W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

W życiu wygrywa się konsekwencją — wywiad z Magdaleną Pioruńską rok po premierze Twierdzy Kimerydu!

Z Magdaleną Pioruńską rozmawiałam prawie 13 miesięcy temu przy okazji premiery jej książki, Twierdzy Kimerydu, nad którą Fabryka dygresji objęła dumny patronat medialny. Jeżeli pragniecie wiedzieć, jak wygląda rok po premierze debiutu literackiego, koniecznie przeczytajcie drugi wywiad z Magdą, będącą również redaktorką naczelną portalu Szuflada.net. Dowiecie się, z jakimi trudami wiąże się ciężka praca debiutanta, by wypromować swój tytuł.

Emilia: Jak wyglądało ostatnich dwanaście miesięcy? Co wydarzyło się przez ten czas w polu literackim, związanym z Twierdzą Kimerydu?

Magdalena: Ostatnie dwanaście miesięcy były szaloną jazdą kolejką górską bez trzymanki. Mogę już na pewno powiedzieć, że wykonałam wręcz nadludzki wysiłek, żeby zaistnieć w roli pisarski i artystki: nie tylko w mojej świadomości, ale też w świadomości innych ludzi.

Co się tak naprawdę wydarzyło? Przełamałam kilka stereotypów, wpuściłam odrobinę świeżości do polskiej literatury, odważnie stanęłam za swoimi poglądami i pozwoliłam samej sobie dojść do głosu. Wyznaję zasadę, że trzeba samemu doświadczyć pewnych sytuacji, skonfrontować zdanie większości we wszystkich istotnych tematach. Rodzimy się sami, umieramy sami. Tyle wiem na pewno. A i jeszcze, że nic nie powinniśmy w życiu poza tym, że powinniśmy umrzeć. Samodzielność niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw, ale nic tak nie smakuje, jak wolność. Powietrze nawet pachnie inaczej, a my sami jesteśmy zdolni do rzeczy, których nawet się nie spodziewaliśmy. Zaczęło się właściwie od tego, że w ramach promocji książki musiałam odpowiedzieć na wiele pytań w wywiadach. Potem też prowadzący moich spotkań autorskich dopytywali mnie o różne sprawy. Byli ciekawi mojego światopoglądu, konkretnego przekazu. Okazało się, że jest go bardzo dużo w mojej książce, choć ja sama nigdy nie myślałam o pisaniu, jak o jakimś manifeście.

Pisanie jest dla mnie wyrazem wolności, więc nie, nigdy przenigdy w moim odczuciu nie będzie manifestem. Byłam nieświadoma, jak wiele z siebie dałam w tej książce. Jest dla mnie ważna, bo jest moim poważnym debiutem, ale też dlatego, bo jest prawdziwa. W Twierdzy Kimerydu rozprawiłam się z moimi życiowymi kompromisami. Powiedziałam sobie dość. Nie będę więcej udawać, że jestem normalna, że pasuję, że umiem się podporządkować, że wiem, jak żyć i że z tego tytułu mam prawo pouczać innych. Bo nie mam. Nikt nie ma. Wiem za to do czego się nadaję, do czego się nie nadaję, co lubię, a czego nie. I absolutnie nie mam ochoty narzucać moich preferencji ludziom. Nie życzę sobie też, żeby ktoś zachowywał się tak wobec mnie.

Czasem życie wymaga od nas wykonania kroku do tyłu, spojrzenia prawdzie prosto w oczy i przekonania się, ile tak naprawdę udało nam się osiągnąć i czy było warto. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. A i jeszcze uważaj o czym marzysz, bo te marzenia mogą się ziścić. Z całą pewnością wiem, że nie będę już taka, jak przed premierą książki. Bo jestem chciwa z natury i tak, chcę więcej i więcej, i więcej. Aż zabraknie mi sił i umrę z przepracowania.

Jakie działania podjęłaś, by dotrzeć z informacją o Twierdzy do czytelników?

Przyznam Ci się szczerze, że na początku korzystałam z pomocy profesjonalnej specjalistki do spraw promocji, którą wynajęłam, korzystając ze starych znajomości. A potem cóż… potem to jakoś poszło samo. Dużo pomogła mi moja graficzka Ania Niemczak, niezwykle skromna i utalentowana dziewczyna, która wykonała ogromny kawał roboty przy grafikach do książki i potem przy tworzeniu różnych gadżetów w twierdzowej tematyce. Dużo pomogły mi też dziewczyny z Bookstagrama. Bardzo się odnalazłam na Instagramie, graficzna strona Twierdzy wpasowała się w instagramowy trend okładkowych srok. Innymi słowy przedsiębiorczy Tyrs sprzedawał mi książkę. Z tego też jestem dumna, bo jeśli już się z kimś światopoglądowo identyfikuję w Twierdzy, to właśnie z nim. Promocja była też dość spójna, Tyrs i spółka pasowali do mojego nastroju, do mojej nieskończonej bezkompromisowości. Co więcej sama się bardzo dużo nauczyłam w jej trakcie. W pewnym momencie przejęłam główny ster promocji i mocniej uderzyłam w youtube i bookstagram. Okazało się też, że, UWAGA, polubiłam ludzi. Wiesz, że ja z zasady nie lubię ludzi? Wolę zwierzęta, kwiaty, książki, komiksy, teatr… Ludzie mnie męczą, irytują, sprawiają, że robię się nadmiernie nerwowa, agresywna. Nie lubię też jakiejkolwiek ingerencji w mój świat chyba, że sama na to pozwolę. Czasem moje zachowanie bywa mylące, bo jestem też otwarta z natury i energiczna. Wiem, że wysyłam dziwny impuls, że jakby chcę, żeby ktoś się bardziej angażował, a tak wcale nie jest. Z drugiej strony kiedy sama kogoś zapraszam, okazuje się, że taka osoba wykazuje dużo rezerwy, bo przecież słyszała, że jestem aroganckim odludkiem z ironicznym uśmieszkiem, wiecznie przyklejonym do twarzy (co zresztą nie jest kłamstwem :P)

Czy była to ciężka praca?

