10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

Wymyśliłam dla Was dużo więcej powodów, kiedy zaczęłam pisać tę notkę. Zaczęłam sobie przypominać o niesprawiedliwościach, których doznałam ze względu na płeć, nie tylko z ręki mężczyzn, ale i kobiet. Bardzo ciężko mi się zrobiło na sercu, ale morał taki, że z naszego kobiecego uciśnięcia można zrobić materiał na wiele postów. Chętnie oddam materiał za odrobinę egalitaryzmu.

Wpis ten zaczęłam pisać w zeszłym roku, ale Hipis ze Skursywionych przypomniała mi w komentaruz pod ostatnim wpisem,

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

że warto dokończyć temat i wreszcie go opublikować. Bo niektórzy uważają, że feminizm jest potrzebny, ale na Bliskim Wschodzie. Że w naszym kraju jest niepotrzebny, od ponad stu lat. A to mylne przekonanie.

Dlaczego potrzebujesz feminizmu w Polsce, 2018 roku?

1. Bo w naszym sejmie jest 460 miejsc, z czego tylko ok. 130 zajmują posłanki.

To mniej niż 1/3! Czy naprawdę myślisz, że kobiety nie chcą zajmować się polityką i stąd wynika ta nierówność? Nie, po prostu są rzadziej zgłaszane na listy wyborcze. Polityk dalej kojarzy się w naszym kraju głównie z postacią mężczyzny, kobiety niestety są stereotypowo postrzegane jako zbyt emocjonalne, by zajmować się władzą. Hilary Clinton udowodniła przecież, że jest to stek bzdur.

Niedługo wybory samorządowe. Wybierajmy mądrze, bez względu na płeć i partię. Spójrzmy na lokalnych liderów i obdarzmy takim samym zaufaniem zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

2. Bo robotnicy na nas gwiżdżą, kiedy przechodzimy obok placu budowy.

Nie tylko robotnicy. Ledwo co poznani mężczyźni nie krępują się czynić nam seksualnych aluzji, a zwierzchnicy w pracy czy na uczelni wciąż wykorzystują swoją pozycję i składają niemoralne propozycje, stawiając nas niejednokrotnie pod murem.

Wybór wielu z nas sprowadza się do dwóch opcji: albo idziesz do łóżka z przełożonym i dostajesz awans, albo nie. Czy naprawdę odpowiada nam taka definicja wolności?

3. Bo jogurty z wysoką zawartością białka są reklamowane jako produkty dla mężczyzn.

Kobietom białko najwyraźniej niepotrzebne. Powinny siedzieć w domach i lepić pierogi, opiekować się dziećmi oraz sprzątać, zamiast pakować na siłowni i umacniać swoje ciało. Mięśnie są im niepotrzebne, ważniejsze są duże cycki i poślady.

4. Bo kiedy mówisz, że jesteś feministką, musisz się z tego ostro tłumaczyć.

Słysząc Twoją deklarację, część kobiet mówi ci po prostu, że feminizm jest śmieszny i kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro. Zastanawiam się, czy chciałby, żeby ich córki dalej były przyjmowane do pracy tylko dlatego, że są ładne, nie zaś na podstawie wykształcenia i trudno zdobytego doświadczenia. Czy pragną tego, by ich córki nie miały prawa decydować o zachowaniu ciąży, do której doszło w wyniku przemocy na ich ciele i duszy. Bo skoro są przeciwko feminizmowi, to za czym stoją…?

5. Bo boję się biegać samotnie nawet, kiedy na dworze jest jeszcze ciemno.

Wtedy mężczyźni obrzucają mnie przeciągłymi spojrzeniami i zastanawiam się, czy gdyby któryś chciałby mnie zaczepić, zdołałabym uciec. Nie chcę się tak czuć. Nie chcę za każdym razem, kiedy wyjdę z domu, zastanawiać się, czy ten chłopak gapi się na mnie tylko dlatego, bo wyglądam dla niego atrakcyjnie, czy dlatego, że myśli, że gdyby nikogo nie było wokół, mógłby mnie brutalnie przelecieć na najbliższym parkingu.

6. Bo kobiety silne nadal stanowią ewenement.

Te, które podróżują samotnie, które stoją na czele państwa lub ćwiczą boks, a ludzie dziwią się ich poczynaniom i zastanawiają, czy z taką delikwentką jest wszystko w porządku. A może jej w życiu nie wyszło, albo chłop się żaden nią nie zainteresował, to robi z siebie nie wiadomo co?

