Recenzja książki przed wydaniem? Od tego należy zacząć!

Recenzja książki przed wydaniem? Od tego należy zacząć!

Po napisaniu Piromanów udostępniłam maszynopis kilkorgu znajomym. Część z nich powiedziała: bardzo mi się podobało. Inni stwierdzili, że za dużo wulgaryzmów. Jeszcze kolejni wypowiedzieli się pozytywnie na temat bohaterów. Skoro tak, stwierdziłam, że wydaję tę książkę, nie ma co czekać. I dziwiłam się, że po rozesłaniu tekstu do wydawnictw nikt przez wiele miesięcy nie odpowiada. A to dlatego, że nie otrzymałam profesjonalnej recenzji, która powiedziałaby mi, co jeszcze poprawić.

Dopiero kiedy zaczęłam pracować w wydawnictwie, zrozumiałam, co się stało.

Wydawca otrzymuje często dziesiątki tekstów dziennie. Redaktor, który je otrzymuje, przegląda bardzo szybko te, które autor zaprezentuje najciekawiej. Stara się, wierzę w to, przeczytać tyle, ile tylko jest w stanie, ale czasem nierealne jest poświęcenie jednemu tekstowi choćby kilkunastu minut! Dlatego, gdy otwiera nadesłany tekst, a pierwszy akapit jest nieciekawy i pojawiają się w nim błędy… Po co ma czytać dalej? Przecież skrzynka aż pęka w szwach od kolejnych tekstów, które pewnie będą łatwiejsze w lekturze i ciekawsze!

Naprawdę nie ma się co dziwić wydawcy, że nie odpowiada na wszystkie wiadomości. To przecież nierealne. Wyobraźcie sobie, że musicie dziennie przeczytać choćby dziesięć książek, z czego jedna ma średnio 250 stron. A potem jeszcze napisać autorowi, dlaczego ta książka nie przypadła wydawcy do gustu. Dalibyście radę?

Nauczona doświadczeniem, uzbrajam się w cierpliwość. Ale wcześniej dopracowuję tekst w najdrobniejszym stopniu.

Jak?

W tekście o redagowaniu książki wspomniałam, że autor nie jest sam wyłapać wszystkich swoich błędów, zwłaszcza debiutant. Dlatego ważne jest, by pokazać książkę osobie, która oceni ją w sposób profesjonalny i obiektywny. Mama lub tata, przyjaciółka lub kolega ze studiów być może będą w stanie się wypowiedzieć na temat swoich odczuć, pomysłu i tego, czy książka wciąga. Ale czy będzie w stanie w sposób rzetelny i wyczerpujący opisać takie czynniki jak:

  • tematykę utworu, z wyodrębnieniem wątku głównego i pobocznych,

  • sposób przedstawienia bohaterów,

  • świat przedstawiony,

  • opisy,

  • konstrukcję rozdziałów,

  • dialogi,

  • język powieści,

  • najczęstsze błędy językowe, ortograficzne i interpunkcyjne?

Zdanie sobie sprawy z niedoskonałości swojego tekstu to punkt wyjścia do jego udoskonalenia. Jeśli nie jesteś pewien swoich sił, dobra recenzja powinna wykazać również zalety tekstu oraz uwypuklić te części warsztatu literackiego, w których jesteś całkiem niezły! Dzięki wskazówkom recenzenta jesteś w stanie samodzielnie przysiąść nad swoją książką i wyeliminować większość wpadek. Możesz być pewien, że solidny recenzent przeczyta Twoją książkę od deski do deski!

Szukasz recenzenta i chcesz wiedzieć, ile to kosztuje?

W załodze Fabryki Dygresji zajmujemy się pisaniem recenzji książek przed wydaniem. Czas oczekiwania na tekst liczący około trzech stron konstruktywnej krytyki to około 2 miesiące. Cena zależy od liczby arkuszy wydawniczych (jeden arkusz to 40 000 znaków ze spacjami). Stawka uzależniona jest również od gatunku. Współpracę zaczynamy od 800 zł netto, ale dokładną cenę poznasz po przesłaniu tekstu na fabrykadygresji@gmail.com Możliwa jest płatność ratalna.

Recenzja zapewni Ci nie tylko szczerą ocenę na temat Twojej twórczości. Zyskasz wiedzę na temat tego, co masz jeszcze dopracować, a przede wszystkim nauczysz się, jak to zrobić. Wówczas Twój tekst będzie o wiele lepiej prezentował się, kiedy postanowisz go zlecić wydawcy. Jeśli wcześniej jeszcze będziesz chcieć go zredagować, redaktor dzięki recenzji otrzyma jasne wytyczne co do pracy, jaką powinien włożyć w Twój tekst. To drogowskaz dla Ciebie jako autora oraz wszystkich, którzy będą później pracować nad wydaniem Twojego tytułu!

Jeśli lubisz pisać, być może zainteresują Cię także poniższe artykuły.

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Wszystko o redakcji książki!

Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Pamiętaj, że jeśli masz więcej pytań, w każdej chwili możesz skontaktować się ze mną pod mailem fabrykadygresji@gmail.com

Polecam się!

 

Wszystko o redakcji książki!

Wszystko o redakcji książki!

My, autorzy, bywamy próżnymi istotami. Każdą ingerencję w tekst traktujemy jak wjechanie czołgiem na nasze podwórko. Uważamy, że nie potrzebujemy sugestii, poprawek ani zmian, w końcu pracowaliśmy nad książką tak długo…! Jeśli jednak zależy nam, by książka oczarowała kogokolwiek poza nami samymi, zwrócenie się do redaktora z prośbą o pomoc jest podstawą! Już tłumaczę, dlaczego.

Kim jest dobry redaktor?

