Napisałam książkę i co dalej?

Napisałam książkę i co dalej?

Splendor, hajs i kąpiele w szampanie? Jeśli tak myślisz, na pewno jesteś debi… debiutantką. Jeśli napisałaś książkę i chcesz się dowiedzieć, co dalej, ale nie chcesz tracić swoich pięknych optymistycznych wyobrażeń o byciu sławną pisarką, zdecydowanie odradzam Ci dalszą lekturę. Ale jeśli chcesz wiedzieć, jak nie wtopić swojej kasy albo nie zostać zniewoloną przez okowy wydawców, może jednak powinnaś czytać dalej.

Kiedy myślałam o wydaniu swojej pierwszej książki, myślałam, że wydawca odezwie się do mnie z zachwytem i wykreuje mnie na młodą pisarkę-buntowniczkę, przedtem inwestując w wydanie i promocję. Pierwsze wydawnictwo, które się do mnie odezwało, zaproponowało, bym pokryła koszty wydania… Oczywiście się na to nie zgodziłam, ale okazało się nagle, że nie ma tylko jednego sposobu na opublikowanie tekstu.

Trzy drogi wydania książki

Jako debiutant, możesz starać się o opublikowanie książki w wydawnictwie tradycyjnym, które zainwestuje w Ciebie pieniądze i wykreuje w większej lub mniejszej mierze Twoją literacką karierę. To chyba marzenie każdego debiutanta, ale udaje się to naprawdę nielicznym. Bo debiutantom brakuje cierpliwości, siły przebicia oraz znajomości w branży. Nie wiedzą, jak się zaprezentować, by wydawca w ogóle wziął ich tekst pod uwagę. Do kogo dotrzeć, by redaktor, który ma na swoim biurku oraz w skrzynce mailowej setki tekstów, poświęcił im chwilę swojego cennego czasu. Niewielkiemu pierwiastkowi autorów udaje się jednak zadebiutować właśnie w ten sposób, dzięki determinacji. Własnej albo agenta literackiego, z którym zaczęli współpracę. (Taki na ten przykład Remigiusz Mróz).

Plusy i minusy wydania książki w wydawnictwie tradycyjnym

Nie musisz wkładać grubych tysięcy złotych w wydanie swojej książki oraz jej promocję. Tym zajmuje się wydawca, jednak wówczas licz się z tym, że Twoje honorarium może oscylować wokół 1 zł z jednego sprzedanego egzemplarza książki. Pocieszające, iż wydawnictwo tradycyjne nie zainwestowałoby w Ciebie, gdyby nie nosiło się z zamiarem wydrukowania kilkutysięcznego pierwszego nakładu Twojej książki. Niestety, bywa tak, że na odpowiedź od wydawcy możesz czekać miesiącami lub latami, a bywa, że i tak nie dostaniesz odpowiedzi zwrotnej. Kiedy jednak znajdziesz się w gronie wybrańców, podstawioną przez wydawcę umowę koniecznie skonsultuj z zaufaną osobą (sugeruję prawnika). Nie daj się złapać w pułapkę o tym, że wydawnictwo ma pierwszeństwo wydania każdego kolejnego Twojego tekstu! Z jednej strony może to być wygodne, ale z drugiej uniemożliwia Ci spróbowanie sił w innym domu wydawniczym. Zastanów się też, czy nie przeszkadza Ci nadmierna ingerencja wydawnictwa w Twój tekst. Praca redaktorska w takich wydawnictwach potrafi być bardziej twórcza niż odtwórcza. Reasumując:

+ brak inwestycji własnej w wydanie,
+ beztroski proces wydawniczy,
+ dobra promocja książki,

– długi czas oczekiwania na odpowiedź wydawcy,
– brak wpływu na finalny wygląd Twojej książki (zarówno wewnątrz – tekst, jak i na zewnątrz – okładka),
– niebezpieczne kruczki prawne.

Plusy i minusy samodzielnego wydania książki (self-publishing)

Ostatnio w ręce wpadła mi karykatura książki, taka broszurka w zasadzie. Redakcja paskudna, zdjęcia okropne, sama z siebie nigdy bym tej książki nie tknęła… Dla mnie był to przykład idealnego wtopienia mnóstwa pieniędzy oraz zmarnowania czasu. Uważam, że jeśli chcesz stać się self-publisherem, powinieneś najpierw odpowiednio się wykształcić. Nie wystarczy, że sam zatrudnisz redaktora, korektora, łamacza, grafika i znajdziesz odpowiednią drukarnię. Sam musisz nauczyć się redakcji i korekty, by wiedzieć, że osoby, którym powierzasz te zadania, wywiązują się ze swoich obowiązków. Najlepiej zaopatrzyć się w lekturę Edycji tekstów Adama Wolańskiego i przez kilka miesięcy uważnie studiować zalecenia autora albo chodzić na zajęcia z filologii polskiej na specjalności wydawniczej. Grafik zaś, którego wybieramy, powinien umieć połączyć swoje artystyczne umiejętności ze sztuką użytkową i przygotować okładkę tak, by miała szanse na odniesienie komercyjnego sukcesu… O ile zależy nam w ogóle na sprzedaży, bo tym też musimy się zająć. Jeśli nie masz zbudowanej własnej dużej społeczności, po prostu leżysz i kwiczysz, bo wejście do dużej hurtowni z ogólnokrajowym zasięgiem praktycznie z ulicy, graniczy z cudem. Nie mówię, że cuda się nie zdarzają, ale bywa cholernie ciężko.

