Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Pisanie jest jak matematyka. Jeśli wiesz, jak wykonać równanie, możesz znaleźć x. Im więcej równań rozwiążesz, tym szybciej i sprawniej będziesz liczyć. Jeśli napiszesz jedną książkę, nie staniesz się bestsellerowym autorem. Ale jeśli napiszesz kilka, Twoje teksty będą coraz lepsze i chętniej czytane. Musisz tylko się dowiedzieć, jak to zrobić.

Ale tak, można nauczyć się pisania. I jestem tego najlepszym przykładem.

Wiem, że przede mną jeszcze długa droga. Tak naprawdę człowiek powinien uczyć się całe życie. Pisarze nie stanowią wyjątku od reguły. Nie rodzisz się pisarzem z całą wiedzą a propos prawidłowego zapisu dialogów. I tego, że prawidłowe pisanie nie wystarczy, bo trzeba nabrać mistrzowskich umiejętności, by zostać należycie docenionym przez czytelnika. Dowiedziałam się tego dopiero po opublikowaniu debiutanckich Piromanów. Jak i wielu innych rzeczy…

Skąd czerpać wiedzę?

Z książek o pisaniu. Maszyna do pisania Katarzyny Bondy czy Pamiętnik rzemieślnika Stephena Kinga, które już polecałam na blogu, to tylko wierzchołek góry lodowej. Zresztą, kiedy czytam klasykę, Hemingwaya, Dickensa czy mojego mistrza, Johna Irvinga, podświadomie chłonę ich umiejętności i potem intuicyjnie znajduję rozwiązania, sama pisząc. Dlatego zasada nr jeden brzmi: bez czytania nie ma pisania!

Po drugie bardzo dużo zyskałam dzięki amerykańskim storytellerom i selfpublisherom. Wczytywałam się w ich blogi, oglądałam występy na TED, pochłaniałam e-booki i newslettery. Jeśli jesteście z angielskim za pan brat, mogę polecić Wam choćby szkółkę Positive Writer prowadzoną przez Bryana Hutchinsona. Dzięki niemu nabrałam odwagi i rozmachu w swoim pisaniu.

Gdybym jednak nie poszła na warsztaty literackie, nie miałabym z kim omówić swoich tekstów. Nikt z moich znajomych nie pisze. A jeśli nawet, to amatorsko, a nie profesjonalnie, jak ja. Dlatego warsztaty w grupie spodobały mi się przede wszystkim dlatego, że od razu uzyskałam feedback od innych autorów oraz od doświadczonego nauczyciela. Dowiedziałam się kilku nowych technicznych rzeczy oraz utwierdziłam się w przekonaniu, że… cóż, jestem zajebista w tym, co robię.

W grupie czy samemu?

Pisarz nie jest zwierzęciem stadnym. Zwłaszcza, jeśli mówimy o zawodowym pisarzu. Musi schować się w swojej norze na kilka miesięcy, by spłodzić książkę pośród kurzu, zarośniętych pleśnią kubków oraz przepoconych dresów. Dopiero potem otwiera drzwi swojego schronu i wtedy… Lgnie do ludzi jak ćpun na głodzie do narkotyków. Bo człowiek potrzebuje towarzystwa innych, tak po prostu.

I tak, lepiej pisze się samemu. Ale praca nad powieścią to nie tylko jej napisanie. To przedyskutowanie konceptu, postaci, redagowanie, wykreślanie… To już zdecydowanie lepiej robić w grupie, po konsultacji z doświadczonymi specjalistami, no bo nawet, jeśli gadasz do siebie, to masz tylko jeden mózg. I do nowych rozwiązań samemu nie dojdziesz, a inna osoba może Ci pokazać coś niezwykłego, na co wcześniej w ogóle nie zwracałeś uwagi.

Dodatkowo w grupie wytwarza się niesamowita energia. Rozmowy o swoich tekstach są jak żywioł! Rodzą zupełnie nowe koncepty, przesuwają nasze horyzonty myślowe i mobilizują do działania jak nic innego. Jeśli jesteś w stu procentach zmotywowany do pisania, siadasz przy komputerze i jesteś w stanie ciurkiem napisać pięć stron, to po takiej grupowej pracy masz 500% motywacji! Przybiegasz z warsztatów prosto do laptopa i zasuwasz, póki nie padniesz na pysk, a potem piszesz dalej! To coś cudownego!

No i nie oszukujmy się, jako pisarze jesteśmy spragnieni pochwał. Będziemy chcieli zabłysnąć na kolejnym spotkaniu poprawionym tekstem lub dalszą jego częścią, więc to dla nas dodatkowa mobilizacja. A gdy ktoś na naszym poziomie pisania wyrazi swój zachwyt… To znaczy dużo więcej niż pochwała z ust mamy, koleżanki czy ukochanego, którzy niewiele wspólnego mają z pisaniem.

Jak nauczyć się pisania?

Poprzez czytanie, praktykę, rozmowę i udoskonalanie.

Musisz przeczytać kilka, kilkanaście, kilkaset książek, by załapać, o co chodzi w wielkim pisaniu. Potem pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Kolejnym etapem jest dyskusja nad tekstem. Pokaż go profesjonalistom i nie załamuj się, gdy usłyszysz krytykę. Przecież jeszcze nie wydałeś książki i nie stałeś się pośmiewiskiem. To jest Twój czas na dalszą pracę z tekstem! Zadawaj pytania, redaguj, wykreślaj, przerabiaj. To czas na udoskonalanie tego, co stworzyłeś. Bo zawsze może być lepiej!

Warto mieć też swojego mistrza. Przewodnika po literackim świecie. Nieobligatoryjnie oczywiście, ale mi w pisaniu bardzo pomaga John Irving. Poprzez lekturę jego powieści, czytanie wywiadów oraz literackich porad, mam świadomość, że kiedyś, dzięki ciężkiej pracy, na pewno zbliżę się do ideału. Od nastoletniej pisarki fanfiction o Harrym Potterze, poprzez maleńki debiut i publikacje opowiadań w czasopismach, aż na półki w Empiku.

Tego życzę sobie i Wam!

PS
Pamiętaj, żeby zapisać się na newsletter, by otrzymywać porady literackie, a także garść motywacji i informacje o promocjach!

Mail

Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Czyżby między tą dwójką popularnych polskich pisarzy zrodził się namiętny romans? Czy blisko pięćdziesięcioletnia pisarka lekkich obyczajówek dla kobiet mogła rozkochać w sobie młodszego o 38 lat doktora nauk prawnych, piszącego bestsellerowe kryminały? Czy mogliby wiązać sobie nadgarstki i robić brzydkie rzeczy przy wydobywającym się ze Spoify’a eterycznym głosie Beyonce, śpiewającej Crazy in love?

Oczywiście, że tak! Czy nie jest to wyśmienity pomysł na kolejną romantyczną książkę lub zaczątek serialu?
Oddaję Wam ten koncept za darmo, zrobicie na nim mnóstwo złotówek, proszę tylko o dedykację albo chociaż podziękowania na końcu, dobra?

W rzeczywistości Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i 50 twarzy Greya łączy niestety łączy co innego.

Zła sława.

Zacznijmy od końca.

W dalszym ciągu nie przeczytałam 50 twarzy Greya i nie mam zamiaru. Po przekartkowaniu stwierdzam, że nie jest to książka, której lektura sprawiłaby mi radość. Język zbyt prostolinijny a wyrafinowanej erotyki tak naprawdę brak. Rozumiem wszak osoby, którym lektura się podobała. I są oni w zdecydowanej większości! Inaczej E. L. James nie stałaby się autorką bestsellerowej serii. Serii, podkreślam, nie jednej książki. Dodatkowo historia wydania 50 twarzy Greya jest bardzo ciekawa sama w sobie. Kobieta zajarała się sagą o wampirach, napisała wciągające fanfiction, no kurde, bierzmy z niej przykład! Gratuluję pasji i pracowitości. Odniosła sukces, zarobiła dolary, brawo. Literackiego Nobla raczej nie zdobędzie, ale i tak większość z nas nie ma na to szans.