To osoba o wiele bardziej doświadczona od autora, gdyż pracowała przez wiele lat z najróżniejszymi pisarzami. Zna się na wielu gatunkach literackich, a z poprawnością ortograficzną, interpunkcyjną i językową żyje za pan brat. Dobry redaktor nie wywyższa się z powodu swoich wyjątkowych umiejętności, tylko stanowi idealne uzupełnienie pisarza. Jest jego partnerem i aniołem stróżem. Tam, gdzie pisarz nie do końca poradził sobie z przedstawieniem tematu, tam wkracza redaktor i proponuje swoje rozwiązanie do zaakceptowania.

Głównym zadaniem redaktora jest wsparcie nie tylko pisarza, ale i jego prozy, by była jak najbardziej przyswajalna dla czytelnika. W końcu to on jest najwyższym sędzią finału pracy nad książką! Redaktor pracuje nad tekstem wraz z pisarzem, często na podstawie uwag recenzenta, który powinien dostać książkę w pierwszej kolejności. Do kompetencji redaktora należy m.in. zredagowanie tekstu pod względem merytorycznym (np. kiedy Autor pisze, że jeden z bohaterów wystrzelał wszystkie 25 naboi, redaktor bada temat i wskazuje, że pistolet bohatera mógł mieć w bębenku maksymalnie 19). Sprawdza konstrukcję utworu i nadaje lekkości niektórym wypowiedziom. Doszlifowuje tekst tak, by diament stał się brylantem. Dba też o poprawność, ale szczegółową eliminacją literówek zajmują się korektorzy.

Kiedy powinienem skorzystać z usług redaktora?

Redakcja Twojej książki jest obligatoryjna, kiedy:

a) zgłaszasz debiutancką książkę do wydawcy tradycyjnego – ponieważ jako początkujący nie możesz mieć jeszcze takiego doświadczenia jak piszący od wielu lat twórcy, w Twoim tekście niestety mogą wystąpić błędy, które zdyskwalifikują Twoją propozycję do wydania; by uniknąć takiego obrotu rzeczy, należy skorzystać z usług redaktora;

b) wydajesz książkę w wydawnictwie usługowym – część firm wydawniczych (vanity press) w ogóle nie zapewnia redakcji, a jeśli już to robi, to usługa ta jest dodatkowo płatna, często z ogromnie wysokim narzutem, nieproporcjonalnym do jakości przeprowadzonej redakcji;

c) publikujesz książkę jako self-publisher.

Dlaczego moja książka potrzebuje redakcji?

Twoja książka potrzebuje redakcji, bo żaden autor nie jest w stanie wyeliminować wszystkich błędów ze swojego tekstu. Nie patrzy na niego obiektywnie, bez względu na to, czy jest pisarzem amatorem, czy profesorem filologii polskiej. Redakcja potrzebna jest absolutnie zawsze, o ile chcemy, by nasze dzieła zostały nie tylko pozytywnie przyjęte na rynku, ale przede wszystkim po prostu czytane!

Przykład?

Zdarza się, że Autorzy zaczynają świetnie pisać od środka powieści i koniec jest fenomenalny, ale początek to nudy jak flaki z olejem. A przecież jeśli książka na początku znudzi czytelnika, to nie będzie marnował czasu na dalszą lekturę. Skąd ma wiedzieć, że dalej jest ciekawiej? Jedno z zadań redaktora to ujednolicenie stylu pisania i przepracowanie każdego kawałeczka tekstu tak, by po prostu był intrygujący.

Ale nic bez wiedzy Autora, przynajmniej w Fabryce Dygresji. Redagujemy teksty wraz z zespołem doświadczonych i wyrozumiałych redaktorów bardzo sumiennie, ale żadna zmiana nie wedrze się do finalnej wersji tekstu bez akceptacji autora! Wszystkie propozycje korekt uwzględniamy wspólnie. Autor ma wgląd w poprawianie jego książki, a gdy z czymś się nie zgadza, ma prawo do uargumentowania swojej decyzji. I redaktor, i autor – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo do błędów! Im więcej jednak osób pracuje nad tekstem, tym łatwiej zbliżyć się do ideału.

Jak mam poznać, że mój redaktor jest dobry?

Poproś o próbkę zredagowanego tekstu! 10 stron najzupełniej wystarczy, byś ocenił stopień zaangażowania redaktora w poprawianie Twojej książki. Jeśli zobaczysz tylko podopisywane przecinki, coś jest ewidentnie nie tak… A jeśli będzie dużo czerwonego? To wbrew pozorom bardzo dobry znak! I wcale nie świadczy o tym, że nie masz talentu. Tylko o tym, że redaktor angażuje się w przedstawioną przez Ciebie historię i chce, tak jak Ty, by tekst był dopracowany po mistrzowsku!

W Fabryce Dygresji 10 takich stron jest standardem. Po wpłacie ustalonej kwoty lub pierwszej raty otrzymujesz w pierwszej kolejności próbkę umiejętności redaktora. Jeśli coś Ci nie odpowiada, od razu przystępujemy do wymiany wątpliwości i dalsza praca przebiega w doprecyzowany sposób. W większości przypadków nie jest to jednak konieczne, bo nasi redaktorzy są nie tylko doświadczeni, ale i przede wszystkim wrażliwi. Potrafią rewelacyjnie wczuć się w klimat tekstu oraz styl autora i jedynie eksponują ukryte pomiędzy wersami piękno.

Jak znaleźć dobrego redaktora i ile kosztuje redakcja?

