wciąż można się wiele nauczyć, tak od Jima Hoppera stanowczo lepiej nie brać przykładu.

Screen_Shot_2017_10_28_at_12.03.59_PM

9. Reset mózgu

Wyłączyłam się z życia na jeden wieczór i jeden poranek. Zapomniałam o całym świecie, bo byłam z bohaterami Stranger Things. Niesamowita ulga, naprawdę, najlepszy patent na wyłączenie się to wpadnięcie w serialowy ciąg. A z tą produkcją to się udaje, bo wciąga tak, że nie można przerwać, póki nie obejrzy się wszystkich odcinków.

10. I Ty możesz być bohaterem w swoim życiu!

Najcenniejsze w Stranger Things jest to, że serial udowadnia, iż nie musisz mieć super mocy, by świetnie radzić sobie w życiu i być dobrym człowiekiem. Wręcz przeciwnie, jeśli masz jakieś extra powers, możesz być pozbawiony innych umiejętności. Najważniejsza jest rodzina i przyjaciele, czyli ludzie, których kochamy. Dzięki nim możemy wyjść z każdego kryzysu. Wystarczy być tego świadomym.

No to co? Lećcie, oglądajcie, a ja zawijam kiecę i lecę. Ile można siedzieć w piątek w biurze?! 😉

Bawcie się dobrze!

Wasza

Emilia

Anne with an e – czyli jaka jest nowa Ania z Zielonego Wzgórza?

Anne with an e – czyli jaka jest nowa Ania z Zielonego Wzgórza?

Zachodzi duże prawdopodobieństwo, że gdybym nie przeczytała w podstawówce Ani z Zielonego Wzgórza, a później nie dokarmiała się ekranizacjami emitowanymi z fantastyczną Megan Follows, nie miałabym tyle determinacji, by zostać pisarką. Po obejrzeniu nowego serialu Netfliksa Anne with an e, trzymam kciuki, by każda dziewczynka, która obejrzy choć kilka odcinków, dzięki nowej Ani zyskała przekonanie, że jest silna i poradzi sobie z przeciwnościami, tak jak rudowłosa bohaterka.

Początkowo miałam trudności z oceną serialu. Dobry czy zły? Pierwsze odcinki w zasadzie pokrywały się z tym, co mogliśmy widzieć w filmie Ania z Zielonego Wzgórza z 1985 roku i wyczytać w książce autorstwa Lucy Maud Montgomery. Później zaś wątki zupełnie odbiegły od znanej mi fabuły i nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Nie mogąc uporać się z tym dysonansem, stwierdziłam, że trzeba spojrzeć na to dzieło w sposób zupełnie oderwany od wcześniejszych wersji. I przyjmując takie stanowisko, mogę stwierdzić, iż jestem zachwycona!

Podobnie jak Ciocię Ebi, dzięki której zabrałam się wreszcie za oglądanie serialu, zauroczyły mnie przepiękne pejzaże z Wyspy Księcia Edwarda. Cóż, im starsza jestem, tym podatniejsza na naturę, jak widać. Jeszcze lepszy był dobór aktorów oraz niezwykle wysoki poziom gry, jaką zaprezentowali. I choć Amybeth McNulty w roli Ani odwala najcięższą robotę, moją ulubienicą stała się przeurocza Kyla Matthews, wcielająca się w słodką, naiwną Ruby. Muzyka, dialogi, kostiumy i scenografia (dosyć nowoczesna) również bardzo przypadły mi do gustu. Ale to wcale nie świadczy o wielkości tej serii.

Otóż mimo że akcja toczy się na początku XX wieku, serial jest stworzony pod współczesnego odbiorcę i przekazuje mu oprócz rozrywki sporo nauki. Dlatego cudownie oglądać go całą rodziną. Jak w moim przypadku. (Kiedy zobaczyłam łzy na policzkach mojego taty, sama już od dawna zalana łzami, wiedziałam, że nowa Ania to dobry towar). Nie jest to w żadnej mierze rzecz płytka. Nigdy do tej pory nie spotkałam się z tak głębokim portretem psychologicznym głównej bohaterki, trzynastoletniej dziewczynki, która nie radzi sobie z emocjami z powodu rozmaitych traum, jakich doznała we wczesnym dzieciństwie. Każde zachowanie Ani zostało inteligentnie wytłumaczone z ostrym napomnieniem dla rodziców, by dbali i uważali na swoje dzieci, bo żaden wybuch gniewu i żadna łza nie zachodzi bez przyczyny.

Anne with an e uczy też młodszego odbiorcę lub przypomina starszemu, jak ważna jest praca, wytrwałość w dążeniu do celu i otwarty umysł. Problemy nie są po to, by rozpaczać, tylko po to, by je rozwiązać. Cieszę się, że skoro takiego podejścia nie uświadczymy na lekcjach wychowawczych w szkole, możemy je znaleźć w tak mądrych serialach. Dobre i to.

Nade wszystko cenne jest jednak zobrazowanie życia rodzinnego. Ania, Maryla i Mateusz spotykają się wspólnie z ciężką codziennością. Kąśliwe uwagi małego, stereotypowego społeczeństwa, niespełnione marzenia i miłości, choroby, trudna sytuacja finansowa… Życie nie jest kolorowe. Życie to nie bajka. Ale da się je znieść, jeśli ma się kochających bliskich i dużą dozę wyobraźni.