+ decydujesz o wszystkim, co dzieje się z Twoją książką, zarówno na etapie przed wydaniem, jak i po,
+ masz dokładnie takie zyski, jakie wypracujesz,
+ cenne życiowe doświadczenie w nowej dziedzinie,

– brak zaplecza magazynowego, hurtowego i administracyjnego,
– zamiast autora – stajesz się wydawcą, sprzedawcą i księgowym,
– w przypadku braku wiedzy oraz kilkutysięcznej społeczności – wtopa finansowa.

Plusy i minusy publikacji w wydawnictwie usługowym

Wydawnictwo usługowe, często nazywane wydawnictwem typu vanity (od próżności, bo podobno w takich firmach żeruje się na podbudowywaniu ego autorów, którzy chcą płacić, by tylko stać się autorami), łączy elementy wydawnictwa tradycyjnego i self-publishingu. Część osób nie traktuje takich wydawców poważnie. Nie dziwi mnie to, na palcach jednej ręki mogę wskazać wartościowe firmy wydawnicze, działające w ten sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli zainwestujesz w wydanie swojej książki, zostanie ona wydana tak, jak chcesz, o ile się do tego przyłożysz i jasno wyłożysz swoje oczekiwania wydawcy. Do tego nie będziesz musiał magazynować swojego nakładu we własnym domu/garażu/piwnicy, ktoś z wydawnictwa rozliczy Twoje przychody ze sprzedaży w hurtowniach (uważaj, nie wszystkie wydawnictwa usługowe prowadzą dystrybucję w księgarniach stacjonarnych!), a jeśli masz fajną książkę, zależy Ci na byciu pisarzem i pragniesz działać, to pomogą Ci nawet w promocji (też nie wszystkie, ale są tacy). Ale nie oczekuj w tej ostatniej działce za dużo. Taki wydawca to wydawca, więc jest od wydawania. A promocją zajmują się agencje marketingowe albo agenci. To do nich powinieneś się zwrócić, jeśli już Cię stać.

+ masz ogromny wpływ na proces wydawniczy,
+ Twoje honorarium często wynosi nawet 75% ze sprzedaży jednego egzemplarza (nawet 15 zł!),
+ nie przejmujesz się dystrybucją, rozliczeniami i magazynowaniem,

– wybór wartościowej firmy wydawniczej jest trudny,
– nie każda firma zajmuje się promocją,
– musisz zapłacić za wydanie swojej książki.

Niebezpieczeństwo tkwi w szczegółach, o których nawet nie masz pojęcia

Moim zdaniem, jeśli jesteś niezadowolona ze sposobu, w jaki potraktowało Cię wydawnictwo, sama jesteś sobie winna. Bo nie wiedziałaś, na co zwrócić uwagę, niedoświadczona na polu bitwy, którym jest branża wydawniczo-księgarska. Zapamiętaj więc sobie jedno: nie działaj od początku do końca sama. Konsultuj się ze swoim partnerem życiowym, przyjaciółmi, prawnikiem, agentem literackim, koleżankami z branży… Jeśli jeszcze takich nie masz, tu je poznasz:

 

 

Wydanie książki to nie jest pstryknięcie palcami. Wydawało Ci się, że skoro napisałaś tekst, to najcięższa praca już została wykonana? Droga do wydania i współpraca z wydawcą jest jeszcze męcząca, ale promocja… Och! Jeżdżąc po spotkaniach autorskich, udzielając wywiadów i uczestnicząc w targach, nieraz zdarzy Ci się zatęsknić za siedzeniem przy biurku i tworzeniem kolejnych stron… Choć nie ukrywam, że dla mnie promocja jest tak samo wspaniała jak tworzenie literatury… No cóż. O tym może następnym razem.

Bardzo dziękuję autorce bloga Świadomość Życia za inspirację do napisania tej notki. A raczej za kopa w dupę, bo chciałam ten temat poruszyć już sto lat temu… Całą resztę moich wspaniałych Czytelników zapraszam do podzielenia się swoimi doświadczeniami. Możecie też zadawać pytania, w komentarzach albo pisząc na fabrykadygresji@gmail.com

Życzę Wam cierpliwości, energii i determinacji do spełniania własnych marzeń!

Wasza

Emilia

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku

Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika

Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko

Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi

Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Miewam momenty, gdy marzę o dożywotnim L4 albo byciu już w tym punkcie, kiedy jestem freelancerem. Potem mi się przypomina, że mam rewelacyjną pracę, która na ogół nie doprowadza mnie do szału, a przynosi mnóstwo satysfakcji. Jest jednak bardzo trudna i wymaga nieustannego zaangażowania, sporadycznie nawet w środku nocy… I jak w takich warunkach napisać notkę na bloga, a co dopiero drugą książkę?!