To nie taka łatwa sprawa. Współczesny rynek książki niestety jest nie tylko trudny, ale i zepsuty. Ponieważ jest tak dużo książek na półkach księgarskich, sporo wydawnictw nie traktuje poważnie wydawanych przez siebie tytułów. Redaktorzy muszą zatem uwijać się w pocie czoła za skandalicznie niskie stawki. Nic dziwnego, że czasem przepuszczają błędy, gdy ich oczy są zmęczone, a przed nimi kolejna nocka, którą będą musieli zarwać, żeby, kolokwialnie mówiąc, hajs się zgadzał.

Kiedy zakończyłam pracę w wydawnictwie, postanowiłam sobie, że gdy rozpocznę pracę na własnych zasadach, będę szanować nie tylko moich autorów, ale i redaktorów. W ten sposób, dając tym drugim odpowiedni czas na redakcję oraz godną zapłatę, tekst tylko zyskuje na wartości! A ja zamierzam pomagać przy publikacji jedynie dobrym, wartościowym tytułom. Nie chcę, jak wielu innych wydawców, wypuszczać półproduktu, byle tylko zaspokoić mało wybrednych czytelników. Pełno jest książek, które można przeczytać, ale nie pamięta się o nich więcej niż kilka tygodni czy w porywach miesięcy. Dzięki sumiennej redakcji książki mogą być pamiętane przez czytelników nawet do końca życia. I w ten sposób również się sprzedawać! Nie być w obiegu, jak większość tytułów, tylko rok po premierze a potem trafiać do dyskontów czy antykwariatów za jakieś nędzne grosze, tylko cały czas plasować się na górnych pozycjach list sprzedażowych!

W Fabryce Dygresji zaczynamy redakcję książki od stawki 220 zł netto za arkusz wydawniczy (40 tys. znaków ze spacjami). Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat redakcji, pisz śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Co odróżnia pisarza amatora od profesjonalnego pisarza? Liczba wydanych książek. A żeby wydać, trzeba najpierw napisać. Tylko jak to zrobić, kiedy przyjaciółki piszą Ci wiadomości na messengerze, że je ewidentnie zaniedbujesz, a kumple prawie co wieczór próbują wyciągnąć na browarka?

Co zrobić, by zamiast grania w Play Station czy choćby sprzątania mieszkania wreszcie usiąść na tyłku przed laptopem? Jak znaleźć motywację, by napisać książkę? Wreszcie? Tę, o której rozmyślasz już od tylu miesięcy? Powiem Ci, co mnie motywuje do pisania, dzięki czemu w ostatnie dwa dni spłodziłam ponad 80 tysięcy znaków ze spacjami.

1. Inni pisarze

Nic tak bardzo mnie nie cieszy, jak sukces moich kolegów z branży. I nic jednocześnie tak bardzo nie wjeżdża mi na ambicję! Kiedy słyszę o kolejnej książce, którą wydaje X, aż się trzęsę ze złości! Skąd on ma na to tyle czasu?, zastanawiam się. Szybko znajduję odpowiedź. On na pewno nie zastanawia się nad tym, kto ile książek wydaje, tylko siedzi zgarbiony nad laptopem i wystukuje kolejne znaki, aż do utraty tchu!


Kolejna nagroda literacka u Z? Rany! Dlaczego na mojej półce nad sedesem nie widnieje jeszcze żadna?!
Pierwsza wskazówka: poznaj innych piszących. Możesz obserwować pisarzy na Instagramie (np. @sylwia.chutnik, @remigiuszmroz czy @jakubzulczyk) albo Facebooku. Albo poznać ich osobiście, spotykać się z nimi w regularnych odstępach czasu i chwalić się swoimi postępami. W kupie siła, jak to mówią! Doskonałą do tego okazją są np. targi książki albo warsztaty literackie. Tak się składa, że we wrześniu ruszają te prowadzone przeze mnie w Poznaniu, więc jeśli jesteś z okolicy i chcesz otrzymać więcej informacji, napisz na fabrykadygresji@gmail.com lub zapisz się na newsletter poniżej.

Mail


Druga wskazówka: czytajcie innych pisarzy! Ich słowa naprawdę mają potężną moc. Na początku ubiegłego roku przygotowałam dla Was 15 cytatów, które motywują do pisania. Możecie zacząć od tego!

2. Postęp procentowy

Kiedy zaczynam pisać książkę i zdaję sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam planu wydarzeń, najpierw przez pięć minut wyrzucam sobie, jak wielkim łochem jestem, nie szczędząc nieeleganckich epitetów, po czym biorę zeszyt i naprawiam swój błąd.
Daleka jestem od stwierdzenia, że ci, którzy piszą powieści bez planu zdarzeń, są idiotami.
Po prostu zastanawia mnie, jak to się dzieje, że przy takiej obfitości wątków nie tracą napięcia fabularnego i panują nad wszystkimi punktami konstrukcyjnymi.
Hm, a może nie panują?
Nieważne. Plan zdarzeń jest mi niezbędny nie tylko po to, by napisać świetny tekst, od którego czytelnik nie może się oderwać. Jest mi potrzebny również po to, by oszacować, ile mniej więcej moja książka będzie liczyć znaków ze spacjami, a co za tym idzie – arkuszy wydawniczych oraz stron w druku. W ten sposób mogę bardzo precyzyjnie określić czas pisania i wiedzieć, jak bardzo zaawansowany będzie mój tekst za kilka miesięcy. Dzięki temu jestem w stanie wyznaczyć sobie cel, korzystając z metody SMART. Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, zapraszam  do lektury artykułu Moniki Syminowicz.
A ja rysuję sobie jeszcze w zeszycie pasek postępu. Słupek na 100 kratek. Każda zakolorowana kratka odpowiada każdemu kolejnemu napisanemu procentowi powieści. Nie ma to jak obserwować, że rzeczywiście kniga rośnie!