7. Bo kiedy próbujesz porozmawiać z niektórymi mężczyznami na poważny temat, oni i tak cię nie słuchają, wpatrzeni w twoje piersi.

Nie liczy się dla nich Twój intelekt, umiejętności, opinia, talent. I tak będziesz stała niżej od nich, żyjemy w końcu w patriarchacie, możesz sobie gadać, co chcesz, ale i tak nie wygrasz.

8. Bo wciąż zarabiamy mniej niż mężczyźni,

choć pracujemy na tych samych stanowiskach. Ale często przełożeni to nam dokładają o wiele więcej obowiązków i to my musimy zostawać po godzinach.

9. Bo feminizm wciąż nie jest naturalny,

prawicowym mediom zdarza się go przedstawiać jako bandę rozwrzeszczanych i stukniętych kobiet, a Polacy i Polki uważają, że 100 lat temu może był przydatny, ale teraz, to na co to komu?

10. Bo istnieją tacy politycy, którzy nie wstydzą się publicznie powiedzieć i chyba serio tak myślą, że kobietę zawsze się troszeczkę gwałci.

Że są szanowani przez pewne grono odbiorców. I że kiedy kobietę spotyka gwałt, można usłyszeć: sama się o to prosiła.

NIKT. NIE PROSI SIĘ O TO. BY ZOSTAĆ. ZGWAŁCONYM.

Kiedy następnym razem usłyszysz, że Twoja koleżanka śmieje się z feministek, nie bądź bierna. Użyj jednego z powyższych argumentów. Powiedz, że feminizm jest potrzebny. Masz do tego prawo.

Twoja

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Męczą mnie teksty w stylu: feminizm kończy się tam, gdy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro i tak dalej. Zamawiałam w maju lodówkę na trzecie i dwóch osiłków ledwo dawało sobie radę. Uważam, że autorami tych wypowiedzi są osoby, które totalnie nie rozumieją idei feminizmu. Dlatego postanowiłam go nieco lepiej wytłumaczyć i dziś opowiem Wam o trzech feministycznych wynalazkach, z których korzysta każda z nas.

Dostęp do edukacji wyższej

Sama biję się w piersi, że jeszcze kilka lat temu traktowałam studia jako przykry obowiązek. Zapomniałam, jak wielkim dobrodziejstwem jest dostęp do edukacji wyższej, zwłaszcza w przypadku mojej płci. Kobiety w Polsce przez dziesięciolecia walczyły o możliwość studiowania u boku mężczyzn. Nie same kobiety zabiegały o zmianę. U ich boku stawali również mężczyźni. Wspólnie wygłaszali odczyty, publikowali swoje zdanie na łamach czasopism (m.in. „Bluszczu” czy „Dobrej Gospodyni”) i przekonywali władze do swojego stanowiska.

O ile wszyscy uznają potrzebę wyższego kształcenia młodzieży płci męskiej, uważając wykształcenie średnie tylko za pewną gimnastykę umysłową, umożliwiającą w następstwie właściwą naukę, o tyle dla panny, pensya uważaną jest za alfę i omegę wszelkiej mądrości, jaką kobieta osiągnąć może na tym padole „fortepianu i języków”. To też kiedy brzydka połowa ludzkości nie wiele ustępuje u nas pod względem rozwoju intellektualnego Zachodowi, kobiety nasze stoją na szarym końcu wielkiego pochodu do światła. A jednak wyższe wykształcenie potrzebnem jest dla kobiety, równie jak dla mężczyzny. Nie zapominajmy bowiem o tem, że celem kobiety jest nie tylko być matką, ale i wychowawczynią przyszłych pokoleń, do czego pewnie więcej potrzeba intelligencyi, niż do stosunkowo średniego zakresu obowiązków mężczyzny.

Tadeusz Radwański, W ważnej sprawie (O wyższe kursy dla kobiet), w: „Bluszcz”, 1904

Dopiero w 1894 roku na Uniwersytet Krakowski (Jagielloński) zostały przyjęte trzy pierwsze kobiety: Stanisława Dowgiałło, Jadwiga Sikorska oraz Janina Kosmowska. Mogły uczęszczać na zajęcia na kierunku farmaceutycznym, ale nie mogły zdawać egzaminów. Obecnie, czyli w roku 2018, mija równe 120 lat od przyjęcia pełnoprawnych studentek na Wydziały Filozoficzne. I to w uniwersytetach galicyjskich, uściślijmy, gdyż, jak wiemy, niepodległość mieliśmy odzyskać dopiero dwadzieścia lat później. I dopiero wtedy Polki miały dostęp do edukacji na wszystkich uczelnianych kierunkach (źródło: TU). Pewnie dlatego tak mi przykro, gdy kobiety, które odebrały swój dyplom i dopisują z dumą mgr przed nazwiskiem, mówią, że feminizm jest śmieszny.