Poniżej 5 wskazówek, jak znaleźć czas na pisanie, kiedy jesteś w podobnej sytuacji do mnie, czyli pracujesz na etat i zależy Ci, by rozwijać się zawodowo. Niezależnie od tego, co musisz napisać (posty na zapas, pracę magisterską czy książkę), najważniejsza jest…

1. Świadomość zakończenia dzieła.

john irving

John Irving, źródło: http://cdn.prod.elseone.nl

Nie są to moje słowa, tylko kogoś o wiele mądrzejszego. Mój mistrz, John Irving, w Świecie według Garpa zawiera wiele cennych porad dla pisarzy, dlatego polecam Wam z całego serca tę książkę. To istna skarbnica wiedzy o tworzeniu literatury. Powinna być biblią każdego pisarza. Sami zobaczcie.

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że „człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie”. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Przypomnij sobie ostatnią rzecz, którą ukończyłeś, to rewelacyjne uczucie, będące satysfakcją z wykonanej pracy! Z napisaniem utworu może być podobnie. Warto, byś od początku miał przed oczyma zakończenie, by wiedzieć, do czego zmierzasz.

Jeśli cechuje Cię słomiany zapał i tak naprawdę nigdy jeszcze niczego nie skończyłeś, masz pod górkę. Nie masz czego sobie przypominać. Na szczęście, jako pisarz, powinieneś mieć fantazję, więc wyobraź sobie po prostu, że stawiasz ostatnie słowo, a po nim kropkę. To jeden z najlepszych momentów Twojego życia, obiecuję Ci to.

Niestety, nawet Ci z nas, którzy mają niesamowicie bujną wyobraźnię, czasem miewają problemy z wyobrażeniem sobie tak prozaicznych momentów. Dlatego warto powiedzieć sobie, że nawet słonia można zjeść po kawałeczku. I w ten sposób przejść do punktu drugiego.

2. Zaplanuj swój tekst!

Wstęp, rozwinięcie i zakończenie to dobre na początek. Zrób ramowy plan swojego nowego postu. O czym chcesz opowiedzieć czytelnikowi? Jakie argumenty powinieneś zawrzeć w swojej pracy? Jak rozpoczęła się przygoda głównego bohatera Twojej powieści? I każdego innego? Jak rozwinęła i w jaki sposób kończy? Napisz to. Długopisem. Na kartce. A potem wykreślaj. Zrobiłam tak w przypadku mojej pierwszej książki, Piromanów. Napisałam ją w trzy miesiące! Dlatego polecam właśnie takie rozwiązanie i gwarantuję skuteczność.

Jak zrobić perfekcyjny plan? Postaram się Wam wyjaśnić to za tydzień…

Ale plan, nawet najlepszy, sam się nie zrealizuje. Dodatkowo zatem, co może Cię zadziwi, zrealizuj krok trzeci, czyli…

3. Popadnij w uzależnienie!

William S Burroughs

William S. Burroughs, źródło: https://codepen.io/YolandaKok/pen/jALbBB

Siła nawyku to nie przelewki. Palę papierosy, więc znam się na rzeczy. Rzygam już nikotyną, nie jest mi do niczego potrzebna. Ale są pewne sytuacje, kiedy mój mózg łaknie zapalenia papierosa, bo jest przyzwyczajony do wykonywania tej czynności. Pamiętaj: mózg jest leniwy. Kiedy raz go zaprogramujesz, będzie dążył do tego, żeby powtarzać wyuczoną czynność, bo nie jest miłośnikiem zmian. Dlatego najtrudniej zacząć, a potem już jakoś leci.

Kiedy zatem dysponujesz już planem, ustal czas na pisanie. W doskonałym scenariuszu byłaby to minimum godzina każdego dnia. (Serio, godzina to minimum, ja wiem, że inni piszą, wystarczy chociaż 15 minut, ale co zrobisz przez te żałosne 15 minut? Czasem dłużej koncentrujesz się na postawieniu klocka w kiblu, a co dopiero na napisaniu dobrego fragmentu)!

Nie znam Twojego grafiku, więc nie mam pojęcia, jak wyglądają Twoje popołudnia. Pewnie przychodzisz styrany z pracy, wpieprzasz obiad i marzysz o drzemce, ale w sumie jest już ciemno, więc lądujesz w wyrze, oglądając Netflixa. I tyle pożytku z tego dnia powszedniego. Skwituję to krótko: nędza. Kto chce wygrywać, ten nie może spać! Obudź się zatem. Wiem, że się nie chce. Tylko właśnie wtedy, kiedy tak bardzo masz wszystkiego dosyć, zadaj sobie pytanie: czy nie lepiej zadbać o to, by wszystkiego się chciało? Przecież będąc uznanym pisarzem, możesz sobie pozwolić na o wiele więcej niż wówczas, gdy wciąż będziesz harował na etacie. A od czegoś trzeba zacząć, więc rusz dupsko.

Wiesz, kiedy mnie się najlepiej pisze?
Wracam z pracy, jem obiad i zamiast drzemać (choć bardzo mi się chce, naprawdę!), oglądam sobie YouTube albo jeden odcinek jakiegoś serialu. Albo czytam książkę. Czekam, aż mi się wszystko ułoży w żołądku i po dwóch godzinach wykonuję aktywność fizyczną. Albo idę potruchtać, albo robię pilates. I potem jestem wręcz przeładowana energetycznie, więc łatwiej mi znowu zabrać się do pracy. Sadzam więc poślady przed laptopem i trzaskam, ile mogę. Ile konkretnie?