3. Ludzie dookoła

Z jednej strony strasznie demotywują. Nawet ci najbliżsi! Bo kiedy pod koniec dnia wypełnionego od wczesnego ranka pisaniem, zapadam się wreszcie w fotelu i piszę do ukochanego, a potem się dowiaduję, że on sprzątał dom, potem oglądał serial, a teraz jest na piwku, to… czuję zazdrość. Myślę sobie: też bym wyskoczyła na małe co nieco.
Ale zdradzę Wam sekret. Przeprowadziłam się na kilka miesięcy na wieś, do domu rodziców, gdzie nie mam za dużo znajomych. Po to, by unikać takich pokus jak nieustanne wypady na miasto czy opalanie łydek nad Rusałką. Tak, pisarz musi być pustelnikiem. Przez jakiś czas.
No, poza tym, wiecie, słabe jest trochę mówienie o sobie: jestem pisarzem, jestem pisarzem!, a na koncie tylko jedna książka, albo w ogóle. Wydaje mi się, że ludzie patrzą na mnie czasami z dystansem i myślą sobie: ona to już nic po Piromanach nie napisze. Cóż, trzeba tę wiarę wyprowadzić z błędu, tej!
Kiedy skończę tę książkę, to zacznę obdzwaniać wszystkich znajomych. Żodyn mi nie umknie, żodyn! Męczyć ich będę solidnie, by ruszyli kupry i posiedzieli ze mną na mieście. Zapraszać na shopping, a niedługo później moje spotkania autorskie. Bo oni dalej będą mieli wolne tylko w weekend, a na mnie czeka laba tak długa, jak tylko tego zapragnę.

4. Wizja skończenia

Ale laba nie oznacza w tym przypadku wypoczynku. Mówię tylko o odcięciu się od dotychczasowych obowiązków, czyli głównie monotonii siedzenia przed komputerem i wystukiwania kolejnych słów. Bo książkę napisaną trzeba wydać, a wydaną – promować!
John Irving (mój literacki mistrz, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), napisał:

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Ergo: mimo że postęp procentowy w pisaniu mojej książki wynosi na razie dopiero 30%, ostatnie zdanie już zapisałam. I wiem, co będzie, gdy podpiszę z wydawcą umowę.
Bajlando w ch**! jak zawołała kiedyś z ogromnym entuzjazmem moja zacna współlokatorka, którą gorąco pozdrawiam. Akurat był to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, bo wyrzucili ją z pracy. Mniejsza o to. Będę sobie jeździć od radia do telewizji, robić YouTube’y, odwiedzać biblioteki, udzielać wywiadów, spotykać się z czytelnikami i hulać po targach książki. Czyli wszystko, czego nie zrobiłam lub zrobiłam za mało przy promocji Piromanów. Teraz sobie odbiję za wszystkie czasy! A każde kolejne postawione w G-docsie słowo zbliża mnie do tych pięknych momentów.

5. Święty spokój (lub jego ułuda)

A kiedy będę miała już tego dosyć, kiedy obrzydnie mi Poznań, Warszawka i Kraków, z wielką radością zaszyję się znów na wsi, otworzę tę notkę (bo nie piszę jej tylko dla Was, ale również dla siebie) i zacznę powoli, po kawałeczku, jeść kolejnego słonia. To znaczy pisać kolejną powieść. Bo, cytując znów Johna Irvinga:

tak zwane zakończenia i początku są złudzeniami.

Z życzeniami jak najszybszego uzyskania stanu bajlando w chu**,

Wasza

PS
Lubicie Hanka Moody’ego? Ja też! Jesteśmy w tym samym klubie. Dajcie wyraz swojej sympatii, lubiąc również Fabrykę Dygresji na Facebooku!

 

Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Pisanie jest jak matematyka. Jeśli wiesz, jak wykonać równanie, możesz znaleźć x. Im więcej równań rozwiążesz, tym szybciej i sprawniej będziesz liczyć. Jeśli napiszesz jedną książkę, nie staniesz się bestsellerowym autorem. Ale jeśli napiszesz kilka, Twoje teksty będą coraz lepsze i chętniej czytane. Musisz tylko się dowiedzieć, jak to zrobić.

Ale tak, można nauczyć się pisania. I jestem tego najlepszym przykładem.

Wiem, że przede mną jeszcze długa droga. Tak naprawdę człowiek powinien uczyć się całe życie. Pisarze nie stanowią wyjątku od reguły. Nie rodzisz się pisarzem z całą wiedzą a propos prawidłowego zapisu dialogów. I tego, że prawidłowe pisanie nie wystarczy, bo trzeba nabrać mistrzowskich umiejętności, by zostać należycie docenionym przez czytelnika. Dowiedziałam się tego dopiero po opublikowaniu debiutanckich Piromanów. Jak i wielu innych rzeczy…

Skąd czerpać wiedzę?

Z książek o pisaniu. Maszyna do pisania Katarzyny Bondy czy Pamiętnik rzemieślnika Stephena Kinga, które już polecałam na blogu, to tylko wierzchołek góry lodowej. Zresztą, kiedy czytam klasykę, Hemingwaya, Dickensa czy mojego mistrza, Johna Irvinga, podświadomie chłonę ich umiejętności i potem intuicyjnie znajduję rozwiązania, sama pisząc. Dlatego zasada nr jeden brzmi: bez czytania nie ma pisania!

Po drugie bardzo dużo zyskałam dzięki amerykańskim storytellerom i selfpublisherom. Wczytywałam się w ich blogi, oglądałam występy na TED, pochłaniałam e-booki i newslettery. Jeśli jesteście z angielskim za pan brat, mogę polecić Wam choćby szkółkę Positive Writer prowadzoną przez Bryana Hutchinsona. Dzięki niemu nabrałam odwagi i rozmachu w swoim pisaniu.