Cholernie. Ale we mnie się coś wtedy otworzyło, coś obluzowało. Jakbym zbierała wszystkie doświadczenia, wszystkie rozczarowania i radości właśnie na tę okazję. Po raz kolejny w życiu rozkwitłam. Przypomniałam sobie o wielu moich artystycznych znajomych, albo oni sobie o mnie przypomnieli, a potem wszystko wydarzyło się samo. Wiesz, ja kocham media, kocham dziennikarstwo. Magię radia w szczególności, choć nie gardzę też gazetą i telewizją. Media odwdzięczają mi się taką samą miłością. Bo to nie zagra inaczej – albo kochasz życie w obiektywie, albo nie. Albo się z tym dobrze czujesz, albo nie. Ja czuję się tam świetnie. To moje miejsce, mój żywioł. Lubię wychodzić przed szereg, nawet kiedy do mnie strzelają.

Jakie media lub osoby były najbardziej zaangażowane?

Na pewno moja Szuflada, ale też co ciekawe bardzo moją osobą zainteresowały się media wieluńskie, zyskałam dużą lokalną sławę. Na początku dziwnie się z tym czułam, ale teraz jestem za to bardzo wdzięczna, bo dobrze się dzięki temu bawię. Poza tym oczywiście bookstagram. Dużo świetnych blogerek i fotografów włączyło się w promocję Twierdzy Kimerydu, a co więcej większość tych osób zrobiła to zupełnie bezinteresownie z czystego zainteresowania książką. Z tego miejsca dziękuję przede wszystkim Boskiej Safonie, która wykonała serię świetnych zakładek do książki i Weź nie czytaj, odpowiedzialnej za dinozakładki z chłopakami. Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o mojej ukochanej pop.books, dzięki której poznałam zalety i uroki bookstagrama. Wolę go teraz bardziej od facebooka i jestem mu oddana całym sercem.

Czy możesz zdradzić, jak realnie przełożyło się to na sprzedaż?

Owszem. Wiem, że bez Empiku, bo niestety nie miałam go zagwarantowanego w umowie, bez żadnej promocji, książka ginie. Nie tylko nie istnieje w świadomości ludzi, ale w dodatku w ogóle się nie sprzedaje. Oczywiście bez dystrybucji w największej księgarni w Polsce, autor ma znacznie pod górkę, musi sam powalczyć o odbiorcę, znaleźć grono oddanych czytelników. To jedyna droga. Na początku łudziłam się, że obędzie się bez mojej inicjatywy, że nie będę musiała bawić się w sprzedaż bezpośrednią. Byłam bardzo zmęczona własnym wkładem w wypromowanie i sprzedawanie książki. To tak jakbyś pracowała na trzy etaty. Przypomnę Ci, że mam jeszcze własny portal Szuflada.net, choć na szczęście moi redaktorzy radzą już sobie doskonale bez mojej większej ingerencji, pracuję w szkole, piszę książki i zaangażowałam się w teatr młodzieżowy. Czasem po prostu przydałaby się pomoc, ale ja należę do tych dumnych, nadąsanych ludzi, którzy nigdy o nią nie poproszą, bo boją się, że udławią się wtedy własnymi słowami. Promocja i sprzedaż Twierdzy nauczyła mnie znowu polegać na innych, prosić ich głośno o wsparcie. Niestety nie wszystko można załatwić samemu, nie wszędzie dotrze się tylko, polegając na własnych siłach, nawet jeśli są naprawdę spore. Zawsze jednak stoisz przed wyborem: poddać się, powiedzieć sobie: już wystarczy, albo podnieść się, otrzepać i iść dalej.

Jak wyglądają prace nad kolejną częścią Twierdzy?

Już ją napisałam i jest w redakcji. A co?

Ogromna ciekawość dalszych losów nie tylko bohaterów Twierdzy Kimerydu, ale i perypetii wydawniczych. Wracając do bardziej twórczego aspektu: ile dziennie czasu przeznaczasz na pisanie?

Piszę partiami. Mam napady weny i wtedy siadam i piszę godzinami. Nie piszę przez to regularnie. Zawsze tak zresztą miałam. Regularność, zasady, przewidywalność, zdecydowanie nie są dla mnie.

Czy dalej kształcisz się w pisaniu?

We własnym zakresie  tak. Na przykład teraz zastanawiam się nad rodzajem narracji w trzeciej książce, na którą od dawna mam pomysł i jeszcze nic nie zrobiłam, żeby ją chociaż zacząć. Może to też wina tematu. Wybrałam sobie naprawdę trudny motyw przewodni: irytującą moralność i wąskie myślenie ludzi z małej miejscowości, które wpływa destrukcyjnie na głównych bohaterów książki. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.

Skąd te trudne tematy u Ciebie? Twierdza Kimerydu oscylowała wokół radzenia sobie z innością, własnymi demonami i odziedziczonym po rodzicach brzemieniem. Wszystko to przystrojone pstrokatą afrykańską scenerią i mnóstwem odcieni zachowań bohaterów. Nie lepiej napisać coś prostolinijnego, co będzie po prostu łatwe i zyska rzeszę czytelników?

Piszę o tym, co chcę. Jeśli zyskuję rzeszę czytelników, to fajnie. Nigdy zresztą nie myślę o potencjalnej rzeszy czytelników, kiedy piszę. Książka musi mieć przede wszystkim temat, a potem jego wciągającą realizację. Co się zaś tyczy postaci pociągają mnie ciekawe, nietuzinkowe osobowości. Antybohaterowie, wyrzutki, może nawet antagoniści. Tylko, że antagonizm pozostaje ostatnio w sprzeczności z moją wewnętrzną potrzebą zachowywania pozytywnej energii z rzeczywistością. Dlatego powoli się do niego dystansuję. Myślę, że bunt nie oznacza wiecznego narzekania, odrzucania świata i zamykania się w sobie. Bunt to raczej głośne wyrażanie swojego zdania i proponowanie światu ALTERNATYWY. Lubię myśleć, że jestem właśnie taką buntowniczką. Myślisz, że to powód, żeby nazwać mnie zarozumiałą?

Daleka jestem od wydawania opinii na temat innych ludzi, więc nie odpowiem na to pytanie. Zamiast tego, zapytam, jakie są Twoje dalsze pomysły na rozwój literacki? W zeszłym roku przy okazji wywiadu powiedziałaś, że dalej chcesz budować Szufladę i tworzyć. Czy coś się zmieniło?

Nie, właściwie nic. Tylko brakuje mi czasu i sił. Wszystko wokół mnie zaczęło żyć własnym życiem i jestem teraz w takim momencie podejmowania decyzji. Wiesz, jestem już stara. Mam 32 lata. Czasem dopada mnie irytująca myśl, że za późno zaczęłam, za późno dorosłam. Choć nie było mi łatwo w środowisku, z którego się wywodzę.