No właśnie.

4. Wiedz, kiedy przestać.

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Choć najlepiej nie przestawaj. Jeśli już Ci dobrze idzie, nie zatrzymuj się. Od jednej zarwanej nocki jeszcze nikt nie umarł. Odejdź od edytora tekstu dopiero, kiedy ukończysz wyznaczony sobie wcześniej poziom. To może być jeden punkt z Twojego planu zdarzeń, albo półtora (niektórzy, np. Stephen King w swoim Pamiętniku rzemieślnika, uważają, że lepiej kończyć pisanie w punkcie, w którym wciąż mamy flow i łatwo będzie nam ruszyć dalej). To może być 10 stron. Albo 10 000 znaków ze spacjami. Wyznacz sobie limit, który musisz bezwarunkowo spełnić, by móc z czystym sumieniem umyć się i położyć do spania. Niech nie będzie to czas spędzony przed kompem, bardzo Cię proszę! Wiemy, jak bardzo bywa bezproduktywny, więc niech będzie to coś namacalnego, ok? Obiecasz? Nie mnie, bądźmy poważni. Obiecaj sobie z przyszłości! Tej wspaniałej, pracowitej osobie, która wykonała ogromną pracę i została za to nagrodzona w postaci pięknie wydanej, sprzedającej się, bardzo dobrej książki.

Już?

Super, to teraz powiedz o tym innym.

5. Sprawdź, jak bardzo zależy na Tobie bliskim.

Nie musisz od razu kazać im wypieprzać z Twojego życia, co to, to nie. Ale uświadom ich, że od godziny tej jesteś po prostu niedostępny. Nie ma Cię. Przechodzisz do innego wymiaru, skąd nie ma powrotu do następnego dnia. Nie jesteś stworzony po to, by być na zawołanie innych ludzi w każdym momencie Twojego życia. Nawet, jeśli chodzi o Twojego męża/narzeczonego/konkubenta/kochanka/chłopaka, na widok którego masz kisiel w majtkach. Nawet, jeśli chodzi o Twoją matkę czy dziecko. Twoim świętym obowiązkiem wobec siebie jest rozwój.

I uwierz mi, choć ludzie wokół Ciebie będą narzekać, psioczyć na Ciebie, mówić, że Ci już na nich najwyraźniej nie zależy, albo że jesteś egoistą… To prawdziwym szacunkiem obdarzą Ci wtedy, gdy skończysz to, co zacząłeś. I wówczas poznasz, kto kocha Cię najbardziej.

 

A na koniec powiem Ci, że oczywiście na czas pisania wyłączasz telefon i Internet. Jeśli czegoś nie wiesz, zostawiasz lukę w zdaniu albo cały akapit. Dodajesz notatkę: sprawdzić podczas pierwszej redakcji. Inaczej nigdy nie skończysz. Rozumiesz? Internet to Twój największy wróg.

I fajnie byłoby też, gdybyś nie podjadał w trakcie pisania, za to pił dużo płynów. Ale wiem, marzenia ściętej głowy, i te pe.

Nie wiem, jak Ty, ale ja w 2018 chcę mieć na koncie już drugą wydaną książkę, więc bierz się do roboty.

Twoja

Emilia

Jeśli podobał Ci się wpis, zapraszam do wyrażenia opinii. W komentarzu albo na Facebooku:

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Od kiedy przestałam brać do recenzji każde byle gówno, pierwszy lepszy wyrzyg quasi-literacki, który na nieszczęście otrzymał numer ISBN, musiałam zacząć się tłumaczyć. Krótkie nie jestem zainteresowana nie wszystkim wystarczyło. Pisanie, że nie mam czasu, też nie satysfakcjonowało niektórych osób, którym wyjątkowo zależało, bym zaopiniowała ich utwór. Nie rozumiem dlaczego. Moje zasięgi nawet nie smucą, tylko śmieszą, ewentualnie budzą politowanie. Może chodzi o to, że niektórzy po prostu nie lubią, kiedy im się odmawia? Postanowiłam zatem tego nie robić, tylko podać stawkę. I wtedy dowiedziałam się, że zajmuję się prostytucją.

Wiecie, dlaczego prowadzę Fabrykę dygresji?

Ponieważ jestem przekonana, że mam więcej do napisania, niż powiedzenia. Jestem świadoma, że moje teksty nie zainteresują całej rzeszy odbiorców, tylko wybraną grupę, ludzi podobnych do mnie. Czyli ludzi przeważnie urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, rozmiłowanych w literaturze i często rozmyślających o swoich relacjach z otoczeniem. To, co piszę, ma więc prezentować takie treści, które sama chętnie bym przeczytała, bo nie chcę sprawić zawodu osobom, które odwiedzają mój blog.

Dlatego się przykładam.

Nie piszę o tym, co chciałabym sobie kupić, bo pierdolę konsumpcjonizm już od 2013. Uważam, że komercjalizm to piekielna machina, służąca do tego, by człowiek zapomniał o tym, że ma umysł i duszę. Ale nie potępiam osób, które lubią otaczać się ładnymi rzeczami, bo każdy ma potrzeby estetyczne i powinien zaspokajać je tak, jak najlepiej potrafi. Czasem dlatego muszę przeczytać tekst, który stworzyłam z pięć razy, by zastanowić się, czy moimi poglądami nikogo nie skrzywdzę. Bo słowa bolą bardziej.