Gdybym jednak nie poszła na warsztaty literackie, nie miałabym z kim omówić swoich tekstów. Nikt z moich znajomych nie pisze. A jeśli nawet, to amatorsko, a nie profesjonalnie, jak ja. Dlatego warsztaty w grupie spodobały mi się przede wszystkim dlatego, że od razu uzyskałam feedback od innych autorów oraz od doświadczonego nauczyciela. Dowiedziałam się kilku nowych technicznych rzeczy oraz utwierdziłam się w przekonaniu, że… cóż, jestem zajebista w tym, co robię.

W grupie czy samemu?

Pisarz nie jest zwierzęciem stadnym. Zwłaszcza, jeśli mówimy o zawodowym pisarzu. Musi schować się w swojej norze na kilka miesięcy, by spłodzić książkę pośród kurzu, zarośniętych pleśnią kubków oraz przepoconych dresów. Dopiero potem otwiera drzwi swojego schronu i wtedy… Lgnie do ludzi jak ćpun na głodzie do narkotyków. Bo człowiek potrzebuje towarzystwa innych, tak po prostu.

I tak, lepiej pisze się samemu. Ale praca nad powieścią to nie tylko jej napisanie. To przedyskutowanie konceptu, postaci, redagowanie, wykreślanie… To już zdecydowanie lepiej robić w grupie, po konsultacji z doświadczonymi specjalistami, no bo nawet, jeśli gadasz do siebie, to masz tylko jeden mózg. I do nowych rozwiązań samemu nie dojdziesz, a inna osoba może Ci pokazać coś niezwykłego, na co wcześniej w ogóle nie zwracałeś uwagi.

Dodatkowo w grupie wytwarza się niesamowita energia. Rozmowy o swoich tekstach są jak żywioł! Rodzą zupełnie nowe koncepty, przesuwają nasze horyzonty myślowe i mobilizują do działania jak nic innego. Jeśli jesteś w stu procentach zmotywowany do pisania, siadasz przy komputerze i jesteś w stanie ciurkiem napisać pięć stron, to po takiej grupowej pracy masz 500% motywacji! Przybiegasz z warsztatów prosto do laptopa i zasuwasz, póki nie padniesz na pysk, a potem piszesz dalej! To coś cudownego!

No i nie oszukujmy się, jako pisarze jesteśmy spragnieni pochwał. Będziemy chcieli zabłysnąć na kolejnym spotkaniu poprawionym tekstem lub dalszą jego częścią, więc to dla nas dodatkowa mobilizacja. A gdy ktoś na naszym poziomie pisania wyrazi swój zachwyt… To znaczy dużo więcej niż pochwała z ust mamy, koleżanki czy ukochanego, którzy niewiele wspólnego mają z pisaniem.

Jak nauczyć się pisania?

Poprzez czytanie, praktykę, rozmowę i udoskonalanie.

Musisz przeczytać kilka, kilkanaście, kilkaset książek, by załapać, o co chodzi w wielkim pisaniu. Potem pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Kolejnym etapem jest dyskusja nad tekstem. Pokaż go profesjonalistom i nie załamuj się, gdy usłyszysz krytykę. Przecież jeszcze nie wydałeś książki i nie stałeś się pośmiewiskiem. To jest Twój czas na dalszą pracę z tekstem! Zadawaj pytania, redaguj, wykreślaj, przerabiaj. To czas na udoskonalanie tego, co stworzyłeś. Bo zawsze może być lepiej!

Warto mieć też swojego mistrza. Przewodnika po literackim świecie. Nieobligatoryjnie oczywiście, ale mi w pisaniu bardzo pomaga John Irving. Poprzez lekturę jego powieści, czytanie wywiadów oraz literackich porad, mam świadomość, że kiedyś, dzięki ciężkiej pracy, na pewno zbliżę się do ideału. Od nastoletniej pisarki fanfiction o Harrym Potterze, poprzez maleńki debiut i publikacje opowiadań w czasopismach, aż na półki w Empiku.

Tego życzę sobie i Wam!

PS
Pamiętaj, żeby zapisać się na newsletter, by otrzymywać porady literackie, a także garść motywacji i informacje o promocjach!

Mail

Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Czyżby między tą dwójką popularnych polskich pisarzy zrodził się namiętny romans? Czy blisko pięćdziesięcioletnia pisarka lekkich obyczajówek dla kobiet mogła rozkochać w sobie młodszego o 38 lat doktora nauk prawnych, piszącego bestsellerowe kryminały? Czy mogliby wiązać sobie nadgarstki i robić brzydkie rzeczy przy wydobywającym się ze Spoify’a eterycznym głosie Beyonce, śpiewającej Crazy in love?

Oczywiście, że tak! Czy nie jest to wyśmienity pomysł na kolejną romantyczną książkę lub zaczątek serialu?
Oddaję Wam ten koncept za darmo, zrobicie na nim mnóstwo złotówek, proszę tylko o dedykację albo chociaż podziękowania na końcu, dobra?

W rzeczywistości Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i 50 twarzy Greya łączy niestety łączy co innego.

Zła sława.

Zacznijmy od końca.