Każdy czas jest dobry. Uważam, że pośpiech i pęd są bardzo zgubne. Aż nie mogę uwierzyć w to, co piszę, ale faktycznie tak myślę. Powiesz nam coś więcej o swoim środowisku? Dlaczego było trudno?

Lubisz wkładać kij w mrowisko, co? To dobrze, bo ja też. Wywodzę się z małej miejscowości, właściwie również z wioski, czyli ze środowisk, w których w większości nie za bardzo ceni się sztukę i literaturę. W szkole zawsze mi powtarzano: dobrze, że masz taki talent, że jesteś taka super, ale NIC Z TEGO NIE BĘDZIESZ MIEĆ. A co to znaczyć coś mieć? Co to, do diabła, znaczy? Od tamtej pory nie znoszę, kiedy ktoś mi mówi o moich szansach i o moich umiejętnościach, a już szczególnie, kiedy wypowiada się na temat życiowej drogi, którą obrałam. Wyjdź za mąż, uśmiechaj się nieszczerze, niezbyt pewnie patrz ludziom w oczy, nie wychodź poza szereg, módl się, pracuj, nie miej zbyt odważnego zdania, nie nadajesz się, nikt cię nie chce, nie powinno cię być, nie pasujesz, nie ma cię. Znasz to? Tak wyglądało moje życie w liceum i jeszcze potem na studiach, kiedy wracałam z akademika do domu. To nieprawda, że tylko w grupie jesteśmy silni, zaryzykuję stwierdzenie, że często grupa nas osłabia. Trzeba przede wszystkim ufać sobie. Wierzyć we własne umiejętności i akceptować siebie, akceptować swoją inność. Zawsze wybieraj życie, działanie. Nigdy się nie wycofuj, nigdy nie uciekaj.

Jaki wg Ciebie powinien być współczesny polski pisarz u progu kariery, jakim zestawem cech charakteru powinien się charakteryzować? Bo obie wiemy, że nie jest to łatwe zadanie.

To będą typowe frazesy, ale przede wszystkim powinien być pewny siebie i swojego talentu. Mieć to wewnętrzne przekonanie, o tym, że naprawdę go posiada. Być zdolny do podejmowania ryzyka, liczyć się z tym, że jak się wychodzi przed front, to będą do Ciebie strzelać, w dodatku uda im się kilka razy trafić, a rany postrzałowe bardzo krwawią, piekielnie też bolą. Potem trzeba nauczyć się chodzić z dziurą w kolanie.

Poza tym muszą mieć tę świadomość, że jakikolwiek sukces, zwłaszcza ten literacki, nie jest efektem kilkudniowej pracy, tylko trwa falowo, wymaga cierpliwości, miłości do tego, co się robi, autentycznej pasji i uporu pociągowego osła. Odpowiem Ci cytatem z Tyrsa: albo coś robisz, albo czegoś nie robisz. Proste. W życiu wygrywa się konsekwencją.

Ale przyda się też odrobina poczucia humoru. Zwłaszcza tego ironicznego. 😉

Kiedy będzie można przeczytać drugą część Twierdzy?

Jak skończę redakcję i korektę, będę się zajmować dalszą częścią procesu wydawniczego. Nie spieszę się, raczej wolę się przygotować i mieć do tego czysty umysł, wolny od uciążliwych myśli i koncentracji na codziennym życiu, które niestety jest takie, jakie jest i trzeba to akceptować bez zbędnej oceny. Debiut był dla mnie ogromnym poświęceniem i wymagał ode mnie ogromnego nakładu pracy. Teraz chcę zrobić to jeszcze lepiej, być przygotowana na każdą ewentualność. Dziękuję za wywiad, mam nadzieję, że ze mną zostaniesz. 🙂

A ja mam nadzieję, że zostanę nie tylko ja, ale i wszyscy czytelnicy. I że tak jak ja będą wyczekiwać sequelu oraz innych Twoich dzieł. Mam nadzieję, że wywołasz jeszcze więcej zamieszania następnym utworem. Trzymam za to kciuki i również dziękuję za rozmowę!

Czy macie podobne odczucia związane ze swoimi debiutami literackimi? A może losy Wasze i Waszej książki potoczyły się zupełnie inaczej? Jeśli chcecie opowiedzieć swoją historię, czekam na nie w komentarzach oraz pod adresem mailowym fabrykadygresji@gmail.com

Przy okazji przypominam, kochani, że napisałam dla Was ebooka pt. 7 grzechów głównych debiutanta! Jeśli napisaliście książkę i chcecie zwrócić się do wydawnictwa w sprawie jej publikacji, koniecznie najpierw przeczytajcie moje porady, żeby po prostu się nie zbłaźnić i nie zamknąć sobie możliwości na debiut, okej? Polecam gorąco! Pierwsze rozdziały można uzyskać, zapisując się na newsletter!

Mail

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Jak powszechnie wiadomo, życie pisarza to same blaski, żadnych cieni. Wszyscy cię lubią, cenią za to, co napisałaś, zapraszają na każdą imprezę, widzą w tobie guru, szampan leje się strumieniami, a hajsu nigdy nie brak.

A tak naprawdę to nie.

Często masz przerąbane z różnych powodów. Bo napisałaś coś w książce w narracji pierwszoosobowej i teraz ludzie uważają, że to ty tak myślisz. Albo gorzej! Główna postać postanawia zamordować irytującą znajomą i potem część koleżanek patrzy na ciebie spode łba, zastanawiając się, czy nie jesteś chorym pojebem oraz bojąc się wyjść z tobą na drinka do miasta.

Na początku takie sytuacje bardzo mnie irytowały. Krzywdziły. Bolało mnie serce, bo nie wiedziałam, dlaczego niektórzy nagle przestają się do mnie odzywać, a inni wyłaniają się z mroku przeszłości i nagle chcą się znów przyjaźnić. Szczególnie dobijały mnie stwierdzenia, które słyszałam na każdym kroku, bo często przelewały szalę goryczy, a ja nie wiedziałam, jak się zachować. Być miłym i się uśmiechać? Mówić, że wszystko jest spoko, podczas gdy w środku szaleje demon wściekłości? Asertywności jeszcze do niedawna było we mnie za grosz. Teraz usilnie nad tym pracuję. Top 10 irytujących tekstów przedstawiam poniżej z komentarzami, których kilka lat temu niektórym osobom nie powiedziałam, a powinnam.

  1. — Czy mogę ci przesłać swój tekst? Bardzo potrzebuję, żeby ktoś rzucił na niego fachowym okiem.