Czy serial wobec tego ma jakiekolwiek wady?

Tak. Sprowadzenie ciężkiej pracy na wsi do wykonywania jednej czynności: przerzucania siana widłami. Bardziej mnie to jednak rozbawiło niż zniesmaczyło, więc nie wpłynie to za bardzo na moją końcową ocenę.

Nalegam, byście obejrzeli ten serial z młodszymi widzami (dziećmi? rodzeństwem?) i porozmawiali z nimi o kilku odcinkach. Jestem przekonana, że będzie to czas spędzony miło i owocnie. Szczerze polecam!

8/10

UnReal

Jeden mężczyzna i kilkanaście kobiet, zabiegających nieustannie o jego względy. Ich życie filmuje kilkadziesiąt kamer, a poczynania ogląda kilkadziesiąt milionów widzów. Jeżeli kiedykolwiek myśleliście, że reality show pokazuje całą prawdę o osobach biorących w programie udział, byliście bardzo naiwni. Serial UnReal obnaża mechanizmy manipulacji oraz wykorzystywanie kruczków prawnych w umowach, które sprawiają, że uczestnicy reality show zatańczą dokładnie tak, jak zagra im producent.  

Na jednym z moich ulubionych blogów, którego czytam już od bardzo długiego czasu, czyli Rozkminkach Pana Dziejaszka, przeczytałam o serialu UnReal, w jakim jedną z głównych ról gra Constance Zimmer. Aktorkę pokochałam za jej udział w Entouarage czy Love bites, więc musiałam zobaczyć, w czym teraz przychodzi jej występować. Nie zawiodłam się. Już pierwsze minuty pierwszego odcinka totalnie mną wstrząsnęły. Zobaczcie, jak pisze o początku UnReal Mateusz:


Adam Cromwell, dziedzic fortuny Cromwellów, brytyjski szlachcic, poszukuje żony. Do programu zostaje przyjętych kilkanaście kandydatek, wśród których być może znajdzie się szczęśliwa wybranka. Tak to wygląda oficjalnie. Jednak już pierwsza scena uświadamia nas, czego możemy się spodziewać po tej romantycznej opowieści. Adam, przystojniak o zniewalającym uśmiechu, stoi na dziedzińcu, na który wjeżdża po chwili, jak w bajce, kareta. Wychodzi z niej piękna kobieta w pięknej sukni i kieruje się w stronę swego wybranka. W tym momencie po całym planie rozlega się donośny głos producentki, Quinn (świetna rola Constance Zimmer):

„Cięcie! Kto wpadł na pomysł, żeby czarna wychodziła jako pierwsza? Zmieńcie to, powtarzamy. Hej, to nie moja wina, że Ameryka jest rasistowska!”

To właśnie Quinn utrzymuje w ryzach kilkudziesięciu pracowników oraz uczestników produkcji. Jej prawą ręką jest zaś Rachel (Shiri Appleby), z którą (niestety) bardzo łatwo mi się utożsamić. Sytuację życiową tej bohaterki można określić mianem niezłego bagna. Przy kręceniu końcówki ubiegłego sezonu Everlasting popadła w załamanie nerwowe i wykrzyczała przed kamerami, że program ten jest szatańskim pomiotem. Ponieważ jej zdolności manipulatorskie są na niezwykle wysokim poziomie, Quinn pozwoliła wrócić jej do pracy. Teraz Rachel próbuje spełnić oczekiwania wymagającej szefowej, co chwila skłócając kandydatki, podjudzając do rozmaitych kontrowersyjnych zachowań lub dodając sił w walce, choć ich pozycja i tak bywa już często stracona. Dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, że jej zawód jest wysoce nieetyczy, ale praca sprawia jej sporo satysfakcji. I chyba to mi się naprawdę podoba. To, że Rachel nie jest przesłodzoną bohaterką, której serce jest szczerozłote. Jest po prostu kobietą, której grunt jakiś czas temu osunęła się spod nóg. Spłukaną, zagubioną, złaknioną ciepła, ale i kariery.

A pogodzić te dwie ostatnie rzeczy jest bardzo trudno, o czym opowiada UnReal. Mężczyznom wciąż łatwiej zabłysnąć w showbiznesie, a kobiety, choć pracują ciężko, również za swoich przełożonych, bywają często pomijane, bo to ich szefom przypisywane są wszelkie zasługi. 
No i gdzie w tym całym wyścigu szczurów miejsce na prawdziwą miłość po wsze czasy? 
Quinn już od przeszło ośmiu lat związana jest ze swoim szefem, Chetem, właścicielem Everlasting, choć to ona wpadła na pomysł tego reality show. Kiedy on imprezuje, kobieta trzyma rękę na pulsie, łudzona bezustannie obietnicą rozwodu Cheta z żoną. W pewnym momencie zaczyna jednak sobie zdawać sprawę, że ich związek może do niczego nie prowadzić. 
Rachel natomiast próbuje poradzić sobie z uczuciami do byłego chłopaka, Jeremy’ego (Josh Kelly) który związał się z uroczą, prostolinijną blondynką. Okazuje się, że Rachel nie jest obojętna Jeremy’emu, ale do gry wchodzi Adam (Freddie Storma). Znużony fikcją, w jakiej przyszło mu żyć, szuka czegoś innego. Jego uwaga pada właśnie na Rachel. 
Według mnie najpiękniejsze uczucie przedstawione w tym serialu to relacja pomiędzy Quinn a jej podwładną. Panie rozumieją się bez słów, i choć zdarzają im się niesnaski, nie mają bliższych sobie osób. Łączy je prawie wszystko. Kiedy obejrzałam sezon do końca, pomyślałam sobie, że nie ma piękniejszego i jednocześnie bardziej skomplikowanego uczucia niż przyjaźń dwóch kobiet. 
Z innej beczki, jeśli wcale nie jesteście fanami dramatów psychologicznych, na pewno spodobają Wam się scenerie i kostiumy. Uczestniczki Everlasting co chwila przywdziewają przepiękne kreacje, a dom, w którym rozgrywa się akcja, jest pełną przepychu rezydencją. Spróbujcie obejrzeć jeden odcinek choćby dlatego.