Czytam dużo książek i chcę polecać te najlepsze, czyli napisane świetnym piórem i przekazujące istotne wartości. Zatem w trakcie lektury zaznaczam cytaty, robię notatki, a później próbuję zebrać moje wrażenia w zwięzły post, bo szanuję również czas gościa na mojej www.

Robię to, bo kocham pisać i czuję misję czynienia świata mądrzejszym.

Nie dlatego, że chcę wyłudzać hajs.

Ale kiedy ktoś ma interes w tym, bym przeczytała jego książkę, na co sama nigdy bym nie wpadła, bo mam inne zamiłowania literackie, bym poświęciła swój czas na wnikliwą analizę utworu, a później napisała tekst na ten temat, nie prosi o przysługę, tylko o usługę. A ja, jako osoba pracująca na etat, pochłonięta pisaniem własnej książki, tworzeniem treści na blog oraz media społecznościowe, a przy okazji chcąca raz na jakiś czas spotkać się z inną istotą człowieczą, mogę zdecydować, czy

a) zrecenzuję (bo dawno chciałam przeczytać proponowaną książkę, więc przyjmę egzemplarz z pocałowaniem ręki, choć jego wartość – te niby 40 zł w barterze za godziny spędzone na lekturze to śmiech na sali) w zamian za satysfakcję w trakcie czytania,

b) nie zrecenzuję,

c) zrecenzuję (nie wiadomo, czy pozytywnie) za odpowiednie wynagrodzenie.

Nie prowadzę bloga w celach zarobkowych.

To, że przyjmuję pieniądze za recenzję nie znaczy, że recenzja jest pozytywna. Nie sprzedaję ani siebie, ani swojej opinii, tylko szanuję mój czas oraz sztukę słowa pisanego.

Chciałabym, by więcej blogerów wychodziło z tego założenia. By nie zaniżało wartości blogosfery, zamieszczając podsyłane przez wydawnictwa informacje prasowe albo opiniując książkę w kilku pustych zdaniach, bo jarają się egzemplarzem książki, którą postawią raz na półce i później o niej zapomną. By wydawcy i autorzy przestali się łudzić, że blogerzy to banda nerdów, która ślini się, kiedy machnie im się byle jaką książką przed oczami.

Pisanie to trudne rzemiosło, zwłaszcza w czasach, kiedy vlogerzy wygryzają blogerów, bo ich przekaz jest łatwiejszy. Niełatwo napisać tak, by skłonić kogoś do lektury. Trzeba mieć pewne umiejętności, solidny wręcz warsztat, by skutecznie przekazać swoje myśli i nakłonić kogoś do sięgnięcia po lekturę, o której akurat piszemy. To nie jest jakieś pitu-pitu, tere-fere. To harówa. Przyjemna, ale harówa.

Zatem kiedy ktoś mi pisze, że z zasady jest przeciwny umieszczania płatnych recenzji gdziekolwiek, bo to sprzeczne z jego moralnością, mam ochotę strzelić mu w ryj, ale tylko przez ułamek sekundy, bo potem przychodzi politowanie. Osoba ta nie wie, w jakich czasach żyje, zatem jest odrealniona. Współczuć jej należy, po prostu.

A jakie jest Wasze zdanie? Recenzujecie za friko albo jedynie za egzemplarz od wydawnictwa tudzież autora? Jaki jest Wasz stosunek do pisania za wynagrodzenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Jeśli zaś to, co napisałam, jakoś tam do Was przemawia, dajcie łapkę na Facebooku. Polubcie Fabrykę dygresji, bo to w 99,9 na 100 przypadków moja jedyna zapłata za kontent, który staram się dla Was jak najlepiej przygotować.

Bohater prawdziwy, cz. 6., ostatnia – Wprowadzenie postaci, czyli jak szybko spieprzyć całą powieść i odstraszyć czytelnika

Bohater prawdziwy, cz. 6., ostatnia – Wprowadzenie postaci, czyli jak szybko spieprzyć całą powieść i odstraszyć czytelnika

Nadeszła wiekopomna chwila. Zakończenie cyklu Bohater prawdziwy. Dziś odsłona szósta, ostatnia. Tym samym najważniejsza, od której być może powinnam zacząć, ale wierzę, że dzięki wcześniejszym postom z serii o Bohaterze prawdziwym zrozumiecie w pełni, co chcę Wam dzisiaj przekazać.

Czyli to, że bardzo łatwo możecie spierdolić swój tekst, jeśli zapomnicie o czytelniku.

Akcja książki nabiera rozpędu, kiedy wprowadzacie kolejnego bohatera. Gorąco apeluję, byście z każdej swojej postaci uczynili bohatera prawdziwego. Pełnowymiarową postać, która pozostanie w pamięci czytelnika na bardzo długi czas.

To, w jakich okolicznościach przedstawicie bohatera odbiorcy swojego tekstu, jest niezwykle istotne.