    — Naturalnie, moja stawka za jeden arkusz wydawniczy wynosi trzysta złotych.
    To zdecydowanie najczęściej zadawane mi pytanie. Najgorsze, kiedy pojawiasz się na imprezie, nie zdążysz jeszcze ściągnąć z siebie futra, a już masz w rękach czyjś maszynopis.
    Wiecie, teksty debiutantów często są po prostu złe jak odbyt szatana. I kiedy próbujesz przekazać im to na twarz, nie są w stanie uwierzyć, więc po co robić sobie kłopot?
    Rzecz jasna, to nie jest tak, że nie chcę pomagać, bo jestem zadufaną w sobie szmatą. (Nie aż tak). Lubię pomagać, ale jestem dosyć zajętą osobą. A nawet, jeśli akurat mam wolne, to wolę sobie poczytać teksty Chutnik, Żulczyka, Twardocha, Orbitowskiego, teksty sprawdzone, renomowane, dla przyjemności własnej, nie czyjejś.
    Inaczej się walczy o atencję, jeśli się nie chce za coś płacić. Stara się sobą zainteresować, przekonać do konceptu, polubić się i dopiero potem poprosić o przysługę. Nie mam nic przeciwko interesującym tekstom. A kiedy powiem Wam, że jeśli naprawdę kochasz pisanie, powinieneś robić to dalej, to wiedzcie, że daliście mi do czytania totalną szmirę.

  2. — Słuchaj, co mi się przydarzyło, to będzie na pewno dobry scenariusz do twojej kolejnej książki!

    — No na bank. Pozwól, że ja o tym zdecyduję, dobra?
    Bo pomysłów to mam swoich od zatrzęsienia i więcej nie potrzebuję. Ale jeśli chcesz mi dać trochę czasu, to przyjmę go, a w zamian oddam cokolwiek, co zechcesz. (Oprócz roślin i bliskich, istotami żywymi nie handluję).

  3. — Ile zarobiłaś?

    Wkurza mnie to, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sugeruje wszak, że nadawca tego komunikatu ma jedną z dwóch motywacji. Albo chce zajrzeć do wnętrza mojego portfela, co nie jest wskazane, bo wewnątrz jest tylko mroczna odchłań i nie warto się tym interesować, bo można zostać pożartym przez nicość, albo sam chce napisać książkę i wydać ją dla kasy. Nie widzę w tym nic złego, acz pytanie mnie bawi, bo na debiucie raczej można stracić zęby niż zyskać hajsy. Kto zarobił na swoim debiucie, niech podniesie rękę w komentarzu i powie, jak to zrobił, nie mając wcześniej zbudowanej społeczności odbiorców.

  4. — Gdzie można kupić twoją książkę? Dostanę z rabatem?

    — W sklepie.
    Aż się prosi o taką odpowiedź, co nie? Aczkolwiek na forum odpowiadam, że można ją kupić też u mnie, wystarczy napisać na fabrykadygresji@gmail.com i zamówić, a dostanie się ją z fajnymi bajerami. Różnistymi.

  5. — Można z podpisem?

    — No a co mam zrobić?
    Po prostu nie mogę przestać się dziwić, dlaczego ludzie chcą mojego podpisu. Może po to, by zeskanować albo jakoś podrobić i wziąć potem na mnie jakiś kredyt? Jestem zwyczajną babką, po co mam gryzmolić po Twojej książce? Znaczy ja wiem, myślisz, że jestem albo będę fajna za kilka lat i to będzie wyjątkowy egzemplarz tej książki, więc opylisz go na Allegro po arcyhipsterskiej cenie. Może masz nawet rację, ale cały czas trudno mi się do tego przyzwyczaić. Uwiera mnie jakoś to podpisywanie. Pewnie za rzadko to robię.

  6. — Czy opisujesz prawdziwe wydarzenia?

    — A czy ma książce napisałam, że to reportaż? Nie? To dobrze, bo to powieść. Fikcyjna.
    Dajcie spokój, przecież wiadomo, że każdy pisarz w jakiś sposób, mniejszy lub większy, przetwarza otaczającą go rzeczywistość.

  7. — Kiedy kolejna książka?

    — Im rzadziej będę musiała marnować czas na głupie pytania, tym szybciej się ukaże.
    To pytanie już mnie nie irytuje, tylko wkurwia, więc darujcie sobie, dobra? Pracuję nad tym. Nie tak intensywnie, jakbym chciała. A może jednak właśnie tak, może to ślimacze tempo to moje nowe tempo. Ale przestańcie zadawać to pytanie. Błagam. Bo zejdę z wyrzutów sumienia i nigdy nic się mojego już nie ukaże.

  8. — Może wzięłabyś się do normalnej pracy?

    — Jakbym potrafiła, tobym się wzięła.
    Wszystko co robię i tak się wiąże z literaturą. Prawie trzy i pół roku pracy w wydawnictwie, teraz freelance w charakterze agenta literackiego, recenzje książek, robienie korekt, wieczorki prozatorskie, warsztaty, blog… Nie oszukujmy się. Potrafię tylko się babrać w literaturze.

  9. — Opowiedziałabym ci coś, ale nie mogę, bo to opiszesz.

    — Ta, jasne.
    No dobra, jest jedna osoba, która faktycznie, jeśli zaczyna mówić w ten sposób, ma coś bardzo, bardzo, bardzo ciekawego do powiedzenia i bez wątpienia wartego opisania. To moja mama. I ma wszelkie powody by sądzić, że będę chciała opisać to, co powie, bo szalone historie, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu, inspirują mnie jak nic innego. Muszę znaleźć sposób na mamę, może ktoś mi pomoże? Czekam na pomysły!

  10. — Ja wtedy tak się nie zachowałem!

    — Ja wtedy w ogóle o tobie nie pisałam.
    Już chyba wspominałam, że zdarza się, iż z mojego dalszego otoczenia wyskakują znajomi z jakimiś dziwnymi jazdami. Faktycznie, inspirują mnie osoby z mojego otoczenia, ale tworzę fikcję. (Pewnie będę musiała to powtarzać do usranej śmierci). Łączę wątki, postaci, zachowania, miksuję wszystko z własną wyobraźnią, telewizyjnymi wiadomościami, snami, lękami, i tak dalej. Jeśli ktoś bierze to na serio, jest gorszy niż babcie Kunegundy, które myślały, że kiedy Hania z M jak miłość wjechała w kartony, Małgosia Kożuchowska też nie żyje.

Nie bierzcie tego tekstu za bardzo na serio.