timedotcom.files.wordpress.com

A dlaczego jeszcze? By przekonać się, że wybory, z którymi mamy czasami do czynienia, są pozorne. Że jeśli mamy opcję a i opcję b, a może nawet i c, to nie oznacza to naszej całkowitej wolności. Serial świetnie też pokazuje, iż nic nie jest albo białe, albo czarne, wręcz przeciwnie: maluje przed widzem 1001 odcieni szarości. No i przede wszystkim, że nie warto wierzyć telewizji. Nawet, jeżeli jest to tzw. „dobra telewizja”.
Czekam na następny sezon z niecierpliwością. A Wy?

9/10

Przystanek Alaska

Dziś o niezwykłym serialu, którego odcinki uwielbiałam już za dzieciaka. Mowa o charyzmatycznych, jedynych w swoim rodzaju bohaterach, klimacie lat dziewięćdziesiątych, indiańskich wierzeniach, filozoficznych rozważaniach oraz przepięknych widokach dzikiej natury. Tak, to wszystko w jednym serialu, idealnym na koniec lata. Zapraszam do Cicely, czyli recenzja Przystanku Alaska!

Czar bohaterów
Joel Fleischman (Rob Morrow) jest nowojorskim Żydem (zawsze bawiło mnie to sformułowanie, ale jest chyba lepsze niż żydowski Nowojorczyk), który przyjeżdża na Alaskę, by odpracować jako lekarz rodzinny pieniądze włożone w jego edukację przez obywateli USA. Okazuje się, że musi spędzić cztery lata w małym miasteczku, odcięty od ukochanych bajgli i, w jego mniemaniu, prawdziwego życia. Tak rozpoczyna się pełne humoru pięć sezonów serialu.
Odcinki płyną swoim tempem. Fani wartkiej akcji raczej nie będą zachwyceni. Tutaj każde ujęcie przepełnia spokój i piękno, zwłaszcza, jeśli chodzi o alaskańskie pejzaże. Dzika natura otacza miasteczko Cicely ze wszystkich stron i wpływa na zachowanie obywateli. Kiedy trwa przedwiośnie i lód ma zaraz pęknąć, każdego ogarnia czyste wariactwo. Niektórzy kradną samochodowe radia, inni proszą się o bójkę, a pozostali nie radzą sobie z seksualnym pożądaniem. Gdy zaś wieje wiatr, ludzie rzucają się sobie do gardeł, mimo że kiedy indziej nie widzą kłopotu w otwieraniu sąsiadom drzwi o trzeciej nad ranem, dają sobie podkradać żarówki, a obcych witają z otwartymi ramionami. 
Podoba mi się otwartość postaci tego serialu, pogodna akceptacja absurdów, jakie ich otaczają lub które sami wywołują, a także niebywały humor. Co więcej, od każdego bohatera można się czegoś nauczyć. Choć w prawie każdym odcinku mamy do czynienia z udziałem gościnnym jakiegoś aktora, a niektórzy są obecni sporadycznie, ot, pojawiają się raz na początku, raz w środku i raz na końcu serii, w Przystanku Alaska wyklarowała się paczka głównych postaci.
imagehost.vendio.com
Pierwszą z nich jest wspomniany już Joel, którego walka z alaskańską dziczą stanowi oś serialu. Jako mała dziewczynka, zdecydowanie jeszcze nie nastolatka, już kochałam się w jego gęstych ciemnych włosach, pięknej buzi i tym, że mimo stawania w wielu sytuacjach okoniem, w końcu jednak potrafi przyznać się do błędu. Lubiłam go też za dobre serce, które przejawiało się od czasu do czasu. Z czasem zmieniałam zdanie. Fleischman momentami bardzo mnie irytuje. Jest neurotykiem, większość rzeczy bierze do siebie, bo zwyczajnie brakuje mu dystansu, szybko się bulwersuje i dziwi niezmiernie temu, co ja bym tylko skwitowała wzruszeniem ramion. Wciąż chętnie bym się z nim umówiła, ale na dłuższą metę z pewnością byśmy się nie dogadali. Wydaje się być oderwany od życia i to, co za dziecka mnie w nim bawiło, teraz niestety śmieszy, w negatywnym znaczeniu tego słowa. 
Mimo wszystko, jak od każdego bohatera, można się od niego czegoś nauczyć. Obserwując poczytania doktora na Alasce, zaczyna się dostrzegać, że cierpliwość to skarb, a dzięki wewnętrznemu spokojowi można zdziałać o wiele więcej niż przez bezsensowne gorączkowanie się