W dalszym ciągu nie przeczytałam 50 twarzy Greya i nie mam zamiaru. Po przekartkowaniu stwierdzam, że nie jest to książka, której lektura sprawiłaby mi radość. Język zbyt prostolinijny a wyrafinowanej erotyki tak naprawdę brak. Rozumiem wszak osoby, którym lektura się podobała. I są oni w zdecydowanej większości! Inaczej E. L. James nie stałaby się autorką bestsellerowej serii. Serii, podkreślam, nie jednej książki. Dodatkowo historia wydania 50 twarzy Greya jest bardzo ciekawa sama w sobie. Kobieta zajarała się sagą o wampirach, napisała wciągające fanfiction, no kurde, bierzmy z niej przykład! Gratuluję pasji i pracowitości. Odniosła sukces, zarobiła dolary, brawo. Literackiego Nobla raczej nie zdobędzie, ale i tak większość z nas nie ma na to szans.

Jeśli nie znacie twórczości Katarzyny Michalak, zajrzyjcie do biblioteczki mamy lub babci. Wysokie prawdopodobieństwo, że znajdziecie tam któryś z tomów serii leśnej albo z kokardką.

Przyznam, że kiedy byłam młodsza, chciałam zrobić cykl recenzencki książek pani Michalak, najlepiej na YouTube, i mieszać każdą z błotem od góry do dołu, bo, jak wiadomo, od hejtu rosną statystyki. Na szczęście poszłam po olej do głowy. Po pierwsze, nie jestem w stanie się zmusić do lektury takich obyczajówek (chyba że za grube pieniądze albo, no nie wiem, jeśli miałabym ocalić tym czynem stado jednorożców). Po drugie zaś nie jestem grupą docelową tychże tekstów.

Między mną a Katarzyną Michalak jest potężna przepaść pokoleniowa (jeszcze większa niż między nią a Remigiuszem Mrozem), więc odbieramy świat zupełnie inaczej. Rzeczywistość przedstawiona w jej książkach nie jest taka, w jakiej chciałabym żyć (bo wiecie, ja to raczej z bajki o Hanku Moodym), ale dla tysiąca kobiet w Polsce światy wykreowane przez Katarzynę Michalak to spełnienie marzeń! Ciepła rodzina, powolne życie na łonie natury w otoczeniu zwierząt, piękne romanse, wspaniała kuchnia, kochający przyjaciele… Któż nie chciałby się zanurzyć w świecie, w którym problemy ustępują miłości, sprawiedliwości i dobru? Katarzyna Michalak daje wytchnienie i rozrywkę całemu mnóstwu kobiet, które tego potrzebują. I chwała jej za to.

Dobra, popieram Ignacego Karpowicza, który w pewnym numerze Chimery wydawanej przez Rafała Bryndala, zjechał panią Michalak za karmienie bezdomnych lukrowanymi pączusiami (to pafraza, równie dobrze mogło chodzić o donuty z pudrem) zamiast bułką i kiełbasą. Bo wiecie, lepszy konkret, jak już trzeba kogoś karmić, ale nieważne, każdemu zdarzy się taki przypał, jesteśmy tylko ludźmi.

Ale sapanie do Katarzyny Michalak, że jej książki są do dupy, jest po prostu nie na miejscu. Bo nie są, skoro mają czytelników. Należą do nurtu współczesnej literatury popularnej, który nie musi każdego interesować, po prostu. A z ciekawostek dodam, że czytelników muszą mieć sporo, bo w trakcie 11 lat pisarka opublikowała 36 powieści (3,27 rocznie) i współpracowała m. in. z Wydawnictwem Literackim, Filią, Albatrosem, Naszą Księgarnią, Znakiem… To nie są jakieś wydawnictwa krzak, tylko porządne domy wydawnicze.

Bazując na danych z Wikipedii, śmiem twierdzić, że Remigiusz Mróz jest jeszcze bardziej płodny niż przytoczona wyżej Michalak, ale pewnie o tym wiecie. W ciągu 5 lat opublikował 28 powieści, więc wychodzi na to, że rocznie wydaje 5,6 książek. Ma swoich wiernych fanów. Potrafi pisać na potęgę, ludzie chcą go czytać, no to niech pisze dalej! Niech wydawnictwo załatwi mu najlepszych redaktorów i w ogóle jak największy, najzacniejszy zespół, skoro jest na Mroza takie zapotrzebowanie. Bo wyśmiewanie się, że ktoś pisze za dużo, też jest jakimś absurdem. Nie można za dużo pisać, tak samo jak nie można za dużo czytać, bo to nie powoduje żadnej szkody!

A nie, przepraszam, jednak powoduje. I tutaj docieramy do sedna.

Przez to, że Remigiusz Mróz płynie wciąż beztrosko na fali popularności, że książki Katarzyny Michalak nie chcą jakoś znikać z list bestsellerów, a teksty E. L. James dalej uparcie tłumaczone są na różne języki, trudniej jest innym autorom. Dostaną mniejsze honorarium. Ich książka nie będzie tak wybitnie promowana jak tych bardziej skomercjalizowanych autorów. Nie starczy dla nich miejsca na półce w Empiku pod szyldem promowane. Mimo że ich książki będą może nawet lepsze, bardziej wartościowe, ciekawsze. Z takiego stanu rzeczy rodzi się frustracja, kąśliwe docinki, bezsilność i niechęć do popularnych, tudzież majętniejszych. Tak było, jest i będzie.

Moi kochani debiutanci, którzy odwiedzacie tegoż bloga i tak ciężko pracujecie nad swoimi tekstami, posłuchajcie.

Rynek książki jest trudniejszy i nieporównywalnie bardziej skomplikowany niż rynek cukrów czy maseł. Ale, tak jak na każdym innym rynku, ktoś będzie bardziej na topie, a ktoś mniej. Ktoś będzie Lurpakiem za 9 zł, a ktoś regionalnym miksem tłuszczowym za niecałego piątala. Dlatego na sukces trzeba pracować nieustannie. Żeby się doskonalić i być bardziej wartościowym.