Trochę mi głupio, że to piszę, bo robię z Was łochów, którzy nie łapią satyry, ale czuję, że niektórzy po prostu nie mają do siebie odpowiedniego dystansu i mogą sobie wziąć ten tekst zbytnio do serca. I niej jest to niczyja wina, może ja mam po prostu za dużo dystansu.

Co nie przeszkadza mi się niepotrzebnie wkurzać.

Bo wiecie, te wszystkie teksty tak naprawdę w ogóle nie sprawiają mi problemu. W głębi serduszka nawet cieszą, bo to oznacza, że ktoś się interesuje, ktoś czyta, ktoś chce się więcej dowiedzieć.

Słowa to tylko słowa.

He, he.

Przy tej okazji wspomnę, że napisałam ostatnio ebooka! Postanowiłam spróbować swoich sił w selfpublishingu. To taki drobny specjalistyczny poradnik pt. 7 grzechów głównych debiutanta. Jeśli chcecie otrzymać pierwsze rozdziały za darmo i dowiedzieć się, co od razu dyskwalifikuje tekst w oczach redaktora z wydawnictwa, koniecznie zapiszcie się na mój newsletter, oki-doki? Formularz poniżej.

 

Mail

 

A niedługo widzimy się na YouTube! Subskrybujcie, jeśli nie chcecie przegapić mojej tyrady na temat książki Otoczeni przez idiotów.

To tyle. Buziaki!

Wasza

Napisałam książkę i co dalej?

Napisałam książkę i co dalej?

Splendor, hajs i kąpiele w szampanie? Jeśli tak myślisz, na pewno jesteś debi… debiutantką. Jeśli napisałaś książkę i chcesz się dowiedzieć, co dalej, ale nie chcesz tracić swoich pięknych optymistycznych wyobrażeń o byciu sławną pisarką, zdecydowanie odradzam Ci dalszą lekturę. Ale jeśli chcesz wiedzieć, jak nie wtopić swojej kasy albo nie zostać zniewoloną przez okowy wydawców, może jednak powinnaś czytać dalej.

Kiedy myślałam o wydaniu swojej pierwszej książki, myślałam, że wydawca odezwie się do mnie z zachwytem i wykreuje mnie na młodą pisarkę-buntowniczkę, przedtem inwestując w wydanie i promocję. Pierwsze wydawnictwo, które się do mnie odezwało, zaproponowało, bym pokryła koszty wydania… Oczywiście się na to nie zgodziłam, ale okazało się nagle, że nie ma tylko jednego sposobu na opublikowanie tekstu.

Trzy drogi wydania książki

Jako debiutant, możesz starać się o opublikowanie książki w wydawnictwie tradycyjnym, które zainwestuje w Ciebie pieniądze i wykreuje w większej lub mniejszej mierze Twoją literacką karierę. To chyba marzenie każdego debiutanta, ale udaje się to naprawdę nielicznym. Bo debiutantom brakuje cierpliwości, siły przebicia oraz znajomości w branży. Nie wiedzą, jak się zaprezentować, by wydawca w ogóle wziął ich tekst pod uwagę. Do kogo dotrzeć, by redaktor, który ma na swoim biurku oraz w skrzynce mailowej setki tekstów, poświęcił im chwilę swojego cennego czasu. Niewielkiemu pierwiastkowi autorów udaje się jednak zadebiutować właśnie w ten sposób, dzięki determinacji. Własnej albo agenta literackiego, z którym zaczęli współpracę. (Taki na ten przykład Remigiusz Mróz).

Plusy i minusy wydania książki w wydawnictwie tradycyjnym

Nie musisz wkładać grubych tysięcy złotych w wydanie swojej książki oraz jej promocję. Tym zajmuje się wydawca, jednak wówczas licz się z tym, że Twoje honorarium może oscylować wokół 1 zł z jednego sprzedanego egzemplarza książki. Pocieszające, iż wydawnictwo tradycyjne nie zainwestowałoby w Ciebie, gdyby nie nosiło się z zamiarem wydrukowania kilkutysięcznego pierwszego nakładu Twojej książki. Niestety, bywa tak, że na odpowiedź od wydawcy możesz czekać miesiącami lub latami, a bywa, że i tak nie dostaniesz odpowiedzi zwrotnej. Kiedy jednak znajdziesz się w gronie wybrańców, podstawioną przez wydawcę umowę koniecznie skonsultuj z zaufaną osobą (sugeruję prawnika). Nie daj się złapać w pułapkę o tym, że wydawnictwo ma pierwszeństwo wydania każdego kolejnego Twojego tekstu! Z jednej strony może to być wygodne, ale z drugiej uniemożliwia Ci spróbowanie sił w innym domu wydawniczym. Zastanów się też, czy nie przeszkadza Ci nadmierna ingerencja wydawnictwa w Twój tekst. Praca redaktorska w takich wydawnictwach potrafi być bardziej twórcza niż odtwórcza. Reasumując:

+ brak inwestycji własnej w wydanie,
+ beztroski proces wydawniczy,
+ dobra promocja książki,

– długi czas oczekiwania na odpowiedź wydawcy,
– brak wpływu na finalny wygląd Twojej książki (zarówno wewnątrz – tekst, jak i na zewnątrz – okładka),
– niebezpieczne kruczki prawne.

Plusy i minusy samodzielnego wydania książki (self-publishing)

Ostatnio w ręce wpadła mi karykatura książki, taka broszurka w zasadzie. Redakcja paskudna, zdjęcia okropne, sama z siebie nigdy bym tej książki nie tknęła… Dla mnie był to przykład idealnego wtopienia mnóstwa pieniędzy oraz zmarnowania czasu. Uważam, że jeśli chcesz stać się self-publisherem, powinieneś najpierw odpowiednio się wykształcić. Nie wystarczy, że sam zatrudnisz redaktora, korektora, łamacza, grafika i znajdziesz odpowiednią drukarnię. Sam musisz nauczyć się redakcji i korekty, by wiedzieć, że osoby, którym powierzasz te zadania, wywiązują się ze swoich obowiązków. Najlepiej zaopatrzyć się w lekturę Edycji tekstów Adama Wolańskiego i przez kilka miesięcy uważnie studiować zalecenia autora albo chodzić na zajęcia z filologii polskiej na specjalności wydawniczej. Grafik zaś, którego wybieramy, powinien umieć połączyć swoje artystyczne umiejętności ze sztuką użytkową i przygotować okładkę tak, by miała szanse na odniesienie komercyjnego sukcesu… O ile zależy nam w ogóle na sprzedaży, bo tym też musimy się zająć. Jeśli nie masz zbudowanej własnej dużej społeczności, po prostu leżysz i kwiczysz, bo wejście do dużej hurtowni z ogólnokrajowym zasięgiem praktycznie z ulicy, graniczy z cudem. Nie mówię, że cuda się nie zdarzają, ale bywa cholernie ciężko.