Kojarzycie serial Stranger Things? Mamy tam wzorowy przykład tego, jak scenografia wpływa na odbiór postaci przez widza, ale podświadomie. Zwróćcie uwagę na to, że depresja aktorki granej przez Winonę Ryder podkreślana jest przez mdłe, duszące aż, brudnożółte światło. Zaś im straszniejsze wydarzenia mają miejsce w przebiegu akcji, tym więcej cieni i ciemności w kolejnych odcinkach. Jaka lekcja z tego płynie?

Skuteczniej zadziałasz na psychikę czytelnika, nie będąc dosłownym. Nie musisz pisać, że Twój bohater choruje na depresję. Wystarczy, że opiszesz pokrywające się pleśnią naczynia w zlewozmywaku i fakt, iż postać nie pamięta, kiedy uśmiechnęła się po raz ostatni, co w zasadzie jest dla niej bez znaczenia. Wykorzystaj opis wnętrza lub zewnętrznej aury, by umiejętnie wprowadzić bohatera.

W kwestii jego imienia, nazwiska bądź pseudonimu

nie mam dla Ciebie żadnej wskazówki.

To żart. W kwestii pisania zawsze mam coś do powiedzenia.

Postawiłabym na coś, co łatwo zapadnie w pamięć. Nazwisko Scalinmandagoofer jest dosyć trudne do przeczytania, więc zupełnie nie wiem, jak czytelnik miałby je zapamiętać. Chyba że byłaby to ważna postać. Zobacz! Jeśli sporządzisz ciekawy rys charakterologiczny i nie schrzanisz trywialnym pisaniem swojej postaci, przestanie być istotne to, jak się nazywa, więc nie ma co tracić kolejnych godzin na wymyślanie pięknego imienia i nazwiska. Można przez całą książkę pisać o jakimś bohaterze per X i dopiero na etapie redakcji nadać mu mniej lub bardziej adekwatne pseudo.

Z kolei warto się zastanowić nad tym, by

wyeksponować przy wprowadzeniu postaci coś, co będzie się nam z nią nieodmiennie kojarzyć do końca książki.

Albo uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej bohatera prawdziwego, która zostanie ujawniona dopiero na koniec konkretnego wątku.

Wymyśliłam kiedyś, że główna bohaterka powieści, nad jaką aktualnie pracuję, zanim natknie się przypadkiem w mieście na swojego przyszłego ukochanego, będzie miała do czynienia z jagodami. Zatem kiedy znajdzie się w sklepie, kupując między innymi konfiturę jagodową, prędzej czy później zza którejś półki wyskoczy właśnie on. Później spotka się z nim w klubie Blueberry, a ich pierwszy raz być może odbędzie się w lesie, pośród jagodowych krzewów… Choć lepiej nie, z uwagi na kleszcze. No cóż, trzeba być nie tylko finezyjnym, ale i przede wszystkim praktycznym, jeśli chodzi o tworzenie prozy.

Największym grzechem u młodych lub starych, ale po prostu niezbyt zdolnych twórców,

jest banalne wprowadzanie postaci. Wysilcie się, zaklinam Was! Wymyślcie coś oryginalnego, to nie boli, a satysfakcjonuje. Nie musicie opisywać postaci od razu od twarzy, zwróćcie uwagę na jej ubrudzone buty albo wykwintną poszetkę. Przedstawcie ją czytelnikowi w dziwnej sytuacji. Niechże się tłumaczy z tego, że wyskakuje przez okno w stroju królika albo rzuca zgniłymi jajami w szybę auta. Czy to jest takie trudne?

Tymczasem, XXI wiek, polska literatura popularna:

Moja przyjaciółka, sprawczyni dzisiejszego wypadu, wisiała właśnie na szyi jakiegoś blondyna, wyglądającego na dwadzieścia trzy lata. 

(Jak można wyglądać na dokładnie 23 lata?! Dlaczego nie 22 albo 24?!Co to za różnica)?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Michalinie z pewnością to nie przeszkadzało.

(Co miało jej nie przeszkadzać? Uśmiech kumpelki? Albo że ona wisi komuś cielskiem na szyi i przyprawia go o ból kręgosłupa czy wiek młodziana? Jeśli tak, to ile sprawczyni dzisiejszego wypadu miała lat? O kim jest ten akapit, do cholery)?!

Mimo iż zawsze byłam bardziej przebojowa

(znowu oderwanie uwagi od wprowadzanej postaci, skupienie na głównej bohaterce, fuj, w dodatku na cholerę ta bezpośredniość, fuj, fuj!),

to jednak ona stanowiła uosobienie męskich pragnień – niewysoka blondynka, z zadartym, małym nosem i niewinnymi niebieskimi oczami budziła w mężczyznach opiekuńcze instynkty.

Cóż za ohydny, banalny, powierzchowny wpis. Paulino Świst, autorko Prokuratora, prawniczką to Ty może jesteś, ale dobrą pisarką długo jeszcze nie. Nie martw się jednak, wszak i o wiele sławniejsze niż Ty, polskie autorki, również tak powierzchownie traktują swoich bohaterów.

Młody, pewnie dwudziestoletni mężczyzna wszedł do małego pokoiku, uginając się pod ciężką adamaszkową kołdrą i ogromną puchową poduchą. […] Bogusia zaśmiała się, patrząc z sympatią na chłopaka, bo od pierwszego wejrzenia wzbudzał przyjazne uczucia: jasne włosy, grzywka opadająca na orzechowe oczy, dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechał. Stanowczo dało się go lubić.