Pracowanie nad swoim literackim sukcesem nie obejmuje wszak tylko szlifowania tekstu i doprowadzania warsztatu do perfekcji. Chodzi również o budowanie swojej marki osobistej. Jeśli to zaniedbacie, marny wasz los.

A my, czytelnicy, nie dzielmy się na tych wytrawnych i tych gorszego sortu. Zostawmy takie głupoty partiom politycznym. Mało nas w Polsce. Propagujmy czytelnictwo zamiast dogryzać innym czytelnikom, że czytają jakąś taniochę. Lepsza lektura harlekina niż pranie mózgu za pośrednictwem tv, chyba się zgodzicie? Jako czytelnicy jesteśmy w mniejszości, więc nie obrzydzajmy innym preferowanych przez nich lektur!

Siła!

 

Jak promują się pisarze na Instagramie? 10 polskich kryminalistów!

Jak promują się pisarze na Instagramie? 10 polskich kryminalistów!

O tym, że Instagram to doskonałe narzędzie marketingowe do budowania swojej marki osobistej oraz powiększania społeczności, powinni już wszyscy wiedzieć. Ale jak to robić, będąc pisarzem? Przecież życie literata jest nudne: biurko, komputer, kawa… A może jednak wręcz przeciwnie? 10 polskich pisarzy kryminałów obala ten stereotyp! Sprawdź, jak promują się na Instagramie!

Ten tekst powstał głównie dla debiutujących autorów, którzy wahają się jeszcze co do prowadzenia mediów społecznościowych. Kochani, warto jest promować swoją markę osobistą. W ten sposób naprawdę możecie zbliżyć się do swoich czytelników i nawiązać z nimi bezpośrednie interakcje. Chyba dobrze poznawać ludzi zainteresowanych Waszymi tekstami? Dla mnie właśnie możliwość spotkań z czytelnikami jest jedną z najcenniejszych rzeczy w pisarstwie.

Poza tym rzadko piszę o kryminałach, bo nie jestem ich miłośniczką, ale wiem, że to jeden z ulubionych gatunków literackich. Postanowiłam zatem delikatnie ugryźć temat, od strony rozrywkowej, nie krytycznej. To co, zaczynamy top 10 polskich kryminalistów na Instagramie?

Katarzyna Bonda

Królowa polskiego kryminału: piękna i mądra niczym Atena. Urodzona w 1977, w swoim dorobku literackim ma już osiem powieści kryminalnych. Jest nauczycielką w Maszynie do pisania oraz autorką książki o tym samym tytule, wydanej przez Muzę. Aktualnie angażuje się w promocję finałowego tytułu z serii o Saszy Załuskiej. Z okazji premiery Czerwonego pająka zorganizowano na Bulwarach Wiślanych w Warszawie specjalną przestrzeń dla czytelników. Będą tam mogli zanurzyć się w świecie stworzonym przez Bondę i poczuć jak bohaterowie serii.

Oprócz zdjęć ze spotkań autorskich, festiwali literackich czy widoków z życia codziennego, Bonda dzieli się z fanami swoją pasją. Dobrze wpasowuje się w jej twórczość literacką, bo chodzi o… strzelanie. Aż sama nabrałam ochoty na taki sport!

Wojciech Chmielarz

Jakub Mortka, komisarz o nieco zabawnym, ale świetnie przyjętym przez czytelników nazwisku, jest bohaterem jednego z cykli kryminalnych Wojciecha Chmielarza. Choć osobiście nie przeczytałam jeszcze żadnej książki tego autora, niebawem zapewne nadrobię zaległości. Wydane ostatnio przez Marginesy Żmijowisko prezentuje się wprost epicko, a Instagram autora mówi nam, że jest mężczyzną sympatycznym, z poczuciem humoru oraz otwartym na ludzi. Nawet, jeśli nie jest tak w rzeczywistości, media społecznościowe zrobiły swoją robotę.

Gaja Grzegorzewska

Autorka cyklu kryminalnego o prywatnej detektyw, Julii Dobrowolskiej, prowadzi bardzo barwny profil na Instagramie. Zdjęcia wyróżniają się na tle pozostałych, publikowanych przez innych polskich twórców kryminałów. Widać na pierwszy rzut oka, że Grzegorzewska jest nieprzeciętną osobowością, której życie mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Autorka publikuje zdjęcia swoich malunków. Poleca książki, które warto przeczytać. Pozuje w artystycznych kreacjach i pokazuje, jak fajny dystans ma do siebie, fotografując się na przykład z maseczką na twarzy. Sprawia wrażenie ciekawej osoby, którą bardzo chce się poznać. A jak to zrobić? Najlepiej poprzez literaturę. Kto sięga po książkę Grzegorzewskiej, ręka w górę! A może są tu jacyś czytelnicy autorki? Dajcie znać, które utwory podobały Wam sie najbardziej!

Marta Guzowska

Witajcie! Tu Marta! #martaguzowska

Post udostępniony przez Marta Guzowska – Pisarka (@martaguzowska_pisarka)


Ta autorka z kolei widzi świat raczej biało-czarno, jeśli mamy wiedzę na jej temat czerpać z Instagramu. Marta Guzowska jest nie tylko pisarką, ale również archeolożką. Pewnie dlatego na jej profilu znajdziemy mnóstwo intrygujących zdjęć. Z codzienną fotografią przeplatają się takie ciekawostki jak chociażby starożytne ruiny czy… kupa dinozaura! Autorka Reguły nr 1, Chciwości czy Ślepego archeologa jest jednak oszczędna w ujawnianiu szczegółów ze swojego życia. Zdjęć jest mało, mimo że Guzowska zaczęła prowadzić Instagram ponad dwa lata temu. Nic w tym dziwnego. Prywatność to skarb, a dzięki tej postawie Guzowska jest naturalna i widać, że zamiast tracić czas na wrzucanie fotek, woli skupić się na ważniejszych czynnościach.