Orgazm

Czy wiesz, że przed 1966 rokiem nie wiedziano powszechnie, że kobieta podczas seksu może również doświadczać przyjemności? Uważano, że przyjemność może odczuwać tylko mężczyzna, a kobieta, no cóż. Ma pomóc mężczyźnie w jej osiągnięciu i potem urodzić mu potomka. Urodzona w 1925 roku Virginia Eshelman Johnson, początkowo asystentka doktora Williama Mastersa, a później jego partnerka w badaniach nad seksualnością człowieka, obaliła ten pogląd. Wspólnie z Mastersem opublikowali przełomowe wyniki badań, najpierw w 1966 roku, a potem w 1970. (Historię tę opowiada serial Masters of Sex, który serdecznie polecam). Naukowcy określili, w jaki sposób mężczyzna może wpływać na podniecenie kobiety i odwrotnie. Dzięki ich wspólnej pracy kobiety zyskały świadomość i prawo do zabiegania o własną rozkosz, co było kolejnym niezwykle ważnym etapem zarówno dla nauki, jak i dla feminizmu.

Spodnie

To, że możemy je nosić i nikt nie wylewa na nas za to wiadra pomyj, to osiągnięcie Amelii Jenks Bloomer, amerykańskiej działaczki na rzecz kobiet. Redagowała pierwsze czasopismo dla kobiet, „The Lily” (lata 50. XIX wieku), w którym promowała spodnie zakładane pod suknie jako element bielizny, teraz określane od jej nazwiska mianem „bloomersów”. Niedługo później z bielizny spodnie zaczęły stawać się również elementem stroju sportowego. Dopiero w 1915 roku, za sprawą działań Coco Chanel, spodnie powoli zaczęły stawać się elementem kobiecej codzienności (źródło: TU). Pierwsza para kobiecych dżinsów została zaś wyprodukowana w 1935 roku. Od tego momentu nie minęło jeszcze nawet 100 lat!

Czasem aż mnie korci, żeby powiedzieć niektórym dziewczynom, które określają się jako przeciwniczki feminizmu (tylko dlatego, że nie wiedzą, na czym feminizm polega), że skoro nie jesteś feministką, to nie masz prawa do przeżywania orgazmu, do noszenia spodni, do chodzenia do szkoły. Ale wiem, że siostry emancypantki wywalczyły prawa dla wszystkich kobiet, nie tylko tych, które będą szanowały wspomnienie po nich i dalej walczyły o swoje. To by było niesprawiedliwe.

Postęp i korzystanie z jego dobrodziejstw jest dla wszystkich.

Nawet dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą go zrozumieć.

Jak widzicie, we wszystkich przedstawionych przeze mnie osiągnięciach kobiety nie były osamotnione. O ważne dla nich sprawy zabiegali również mężczyźni. Nie oznacza to zatem, że feminizm to babska sprawa czy wyższość kobiet nad mężczyznami. Nie! To równość płci i wzajemny do siebie szacunek.

Wszystkie ilustracje z wpisu to dzieła Chloe Joyce, która pozwoliła mi na użycie ich do tego wpisu. Zapraszam Was na stronę Chloe oraz jej Instagram! Jeśli zaś tekst również przypadł Wam do gustu, uprzejmie proszę o polubienie Fabryki na Facebooku.

Pamiętaj, że możesz do mnie napisać również na maila fabrykadygresji@gmail.com To chyba tyle na dziś! Twoja

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

To dziś. 31 sierpnia jest Dniem Bloga. Najbardziej dla mnie wyjątkowym. Wreszcie udało mi się założyć firmę opartą na blogu. 10 lat temu nie przypuszczałabym, że moje blogowanie potoczy się w tym komercyjnym kierunku…

Bo ja po prostu chciałam pisać. Nie o świecie wymyślonym. Ten zbudowany w mojej wyobraźni zachowuję na kolejne powieści. Ale o życiu, o tym, co mnie spotyka. Wyżalić się, poczuć mniej samotną. Znaleźć osoby podobne do mnie, a może pomóc innym?

Właśnie to jest dla mnie kwintesencja blogowania. Przekazywanie swojego doświadczenia i wiedzy, by pomóc tym, którzy tej pomocy szukają. Jaki jest sens gromadzenia doświadczeń, jeśli nie można ich przekazywać dalej? Opowiadać o nich, dzielić się nimi?