Główną kobiecą postacią jest Maggie O’Connell (Janine Turner), którą Fleischman bierze w pierwszej chwili za prostytutkę. Kobieta okazuje się być jednak pilotem. Później na jaw wychodzi, że zajmuje się także nieruchomościami – wynajmuje lekarzowi dom. Jest też mechanikiem. Uwielbia majsterkować, a wkrótce jednym z jej ulubionych zajęć staje się uprzykrzanie życia Joelowi. Zresztą, z wzajemnością. Relacja tej dwójki dostarcza widzowi ton śmiechu. Mimo pozorów antypatii, coś nieustannie pcha Fleischmana do O’Connell (co chwila wyzywają się, nie używając swoich imion, tylko właśni nazwisk), a i on zdecydowanie nie jest jej obojętny. 
Maggie jest feministką. I prawdziwą kobietą, która często gubi się w swoich uczuciach. Dodatkowo mówi się, że wisi nad nią klątwa. Każdy mężczyzna, z którym wejdzie w romantyczną relację… umiera. Jeden z moich ulubionych odcinków to ten, w którym Maggie dostaje gorączki i zaczyna widzieć wszystkich swoich byłych nieżywych partnerów, grillujących i roztrząsają w kółko jej wady. Faktycznie, czasem bywa irytująca, autorytarna i złośliwa, ale czy każda kobieta musi być przedstawiana w serialach jak anioł? Właśnie taki obraz czyni Maggie kobietą z krwi i kości, za którą po prostu przepadam i z jaką może nawet się po części utożsamiam. Podziwiam ją za determinację, życiową mądrość, wybranie własnej życiowej ścieżki, niezależnie od oczekiwań rodziny, i to, że ze swoich słabości potrafi uczynić swoje najmocniejsze strony. 

Edukację Fleischmana opłacił w największej mierze Maurice Minnifield (Barry Corbin), były żołnierz i astronauta, aktualnie najbogatszy człowiek w Cicely, który nieustannie inwestuje w rozwój miasta. Nie wiem, czy postać Maurice’a można polubić. Jest często zatwardziały w swoich poglądach, stereotypowy i egoistyczny. Z drugiej strony, kiedy podetknąć mu pod nos odpowiednie argumenty, tak jak i Fleischman, a może nawet bardziej, potrafi zmienić swój kierunek myślowy. Nie lubi homoseksualistów, ale gdy okazuje się, że ci, jacy sprowadzili się do Cicely, są wykształceni, kulturalni i znają się na interesach, potrafi należycie docenić nowych sąsiadów. Życzyłabym wszystkim ludziom, żeby mogli zbierać swoje doświadczenia i na ich podstawie wysuwać mądre wnioski. Niestety, niektórzy wolą siedzieć przez telewizorem i stamtąd czerpać bezrefleksyjnie przekłamaną wiedzę o świecie. A w Cicely prawie telewizji się nie ogląda, o czym zaraz!
Najlepszym przyjacielem Maurice’a jest Holling Vincoeur (John Cullum), były traper, który aktualnie prowadzi jedyny w mieście bar. Panowie pokłócili się o dziewczynę, nastoletnią miss, Shelly Tambo (Cynthia Geary), której największym atutem jest uroda. Większość powiedziałaby na pewno, że Shelly rozumem nie grzeszy, ale mnie wydaje się co innego. Mimo że Shelly nie wyróżnia się intelektem, jest według mnie całkiem mądra. Potrafi zapanować nad humorami Hollinga, pogodzić skłóconych przyjaciół, a także bardzo dobrze radzi sobie w życiu. Ona i Holling, mimo ogromnej różnicy wieku, stanowią idealną parę, z czym Maurice’owi początkowo trudno się pogodzić. Ten przykład pokazuje jednak, że prawdziwe uczucie może naprawdę wiele przezwyciężyć i warto nie rezygnować ze związków z powodu licznych przeciwności losu, tylko walczyć o miłość. 

Kolejnym bohaterem, którego wprost uwielbiam (i zastanawiam się, czy nie najbardziej ze wszystkich), jest Chris Stevens (John Corbett – rewelacyjny też m.in. w Seksie w wielkim mieście i Moim wielkim greckim weselu). To były przestępca, a obecnie artysta, spiker w rozgłośni radiowej, wolnomyśliciel, a nawet w pewnym sensie duchowny – nieobece mu metafizyczne przygody. Chris jest przystojny, tolerancyjny, otwarty na nowe doznania, których wciąż poszukuje, inteligentny (mimo że nie skończył szkoły, przeczytał chyba więcej książek niż ktokolwiek w Cicely) oraz przyjazny i wyrozumiały. Takiego ze świecą szukać! No i właśnie, Chris nie ma problemu z dziewczynami, wręcz przeciwnie. Potrafi pójść do lasu i wrócić do swojej przyczepy z nową towarzyszką. Kobiety potrafią go dosłownie zwęszyć na kilometry. 