Jeśli nie znacie twórczości Katarzyny Michalak, zajrzyjcie do biblioteczki mamy lub babci. Wysokie prawdopodobieństwo, że znajdziecie tam któryś z tomów serii leśnej albo z kokardką.

Przyznam, że kiedy byłam młodsza, chciałam zrobić cykl recenzencki książek pani Michalak, najlepiej na YouTube, i mieszać każdą z błotem od góry do dołu, bo, jak wiadomo, od hejtu rosną statystyki. Na szczęście poszłam po olej do głowy. Po pierwsze, nie jestem w stanie się zmusić do lektury takich obyczajówek (chyba że za grube pieniądze albo, no nie wiem, jeśli miałabym ocalić tym czynem stado jednorożców). Po drugie zaś nie jestem grupą docelową tychże tekstów.

Między mną a Katarzyną Michalak jest potężna przepaść pokoleniowa (jeszcze większa niż między nią a Remigiuszem Mrozem), więc odbieramy świat zupełnie inaczej. Rzeczywistość przedstawiona w jej książkach nie jest taka, w jakiej chciałabym żyć (bo wiecie, ja to raczej z bajki o Hanku Moodym), ale dla tysiąca kobiet w Polsce światy wykreowane przez Katarzynę Michalak to spełnienie marzeń! Ciepła rodzina, powolne życie na łonie natury w otoczeniu zwierząt, piękne romanse, wspaniała kuchnia, kochający przyjaciele… Któż nie chciałby się zanurzyć w świecie, w którym problemy ustępują miłości, sprawiedliwości i dobru? Katarzyna Michalak daje wytchnienie i rozrywkę całemu mnóstwu kobiet, które tego potrzebują. I chwała jej za to.

Dobra, popieram Ignacego Karpowicza, który w pewnym numerze Chimery wydawanej przez Rafała Bryndala, zjechał panią Michalak za karmienie bezdomnych lukrowanymi pączusiami (to pafraza, równie dobrze mogło chodzić o donuty z pudrem) zamiast bułką i kiełbasą. Bo wiecie, lepszy konkret, jak już trzeba kogoś karmić, ale nieważne, każdemu zdarzy się taki przypał, jesteśmy tylko ludźmi.

Ale sapanie do Katarzyny Michalak, że jej książki są do dupy, jest po prostu nie na miejscu. Bo nie są, skoro mają czytelników. Należą do nurtu współczesnej literatury popularnej, który nie musi każdego interesować, po prostu. A z ciekawostek dodam, że czytelników muszą mieć sporo, bo w trakcie 11 lat pisarka opublikowała 36 powieści (3,27 rocznie) i współpracowała m. in. z Wydawnictwem Literackim, Filią, Albatrosem, Naszą Księgarnią, Znakiem… To nie są jakieś wydawnictwa krzak, tylko porządne domy wydawnicze.

Bazując na danych z Wikipedii, śmiem twierdzić, że Remigiusz Mróz jest jeszcze bardziej płodny niż przytoczona wyżej Michalak, ale pewnie o tym wiecie. W ciągu 5 lat opublikował 28 powieści, więc wychodzi na to, że rocznie wydaje 5,6 książek. Ma swoich wiernych fanów. Potrafi pisać na potęgę, ludzie chcą go czytać, no to niech pisze dalej! Niech wydawnictwo załatwi mu najlepszych redaktorów i w ogóle jak największy, najzacniejszy zespół, skoro jest na Mroza takie zapotrzebowanie. Bo wyśmiewanie się, że ktoś pisze za dużo, też jest jakimś absurdem. Nie można za dużo pisać, tak samo jak nie można za dużo czytać, bo to nie powoduje żadnej szkody!

A nie, przepraszam, jednak powoduje. I tutaj docieramy do sedna.

Przez to, że Remigiusz Mróz płynie wciąż beztrosko na fali popularności, że książki Katarzyny Michalak nie chcą jakoś znikać z list bestsellerów, a teksty E. L. James dalej uparcie tłumaczone są na różne języki, trudniej jest innym autorom. Dostaną mniejsze honorarium. Ich książka nie będzie tak wybitnie promowana jak tych bardziej skomercjalizowanych autorów. Nie starczy dla nich miejsca na półce w Empiku pod szyldem promowane. Mimo że ich książki będą może nawet lepsze, bardziej wartościowe, ciekawsze. Z takiego stanu rzeczy rodzi się frustracja, kąśliwe docinki, bezsilność i niechęć do popularnych, tudzież majętniejszych. Tak było, jest i będzie.

Moi kochani debiutanci, którzy odwiedzacie tegoż bloga i tak ciężko pracujecie nad swoimi tekstami, posłuchajcie.

Rynek książki jest trudniejszy i nieporównywalnie bardziej skomplikowany niż rynek cukrów czy maseł. Ale, tak jak na każdym innym rynku, ktoś będzie bardziej na topie, a ktoś mniej. Ktoś będzie Lurpakiem za 9 zł, a ktoś regionalnym miksem tłuszczowym za niecałego piątala. Dlatego na sukces trzeba pracować nieustannie. Żeby się doskonalić i być bardziej wartościowym.

Pracowanie nad swoim literackim sukcesem nie obejmuje wszak tylko szlifowania tekstu i doprowadzania warsztatu do perfekcji. Chodzi również o budowanie swojej marki osobistej. Jeśli to zaniedbacie, marny wasz los.

A my, czytelnicy, nie dzielmy się na tych wytrawnych i tych gorszego sortu. Zostawmy takie głupoty partiom politycznym. Mało nas w Polsce. Propagujmy czytelnictwo zamiast dogryzać innym czytelnikom, że czytają jakąś taniochę. Lepsza lektura harlekina niż pranie mózgu za pośrednictwem tv, chyba się zgodzicie? Jako czytelnicy jesteśmy w mniejszości, więc nie obrzydzajmy innym preferowanych przez nich lektur!

Siła!

 

Jak promują się pisarze na Instagramie? 10 polskich kryminalistów!

Jak promują się pisarze na Instagramie? 10 polskich kryminalistów!

O tym, że Instagram to doskonałe narzędzie marketingowe do budowania swojej marki osobistej oraz powiększania społeczności, powinni już wszyscy wiedzieć. Ale jak to robić, będąc pisarzem? Przecież życie literata jest nudne: biurko, komputer, kawa… A może jednak wręcz przeciwnie? 10 polskich pisarzy kryminałów obala ten stereotyp! Sprawdź, jak promują się na Instagramie!

Ten tekst powstał głównie dla debiutujących autorów, którzy wahają się jeszcze co do prowadzenia mediów społecznościowych. Kochani, warto jest promować swoją markę osobistą. W ten sposób naprawdę możecie zbliżyć się do swoich czytelników i nawiązać z nimi bezpośrednie interakcje. Chyba dobrze poznawać ludzi zainteresowanych Waszymi tekstami? Dla mnie właśnie możliwość spotkań z czytelnikami jest jedną z najcenniejszych rzeczy w pisarstwie.

Poza tym rzadko piszę o kryminałach, bo nie jestem ich miłośniczką, ale wiem, że to jeden z ulubionych gatunków literackich. Postanowiłam zatem delikatnie ugryźć temat, od strony rozrywkowej, nie krytycznej. To co, zaczynamy top 10 polskich kryminalistów na Instagramie?