Kocham poznawać nowych ludzi. Blogowanie daje mi możliwość poznawania tych, którzy mieszkają daleko. We Wrocławiu. W Warszawie. Albo we Włoszech czy Finlandii. Bez ludzi pisanie bloga nie ma sensu.

A aspekt komercyjny?

Pamiętam, jak mój dawny przyjaciel (teraz się do mnie nie odzywa, ciekawe, czy kiedyś się to zmieni – chyba nie podoba mu się kierunek, w którym podążyłam z blogiem) krytykował jedną z książek Tomka Tomczyka. Za to, że jej tematem było zarabianie na blogu i współpraca z firmami. Mój rozmówca wychodził z założenia, że blogowanie to musi być hobby, a na hobby się nie zarabia. Żeby mieć pieniądze, trzeba chodzić do etatowej pracy. Pasję odkłada się na później, na czas wolny.

Na początku roku borykałam się z decyzją, z czego zrezygnować, bo mam za dużo na głowie, a za mało czasu. Zdrowie psychiczne zaczynało naprawdę ostro szwankować. Nie spałam po nocach. Projekty nie posuwały się naprzód, bo kiedy próbuje się wszystko ogarnąć, w istocie nie ogarnia się nic. Moje życie dzieliło się na trzy główne kategorie: praca na etacie w wydawnictwie, pisanie książki i blogowanie właśnie.

Naturalnym byłoby zrezygnować z tego, co nie przynosi w zasadzie żadnego dochodu, nie? Bo przecież trzeba opłacić mieszkanie i jeść posiłki nieco bardziej wartościowe niż gruz. Poprosiłam więc kolegę, żeby zaopiekował się blogiem, ale przez jakiś czas się do mnie nie odzywał. W międzyczasie, po trzech latach pracy w wydawnictwie, spartoliłam po raz pierwszy w karierze prowadzony projekt. Najgorsze, że nie z mojej winy. Byłam totalnie bezradna.

Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym ja była własnym szefem, nigdy nie dopuściłabym do takiej sytuacji. I że żadne pieniądze (choć na etacie i tak zarabiałam malutko; w tamtym okresie debet był moim najlepszym kumplem) nie są warte mojej męczarni. Złożyłam wypowiedzenie.

Absolutnie nie żałuję tej decyzji. Nie miałam żadnych oszczędności, więc wróciłam do domu rodzinnego. Choć blog już zaczął przynosić dochody, podejrzewałam, że to łut szczęścia i muszę zrezygnować z mieszkania, bo nie dam rady za nie płacić. Dodatkowo pojawiły się problemy zdrowotne. Zastanawiam się, jakbym pogodziła moje wizyty u rozmaitych lekarzy, gdybym pracowała dalej na etacie. Czy by mi uwierzono, że jestem poważnie chora mimo że wyglądałam normalnie?

Miałam tylko siebie. Swój czas, własne pomysły i zapał do ich realizowania. Potencjał, który uwolnić mogła tylko jedna osoba na świecie: ja sama!

Skupiłam się na pisaniu bloga. Bez żadnego planu, bo plan na 2018 to skończyć książkę i odzyskać równowagę zdrowotną oraz psychiczną. A klienci zaczęli przychodzić. Tutaj ktoś potrzebował recenzji książki, kto inny chciał pracować indywidualnie nad swoim nowym tekstem, jeszcze ktoś prosił o pomoc przy wydaniu… Zaczęło się kręcić.

Ale kasa jest obok. A na pierwszym planie stoi RADOŚĆ. Gdyby blogowanie nie przynosiłoby mi radości, na pewno bym tego nie robiła! I dlatego zwracam się do tych z Was, którzy wahają się, czy zakładać bloga, czy nie. Tu nie ma nad czym się zastanawiać. Jeśli chcecie tworzyć treści – róbcie to! To nie jest wcale skomplikowane! A przynosi tyle zabawy, wartości i fantastycznych doświadczeń, że tylko ten, który bloguje potrafi zrozumieć ogrom tych wspaniałości! Nikt inny!

A na poparcie moich słów przytaczam słowa trzech wspaniałych, charyzmatycznych kobiet. Blogerek.

Zacznę od tajemniczej wypowiedzi Blogierki. Czym jest dla niej blogowanie?

Dla mnie blog to przede wszystkim wentyl emocji i bardzo kreatywne hobby, które zupełnie przez przypadek pozwoliło mi się przebranżowić. 🙂

Z kolei Edyta z bloga Bezdzietnik.pl, zapytana o to, co sprawia jej radość w blogowaniu, udziela nieco dłuższej wypowiedzi.