Z kobietami drobny problem ma Ed Chigliak (Darren E. Burrows). Mimo tego, że jest uroczy, jakoś nie może znaleźć sobie partnerki, ale zasadniczo wcale się tym nie przejmuje. Jego życiową misją jest tworzenie filmów. Ed często posługuje się przykładami z kinematografii, by coś komuś wytłumaczyć. Jest trochę fajtłapowaty, ale niebywale sympatyczny. To półindianin, wychowany przez całe plemię, ponieważ matka zawinęła go w kocyk i porzuciła. By odnaleźć swoich rodziców, Ed korzysta z pomocy starego indiańskiego ducha Tego Który Czeka. I tu dochodzi do przezabawnych sytuacji, gdy Fleischman, widząc mówiącego do siebie chłopaka, podejrzewa u niego psychozę. 
Ważnym aspektem filmu są Indianie, którzy nie walczą już z cywilizacją (to w końcu końcówka XX wieku), lecz dążą do uzyskania tego, co im się należy z tytułu pochodzenia. Ciężko pracują, tak jak biali, i tak jak biali korzystają z prawników, by coś załatwić. Jedną z Indianek jest Marilyn Whirlind (Elaine Miles), pyzata asystentka doktora Fleischmana. Z natury jest małomówna, jednak jej milczenie jest bardzo znaczące. Dzięki niej jej przyjaciele dochodzą często do zaskakujących, mądrych wniosków. To również jedna z moich ulubionych postaci, a wątek romantyczny, jaki zgotowali jej scenarzyści z Człowiekiem Ptakiem, to po prostu majstersztyk.

Wśród mieszkańców Cicely niezwykle ważna jest Ruth-Anne Miller. Prowadzi największy (i chyba jedyny…) sklep, gdzie można kupić dosłownie wszystko. W lokalu mieści się też poczta, biblioteka oraz archiwum. Ruth-Anne potrafi być bardzo zaciekła, ale przede wszystkim można się od niej nauczyć pogodnego usposobienia. Jej postawa jest zdecydowanie optymistyczna. Jedną z moich ukochanych scen jest tak, kiedy Ruth-Anne i Ed tańczą na ziemi przeznaczonej na pochówek tej pierwszej. Genialne. Życzyłabym wszystkim tyle dystansu do siebie. Cóż, może nabywa się go z wiekiem? 

Kulturalne zadupie?
Co można robić w Cicely, które ma tylko 839 mieszkańców? Sporo! 
Akcja serialu toczy się na początku lat dziewięćdziesiątych. Komputer, będący w zasadzie ogromnym kalkulatorem, widać tylko u jednej z dziewczyn Chrisa. A kiedy Holling kupuje dla Shelly telewizor, staje się on największym złem. Shelly natychmiast uzależnia się od telewizji. Ogląda ją cały czas, nie wykonuje swoich kelnerskich obowiązków w barze, recytuje program telewizyjny z pamięci, ignoruje przyjaciół i Hollinga, a w nocy przepuszcza setki dolarów w trakcie telezakupów. Dopiero spowiedź w szafie Chrisa poprawia jej samopoczucie. 
Chyba żałuję, że technika wykonała taki skok naprzód.
Mieszkańcy Cicely są bardzo związani z naturą. Chodzą do lasu podglądać sikorki, silnie reagują na księżyc w pełni, rozmawiają z niedźwiedziami… Długie ciemne wieczory spędzają z sobą w barze Hollinga, czas umilając sobie ciekawymi rozmowami, a co jakiś czas celebrują rozmaite obchody w różnoraki sposób, np. podczas pikników lub biegu przez miasto na golasa. Przystanek Alaska pokazuje, że najważniejsza jest bliskość człowieka z człowiekiem oraz człowieka z przyrodą. Do tego podkreśla, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa kontakt z kulturą. Mimo tak małej populacji, w Cicely jest kino i biblioteka. Codziennie z samego rana mieszkańców budzi Chris w swojej niesamowitej audycji radiowej Chris o poranku, a od czasu do czasu do samego serca Alaski dociera cyrk i wędrowna trupa artystów-rur.
Zastanawiam się, czy obecnie jest jeszcze możliwe takie podejście do życia. Odgradzamy się od siebie kablami od Internetu, zamiast spaceru po lesie wolimi usiąść na wygodnym fotelu w lansiarskiej kawiarni, a kiedy dobrze zrobiłaby nam długa chwila samotności z książką, wolimy dobić się na imprezie wśród alkoholu, chaosu i przepychu…

Magia czy duchowość?
W Cicely co chwila mamy do czynienia z jakimiś niezwykłymi zjawiskami. Tajemnicze światła, które widział Maurice w przestrzeni kosmicznej? Duchy Indian? Przemiany niedźwiedzi w ludzi? Wielka Stopa? Każde z nich można interpretować w dowolny sposób – reżyserowie nie narzucają jednej opcji. Zawsze może to być omam bohaterów lub dziwny sen. Twardo stąpający po ziemi raczej pewnie nie docenią takich epizodów. Dla mnie jednak takie fragmenty są bardzo ważne – przemycają do naszej codzienności magię i wiarę w to, że ludzka egzystencja nie jest wybrykiem cierpiącego na nudę atomu. Przystanek Alaska pokazuje, że nic nie musi być takie, na jakie wygląda z początku, jednocześnie pouczając, że należy wstrzymać się z pochopnymi wyrokami lub w ogóle ich nie wypowiadać. Bo niby po co? 
Mam nadzieję, że uda mi się zachęcić Was do obejrzenia chociaż paru odcinków. Z pewnością nie jest to serial, który się połyka. Najlepiej go sobie powoli dawkować. Chcę Wam pokazać, że nie tylko najnowsze, ekscytujące produkcje, potrafią zapewnić rozrywkę. Lata dziewięćdziesiąte minionego wieku to okres, w którym również kręciło się bardzo dobre filmy i seriale. I choć obecnie śmieszą stroje aktorów lub może ich poglądy, warto zetknąć się ponownie z popkulturą tamtych coraz odleglejszych już czasów. 