Katarzyna Bonda

Królowa polskiego kryminału: piękna i mądra niczym Atena. Urodzona w 1977, w swoim dorobku literackim ma już osiem powieści kryminalnych. Jest nauczycielką w Maszynie do pisania oraz autorką książki o tym samym tytule, wydanej przez Muzę. Aktualnie angażuje się w promocję finałowego tytułu z serii o Saszy Załuskiej. Z okazji premiery Czerwonego pająka zorganizowano na Bulwarach Wiślanych w Warszawie specjalną przestrzeń dla czytelników. Będą tam mogli zanurzyć się w świecie stworzonym przez Bondę i poczuć jak bohaterowie serii.

Oprócz zdjęć ze spotkań autorskich, festiwali literackich czy widoków z życia codziennego, Bonda dzieli się z fanami swoją pasją. Dobrze wpasowuje się w jej twórczość literacką, bo chodzi o… strzelanie. Aż sama nabrałam ochoty na taki sport!

Wojciech Chmielarz

Jakub Mortka, komisarz o nieco zabawnym, ale świetnie przyjętym przez czytelników nazwisku, jest bohaterem jednego z cykli kryminalnych Wojciecha Chmielarza. Choć osobiście nie przeczytałam jeszcze żadnej książki tego autora, niebawem zapewne nadrobię zaległości. Wydane ostatnio przez Marginesy Żmijowisko prezentuje się wprost epicko, a Instagram autora mówi nam, że jest mężczyzną sympatycznym, z poczuciem humoru oraz otwartym na ludzi. Nawet, jeśli nie jest tak w rzeczywistości, media społecznościowe zrobiły swoją robotę.

Gaja Grzegorzewska

Autorka cyklu kryminalnego o prywatnej detektyw, Julii Dobrowolskiej, prowadzi bardzo barwny profil na Instagramie. Zdjęcia wyróżniają się na tle pozostałych, publikowanych przez innych polskich twórców kryminałów. Widać na pierwszy rzut oka, że Grzegorzewska jest nieprzeciętną osobowością, której życie mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Autorka publikuje zdjęcia swoich malunków. Poleca książki, które warto przeczytać. Pozuje w artystycznych kreacjach i pokazuje, jak fajny dystans ma do siebie, fotografując się na przykład z maseczką na twarzy. Sprawia wrażenie ciekawej osoby, którą bardzo chce się poznać. A jak to zrobić? Najlepiej poprzez literaturę. Kto sięga po książkę Grzegorzewskiej, ręka w górę! A może są tu jacyś czytelnicy autorki? Dajcie znać, które utwory podobały Wam sie najbardziej!

Marta Guzowska

Witajcie! Tu Marta! #martaguzowska

Post udostępniony przez Marta Guzowska – Pisarka (@martaguzowska_pisarka)


Ta autorka z kolei widzi świat raczej biało-czarno, jeśli mamy wiedzę na jej temat czerpać z Instagramu. Marta Guzowska jest nie tylko pisarką, ale również archeolożką. Pewnie dlatego na jej profilu znajdziemy mnóstwo intrygujących zdjęć. Z codzienną fotografią przeplatają się takie ciekawostki jak chociażby starożytne ruiny czy… kupa dinozaura! Autorka Reguły nr 1, Chciwości czy Ślepego archeologa jest jednak oszczędna w ujawnianiu szczegółów ze swojego życia. Zdjęć jest mało, mimo że Guzowska zaczęła prowadzić Instagram ponad dwa lata temu. Nic w tym dziwnego. Prywatność to skarb, a dzięki tej postawie Guzowska jest naturalna i widać, że zamiast tracić czas na wrzucanie fotek, woli skupić się na ważniejszych czynnościach.

Remigiusz Mróz

czyli człowiek, który nie do końca zrozumiał wyzwanie 52 książki w roku i zamiast je czytać, po prostu je pisze… Mam nadzieję, że nie jest to zbyt krzywdzący żart. Remigiusza Mroza podziwiam za pracowitość i zorganizowanie jak mało kogo. Poza tym jest przesympatycznym twórcą, który potrafi zatroszczyć się o promocję swoich literackich dzieci. Jego Instagram nie jest co prawda zbytnio rozbudowany, ale… nie musi być. W końcu i bez tego Remigiusz Mróz ma tam ponad 18 tysięcy fanów! Czy za jego popularność odpowiada zdjęcie z przepiękną Agnieszką Dygant? Nie sądzę. Ten przykład udowadnia, że prowadzenie profilu na Instagramie jest ważnym zabiegiem marketingowym, ale tylko do pewnego etapu sławy. Później może być swobodnym dodatkiem.

Joanna Opiat-Bojarska

Szósty dzień zwiedzania. Dalej nie idę… Coke is all I need.

Post udostępniony przez Joanna Opiat-Bojarska (@opiatbojarska)

Musi być wielką miłośniczką Nowego Jorku. Mimo że akcja jej książek toczy się w rozmaitych polskich miastach (czytałam Niebezpieczną grę, której bohaterka, Aleksandra Wilk, z rodzinnego Poznania przenosi się na kilka dni do Łodzi), to na Instagramie goszczą ostatnio piękne miejskie widokówki z USA. Opiat-Bojarska pokazuje, że jest zwolenniczką aktywnego trybu życia. Pływanie i skoki ze spadochronu? Czemu nie! A do tego oczywiście informacje o wieczorkach autorskich, nowych książkach i spotkaniach z kolegami po fachu.

Katarzyna Puzyńska

Podczas prowadzenia swojego profilu zmieniła się z niepozornej myszki-okularnicy w kobietę z pazurem. Tatuaże i drapieżny image nie wyparły jednak tego, co najważniejsze: ukochanych zwierzaków, natury i, rzecz jasna, książek. A tych coraz więcej, ponieważ Puzyńska ma na swoim koncie już dziewięć powieści kryminalnych! Bardzo miło obserwować, z jaką wytrwałością prowadzi Instagram, a przede wszystkim rozwija się literacko i na polu osobistym. Z takich pisarek trzeba brać przykład!

Alek Rogoziński

Debiutował całkiem niedawno, bo w 2015 roku, ale jego Ukochany z piekła rodem zdobył pierwsze miejsce na liście bestsellerów Empiku! To chyba wyczyn, prawda? Pisarz często podkreśla, że uwielbia Madonnę. Z profilu na Instagramie dowiadujemy się… że musi bardzo lubić Instagram, bo mnóstwo tu fotek!  Sympatyczny uśmiech, chłopięca fryzura, czujny wzrok kryminalisty lustrujący nas zza prostokątnych szkieł okularów – Alek Rogoziński co chwila pozdrawia czytelników swoimi selfikami. Do tego mamy setki zdjęć z podróży oraz z wielbicielami. Wniosek z tego taki, że jeśli jesteście fanami i chcecie poprosić o wspólną fotę, odmowa raczej Was nie spotka.

Przemysław Semczuk

Dziennikarz, publicysta i twórca kryminałów opartych na faktach, jest przede wszystkim fanem… swojej rodziny. Pisarz promuje aktualnie Tak będzie prościej i publikuje na Instagramie zdjęcia, przedstawiające jego codzienność. Nie jest to raczej jego mocna strona, bo większość fotografii ma… zero polubień. Ale i prowadzenia Instagramu można się nauczyć! A z czasem nawet polubić. Profil Semczuka charakteryzują zabawne opisy zdjęć, dla których warto go obserwować. Poczucie humoru to faktycznie mocna strona pisarza, o czym mogłam przekonać się na warsztatach literackich z Maszyną do pisania. I tak, na zdjęciu powyżej możecie dostrzec również moją mordkę.