+ decydujesz o wszystkim, co dzieje się z Twoją książką, zarówno na etapie przed wydaniem, jak i po,
+ masz dokładnie takie zyski, jakie wypracujesz,
+ cenne życiowe doświadczenie w nowej dziedzinie,

– brak zaplecza magazynowego, hurtowego i administracyjnego,
– zamiast autora – stajesz się wydawcą, sprzedawcą i księgowym,
– w przypadku braku wiedzy oraz kilkutysięcznej społeczności – wtopa finansowa.

Plusy i minusy publikacji w wydawnictwie usługowym

Wydawnictwo usługowe, często nazywane wydawnictwem typu vanity (od próżności, bo podobno w takich firmach żeruje się na podbudowywaniu ego autorów, którzy chcą płacić, by tylko stać się autorami), łączy elementy wydawnictwa tradycyjnego i self-publishingu. Część osób nie traktuje takich wydawców poważnie. Nie dziwi mnie to, na palcach jednej ręki mogę wskazać wartościowe firmy wydawnicze, działające w ten sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli zainwestujesz w wydanie swojej książki, zostanie ona wydana tak, jak chcesz, o ile się do tego przyłożysz i jasno wyłożysz swoje oczekiwania wydawcy. Do tego nie będziesz musiał magazynować swojego nakładu we własnym domu/garażu/piwnicy, ktoś z wydawnictwa rozliczy Twoje przychody ze sprzedaży w hurtowniach (uważaj, nie wszystkie wydawnictwa usługowe prowadzą dystrybucję w księgarniach stacjonarnych!), a jeśli masz fajną książkę, zależy Ci na byciu pisarzem i pragniesz działać, to pomogą Ci nawet w promocji (też nie wszystkie, ale są tacy). Ale nie oczekuj w tej ostatniej działce za dużo. Taki wydawca to wydawca, więc jest od wydawania. A promocją zajmują się agencje marketingowe albo agenci. To do nich powinieneś się zwrócić, jeśli już Cię stać.

+ masz ogromny wpływ na proces wydawniczy,
+ Twoje honorarium często wynosi nawet 75% ze sprzedaży jednego egzemplarza (nawet 15 zł!),
+ nie przejmujesz się dystrybucją, rozliczeniami i magazynowaniem,

– wybór wartościowej firmy wydawniczej jest trudny,
– nie każda firma zajmuje się promocją,
– musisz zapłacić za wydanie swojej książki.

Niebezpieczeństwo tkwi w szczegółach, o których nawet nie masz pojęcia

Moim zdaniem, jeśli jesteś niezadowolona ze sposobu, w jaki potraktowało Cię wydawnictwo, sama jesteś sobie winna. Bo nie wiedziałaś, na co zwrócić uwagę, niedoświadczona na polu bitwy, którym jest branża wydawniczo-księgarska. Zapamiętaj więc sobie jedno: nie działaj od początku do końca sama. Konsultuj się ze swoim partnerem życiowym, przyjaciółmi, prawnikiem, agentem literackim, koleżankami z branży… Jeśli jeszcze takich nie masz, tu je poznasz:

 

 

Wydanie książki to nie jest pstryknięcie palcami. Wydawało Ci się, że skoro napisałaś tekst, to najcięższa praca już została wykonana? Droga do wydania i współpraca z wydawcą jest jeszcze męcząca, ale promocja… Och! Jeżdżąc po spotkaniach autorskich, udzielając wywiadów i uczestnicząc w targach, nieraz zdarzy Ci się zatęsknić za siedzeniem przy biurku i tworzeniem kolejnych stron… Choć nie ukrywam, że dla mnie promocja jest tak samo wspaniała jak tworzenie literatury… No cóż. O tym może następnym razem.

Bardzo dziękuję autorce bloga Świadomość Życia za inspirację do napisania tej notki. A raczej za kopa w dupę, bo chciałam ten temat poruszyć już sto lat temu… Całą resztę moich wspaniałych Czytelników zapraszam do podzielenia się swoimi doświadczeniami. Możecie też zadawać pytania, w komentarzach albo pisząc na fabrykadygresji@gmail.com

Życzę Wam cierpliwości, energii i determinacji do spełniania własnych marzeń!

Wasza

Emilia

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku

Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika

Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko

Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi

Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Miewam momenty, gdy marzę o dożywotnim L4 albo byciu już w tym punkcie, kiedy jestem freelancerem. Potem mi się przypomina, że mam rewelacyjną pracę, która na ogół nie doprowadza mnie do szału, a przynosi mnóstwo satysfakcji. Jest jednak bardzo trudna i wymaga nieustannego zaangażowania, sporadycznie nawet w środku nocy… I jak w takich warunkach napisać notkę na bloga, a co dopiero drugą książkę?!

Poniżej 5 wskazówek, jak znaleźć czas na pisanie, kiedy jesteś w podobnej sytuacji do mnie, czyli pracujesz na etat i zależy Ci, by rozwijać się zawodowo. Niezależnie od tego, co musisz napisać (posty na zapas, pracę magisterską czy książkę), najważniejsza jest…

1. Świadomość zakończenia dzieła.

john irving

John Irving, źródło: http://cdn.prod.elseone.nl

Nie są to moje słowa, tylko kogoś o wiele mądrzejszego. Mój mistrz, John Irving, w Świecie według Garpa zawiera wiele cennych porad dla pisarzy, dlatego polecam Wam z całego serca tę książkę. To istna skarbnica wiedzy o tworzeniu literatury. Powinna być biblią każdego pisarza. Sami zobaczcie.

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że „człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie”. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Przypomnij sobie ostatnią rzecz, którą ukończyłeś, to rewelacyjne uczucie, będące satysfakcją z wykonanej pracy! Z napisaniem utworu może być podobnie. Warto, byś od początku miał przed oczyma zakończenie, by wiedzieć, do czego zmierzasz.

Jeśli cechuje Cię słomiany zapał i tak naprawdę nigdy jeszcze niczego nie skończyłeś, masz pod górkę. Nie masz czego sobie przypominać. Na szczęście, jako pisarz, powinieneś mieć fantazję, więc wyobraź sobie po prostu, że stawiasz ostatnie słowo, a po nim kropkę. To jeden z najlepszych momentów Twojego życia, obiecuję Ci to.