10/10

Shameless US

Chcę Wam przedstawić serial, którym można się zakrztusić z trzech powodów: czasem z obrzydzenia, często ze śmiechu, a także z szoku, w jaki można wpaść, podążając za pokręconymi losami bohaterów. Mowa o amerykańskiej wersji Shameless, czyli Niepokornych, jeśli mam być wierna polskiemu tłumaczeniu tytułu (ale nie będę).

Aktualnie mamy do czynienia z piątym już sezonem serialu stworzonego przez Paula Abotta. Odcinki opowiadają o losach patologicznej rodziny Gallagherów opuszczonej przez matkę. Najstarsza z szóstki rodzeństwa, Fiona (przepiękna Emmy Rossum), stara się ze wszystkich sił, by wychować czwórkę braci i siostrę. Sama jest jednak młodą dziewczyną, która dopiero wkracza w dorosłość. Nie ma szansy na wykształcenie. Chwyta się każdej pracy, jakiej może, by spłacić rachunki, a ogromny stres odgreagowuje na imprezach ze swoją sąsiadką i przyjaciółką, Vi, która żyje z kolei z bycia pielęgniarką oraz występowania w amatorskich filmach porno wraz ze swoim mężem, Kevem. Kiedy Fiona na jednej z imprez poznaje Steve’a, który sprawia pozory mężczyzny żyjacego w wyższej klasie społecznej, jej szalone kłopoty dopiero się zaczynają.

Kolejnym z rodzeństwa jest Lip (Jeremy Allen White), niesamowicie uzdolniony pod kątem przedmiotów ścisłych uczeń szkoły średniej. W przerwie między siódmym a siedemnastym wypalonym papierosem dorabia, udzielając korepetycji. Pewnego dnia pomaga w nauce Karen, która okazuje się być nimfomanką, co w zasadzie odziedziczyła po matce, Sheili, cierpiącej również na chorobliwy strach przed brudem oraz wychodzeniem z domu. Kiedy Lip na korepetycje przyprowadza swojego nieco młodszego od siebie brata, a ten nie ulega ani urokowi, ani zabiegom Karen, Lip uświadamia sobie, że Ian (Cameron Monaghan) jest gejem. Wszystko to odbywa się w połączonej z kuchnią jadalni, a konkretnie pod stołem. Gdy Sehila krząta się przy garnkach, Karen majstruje przy spodniach Iana, a wtedy do akcji wkracza pan domu, zbierający klauny policjant, który nie znosi wszystkiego, co wiąże się z seksem. Następnie dochodzi do prześmiesznej sytuacji. Możecie sobie albo wyobrazić, albo obejrzeć. Próbka w zwiastunie poniżej.
Sporo młodsza od chłopaków jest Debbs. Dziesięciolatka jest istnym aniołkiem, który nigdy nie przeklina i żyje w zgodzie z naukami Kościoła. Opiekuje się też często najmłodszym z rodzeństwa, Liamem, budzącym wiele zdziwienia wśród obcych. (Liam jest czarnoskóry, podczas gdy reszta Gallagherów jest biała). Debbs jako jedyna wierzy jeszcze, że ich ojciec, skończony pijak i egocentryk, przejmuje się losami rodziny. Kiedy policja przywozi go nieprzytomnego do domu i rzuca na dywan w salonie, dziewczynka zawsze wsadza ojcu poduszkę pod głowę. Jest też Carl, który niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Jest młodym piromanem i wandalem, a przy okazji mimo bardzo młodego wieku (jest rok młodszy od Debbs) zaczyna już iść w wyżarte przez spirytus ślady Franka.
Sam ojciec zaś, Frank (William H. Macy), z powodu swojego nałogu i długów, nie tylko sam wpada w tarapaty, ale i wciąga w nie swoją rodzinę. Jednocześnie jest taką postacią, którą się nienawidzi, chce się wręcz zabić za to, co robi ze swoimi dziećmi, ale w jakiś sposób… trzeba go lubić. Za te jego kwieciste wypowiedzi, dar omamiania innych ludzi i niesamowicie rozwinięty instynkt samozachowawczy. Od Franka można się wbrew pozorom wiele nauczyć.
"She's a hood girl.  She says fuck you when she really means I love you."Shameless. Fantastic show.
Niesamowite imprezy Gallagherów przerywają takie momenty jak przekopywanie ogródka w poszukiwaniu zwłok właścicielki domu czy przypalanie kotów. Oprócz jednak scen, przy których można wyć ze śmiechu, są i chwile niesamowicie wzruszające, a nawet wypełnione piękną miłością (Fiona i Steve, och, Steve…), tudzież wulgarnym seksem. Nawet wątek gejowski został bardzo porządnie zrealizowany.
Tak więc do wyboru, do koloru, absurd, groteska, często kryminał. Myślę, że Shameless można znienawidzić, ale i pokochać, tak jak to się stało w moim przypadku. Nie można go jednak nie doceniać. Oprócz świetnie wykreowanych postaci wraz z doborową grą aktorską, na uwagę zasługują brawurowe dialogi (ze sporą porcją niecenzuralnego słownictwa) oraz świetne zdjęcia. Nic dziwnego, że Shameless otrzymało tyle wyróżnień i zresza na całym świecie miliony widzów. 
Dla Shameless US tłuste
10/10.
To co, oglądacie?