Marcin Wroński

Z tego, co słyszałam, bardzo dobry z niego pisarz, ale nie miałam jeszcze okazji się o tym przekonać. (Po prostu nie czytałam). Z profilu wyłania się postać urokliwego, nieco zagadkowego dżentelmena. U autora, który debiutował w roku mojego urodzenia (przypomnijmy: 1992), mało wszak zdjęć. Zatem, jak na kilka fotek, liczba 470 obserwujących jest całkiem dobrym wynikiem. I może właśnie ta tajemniczość zachęca bardziej do zetknięcia się z tym człowiekiem poprzez literaturę, którą stworzył? Hm, to chyba tylko moje subiektywne odczucie.

I głód.

Bo raz na jakiś czas wpada mi w ręce kryminał i jestem rozczarowana jego lekturą. A chciałabym przeczytać wreszcie dobry polski tekst ze zbrodnią w roli głównej. Proszę Was zatem o wskazówki w komentarzach. Za co się wziąć, by nie być po raz kolejny zbałamuconą przez błahą zagadkę i papierowych bohaterów? Emocji pragnę, emocji! Dajcie znać, dobra?

I jeśli podobał Wam się post, polubcie Fabrykę dygresji na Facebooku. A jeśli nie? Śmiało, piszcie, dlaczego!

 Przy okazji zapraszam jeszcze co czwartek o 19.00, właśnie tam, na Facebooka, bo będą live’y! I zaczynamy już jutro! Nie przegapcie!

Serdeczności, kochani!

Wasza

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

Ostatnio po raz kolejny w trakcie moich agencko-literackich, tak to ujmijmy, poczynań, spotkałam się z przekonaniem, że jeśli jakieś medium zgadza się na byciem patronem medialnym i przekazuje swoje logo do wydrukowania na czwartej stronie okładki, na tym kończy się jego robota. Jakby to logo miało cudowną moc. Może nie uzdrawiania ran czy spełniania trzech życzeń, ale na przykład magicznego rozmnażania sprzedanych egzemplarzy książki. Tymczasem to tylko logo. Bez nakładu działań, które za tym znaczkiem stoją, jest zupełnie bezużyteczne.

Czy moja książka potrzebuje patrona medialnego?

I tak, i nie.
Zależy, czy Tobie zależy.

Jeśli masz już w miarę wyrobione nazwisko (to znaczy, że publikowałeś już tu i ówdzie, masz co najmniej kilkanaście zaprzyjaźnionych bibliotek, które tylko czekają na kolejny wydany przez Ciebie tytuł, by zorganizować spotkanie autorskie, lubi Cię kilka tysięcy osób na Facebooku, a wywiad z Tobą ukazał się w prasie drukowanej), niekoniecznie potrzebujesz patrona. Może drukujesz książkę w małym nakładzie (500, 700 egz.) i jesteś na tyle obrotny i samodzielny, że z pomocą wydawnictwa uda Ci się sprzedać wszystkie egzemplarze?

Jeśli planujesz wydanie książki na małą skalę, nie ma sensu angażować patrona, chyba że lokalnego (jakieś miejskie radio, gazetę, znajomego blogera).

Ale jeśli zależy Ci na rozmachu i tym, by jak najwięcej osób dowiedziało się o Twojej książce, a już na pewno, jeśli jest to debiut i planujesz dalszą karierę literacką, uważam, że dobry patron to podstawa.

Kim jest dobry patron medialny?

To instytucja lub osoba, której zależy na promowaniu dobrej literatury, a przy okazji stosunek jej zasięgów do przeprowadzonych działań i ceny jest całkiem korzystny.

Co to oznacza w praktyce?

To, że jeśli jakaś stacja radiowa decyduje się objąć patronat medialny nad Twoją książką, w zamian życząc sobie 3 tysiące złotych netto i zamieszczenia logotypu na czwartej stronie okładki, a Ty masz z tego tylko tyle, że możesz pochwalić się dodatkowym znaczkiem na książce, zrobiłeś słaby interes. (Przykład z doświadczenia).

Czasem lepiej wybrać mniejszego patrona medialnego, który jest w stanie zaoferować więcej za mniej, niż liczyć na wątpliwy splendor dużych mediów.

Tu bardzo pomocni są blogerzy, portale literackie i czasopisma. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by współpracować z dużymi stacjami radiowymi oraz programami telewizyjnymi. Trzeba tylko pamiętać, by wyegzekwować od nich godziwe warunki promocji Twojej książki.

Jak pozyskać patrona medialnego dla książki?

Przede wszystkim, działalność patrona Twojej książki musi być powiązana z jego zainteresowaniami lub wyznawanymi wartościami.

Zacznij zatem od zrobienia listy wszystkich mediów związanych z literaturą, jakie znasz. A najlepiej również z tematyką, którą poruszasz w swojej książce, bo jeśli np. piszesz o schorzeniach psychicznych, to dobrym patronem może być czasopismo psychologiczne, w którym jest tylko rubryka o książkach, ale możecie działać wspólnie inaczej (bo redakcja takiego czasopisma dysponuje jeszcze newsletterem, mediami społecznościowymi, zapewne bywa na targach, itd.). Pomyśl też o swoich znajomych – jakie oni mogą mieć kontakty z mediami? Przegadaj z nimi tę sprawę, może znają kogoś, do kogo akurat chcesz dotrzeć? Nie lekceważ potęgi społeczności!

Gdy lista będzie już gotowa, wybierz z niej kilka najbardziej wartościowych instytucji lub osób. Do nich napiszesz w pierwszej kolejności. Kiedy oferty z tej pierwszej puli nie do końca przypadną Ci do gustu, nawet po negocjacjach (bo za drogo, patron za mało proponuje, a za dużo chce), nie poddawaj się i pisz do kolejnych. Ale dlaczego nie do wszystkich na raz? Czytaj dalej, odpowiedź znajdziesz na końcu artykułu.

Pamiętaj, by dobrze się zaprezentować. Wiadomość do patrona najlepiej zacząć od bardzo, bardzo krótkiej prezentacji swojej osoby. Kim jesteś, o czym jest Twoja książka? Niech będą to maksymalnie trzy, cztery zdania! O reszcie możesz napisać szczegółowiej w dokumencie, który dodasz do załącznika. Potencjalny patron go przeczyta, jeśli zainteresujesz go swoją wiadomością.

Pamiętaj – czas to pieniądz. Masz kilka sekund, by przykuć uwagę odbiorcy swojego maila i przekonać, że warto z Tobą współpracować. Dlatego wytłuść najważniejsze informacje lub zaznacz ją kolorową czcionką. Zwłaszcza korzyści.

To one niech będą główną częścią Twojego maila. Bądź konkretny. Co zaoferujesz patronowi swojej książki? 10, 20 egzemplarzy? Pieniądze? Jeśli tak, to ile – zaznacz od razu, jakimi środkami dysponujesz. Miejsce na logotyp na czwartej stronie okładki? A może całostronicową reklamę we wnętrzu książki? To są konkrety, cenniejsze od pitolenia w stylu: Państwa logotyp zamieszczony z tyłu okładki mojej książki będzie dla Państwa nobilitacją.

Reasumując: ma być krótko, zwięźle i na temat.

Fabryka dygresji też jest patronem medialnym – sprawdź!

Czego oczekiwać od patrona medialnego?

To, czego się nauczyłam jeszcze w pierwszych dniach mojej pracy w wydawnictwie, to zasada: coś za coś.

W dalszej części swojego maila napisz, czego Ty pragniesz od swojego patrona. Co Cię interesuje najbardziej? By zamieścił w swoim czasopiśmie wywiad z Tobą? By na okładce czasopisma znalazła się informacja o premierze Twojej książki? By przeprowadzono półgodzinny wywiad z Tobą na antenie radia lub przeczytano fragmenty Twojego tekstu? A może chcesz recenzji, zorganizowania konkursu, udostępnienia informacji o książce w mediach społecznościowych? Wyraź się klarownie.