Odkrywanie siebie. Proces pisania jest dla mnie nieustająco zagadkowy i fascynujący. Siadając do pisania, zwykle mam pustkę w głowie. Blade przeczucie tego, co chcę wyrazić. I nagle – przy sprzyjających okolicznościach – dzieją się cuda. Pojawia się jakieś skojarzenie. Pierwsza refleksja. Pierwsze zdanie. I tekst zaczyna mnie prowadzić. Gdy jest już gotowy, często zastanawiam się, skąd mi się to wzięło – to słowo, myśl, metafora. Bez tego cudownego stanu skupienia nigdy bym ich w sobie nie odkryła. Oczywiście pisanie to również ciężka praca, niekiedy wręcz mordęga, ale te niezwykłe momenty olśnienia wynagradzają mi wszystkie ciemne i puste godziny spędzone nad milczącą klawiaturą.

Najdłużej wypowiedziała się Dagmara, twórczyni bloga socjopatka.pl i myślę, że jej słowa dopełnią całokształtu piękna blogowania.

Mogłabym napisać, że sam akt pisania, bo kocham to robić. Jednak pisanie to tylko część tego, co spotkało mnie odkąd bloguję i co zarazem daje mi radość. Przede wszystkim nigdy nie sądziłam, że blogowanie pozwoli mi tak bardzo poszerzyć swoje horyzonty i otworzy przede mną tak wiele nowych drzwi. I myślę, że to, czego zupełnie się nie spodziewałam, daje mi dziś największą radość.
Dzięki blogowaniu zrozumiałam, że bez żadnych środków finansowych ja również mogę pomagać, zarazem się w tym realizując. To dzięki blogowaniu zaangażowałam się w wiele kampanii społecznych, stworzyłam własne akcje nagłaśniające społeczne problemy, czy promujące czytelnictwo, a także poznałam dzięki tym działaniom wiele wspaniałych osób.
Inni Twórcy Internetowi są dla mnie ogromną inspiracją, a dzięki temu, że oni inspirują mnie, ja później mogę dzielić się tą energią z innymi. To takie wzajemności, które przyczyniają się do podawania dobrych rzeczy dalej.

Jednak to, co najbardziej kocham w blogowaniu to zaskoczenie jakie daje. Dzięki swojemu miejscu w sieci, nieraz dostaję tak wyjątkowe propozycje, że trudno w nie uwierzyć. Zaproszenie do redakcji magazynu „Chcemy być rodzicami”, zaproszenie do wypowiedzi eksperckich w popularnych mediach, bycie redaktorem w pierwszym czasopiśmie dla blogerów i wiele innych.
Bywa, że niektóre propozycje wyprzedzają moje wszelkie marzenia i ambicje i nieraz wymagają opuszczenia mojej strefy komfortu – ale nigdy żadne inne zajęcie nie pozwoliło mi rozwinąć skrzydeł, jak właśnie blogowanie. 🙂
I ta niepewność, co jutro dobrego się wydarzy, czym zaskoczy mnie życie i blogosfera – daje mi ogromną radość.

Napisałam do dziewczyn, bo chciałam, by swoimi świadectwami zainspirowały Was do otworzenia się na blogosferę. Wierzę, że każda z nas i każdy z nas przeżył sporo i ma w sobie wiedzę, by dzielić się tymi doświadczeniami z ludźmi dookoła. Czasem łatwiej się otworzyć w Internecie niż przed bliskimi znajomymi… Czasem łatwiej napisać, niż powiedzieć głośno…

Nie macie pojęcia, jak mi się miło zrobiło, kiedy w każdej z trzech powyższych wypowiedzi znalazłam samą siebie. Blogowanie to wspaniałe hobby, mogące stać się równie wspaniałą formułą zarabiania pieniędzy. Która daje wolność. Przyjaźnie. I przy tym niesamowicie rozwija.

Życzę Wam wszystkim, byście w tym, co robicie w życiu, odnajdywali tyle spełnienia, ile my w blogowaniu.

A jeśli chcecie dołączyć do grona blogerów – nie czekajcie.

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że jesteście.

Wasza

 

10 porad dla początkujących blogerów

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Wczoraj, po ponad dwudziestu pięciu latach żywota, uświadomiłam sobie, że nie jestem geniuszem. Wiem, trochę późno. To straszne, że przez taki szmat czasu żyłam w nieprawdziwej wersji rzeczywistości… Rzecz sprowadzała się do tego, że w mojej pracy doszłam do muru z wywieszonym na nim transparentem: nie wiem, co dalej. Rozbiłam ten mur, jak zwykle, kilka minut później, ale zrozumiałam, że pokonywanie tego typu przeszkód nie jest moim wrodzonym talentem, tylko szeregiem wyuczonych czynności, które powtarzam, by wprowadzić się w odpowiedni stan.