Lena Dunham i „Girls”

Girls to jeden z moich ulubionych seriali, który zaczęłam oglądać, bo ktoś mi powiedział, że to Seks w wielkim mieście dla młodych kobiet. Była to chyba najgorsza reklama, bo niemal zupełnie nietrafiona, ale jednak skuteczna. Dzięki niej zagłębiłam się w Nowego Jorku, ale nie ten, po którym biega Carrie w szpilkach za kilka tysięcy baksów i torebką pełną kondomów. Poznałam świat Hanny – groteskowy, pełen abstrakcji, czarnego humoru, prawdziwego życia i szalonych postaci.
HBO GIRLS @Amy Lampe Instagram - Shorty Industry Awards
Jeśli jeszcze jakimś cudem nie kojarzycie dziewczyny, której zdjęcie możecie zobaczyć powyżej, przedstawiam Wam Lenę Dunham. Stworzyła serial Girls. Nie dość, że pisze scenariusze kolejnych odcinków, to gra w nich główną rolę, jest też i reżyserem. Zdolna, prawda? Nie tylko, również pracowita. Jej poświęcenie zostało nagrodzone m.in. ośmioma nominacjami do Nagrody Emmy oraz Złotym Globem. 

Przed Girls (aktualnie emitowany jest już czwarty sezon) stworzyła również całkiem głośny film pt. Mebelki, w którym zagrała nie tylko ona, ale również jej mama i siostra. Inspirację, tak jak i w przypadku serialu, zapewnie zaczerpnęła z życia. Fabuła opowiada bowiem o młodej kobiecie, Aurze, która po zakończeniu studiów wraca do rodzinnego domu i zastanawia się, co dalej robić z życiem… 
Lena urodziła się w 1986 roku i bardzo trudno mi uwierzyć, że za chwilę stuknie jej trzydziestka. Wychowywała się na Brooklynie z siostrą Grace, która aktualnie jest aktorką, modelką i poetką. Dziewczęta wzrastały w twórczej wielkomiejskiej atmosferze. Ich ojciec, Caroll Dunham, jest malarzem, a matka, Laurie Simmons, fotograficzką. W ich domu musiało być też pod względem religijnym, bo pan Dunham jest protestantem, a jego żona Żydówką. Lena również definiuje się jako wyznawczyni judaizmu. Na polskim rynku wydawniczym właśnie ukazała się jej pierwsza książka, Nie taka dziewczyna. Spokojnie, już zamówiłam. Na pewno napiszę w najbliższym czasie kilka słów na temat tego dziełka. 
Przekład z języka angielskiego Dobromiła JankowskaPrześmieszny, oryginalny i odkrywczy zbiór osobistych esejów jednej z najpopularniejszych obecnie nowojorskich artystek, Leny Dunham, która podbiła serca publiczności jako gwiazda serialu HBO Dziewczyny. W Nie taka dziewczyna opowiada o doświadczeniach wchodzenia w dorosłość: o zakochiwaniu się, nieudanych randkach, samotności, kilku dodatkowych kilogramach, udowadnianiu swojej wartości, szukaniu własnej drogi i prawdziwej ...American independent comedy film. Aura returns home from her Midwest liberal arts college to her artist family’s Tribeca loft with nothing to show but a film studies degree, a failed relationship, and a lack of direction. She takes a job as a hostess at a restaurant and falls into relationships with two self-centered men while struggling to define herself.Not That Kind of Girl - Cover.jpg
Tyle o samej Lenie. Teraz wreszcie na temat Girls. O co w ogóle chodzi w serialu?
O życie, odpowiedź sama aż ciśnie się na usta. O stawaniu się dorosłym człowiekiem i trudach związanych z braniem odpowiedzialności za swoje własne czyny. Poruszane są tu wszystkie wątki, z którymi może mieć do czynienia dziewczyna, która przeobraża się w kobietę, czyli np. kłopoty z samodzielnym utrzymywaniem się, niesprawiedliwością profesorów na studiach, początkami kariery, narkotykami, miłością, toksycznymi przyjaźniami, własnym egoizmem, seksem, nadwagą, depresją i nieskończenie wiele innych. Zobaczcie, jak zaczyna się ta historia. 
Główną bohaterką jest Hannah Horvath (Lena Dunham), która właśnie skończyła studia i została poinformowana przez rodziców, że nie będą jej dłużej utrzymywać. Dziewczyna jest w o tyle nieciekawej sytuacji, że marzy o byciu pisarką, a w tym zawodzie raczej trudno znaleźć pracę. Hannah ma też kilka kilogramów za dużo, napady depresyjnych humorów, ciągoty do eksperymentowania oraz niespotykanie cięty język, w który zawsze zapomina się ugryźć, toteż często dochodzi do konfliktów między nią, a jej trzema przyjaciółkami. 
Pierwszą z nich jest Marnie Michaels (Allison Williams), zawsze śliczna i potrafiąca się zachować. Pracuje w galerii sztuki, ma wspaniałego chłopaka, ale coś wiecznie jej nie pasuje. Jest niesamowicie zasadnicza, często nerwowa i nie potrafi docenić tego, co ma. Może dlatego, że marzy o czymś zupełnie innym. Chce rozwijać swoją karierę muzyczną, ale nie wie nawet jak się do tego zabrać, bo każda następna próba łączy się z totalną kompromitacją…
Do Nowego Jorku przyjeżda również Jessa Johansson (Jemina Kirke), cechująca się bardzo frywolnym stylem bycia. Często zakłada na siebie ekscentryczne kreacje, nie stroni od alkoholu, narkotyków, przygodnego seksu oraz pakowania wszystkich w problemy z prawem. Nonszalancji dodaje jej nie tylko styl władczyni świata, ale również brytyjski akcent.
Shoshanna Shapiro (Zosia Mamet) to kuzynka Jessy, fanka Seksu w wielkim mieście, różowych sukienek i bycia grzeczną dziewczynką. Po pewnym czasie jednak i ona zaczyna rozumieć, że wolności i spełnienia trzeba szukać gdzie indziej. Jej największym problemem jest to, iż w odróżnieniu od nieco starszych przyjaciółek, wciąż pozostaje dziewicą. Gdy jednak poznaje odpowiedniego chłopaka, prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają. 
Let The Cast of HBO's Girls Be Your Sukkot Spirit Guides – Tablet Magazine
Całkiem ważne są też role męskie. I równie intrygujące.
Adam Sackler (Adam Driver) jest dosyć dziwnym typem, który spotyka się z Hanną. Mieszka w obskórnej kawalerce i próbuje swoich sił na deskach sceny teatralnej, jednak nie ma z tego prawie żadnego dochodu, więc wciąż utrzymuje się dzięki pomocy swojej babci. Mimo młodego wieku, Adam należy do AA. Dosyć niepewnie czuje się wśród innych ludzi lub też w pełnym ubraniu, dlatego początkowo najczęściej możemy go obserwować w samych dżinsach na kanapie jego ciasnego mieszkania.
Bohaterowie sporadycznie zachodzą do kawiarenki prowadzonej przez Raya Ploshanksy’ego (Alex Karpovsky), niepoprawnego pesymistę, któremu nie wychodzi nic prócz pracy. Jego życie prywatne to kompletna klapa. Świat, w którym żyje, to środowisko bez żadnych perspektyw. Ray jest najbardziej odpowiedzialny spośród całej grupki przyjaciół, ale i jemu zdarza się popełnić głupoty, jak zresztą każdemu. 
Dość szybko spotykamy się także z Elijahem Krantzem (Andrew Rannels, o którym pisałam już TUTAJ przy okazji serialu New Normal), byłym chłopakiem Hanny. Elijah po pewnym czasie staje się najlepszym przyjacielem Hanny, mimo że kiedy spotykają się po raz pierwszy po długiej rozłące i dziewczyna dowiaduje się, że młody mężczyzna jest gejem, dochodzi do ostrej kłótni. 