Najklarowniej będzie przez telefon. Taka forma kontaktu jest najdokładniejsza. Warto zatem zdobyć numer kontaktowy do osoby odpowiedzialnej, ustalić z nią wszystko w rozmowie, a potem powtórzyć ustalenia w wiadomości mailowej.

I nie bój się.

Ani własnych oczekiwań, ani odpowiedzi.

Nawet, jeśli potencjalny patron napisze: jasne, zrobimy to, za stawkę taką i taką, to jeśli nie są to pieniądze, którymi dysponujesz, zawsze możesz spuścić nieco z tonu.

Zapytaj, jakie działania zostaną przeprowadzone za stawkę, która bardziej Ci odpowiada, albo sam zaproponuj alternatywę. To drugie może być nawet lepsze.

Co w razie odmowy?

Wzruszasz ramionami i idziesz dalej, jak ze wszystkim w życiu, gdy coś nie wychodzi. W Polsce są dziesiątki świetnych blogerów, czasopism literackich, instytucji, stacji radiowych, programów kulturalnych, fundacji propagujących czytelnictwo… Działaj.

A na koniec najważniejsze.

Nie liczy się ilość, a jakość.

Nie zaśmiecaj swojej okładki kilkunastoma logotypami. Wybierz trzech, w porywach pięciu, i właśnie dlatego wybieraj patronów stopniowo, w kolejności od najbardziej upragnionego. Jeśli od razu napiszesz do wszystkich czterdziestu mediów na liście i zdarzy się, że odezwie Ci się dwudziestu zainteresowanych, to co wtedy? Czy starczy Ci środków i czasu na zrealizowanie swoich zobowiązań wobec nich? A jeśli im odmówisz, pisząc, że sorry, jednak nie chcę, żebyś był moim patronem, pomyśl, jak to może rzutować na Twoją przyszłość i kolejne książki.

Świat jest bardzo mały, a środowisko literackie jeszcze mniejsze. Maleńkie. Hermetyczne. Każdy zna każdego, łatwo o przypał. Pamiętaj zatem o tym, by być grzecznym. Nawet, jeśli współpraca z jednym patronem nie wypali, nie obrabiaj mu tyłka, rozmawiając z innym, który zachował się naprawdę super. Może się ze sobą znają?

Swojego patrona medialnego traktuj jak partnera w zakresie marketingu książki. Ustalaj i egzekwuj terminy, ale bądź wyrozumiały. Zamiast bycia rozszczeniowym, wymagaj najpierw od siebie, a potem od innych. Sprawdź zatem, czy Ty wywiązujesz się z zobowiązań patronackich, a dopiero potem sprawdzaj innych.

Czy pozyskanie patrona dla mojej książki to rola moja czy wydawcy?

Jeśli jesteś selfpublisherem, naturalnie, Twoja.

Jeśli wydajesz w systemie tradycyjnym (kiedy wydawca inwestuje całkowicie w wydanie Twojego utworu), oczywiście domu wydawniczego, o ile będzie miał taką potrzebę.

Jeśli publikujesz za pośrednictwem wydawnictwa usługowego (zwanego również vanity), możesz zająć się tym sam albo skorzystać z pomocy wydawcy. To kwestia do ustalenia koniecznie przed podpisaniem umowy wydawniczej. Pamiętaj, że znalezienie patrona też może być traktowane jako usługa, więc wydawca może doliczyć Ci do kosztorysu wydania Twojej książki kilkaset lub nawet kilka tysięcy złotych. Możesz zająć się tym sam, jeśli lubisz zawierać nowe kontakty i masz sporo wolnego czasu, poprosić o pomoc bliską, ogarniętą osobę albo zatrudnić profesjonalistę.

Krótkie podsumowanie:
1. Stwórz listę potencjalnych patronów.
2. Przygotuj mailing, uwypuklający korzyści ze współpracy.
3. Wyślij wiadomość najpierw do mediów, na których najbardziej Ci zależy.
4. Negocjuj i szanuj swoich nowych partnerów.
5. Wywiązuj się ze swoich zobowiązań, jeśli chcesz egzekwować obietnice od patronów.

Mam nadzieję, że udało mi się dobrze przybliżyć ten temat. Jeśli masz do mnie dodatkowe pytania albo jesteś zainteresowany współpracą, pisz śmiało na fabrykadygresji@gmail.com

Zapraszam też do polubienia mojej strony na Facebooku, będzie mi bardzo miło.

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

 

To już chyba wszystko na dziś.

Trzymajcie się!

Wasza

W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

Z Magdaleną Pioruńską rozmawiałam prawie 13 miesięcy temu przy okazji premiery jej książki, Twierdzy Kimerydu, nad którą Fabryka dygresji objęła dumny patronat medialny. Jeżeli pragniecie wiedzieć, jak wygląda rok po premierze debiutu literackiego, koniecznie przeczytajcie drugi wywiad z Magdą, będącą również redaktorką naczelną portalu Szuflada.net. Dowiecie się, z jakimi trudami wiąże się ciężka praca debiutanta, by wypromować swój tytuł.

Emilia: Jak wyglądało ostatnich dwanaście miesięcy? Co wydarzyło się przez ten czas w polu literackim, związanym z Twierdzą Kimerydu?

Magdalena: Ostatnie dwanaście miesięcy były szaloną jazdą kolejką górską bez trzymanki. Mogę już na pewno powiedzieć, że wykonałam wręcz nadludzki wysiłek, żeby zaistnieć w roli pisarski i artystki: nie tylko w mojej świadomości, ale też w świadomości innych ludzi.

Co się tak naprawdę wydarzyło? Przełamałam kilka stereotypów, wpuściłam odrobinę świeżości do polskiej literatury, odważnie stanęłam za swoimi poglądami i pozwoliłam samej sobie dojść do głosu. Wyznaję zasadę, że trzeba samemu doświadczyć pewnych sytuacji, skonfrontować zdanie większości we wszystkich istotnych tematach. Rodzimy się sami, umieramy sami. Tyle wiem na pewno. A i jeszcze, że nic nie powinniśmy w życiu poza tym, że powinniśmy umrzeć. Samodzielność niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw, ale nic tak nie smakuje, jak wolność. Powietrze nawet pachnie inaczej, a my sami jesteśmy zdolni do rzeczy, których nawet się nie spodziewaliśmy. Zaczęło się właściwie od tego, że w ramach promocji książki musiałam odpowiedzieć na wiele pytań w wywiadach. Potem też prowadzący moich spotkań autorskich dopytywali mnie o różne sprawy. Byli ciekawi mojego światopoglądu, konkretnego przekazu. Okazało się, że jest go bardzo dużo w mojej książce, choć ja sama nigdy nie myślałam o pisaniu, jak o jakimś manifeście.

Pisanie jest dla mnie wyrazem wolności, więc nie, nigdy przenigdy w moim odczuciu nie będzie manifestem. Byłam nieświadoma, jak wiele z siebie dałam w tej książce. Jest dla mnie ważna, bo jest moim poważnym debiutem, ale też dlatego, bo jest prawdziwa. W Twierdzy Kimerydu rozprawiłam się z moimi życiowymi kompromisami. Powiedziałam sobie dość. Nie będę więcej udawać, że jestem normalna, że pasuję, że umiem się podporządkować, że wiem, jak żyć i że z tego tytułu mam prawo pouczać innych. Bo nie mam. Nikt nie ma. Wiem za to do czego się nadaję, do czego się nie nadaję, co lubię, a czego nie. I absolutnie nie mam ochoty narzucać moich preferencji ludziom. Nie życzę sobie też, żeby ktoś zachowywał się tak wobec mnie.