Niestety, nawet Ci z nas, którzy mają niesamowicie bujną wyobraźnię, czasem miewają problemy z wyobrażeniem sobie tak prozaicznych momentów. Dlatego warto powiedzieć sobie, że nawet słonia można zjeść po kawałeczku. I w ten sposób przejść do punktu drugiego.

2. Zaplanuj swój tekst!

Wstęp, rozwinięcie i zakończenie to dobre na początek. Zrób ramowy plan swojego nowego postu. O czym chcesz opowiedzieć czytelnikowi? Jakie argumenty powinieneś zawrzeć w swojej pracy? Jak rozpoczęła się przygoda głównego bohatera Twojej powieści? I każdego innego? Jak rozwinęła i w jaki sposób kończy? Napisz to. Długopisem. Na kartce. A potem wykreślaj. Zrobiłam tak w przypadku mojej pierwszej książki, Piromanów. Napisałam ją w trzy miesiące! Dlatego polecam właśnie takie rozwiązanie i gwarantuję skuteczność.

Jak zrobić perfekcyjny plan? Postaram się Wam wyjaśnić to za tydzień…

Ale plan, nawet najlepszy, sam się nie zrealizuje. Dodatkowo zatem, co może Cię zadziwi, zrealizuj krok trzeci, czyli…

3. Popadnij w uzależnienie!

William S Burroughs

William S. Burroughs, źródło: https://codepen.io/YolandaKok/pen/jALbBB

Siła nawyku to nie przelewki. Palę papierosy, więc znam się na rzeczy. Rzygam już nikotyną, nie jest mi do niczego potrzebna. Ale są pewne sytuacje, kiedy mój mózg łaknie zapalenia papierosa, bo jest przyzwyczajony do wykonywania tej czynności. Pamiętaj: mózg jest leniwy. Kiedy raz go zaprogramujesz, będzie dążył do tego, żeby powtarzać wyuczoną czynność, bo nie jest miłośnikiem zmian. Dlatego najtrudniej zacząć, a potem już jakoś leci.

Kiedy zatem dysponujesz już planem, ustal czas na pisanie. W doskonałym scenariuszu byłaby to minimum godzina każdego dnia. (Serio, godzina to minimum, ja wiem, że inni piszą, wystarczy chociaż 15 minut, ale co zrobisz przez te żałosne 15 minut? Czasem dłużej koncentrujesz się na postawieniu klocka w kiblu, a co dopiero na napisaniu dobrego fragmentu)!

Nie znam Twojego grafiku, więc nie mam pojęcia, jak wyglądają Twoje popołudnia. Pewnie przychodzisz styrany z pracy, wpieprzasz obiad i marzysz o drzemce, ale w sumie jest już ciemno, więc lądujesz w wyrze, oglądając Netflixa. I tyle pożytku z tego dnia powszedniego. Skwituję to krótko: nędza. Kto chce wygrywać, ten nie może spać! Obudź się zatem. Wiem, że się nie chce. Tylko właśnie wtedy, kiedy tak bardzo masz wszystkiego dosyć, zadaj sobie pytanie: czy nie lepiej zadbać o to, by wszystkiego się chciało? Przecież będąc uznanym pisarzem, możesz sobie pozwolić na o wiele więcej niż wówczas, gdy wciąż będziesz harował na etacie. A od czegoś trzeba zacząć, więc rusz dupsko.

Wiesz, kiedy mnie się najlepiej pisze?
Wracam z pracy, jem obiad i zamiast drzemać (choć bardzo mi się chce, naprawdę!), oglądam sobie YouTube albo jeden odcinek jakiegoś serialu. Albo czytam książkę. Czekam, aż mi się wszystko ułoży w żołądku i po dwóch godzinach wykonuję aktywność fizyczną. Albo idę potruchtać, albo robię pilates. I potem jestem wręcz przeładowana energetycznie, więc łatwiej mi znowu zabrać się do pracy. Sadzam więc poślady przed laptopem i trzaskam, ile mogę. Ile konkretnie?

No właśnie.

4. Wiedz, kiedy przestać.

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Choć najlepiej nie przestawaj. Jeśli już Ci dobrze idzie, nie zatrzymuj się. Od jednej zarwanej nocki jeszcze nikt nie umarł. Odejdź od edytora tekstu dopiero, kiedy ukończysz wyznaczony sobie wcześniej poziom. To może być jeden punkt z Twojego planu zdarzeń, albo półtora (niektórzy, np. Stephen King w swoim Pamiętniku rzemieślnika, uważają, że lepiej kończyć pisanie w punkcie, w którym wciąż mamy flow i łatwo będzie nam ruszyć dalej). To może być 10 stron. Albo 10 000 znaków ze spacjami. Wyznacz sobie limit, który musisz bezwarunkowo spełnić, by móc z czystym sumieniem umyć się i położyć do spania. Niech nie będzie to czas spędzony przed kompem, bardzo Cię proszę! Wiemy, jak bardzo bywa bezproduktywny, więc niech będzie to coś namacalnego, ok? Obiecasz? Nie mnie, bądźmy poważni. Obiecaj sobie z przyszłości! Tej wspaniałej, pracowitej osobie, która wykonała ogromną pracę i została za to nagrodzona w postaci pięknie wydanej, sprzedającej się, bardzo dobrej książki.

Już?

Super, to teraz powiedz o tym innym.

5. Sprawdź, jak bardzo zależy na Tobie bliskim.

Nie musisz od razu kazać im wypieprzać z Twojego życia, co to, to nie. Ale uświadom ich, że od godziny tej jesteś po prostu niedostępny. Nie ma Cię. Przechodzisz do innego wymiaru, skąd nie ma powrotu do następnego dnia. Nie jesteś stworzony po to, by być na zawołanie innych ludzi w każdym momencie Twojego życia. Nawet, jeśli chodzi o Twojego męża/narzeczonego/konkubenta/kochanka/chłopaka, na widok którego masz kisiel w majtkach. Nawet, jeśli chodzi o Twoją matkę czy dziecko. Twoim świętym obowiązkiem wobec siebie jest rozwój.

I uwierz mi, choć ludzie wokół Ciebie będą narzekać, psioczyć na Ciebie, mówić, że Ci już na nich najwyraźniej nie zależy, albo że jesteś egoistą… To prawdziwym szacunkiem obdarzą Ci wtedy, gdy skończysz to, co zacząłeś. I wówczas poznasz, kto kocha Cię najbardziej.