W serialu zawsze dzieje się bardzo dużo, mimo że odcinki trwają tylko dwadzieścia minut. Można w międzyczasie pękać ze śmiechu albo posępnie kiwać głową w trakcie utożsamiania się z bohaterami, kiedy akurat właśnie robią coś głupiego, ewentualnie znajdują się dokładnie w takiej sytuacji, w jakiej my obecnie. Miałam tak zatrważająco często, bo wydaje mi się, że coraz częściej przypominam Hannę. Łączy nas nadwaga, marzenie o byciu pisarką, niełatwe relacje z rodzicami, bycie jedynaczką i zapewne złudne pragnienie bycia kimś znaczącym, a także częste wpadanie w opały tylko i wyłącznie z własnej winy oraz mnóstwo innych. 
Na uwagę zasługują też świetnie rozpisane dialogi i wartościowe przemyślenia. Ewentualnie naturalnie i trafnie zostało sformułowane to, co większość cały czas wypowiada, ale w swoich głowach. Oto próbka. 
You’ve embarked on a journey of self-discovery. Quarter-life crisis, anyone? | 12 Reasons Hannah Horvath Is Just Like Us
I'm not an over-emotional woman. I'm not on my period.   "I'm an individual, and I feel how I feel when I feel it." | Girls - HBO
"You tend to overthink things, and that's an issue for you." -Jessa
LOL! I'm pretty sure I said something similar to this statement, sometime in my life.
Dlaczego tak bardzo lubię ten serial i czemu Wam go polecam? 
Jest ciekawy, to na pewno. Rozprawia się z tematami tabu, pokazuje prawdziwe życie młodych ludzi nie tylko w Nowym Jorku, ale i w wielu innych krajach. W końcu wszyscy spotykamy się z tymi samymi kłopotami, nieważne, czy żyjemy na Brooklynie, czy w Poznaniu (który, swoją drogą, podobno jest prowincjonalny, jak się ostatnio dowiedziałam, spoko). Oglądając kolejne odcinki, można się chyba poczuć mniej samotnym ze swoimi rozterkami. A przede wszystkim rozerwać. 
Ten serial jest naprawdę niezwykły. Brawa dla Leny Dunham i tego, co stworzyła. 

9/10