Remigiusz Mróz

czyli człowiek, który nie do końca zrozumiał wyzwanie 52 książki w roku i zamiast je czytać, po prostu je pisze… Mam nadzieję, że nie jest to zbyt krzywdzący żart. Remigiusza Mroza podziwiam za pracowitość i zorganizowanie jak mało kogo. Poza tym jest przesympatycznym twórcą, który potrafi zatroszczyć się o promocję swoich literackich dzieci. Jego Instagram nie jest co prawda zbytnio rozbudowany, ale… nie musi być. W końcu i bez tego Remigiusz Mróz ma tam ponad 18 tysięcy fanów! Czy za jego popularność odpowiada zdjęcie z przepiękną Agnieszką Dygant? Nie sądzę. Ten przykład udowadnia, że prowadzenie profilu na Instagramie jest ważnym zabiegiem marketingowym, ale tylko do pewnego etapu sławy. Później może być swobodnym dodatkiem.

Joanna Opiat-Bojarska

Szósty dzień zwiedzania. Dalej nie idę… Coke is all I need.

Post udostępniony przez Joanna Opiat-Bojarska (@opiatbojarska)

Musi być wielką miłośniczką Nowego Jorku. Mimo że akcja jej książek toczy się w rozmaitych polskich miastach (czytałam Niebezpieczną grę, której bohaterka, Aleksandra Wilk, z rodzinnego Poznania przenosi się na kilka dni do Łodzi), to na Instagramie goszczą ostatnio piękne miejskie widokówki z USA. Opiat-Bojarska pokazuje, że jest zwolenniczką aktywnego trybu życia. Pływanie i skoki ze spadochronu? Czemu nie! A do tego oczywiście informacje o wieczorkach autorskich, nowych książkach i spotkaniach z kolegami po fachu.

Katarzyna Puzyńska

Podczas prowadzenia swojego profilu zmieniła się z niepozornej myszki-okularnicy w kobietę z pazurem. Tatuaże i drapieżny image nie wyparły jednak tego, co najważniejsze: ukochanych zwierzaków, natury i, rzecz jasna, książek. A tych coraz więcej, ponieważ Puzyńska ma na swoim koncie już dziewięć powieści kryminalnych! Bardzo miło obserwować, z jaką wytrwałością prowadzi Instagram, a przede wszystkim rozwija się literacko i na polu osobistym. Z takich pisarek trzeba brać przykład!

Alek Rogoziński

Debiutował całkiem niedawno, bo w 2015 roku, ale jego Ukochany z piekła rodem zdobył pierwsze miejsce na liście bestsellerów Empiku! To chyba wyczyn, prawda? Pisarz często podkreśla, że uwielbia Madonnę. Z profilu na Instagramie dowiadujemy się… że musi bardzo lubić Instagram, bo mnóstwo tu fotek!  Sympatyczny uśmiech, chłopięca fryzura, czujny wzrok kryminalisty lustrujący nas zza prostokątnych szkieł okularów – Alek Rogoziński co chwila pozdrawia czytelników swoimi selfikami. Do tego mamy setki zdjęć z podróży oraz z wielbicielami. Wniosek z tego taki, że jeśli jesteście fanami i chcecie poprosić o wspólną fotę, odmowa raczej Was nie spotka.

Przemysław Semczuk

Dziennikarz, publicysta i twórca kryminałów opartych na faktach, jest przede wszystkim fanem… swojej rodziny. Pisarz promuje aktualnie Tak będzie prościej i publikuje na Instagramie zdjęcia, przedstawiające jego codzienność. Nie jest to raczej jego mocna strona, bo większość fotografii ma… zero polubień. Ale i prowadzenia Instagramu można się nauczyć! A z czasem nawet polubić. Profil Semczuka charakteryzują zabawne opisy zdjęć, dla których warto go obserwować. Poczucie humoru to faktycznie mocna strona pisarza, o czym mogłam przekonać się na warsztatach literackich z Maszyną do pisania. I tak, na zdjęciu powyżej możecie dostrzec również moją mordkę.

Marcin Wroński

Z tego, co słyszałam, bardzo dobry z niego pisarz, ale nie miałam jeszcze okazji się o tym przekonać. (Po prostu nie czytałam). Z profilu wyłania się postać urokliwego, nieco zagadkowego dżentelmena. U autora, który debiutował w roku mojego urodzenia (przypomnijmy: 1992), mało wszak zdjęć. Zatem, jak na kilka fotek, liczba 470 obserwujących jest całkiem dobrym wynikiem. I może właśnie ta tajemniczość zachęca bardziej do zetknięcia się z tym człowiekiem poprzez literaturę, którą stworzył? Hm, to chyba tylko moje subiektywne odczucie.

I głód.

Bo raz na jakiś czas wpada mi w ręce kryminał i jestem rozczarowana jego lekturą. A chciałabym przeczytać wreszcie dobry polski tekst ze zbrodnią w roli głównej. Proszę Was zatem o wskazówki w komentarzach. Za co się wziąć, by nie być po raz kolejny zbałamuconą przez błahą zagadkę i papierowych bohaterów? Emocji pragnę, emocji! Dajcie znać, dobra?

I jeśli podobał Wam się post, polubcie Fabrykę dygresji na Facebooku. A jeśli nie? Śmiało, piszcie, dlaczego!

 Przy okazji zapraszam jeszcze co czwartek o 19.00, właśnie tam, na Facebooka, bo będą live’y! I zaczynamy już jutro! Nie przegapcie!

Serdeczności, kochani!

Wasza