Pozdrowienia dla Katarzyny Michalak i jej Sklepiku z niespodzianką.

Nie piszcie tak! Błagam Was! Na twarzy nie ma tylko oczu, ust i nosa! Włosy pozytywnych postaci nie muszą być jasne!

Weźmy zatem głębszy oddech i podelektujmy się fragmentem prozy mojego mistrza, wybitnego amerykańskiego powieściopisarza, Johna Irvinga.

Młody Kanadyjczyk, który nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, za długo się wahał. Jego stopy znieruchomiały na chwilę na kłodach dryfujących w dorzeczu powyżej zakrętu rzeki; zanim ktokolwiek zdążył chwycić jego wyciągniętą dłoń, znalazł się pod wodą. Jeden z drwali, próbując złapać długie włosy chłopaka, zanurzył rękę w lodowatej wodzie, gęstej prawie jak zupa. […] Chłopiec, znany jako Angel Pope z Toronto, zniknął bez śladu. 

I tyle go widzieli w Ostatniej Nocy w Twisted River. Ale bach! Od razu akcja, coś się dzieje! Młody chłopak, Kanadyjczyk, topi się! Ratunku! Kto złapie jego długie włosy? Kto uratuje biednego Angela Pope? Dlaczego, dlaczego przydarza mu się taka tragedia na samym początku książki? O co tu chodzi?!

Nie wiadomo. Ale żeby się dowiedzieć, będziemy czytać dalej. Tak się właśnie zaczynają najlepsze książki. Nie tylko amerykańskie. Sprawdźmy nasze rodzime podwórko.

Pierwsza książka, którą mam obok siebie, to Powidoki Piotra Strzeżysza. Nie powieść. Raczej szereg pocztówek literackich z długiej drogi. Ale i piękne, nasycone mnóstwem uczuć, choć oszczędne w słowach, epickie dzieło.

Geoff był nowy. […] Był to około pięćdziesięcioletni mężczyzna, bardzo szczupły, z dwiema rzadkimi kępkami siwych włosów i wielkimi, opadającymi na czubek nosa okularami. Siedział na wózku, mocno przechylony i przysypiał, albo tylko zdawał się przysypiać. Trudno było to dostrzec lub odgadnąć, bowiem szkła jego okularów pokrywała drobna siateczka, nadająca mu wygląd wielkiego owada […]. W lewej dłoni, czy też w dwóch sprawnych palcach, próbował utrzymać kubek z kawą, której wąska strużka ściekała po aluminiowej ściance na oparcie wózka.

Tak właśnie narrator poznaje mężczyznę, który później stanie się jednym z jego przyjaciół. Skojarzenie z owadem bardzo działa na wyobraźnię, prawda? Zmarszczki, siwe włosy, wózek inwalidzki, a ostatecznie niezdolność starego człowieka do utrzymania w ręce kubka z kawą. To przecież taka prozaiczna czynność. Wykonujemy ją kilka razy dziennie. W ogóle się nad nią nie zastanawiamy. I nagle Piotr Strzeżysz ukazuje niezwykłość swojego spotkania nie tylko ze starszą osobą, ale po prostu ze starością, za pomocą tak banalnego atrybutu, jakim jest kubek. Szok i niedowierzanie. Oraz wielki, wielki talent.

Chcesz stworzyć bohatera prawdziwego?

Obracaj się w środowisku ludzi prawdziwych, nie wydmuszek. Podpatruj ich codzienność. Odnajduj niezwykłość w prozaicznych zjawiskach. Wyszukuj cudownych rzeczy pośród szarej codzienności. Zapisuj. Czytaj jak najwięcej. I powracaj do notek o bohaterze prawdziwym. To cała moja wiedza na ten temat i mam nadzieję, że do czegoś Ci się przyda. Żywię nadzieję, że nasze kolejne książki – moje i Wasze – będą napisane dobrze i z wielkim szacunkiem do Czytelnika. To jest najważniejsze.

Podobał Ci się wpis? Nie zapomnij o uzupełnieniu kart pracy, które otrzymasz po zapisaniu się na newsletter. Będzie mi bardzo miło, jeśli wypowiedz się na temat cyklu Bohater prawdziwy. Czy chcesz więcej tego typu wpisów? Czy uważasz, że poszło mi nieźle? Może jednak tragicznie? Jeśli to pierwsze, zostaw lajka na Facebooku Fabryki dygresji i bądźmy w kontakcie! Jeśli to drugie, nie omieszkaj zamieścić swojej druzgoczącej opinii w komentarzu. Czekam z niecierpliwością!

Bohater prawdziwy, cz. 5 – Teraźniejszość postaci, czyli przechodzimy do trzeciego wymiaru

Bohater prawdziwy, cz. 5 – Teraźniejszość postaci, czyli przechodzimy do trzeciego wymiaru

Wszystkie informacje, które do tej pory zebrałeś na temat swojego bohatera prawdziwego, mogłeś po prostu spisać na kartce papieru. Było łatwo— siedziałeś przy biurku albo na łóżku i to, co przyszło Ci do głowy, po prostu notowałeś. Nie przeczę, że w ten sposób możesz zbudować bardzo dobrą postać, ale wklepując kolejne znaki do edytora tekstu czy, jeśli jesteś bardziej retro, wcierając tusz z długopisu w kolejne karteluszki, nie sprawisz, że Twoja postać ożyje.