Czasem życie wymaga od nas wykonania kroku do tyłu, spojrzenia prawdzie prosto w oczy i przekonania się, ile tak naprawdę udało nam się osiągnąć i czy było warto. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. A i jeszcze uważaj o czym marzysz, bo te marzenia mogą się ziścić. Z całą pewnością wiem, że nie będę już taka, jak przed premierą książki. Bo jestem chciwa z natury i tak, chcę więcej i więcej, i więcej. Aż zabraknie mi sił i umrę z przepracowania.

Jakie działania podjęłaś, by dotrzeć z informacją o Twierdzy do czytelników?

Przyznam Ci się szczerze, że na początku korzystałam z pomocy profesjonalnej specjalistki do spraw promocji, którą wynajęłam, korzystając ze starych znajomości. A potem cóż… potem to jakoś poszło samo. Dużo pomogła mi moja graficzka Ania Niemczak, niezwykle skromna i utalentowana dziewczyna, która wykonała ogromny kawał roboty przy grafikach do książki i potem przy tworzeniu różnych gadżetów w twierdzowej tematyce. Dużo pomogły mi też dziewczyny z Bookstagrama. Bardzo się odnalazłam na Instagramie, graficzna strona Twierdzy wpasowała się w instagramowy trend okładkowych srok. Innymi słowy przedsiębiorczy Tyrs sprzedawał mi książkę. Z tego też jestem dumna, bo jeśli już się z kimś światopoglądowo identyfikuję w Twierdzy, to właśnie z nim. Promocja była też dość spójna, Tyrs i spółka pasowali do mojego nastroju, do mojej nieskończonej bezkompromisowości. Co więcej sama się bardzo dużo nauczyłam w jej trakcie. W pewnym momencie przejęłam główny ster promocji i mocniej uderzyłam w youtube i bookstagram. Okazało się też, że, UWAGA, polubiłam ludzi. Wiesz, że ja z zasady nie lubię ludzi? Wolę zwierzęta, kwiaty, książki, komiksy, teatr… Ludzie mnie męczą, irytują, sprawiają, że robię się nadmiernie nerwowa, agresywna. Nie lubię też jakiejkolwiek ingerencji w mój świat chyba, że sama na to pozwolę. Czasem moje zachowanie bywa mylące, bo jestem też otwarta z natury i energiczna. Wiem, że wysyłam dziwny impuls, że jakby chcę, żeby ktoś się bardziej angażował, a tak wcale nie jest. Z drugiej strony kiedy sama kogoś zapraszam, okazuje się, że taka osoba wykazuje dużo rezerwy, bo przecież słyszała, że jestem aroganckim odludkiem z ironicznym uśmieszkiem, wiecznie przyklejonym do twarzy (co zresztą nie jest kłamstwem :P)

Czy była to ciężka praca?

Cholernie. Ale we mnie się coś wtedy otworzyło, coś obluzowało. Jakbym zbierała wszystkie doświadczenia, wszystkie rozczarowania i radości właśnie na tę okazję. Po raz kolejny w życiu rozkwitłam. Przypomniałam sobie o wielu moich artystycznych znajomych, albo oni sobie o mnie przypomnieli, a potem wszystko wydarzyło się samo. Wiesz, ja kocham media, kocham dziennikarstwo. Magię radia w szczególności, choć nie gardzę też gazetą i telewizją. Media odwdzięczają mi się taką samą miłością. Bo to nie zagra inaczej – albo kochasz życie w obiektywie, albo nie. Albo się z tym dobrze czujesz, albo nie. Ja czuję się tam świetnie. To moje miejsce, mój żywioł. Lubię wychodzić przed szereg, nawet kiedy do mnie strzelają.

Jakie media lub osoby były najbardziej zaangażowane?

Na pewno moja Szuflada, ale też co ciekawe bardzo moją osobą zainteresowały się media wieluńskie, zyskałam dużą lokalną sławę. Na początku dziwnie się z tym czułam, ale teraz jestem za to bardzo wdzięczna, bo dobrze się dzięki temu bawię. Poza tym oczywiście bookstagram. Dużo świetnych blogerek i fotografów włączyło się w promocję Twierdzy Kimerydu, a co więcej większość tych osób zrobiła to zupełnie bezinteresownie z czystego zainteresowania książką. Z tego miejsca dziękuję przede wszystkim Boskiej Safonie, która wykonała serię świetnych zakładek do książki i Weź nie czytaj, odpowiedzialnej za dinozakładki z chłopakami. Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o mojej ukochanej pop.books, dzięki której poznałam zalety i uroki bookstagrama. Wolę go teraz bardziej od facebooka i jestem mu oddana całym sercem.

Czy możesz zdradzić, jak realnie przełożyło się to na sprzedaż?

Owszem. Wiem, że bez Empiku, bo niestety nie miałam go zagwarantowanego w umowie, bez żadnej promocji, książka ginie. Nie tylko nie istnieje w świadomości ludzi, ale w dodatku w ogóle się nie sprzedaje. Oczywiście bez dystrybucji w największej księgarni w Polsce, autor ma znacznie pod górkę, musi sam powalczyć o odbiorcę, znaleźć grono oddanych czytelników. To jedyna droga. Na początku łudziłam się, że obędzie się bez mojej inicjatywy, że nie będę musiała bawić się w sprzedaż bezpośrednią. Byłam bardzo zmęczona własnym wkładem w wypromowanie i sprzedawanie książki. To tak jakbyś pracowała na trzy etaty. Przypomnę Ci, że mam jeszcze własny portal Szuflada.net, choć na szczęście moi redaktorzy radzą już sobie doskonale bez mojej większej ingerencji, pracuję w szkole, piszę książki i zaangażowałam się w teatr młodzieżowy. Czasem po prostu przydałaby się pomoc, ale ja należę do tych dumnych, nadąsanych ludzi, którzy nigdy o nią nie poproszą, bo boją się, że udławią się wtedy własnymi słowami. Promocja i sprzedaż Twierdzy nauczyła mnie znowu polegać na innych, prosić ich głośno o wsparcie. Niestety nie wszystko można załatwić samemu, nie wszędzie dotrze się tylko, polegając na własnych siłach, nawet jeśli są naprawdę spore. Zawsze jednak stoisz przed wyborem: poddać się, powiedzieć sobie: już wystarczy, albo podnieść się, otrzepać i iść dalej.

Jak wyglądają prace nad kolejną częścią Twierdzy?

Już ją napisałam i jest w redakcji. A co?

Ogromna ciekawość dalszych losów nie tylko bohaterów Twierdzy Kimerydu, ale i perypetii wydawniczych. Wracając do bardziej twórczego aspektu: ile dziennie czasu przeznaczasz na pisanie?

Piszę partiami. Mam napady weny i wtedy siadam i piszę godzinami. Nie piszę przez to regularnie. Zawsze tak zresztą miałam. Regularność, zasady, przewidywalność, zdecydowanie nie są dla mnie.

Czy dalej kształcisz się w pisaniu?

We własnym zakresie  tak. Na przykład teraz zastanawiam się nad rodzajem narracji w trzeciej książce, na którą od dawna mam pomysł i jeszcze nic nie zrobiłam, żeby ją chociaż zacząć. Może to też wina tematu. Wybrałam sobie naprawdę trudny motyw przewodni: irytującą moralność i wąskie myślenie ludzi z małej miejscowości, które wpływa destrukcyjnie na głównych bohaterów książki. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.

Skąd te trudne tematy u Ciebie? Twierdza Kimerydu oscylowała wokół radzenia sobie z innością, własnymi demonami i odziedziczonym po rodzicach brzemieniem. Wszystko to przystrojone pstrokatą afrykańską scenerią i mnóstwem odcieni zachowań bohaterów. Nie lepiej napisać coś prostolinijnego, co będzie po prostu łatwe i zyska rzeszę czytelników?