Jeśli więc szukacie natchnienia (weny), sposobu na rozwiązanie życiowego problemu albo nowego pomysłu na poderwanie chłopaka, przedstawiam Wam 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł. Bo wyzwalanie w sobie kreatywności można zrobić doraźnie (o tym będzie pierwsze 5 punktów tego wpisu), ale warto też o swoją kreatywność dbać stale (o tym, jak możecie się domyślić, jeśli nie jesteście bakteriami albo pierwotniakami, będzie kolejne 5 punktów).

 Dodam jeszcze, że im częściej stosujecie się do wszystkich 10 wskazówek, tym jesteście mniej zestresowani. Świadomość, że zawsze uda Wam się wymyślić coś wspaniałego albo znaleźć owocne wyjście z problemu, działa jak balsam na duszę. Dzięki temu Wasz mózg nie wariuje, produkując toksyczne myśli, typu: nie dam rady, jestem beznadziejny, to już koniec świata, życie mi się zawaliło. Tylko uruchamia nowy mechanizm: OK, jest sytuacja, musimy ją natychmiast rozwiązać. I tak się dzieje.

5 szotów kreatywności (odurzenie nowymi pomysłami: natychmiastowe!)

1. Oddychanie i medytacja

Podejrzewam, iż słyszałeś, że człowiek musi jeść i pić wodę, by żyć. Toteż jesz i pijesz, by nie zaliczyć przypadkowego zgonu, prawda? Przecież to oczywiste!

Na pewno też gdzieś w podstawówce pani od biologii powiedziała, że nasz gatunek potrzebuje również tlenu, by dobrze funkcjonować. Ale oddychanie to przecież odruch bezwarunkowy, prawda? Nawet, kiedy nasza świadomość jest wyłączona, jak podczas snu, i tak oddychamy.

I tak, i nie.

Czasy się zmieniły, ewolucja postępuje. W większości poruszamy się samochodami i prowadzimy biurowy tryb życia, więc nasz oddech stał się płytszy niż kilkadziesiąt jeszcze lat temu. Wdychamy powietrze częściej płucami i już nawet skórą, niż przeponą. I nie jest to dostateczne, by odpowiednio dotlenić nasz mózg.

Kojarzysz, co się dzieje, gdy nadmuchasz trzy baloniki, jeden za drugim? Kręci ci się w głowie, masz lekką fazę, czujesz się trochę głupkowato?

Wyobraź sobie, że nie oddychając prawidłowo, stan Twojego umysłu jest właśnie taki. Tylko utrzymuje się permanentnie, więc nie obserwujesz u siebie z zadziwieniem narastającej głupawki.

By odpowiednio dotlenić swój mózg, codziennie (staram się z samego rana, przed pracą, ale nie zawsze mi to wychodzi) wykonuję co najmniej 7 minut ćwiczeń oddechowych. Pomaga mi w tym najlepsza jak do tej pory wg mnie wymyślona aplikacja, czyli Prana Breath. Jest przekozacka! Są w niej różne ćwiczenia oddechowe, których wykonanie jest początkowo trudne, ale i dostarczające mnóstwo satysfakcji. A profitów jest mnóstwo:

  • uspokojenie gonitwy myśli,
  • skupienie umysłu na bieżącej czynności,
  • odzyskanie poczucia kontroli w codziennych zadaniach,
  • zwiększenie zdolności poszukiwania innowacyjnych rozwiązań,
  • stymulacja kreatywności,
  • zmniejszenie nasilenia bólu migrenowego.

To tylko niektóre z nich! Po siedmiominutowej sesji często kręci mi się w głowie od wdychanego tlenu i jestem na swoistej fazie, ale bardzo pozytywnej! Czuję, że mogę przenosić góry. Polecam gorąco. Dajcie koniecznie znać, czy aplikacja również Wam się spodobała!

2. Ruch

Pot jest jak WD-40 dla umysłu: smaruje zardzewiałe zawiasy w mózgu i sprawia, że myślenie staje się bardziej płynne. Ćwiczenia pozwalają umysłowi uzyskać dostęp do nowych pomysłów, dotąd schowanych w podświadomości.