 

A na koniec powiem Ci, że oczywiście na czas pisania wyłączasz telefon i Internet. Jeśli czegoś nie wiesz, zostawiasz lukę w zdaniu albo cały akapit. Dodajesz notatkę: sprawdzić podczas pierwszej redakcji. Inaczej nigdy nie skończysz. Rozumiesz? Internet to Twój największy wróg.

I fajnie byłoby też, gdybyś nie podjadał w trakcie pisania, za to pił dużo płynów. Ale wiem, marzenia ściętej głowy, i te pe.

Nie wiem, jak Ty, ale ja w 2018 chcę mieć na koncie już drugą wydaną książkę, więc bierz się do roboty.

Twoja

Emilia

Jeśli podobał Ci się wpis, zapraszam do wyrażenia opinii. W komentarzu albo na Facebooku:

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Od kiedy przestałam brać do recenzji każde byle gówno, pierwszy lepszy wyrzyg quasi-literacki, który na nieszczęście otrzymał numer ISBN, musiałam zacząć się tłumaczyć. Krótkie nie jestem zainteresowana nie wszystkim wystarczyło. Pisanie, że nie mam czasu, też nie satysfakcjonowało niektórych osób, którym wyjątkowo zależało, bym zaopiniowała ich utwór. Nie rozumiem dlaczego. Moje zasięgi nawet nie smucą, tylko śmieszą, ewentualnie budzą politowanie. Może chodzi o to, że niektórzy po prostu nie lubią, kiedy im się odmawia? Postanowiłam zatem tego nie robić, tylko podać stawkę. I wtedy dowiedziałam się, że zajmuję się prostytucją.

Wiecie, dlaczego prowadzę Fabrykę dygresji?

Ponieważ jestem przekonana, że mam więcej do napisania, niż powiedzenia. Jestem świadoma, że moje teksty nie zainteresują całej rzeszy odbiorców, tylko wybraną grupę, ludzi podobnych do mnie. Czyli ludzi przeważnie urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, rozmiłowanych w literaturze i często rozmyślających o swoich relacjach z otoczeniem. To, co piszę, ma więc prezentować takie treści, które sama chętnie bym przeczytała, bo nie chcę sprawić zawodu osobom, które odwiedzają mój blog.

Dlatego się przykładam.

Nie piszę o tym, co chciałabym sobie kupić, bo pierdolę konsumpcjonizm już od 2013. Uważam, że komercjalizm to piekielna machina, służąca do tego, by człowiek zapomniał o tym, że ma umysł i duszę. Ale nie potępiam osób, które lubią otaczać się ładnymi rzeczami, bo każdy ma potrzeby estetyczne i powinien zaspokajać je tak, jak najlepiej potrafi. Czasem dlatego muszę przeczytać tekst, który stworzyłam z pięć razy, by zastanowić się, czy moimi poglądami nikogo nie skrzywdzę. Bo słowa bolą bardziej.

Czytam dużo książek i chcę polecać te najlepsze, czyli napisane świetnym piórem i przekazujące istotne wartości. Zatem w trakcie lektury zaznaczam cytaty, robię notatki, a później próbuję zebrać moje wrażenia w zwięzły post, bo szanuję również czas gościa na mojej www.

Robię to, bo kocham pisać i czuję misję czynienia świata mądrzejszym.

Nie dlatego, że chcę wyłudzać hajs.

Ale kiedy ktoś ma interes w tym, bym przeczytała jego książkę, na co sama nigdy bym nie wpadła, bo mam inne zamiłowania literackie, bym poświęciła swój czas na wnikliwą analizę utworu, a później napisała tekst na ten temat, nie prosi o przysługę, tylko o usługę. A ja, jako osoba pracująca na etat, pochłonięta pisaniem własnej książki, tworzeniem treści na blog oraz media społecznościowe, a przy okazji chcąca raz na jakiś czas spotkać się z inną istotą człowieczą, mogę zdecydować, czy

a) zrecenzuję (bo dawno chciałam przeczytać proponowaną książkę, więc przyjmę egzemplarz z pocałowaniem ręki, choć jego wartość – te niby 40 zł w barterze za godziny spędzone na lekturze to śmiech na sali) w zamian za satysfakcję w trakcie czytania,

b) nie zrecenzuję,

c) zrecenzuję (nie wiadomo, czy pozytywnie) za odpowiednie wynagrodzenie.

Nie prowadzę bloga w celach zarobkowych.

To, że przyjmuję pieniądze za recenzję nie znaczy, że recenzja jest pozytywna. Nie sprzedaję ani siebie, ani swojej opinii, tylko szanuję mój czas oraz sztukę słowa pisanego.

Chciałabym, by więcej blogerów wychodziło z tego założenia. By nie zaniżało wartości blogosfery, zamieszczając podsyłane przez wydawnictwa informacje prasowe albo opiniując książkę w kilku pustych zdaniach, bo jarają się egzemplarzem książki, którą postawią raz na półce i później o niej zapomną. By wydawcy i autorzy przestali się łudzić, że blogerzy to banda nerdów, która ślini się, kiedy machnie im się byle jaką książką przed oczami.

Pisanie to trudne rzemiosło, zwłaszcza w czasach, kiedy vlogerzy wygryzają blogerów, bo ich przekaz jest łatwiejszy. Niełatwo napisać tak, by skłonić kogoś do lektury. Trzeba mieć pewne umiejętności, solidny wręcz warsztat, by skutecznie przekazać swoje myśli i nakłonić kogoś do sięgnięcia po lekturę, o której akurat piszemy. To nie jest jakieś pitu-pitu, tere-fere. To harówa. Przyjemna, ale harówa.

Zatem kiedy ktoś mi pisze, że z zasady jest przeciwny umieszczania płatnych recenzji gdziekolwiek, bo to sprzeczne z jego moralnością, mam ochotę strzelić mu w ryj, ale tylko przez ułamek sekundy, bo potem przychodzi politowanie. Osoba ta nie wie, w jakich czasach żyje, zatem jest odrealniona. Współczuć jej należy, po prostu.

A jakie jest Wasze zdanie? Recenzujecie za friko albo jedynie za egzemplarz od wydawnictwa tudzież autora? Jaki jest Wasz stosunek do pisania za wynagrodzenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Jeśli zaś to, co napisałam, jakoś tam do Was przemawia, dajcie łapkę na Facebooku. Polubcie Fabrykę dygresji, bo to w 99,9 na 100 przypadków moja jedyna zapłata za kontent, który staram się dla Was jak najlepiej przygotować.