Piszę o tym, co chcę. Jeśli zyskuję rzeszę czytelników, to fajnie. Nigdy zresztą nie myślę o potencjalnej rzeszy czytelników, kiedy piszę. Książka musi mieć przede wszystkim temat, a potem jego wciągającą realizację. Co się zaś tyczy postaci pociągają mnie ciekawe, nietuzinkowe osobowości. Antybohaterowie, wyrzutki, może nawet antagoniści. Tylko, że antagonizm pozostaje ostatnio w sprzeczności z moją wewnętrzną potrzebą zachowywania pozytywnej energii z rzeczywistością. Dlatego powoli się do niego dystansuję. Myślę, że bunt nie oznacza wiecznego narzekania, odrzucania świata i zamykania się w sobie. Bunt to raczej głośne wyrażanie swojego zdania i proponowanie światu ALTERNATYWY. Lubię myśleć, że jestem właśnie taką buntowniczką. Myślisz, że to powód, żeby nazwać mnie zarozumiałą?

Daleka jestem od wydawania opinii na temat innych ludzi, więc nie odpowiem na to pytanie. Zamiast tego, zapytam, jakie są Twoje dalsze pomysły na rozwój literacki? W zeszłym roku przy okazji wywiadu powiedziałaś, że dalej chcesz budować Szufladę i tworzyć. Czy coś się zmieniło?

Nie, właściwie nic. Tylko brakuje mi czasu i sił. Wszystko wokół mnie zaczęło żyć własnym życiem i jestem teraz w takim momencie podejmowania decyzji. Wiesz, jestem już stara. Mam 32 lata. Czasem dopada mnie irytująca myśl, że za późno zaczęłam, za późno dorosłam. Choć nie było mi łatwo w środowisku, z którego się wywodzę.

Każdy czas jest dobry. Uważam, że pośpiech i pęd są bardzo zgubne. Aż nie mogę uwierzyć w to, co piszę, ale faktycznie tak myślę. Powiesz nam coś więcej o swoim środowisku? Dlaczego było trudno?

Lubisz wkładać kij w mrowisko, co? To dobrze, bo ja też. Wywodzę się z małej miejscowości, właściwie również z wioski, czyli ze środowisk, w których w większości nie za bardzo ceni się sztukę i literaturę. W szkole zawsze mi powtarzano: dobrze, że masz taki talent, że jesteś taka super, ale NIC Z TEGO NIE BĘDZIESZ MIEĆ. A co to znaczyć coś mieć? Co to, do diabła, znaczy? Od tamtej pory nie znoszę, kiedy ktoś mi mówi o moich szansach i o moich umiejętnościach, a już szczególnie, kiedy wypowiada się na temat życiowej drogi, którą obrałam. Wyjdź za mąż, uśmiechaj się nieszczerze, niezbyt pewnie patrz ludziom w oczy, nie wychodź poza szereg, módl się, pracuj, nie miej zbyt odważnego zdania, nie nadajesz się, nikt cię nie chce, nie powinno cię być, nie pasujesz, nie ma cię. Znasz to? Tak wyglądało moje życie w liceum i jeszcze potem na studiach, kiedy wracałam z akademika do domu. To nieprawda, że tylko w grupie jesteśmy silni, zaryzykuję stwierdzenie, że często grupa nas osłabia. Trzeba przede wszystkim ufać sobie. Wierzyć we własne umiejętności i akceptować siebie, akceptować swoją inność. Zawsze wybieraj życie, działanie. Nigdy się nie wycofuj, nigdy nie uciekaj.

Jaki wg Ciebie powinien być współczesny polski pisarz u progu kariery, jakim zestawem cech charakteru powinien się charakteryzować? Bo obie wiemy, że nie jest to łatwe zadanie.

To będą typowe frazesy, ale przede wszystkim powinien być pewny siebie i swojego talentu. Mieć to wewnętrzne przekonanie, o tym, że naprawdę go posiada. Być zdolny do podejmowania ryzyka, liczyć się z tym, że jak się wychodzi przed front, to będą do Ciebie strzelać, w dodatku uda im się kilka razy trafić, a rany postrzałowe bardzo krwawią, piekielnie też bolą. Potem trzeba nauczyć się chodzić z dziurą w kolanie.

Poza tym muszą mieć tę świadomość, że jakikolwiek sukces, zwłaszcza ten literacki, nie jest efektem kilkudniowej pracy, tylko trwa falowo, wymaga cierpliwości, miłości do tego, co się robi, autentycznej pasji i uporu pociągowego osła. Odpowiem Ci cytatem z Tyrsa: albo coś robisz, albo czegoś nie robisz. Proste. W życiu wygrywa się konsekwencją.

Ale przyda się też odrobina poczucia humoru. Zwłaszcza tego ironicznego. 😉

Kiedy będzie można przeczytać drugą część Twierdzy?

Jak skończę redakcję i korektę, będę się zajmować dalszą częścią procesu wydawniczego. Nie spieszę się, raczej wolę się przygotować i mieć do tego czysty umysł, wolny od uciążliwych myśli i koncentracji na codziennym życiu, które niestety jest takie, jakie jest i trzeba to akceptować bez zbędnej oceny. Debiut był dla mnie ogromnym poświęceniem i wymagał ode mnie ogromnego nakładu pracy. Teraz chcę zrobić to jeszcze lepiej, być przygotowana na każdą ewentualność. Dziękuję za wywiad, mam nadzieję, że ze mną zostaniesz. 🙂

A ja mam nadzieję, że zostanę nie tylko ja, ale i wszyscy czytelnicy. I że tak jak ja będą wyczekiwać sequelu oraz innych Twoich dzieł. Mam nadzieję, że wywołasz jeszcze więcej zamieszania następnym utworem. Trzymam za to kciuki i również dziękuję za rozmowę!

Czy macie podobne odczucia związane ze swoimi debiutami literackimi? A może losy Wasze i Waszej książki potoczyły się zupełnie inaczej? Jeśli chcecie opowiedzieć swoją historię, czekam na nie w komentarzach oraz pod adresem mailowym fabrykadygresji@gmail.com

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Jak powszechnie wiadomo, życie pisarza to same blaski, żadnych cieni. Wszyscy cię lubią, cenią za to, co napisałaś, zapraszają na każdą imprezę, widzą w tobie guru, szampan leje się strumieniami, a hajsu nigdy nie brak.

A tak naprawdę to nie.

Często masz przerąbane z różnych powodów. Bo napisałaś coś w książce w narracji pierwszoosobowej i teraz ludzie uważają, że to ty tak myślisz. Albo gorzej! Główna postać postanawia zamordować irytującą znajomą i potem część koleżanek patrzy na ciebie spode łba, zastanawiając się, czy nie jesteś chorym pojebem oraz bojąc się wyjść z tobą na drinka do miasta.

Na początku takie sytuacje bardzo mnie irytowały. Krzywdziły. Bolało mnie serce, bo nie wiedziałam, dlaczego niektórzy nagle przestają się do mnie odzywać, a inni wyłaniają się z mroku przeszłości i nagle chcą się znów przyjaźnić. Szczególnie dobijały mnie stwierdzenia, które słyszałam na każdym kroku, bo często przelewały szalę goryczy, a ja nie wiedziałam, jak się zachować. Być miłym i się uśmiechać? Mówić, że wszystko jest spoko, podczas gdy w środku szaleje demon wściekłości? Asertywności jeszcze do niedawna było we mnie za grosz. Teraz usilnie nad tym pracuję. Top 10 irytujących tekstów przedstawiam poniżej z komentarzami, których kilka lat temu niektórym osobom nie powiedziałam, a powinnam.

  1. — Czy mogę ci przesłać swój tekst? Bardzo potrzebuję, żeby ktoś rzucił na niego fachowym okiem.