To słowa Christophera Berglanda, triatlonisty i pisarza. Trudno się z nimi nie zgodzić! Kiedy jestem zmęczona psychicznie, uwielbiam odpocząć, męcząc się fizycznie. Ruch wyzwala endorfiny, i choć tkanka tłuszczowa zaczyna się spalać dopiero po 20 minutach ćwiczeń, to poprawę samopoczucia możemy już zauważyć po kwadransie! Wystarczy więc kilkanaście przysiadów, szybki bieg wokół biurowca, w którym pracujecie czy kilka ćwiczeń z ciężarkami, by uruchomić w sobie proces kreatywności!

Podobno i Einstein obmyślił swoją teorię względności, jeżdżąc rowerem!

3. Podpatrywanie innych

Na tych, co bezmyślnie kopiują innych, wołało się w dzieciństwie: papuga. Ja sama muszę przyznać, że mnie strasznie ostatnio zirytowało, kiedy znalazłam w sieci nieudolnie zgapioną wersję moich kart pracy Bohater Prawdziwy 2.0, nad którymi tak długo pracowałam… Nikt nie lubi podrabiaczy, zżynaczy i plagacistów. Nic dziwnego. To przestępcy.

Istnieje też powiedzenie: naśladownictwo to największa forma komplementu.

Praca innych może nas zainspirować i sprawić, że sami wpadniemy na różne pomysły. Ważne, by były nasze, indywidualne, a osiągnięcia innych sprawiły, że zapragniemy zrobić coś dużo lepiej, albo stworzyć coś zupełnie innego, ale za sprawą czyjegoś słowa lub dzieła.

Mnie bardzo przekonuje działalność Krzysztofa Gonciarza, którą ukazuje w DailyVlogach. Gdyby nie to, że Gonciarz przygotowuje się do maratonu, czy umiałabym się zmotywować wczoraj do ruszenia tyłka i przejechania rowerem 30 km? Czy nie był przypadkiem jednym z czynników, dla których rzuciłam pracę i postanowiłam otworzyć własną firmę, zbudowaną na renomie bloga? Zdarza się, że Gonciarz wspomni o jakiejś tematyce w jednym z odcinków ledwie zdaniem, a ja sobie myślę: aha, oto idealny pomysł na nowy blogowy wpis!

Oczywiście inspiruje mnie dużo innych twórców, ale kilkuminutowy szocik z vloga Gonciarza od razu sprawia, że zaczynam żywiej funkcjonować.

4. Burza mózgów ze znajomymi

Czasem, kiedy nie jestem pewna swojego pomysłu, potrzebuję jego rozwinięcia albo uporządkowania pewnych spraw, przegaduję go z Sikorą albo moim chłopakiem. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam rację. Dodają odwagi do dalszego działania, a nierzadko podsuwają naprawdę genialne pomysły. To właśnie dlatego Sherlock bujał się z Watsonem!

Jeszcze za czasów pracy w wydawnictwie, kiedy jakaś myśl świtała mi w głowie, uwielbiałam wyjść na środek biura i przedstawić swoją koncepcję. Podczas wspólnej burzy mózgów rozbudowywaliśmy ten pomysł, przerzucaliśmy się hasłami, każdy dokładał do idei jakąś cegiełkę. Synergia potrafi zdziałać cuda!

5. Planowanie

Że niby planowanie jest tylko dla sztywniaków? A artyści zawsze idą na żywioł?

Terefere.

W momencie, kiedy mam jedynie mglistą wizję tego, co należałoby zrobić, muszę sobie wszystko rozpisać. Jeśli widzę efekt, do jakiego chcę dojść, ale nie do końca wiem, co zrobić, by znaleźć się w punkcie, który będzie mnie satysfakcjonował, biorę kartkę i długopis. Skupiam się na problemie i puszczam wodze fantazji. Wyspisuję wszystko, co przyjdzie mi do głowy. Po pewnym czasie wykreślam totalne nonsensy, a resztę porządkuję w kolejności. Kiedy mam czarno na białym, od czego należy zacząć, a co zrobić potem, po pierwsze jestem spokojniejsza, a po drugie… Pojawiają się inne pomysły! Pomiędzy jednym punktem na liście a drugim jest cała nieskończoność inspiracji, dodatkowych czynności, które mogę wykonać, by osiągnąć cel.

Próbowaliście?

5 składników koktajlu PSK (Permanentnego Stanu Kreatywności)

6. Radość

To, nad czym pracujesz, musi sprawiać Ci radość. Inaczej Twoja kreatywność będzie zablokowana.