Bohatera prawdziwego możesz zbudować tylko wtedy, kiedy ruszysz dupę, wyjdziesz z domu i zaczniesz myśleć oraz robić to, co on.

Wyrwij jego duszę z kartki i włóż w swoje ciało. Zacznij z nim żyć.

Sprawdź, jak wygląda dzień powszedni z życia Twojej postaci i postaraj się go przeżyć. Wnioski oczywiście zapisz w odpowiednim notesie bądź pliku, a wieczorem zajrzyj do arkusza ćwiczeniowego, który dla Ciebie przygotowałam.* Czy będziesz w stanie teraz odpowiedzieć na pytania ze stron 9-10?

Mój bohater prawdziwy jest studentką. Ponieważ akcja książki toczy się głównie w zimie, trudno jest jej się zwlec z łóżka na wczesne zajęcia. Mieszka w akademiku, daleko od domu, sama w pokoju, którego ściany ozdobione są wycinkami z prasy psychologicznej i literackiej. Dokucza jej zimno za oknem i samotność. Tęskni za swoim psem, który czeka na nią do wielu miesięcy w domu rodzinnym, ale z pozostałą częścią rodziny akurat nie bardzo chce jej się widzieć.

Przed zjedzeniem pełnoziarnistych naleśników odbywa szczegółową toaletę. Przynajmniej pół godziny spędza przy lustrze, by mieć idealny makijaż. Myśli wtedy o siłowni, na którą powinna wyprawić się popołudniu, o ile będzie w stanie, bo zajęcia na jej wydziale zapewne sprawią, że wszystkiego jej się odechce. Zamiast tego może obejrzy mecz tenisa z Lidią, najlepszą przyjaciółką, albo wspólnie z resztą paczki wybiorą się na ten marsz wsparcia dla Ukraińców. W radiu, które włączyła, właśnie trąbią znów na temat Majdanu…

Skup się. O czym Ty myślisz, idąc do pracy albo szkoły? Jakie są Twoje codziennie zwyczaje i w co zazwyczaj się ubierasz? Co słyszysz dookoła siebie, jadąc tramwajem bądź włączywszy radio samochodowe? Jaki jest do tego Twój stosunek?

Czy wchodząc do biura, jesteś spokojny, bo świetnie przygotowałeś się do kolejnego dnia, czy denerwujesz się, bo o czymś zapomniałeś? Na przykład o… zmówieniu modlitwy?

Jeśli Ty dużo myślisz z rana, to czy Twój bohater prawdziwy również?

Czy jeśli Ty, czekając na przystanku, analizujesz, dokąd spieszą się mijający Cię przechodnie i co wynika z ich grymasów twarzy, to czy Twój bohater prawdziwy ma w ogóle ochotę na takie zabawy?

Wynotuj swoje obserwacje dnia codziennego i zastanów się, czy Twoja postać zobaczyłaby, usłyszała, poczuła to samo. Dokonaj analizy i spróbuj opisać ten dzień w narracji pierwszoosobowej z perspektywy postaci. Później zaś – trzecioosobowej. Wtedy zobaczysz, która narracja bardziej pasuje do konceptu Twojej powieści. Nie ma co się zastanawiać, wystarczy sprawdzić i przetestować, które rozwiązanie jest dla Ciebie— i dla Twojego bohatera prawdziwego — najlepsze.

Jeśli dalej masz problem, podziel życie na sfery.

Praca i edukacja, hobby i czas wolny, dieta, duchowość…

Pamiętaj, by nie mówić o cechach i upodobaniach bohatera prawdziwego, tylko je przedstawiać.

Na czym polega różnica?

Nie musisz rozwodzić się nad tym, jak wielkim Twój bohater jest ateistą. Wystarczy, że na jego półce z książkami znajdzie się choćby Bóg urojony Richarda Dawkinsa, w niedzielę nie pobiegnie do kościoła, a swojej złamanej nogi nie będzie tłumaczyć karmą. Chociaż, co ja wiem, zupełnie nie znam się na ateizmie…

Inny przykład. Kiedy Twój bohater jest wkurzony, nie pisz, że jest wkurzony. Niech zmarszczy brwi, zazgrzyta zębami, zbije talerz, przeklnie i krzyknie. Jeśli jest weganinem, nie pisz, że jest weganinem. Po prostu nie zamęczaj czytelnika długimi akapitami na temat jego diety. O ile jego dieta jest istotna dla fabuły, możesz wspomnieć krótko, że na śniadanie zjadł zieleninę, której jest ogromnym miłośnikiem. Tudzież wyznawcą. Jedzenie też może być religią.

I ostatnia rada.

Jedyną osobą ważniejszą od Twojego bohatera prawdziwego jest Twój przyszły czytelnik.

Jeśli chcesz być czytanym i mieć szanse na odniesienie komercyjnego sukcesu, zapomnij o sobie. Myśl o tych, którzy ściągną z półki księgarskiej Twoją książkę, bo będą chcieli poznać fascynującą historię fenomenalnej postaci. Nigdy o nich nie zapominaj.

____________

*Formularz ćwiczeniowy otrzymasz po zapisaniu się na newsletter.