    — Naturalnie, moja stawka za jeden arkusz wydawniczy wynosi trzysta złotych.
    To zdecydowanie najczęściej zadawane mi pytanie. Najgorsze, kiedy pojawiasz się na imprezie, nie zdążysz jeszcze ściągnąć z siebie futra, a już masz w rękach czyjś maszynopis.
    Wiecie, teksty debiutantów często są po prostu złe jak odbyt szatana. I kiedy próbujesz przekazać im to na twarz, nie są w stanie uwierzyć, więc po co robić sobie kłopot?
    Rzecz jasna, to nie jest tak, że nie chcę pomagać, bo jestem zadufaną w sobie szmatą. (Nie aż tak). Lubię pomagać, ale jestem dosyć zajętą osobą. A nawet, jeśli akurat mam wolne, to wolę sobie poczytać teksty Chutnik, Żulczyka, Twardocha, Orbitowskiego, teksty sprawdzone, renomowane, dla przyjemności własnej, nie czyjejś.
    Inaczej się walczy o atencję, jeśli się nie chce za coś płacić. Stara się sobą zainteresować, przekonać do konceptu, polubić się i dopiero potem poprosić o przysługę. Nie mam nic przeciwko interesującym tekstom. A kiedy powiem Wam, że jeśli naprawdę kochasz pisanie, powinieneś robić to dalej, to wiedzcie, że daliście mi do czytania totalną szmirę.

  2. — Słuchaj, co mi się przydarzyło, to będzie na pewno dobry scenariusz do twojej kolejnej książki!

    — No na bank. Pozwól, że ja o tym zdecyduję, dobra?
    Bo pomysłów to mam swoich od zatrzęsienia i więcej nie potrzebuję. Ale jeśli chcesz mi dać trochę czasu, to przyjmę go, a w zamian oddam cokolwiek, co zechcesz. (Oprócz roślin i bliskich, istotami żywymi nie handluję).

  3. — Ile zarobiłaś?

    Wkurza mnie to, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sugeruje wszak, że nadawca tego komunikatu ma jedną z dwóch motywacji. Albo chce zajrzeć do wnętrza mojego portfela, co nie jest wskazane, bo wewnątrz jest tylko mroczna odchłań i nie warto się tym interesować, bo można zostać pożartym przez nicość, albo sam chce napisać książkę i wydać ją dla kasy. Nie widzę w tym nic złego, acz pytanie mnie bawi, bo na debiucie raczej można stracić zęby niż zyskać hajsy. Kto zarobił na swoim debiucie, niech podniesie rękę w komentarzu i powie, jak to zrobił, nie mając wcześniej zbudowanej społeczności odbiorców.

  4. — Gdzie można kupić twoją książkę? Dostanę z rabatem?

    — W sklepie.
    Aż się prosi o taką odpowiedź, co nie? Aczkolwiek na forum odpowiadam, że można ją kupić też u mnie, wystarczy napisać na fabrykadygresji@gmail.com i zamówić, a dostanie się ją z fajnymi bajerami. Różnistymi.

  5. — Można z podpisem?

    — No a co mam zrobić?
    Po prostu nie mogę przestać się dziwić, dlaczego ludzie chcą mojego podpisu. Może po to, by zeskanować albo jakoś podrobić i wziąć potem na mnie jakiś kredyt? Jestem zwyczajną babką, po co mam gryzmolić po Twojej książce? Znaczy ja wiem, myślisz, że jestem albo będę fajna za kilka lat i to będzie wyjątkowy egzemplarz tej książki, więc opylisz go na Allegro po arcyhipsterskiej cenie. Może masz nawet rację, ale cały czas trudno mi się do tego przyzwyczaić. Uwiera mnie jakoś to podpisywanie. Pewnie za rzadko to robię.

  6. — Czy opisujesz prawdziwe wydarzenia?

    — A czy ma książce napisałam, że to reportaż? Nie? To dobrze, bo to powieść. Fikcyjna.
    Dajcie spokój, przecież wiadomo, że każdy pisarz w jakiś sposób, mniejszy lub większy, przetwarza otaczającą go rzeczywistość.

  7. — Kiedy kolejna książka?

    — Im rzadziej będę musiała marnować czas na głupie pytania, tym szybciej się ukaże.
    To pytanie już mnie nie irytuje, tylko wkurwia, więc darujcie sobie, dobra? Pracuję nad tym. Nie tak intensywnie, jakbym chciała. A może jednak właśnie tak, może to ślimacze tempo to moje nowe tempo. Ale przestańcie zadawać to pytanie. Błagam. Bo zejdę z wyrzutów sumienia i nigdy nic się mojego już nie ukaże.

  8. — Może wzięłabyś się do normalnej pracy?

    — Jakbym potrafiła, tobym się wzięła.
    Wszystko co robię i tak się wiąże z literaturą. Prawie trzy i pół roku pracy w wydawnictwie, teraz freelance w charakterze agenta literackiego, recenzje książek, robienie korekt, wieczorki prozatorskie, warsztaty, blog… Nie oszukujmy się. Potrafię tylko się babrać w literaturze.

  9. — Opowiedziałabym ci coś, ale nie mogę, bo to opiszesz.

    — Ta, jasne.
    No dobra, jest jedna osoba, która faktycznie, jeśli zaczyna mówić w ten sposób, ma coś bardzo, bardzo, bardzo ciekawego do powiedzenia i bez wątpienia wartego opisania. To moja mama. I ma wszelkie powody by sądzić, że będę chciała opisać to, co powie, bo szalone historie, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu, inspirują mnie jak nic innego. Muszę znaleźć sposób na mamę, może ktoś mi pomoże? Czekam na pomysły!

  10. — Ja wtedy tak się nie zachowałem!

    — Ja wtedy w ogóle o tobie nie pisałam.
    Już chyba wspominałam, że zdarza się, iż z mojego dalszego otoczenia wyskakują znajomi z jakimiś dziwnymi jazdami. Faktycznie, inspirują mnie osoby z mojego otoczenia, ale tworzę fikcję. (Pewnie będę musiała to powtarzać do usranej śmierci). Łączę wątki, postaci, zachowania, miksuję wszystko z własną wyobraźnią, telewizyjnymi wiadomościami, snami, lękami, i tak dalej. Jeśli ktoś bierze to na serio, jest gorszy niż babcie Kunegundy, które myślały, że kiedy Hania z M jak miłość wjechała w kartony, Małgosia Kożuchowska też nie żyje.

Nie bierzcie tego tekstu za bardzo na serio.

Trochę mi głupio, że to piszę, bo robię z Was łochów, którzy nie łapią satyry, ale czuję, że niektórzy po prostu nie mają do siebie odpowiedniego dystansu i mogą sobie wziąć ten tekst zbytnio do serca. I niej jest to niczyja wina, może ja mam po prostu za dużo dystansu.

Co nie przeszkadza mi się niepotrzebnie wkurzać.

Bo wiecie, te wszystkie teksty tak naprawdę w ogóle nie sprawiają mi problemu. W głębi serduszka nawet cieszą, bo to oznacza, że ktoś się interesuje, ktoś czyta, ktoś chce się więcej dowiedzieć.

Słowa to tylko słowa.

He, he.

Przy tej okazji wspomnę, że napisałam ostatnio ebooka! Postanowiłam spróbować swoich sił w selfpublishingu. To taki drobny specjalistyczny poradnik pt. 7 grzechów głównych debiutanta. Jeśli chcecie otrzymać pierwsze rozdziały za darmo i dowiedzieć się, co od razu dyskwalifikuje tekst w oczach redaktora z wydawnictwa, koniecznie zapiszcie się na mój newsletter, oki-doki? Formularz poniżej.

 

Mail

 

A niedługo widzimy się na YouTube! Subskrybujcie, jeśli nie chcecie przegapić mojej tyrady na temat książki Otoczeni przez idiotów.

To tyle. Buziaki!

Wasza