Jeśli nienawidzisz swojej pracy, mam dla Ciebie dobrą radę: rzuć ją i zajmij się czymś bardziej satysfakcjonującym. (Ja wiem, tak się łatwo mówi, a rzeczywistość rzuca kłody pod nogi… Ale jeśli masz takie myśli, koniecznie przeczytaj mój wpis Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić oburącz).

A jeśli średnio cię jara, jak na przykład mnie pisanie rozdziału książki, w którym nie ma ani jednej erotycznej sceny? A i tak wiesz, że tego nie przeskoczysz, to musi być odhaczone i koniec?

Dorzuć składnik radości! Zakładając, że czynność dłuży Ci się niczym szary papier toaletowy, weź kolorowy mazak i dorysuj na nim motylki! Przy odrobinie szczęścia, odcisną Ci się na pośladzie i będziesz mieć najoryginalniejszy tyłek w mieście!

Kolejne nudne zebranie w pracy, które nie przynosi konkluzji? Zrób z siebie pajaca i przytakuj szefowi, może w to uwierzy. Ty będziesz mieć lepszy humor, a szef również, bo ironii w Twoich tekstach na pewno nie wyczuje!

Każde zadanie, które wykonujesz, rób w swoim stylu i trzymaj dystans. Świat się nie zawali, gdy go nie wykonasz, a jeśli to, czym się zajmujesz, nie przynosi Ci radości… To po co w ogóle to robić?

Dla pieniędzy?

Uwierz mi, że jest mnóstwo rzeczy, których nie zrobiłabym absolutnie za żadne pieniądze (np. nie zostałabym księgową, bo w to nie umiem, jest to dla mnie na maksa trudne i w ogóle mnie to nie kręci). A dopiero, kiedy w tym, czym się zajmujesz, będzie prawdziwa pasja, ludzie za to Cię docenią – również finansowo.

7. Czytanie

6 minut czytania obniża poziom kortyzolu w organizmie o 68% (źródło), co oznacza, że wybitne lekarstwo na stres zostało odkryte dawno, dawno temu. I jest nim dobra książka!

Rozluźnieni łatwiej wpadamy na dobre pomysły, ale podążając myślami za bohaterem, po części naprawdę się w niego wcielamy. Ponieważ myślimy o wykonywanych przez niego czynnościach, naszemu mózgowi poniekąd wydaje się, że faktycznie się tym zajmuje. W ten sposób możemy uaktywnić takie jego części, których na co dzień w ogóle nie używamy. Czytanie wytwarza nowe połączenia w mózgu, a dodatkowo pobudza (źródło, polecam, bardzo ciekawy, szczegółowy artykuł, jeśli lubicie takie kognitywistyczne zagwozdki).

Czasem warto poczytać również poradniki. Czasem, choć o czymś wiemy, to o tym zapominamy, a książka tego typu może nam bezpośrednio o tym przypomnieć. I ponownie zainspirować!

8. Podróżowanie

Przebywając długo w jednym miejscu, przyzwyczajamy się. Żyjemy ze świadomością, że nic nas nie zaskoczy, bo dobrze znamy nasze otoczenie. Tracimy czujność i wrażliwość na szczegóły. Słowem, sabotujemy naszą kreatywność.

Kiedy całkiem niedawno trafiłam do Londynu, mój mózg został zbombardowany przez nowe bodźce. Wszystko było inne: budownictwo, ulice, samochody, ludzie, zapachy (i ceny ;/). Pomysł na opowiadanie czy notkę na bloga pojawiał się za każdym rogiem! Chciałam sfotografować dosłownie wszystko, bo każdy zaułek wydawał się niezwykle pociągający! A w moim rodzinnym mieście albo Poznaniu nie ma już tak dobrze.

Na szczęście nie muszę za każdym razem wyjeżdżać tak daleko, by uruchomić swoją kreatywność.

Wypad w góry czy nad jezioro w zasięgu województwa, jeżdżenie rowerem po nowej trasie czy zwiedzenie pobliskich ruin jest dla mnie wystarczającym bodźcem do tego, by spłodzić jakieś nowe dzieło. I nieważne, czy to łono natury czy miejska dżungla. Wszędzie można dostrzec artyzm.

9. Obcowanie ze sztuką

Choć warto też wybrać się w miejsce, w którym artyzm jest skondensowany w jednym miejscu. Galeria sztuki albo wystawa fotografii znajomego czy koncert, bo czemu nie? Dobrym pomysłem jest też obejrzenie filmu o nieco trudniejszej fabule niż Avengersi albo skosztowanie serialu trochę poważniejszego niż Przyjaciele. Odwiedzenie strony internetowej muzeum i poczytanie o życiu słynnych artystów jest również niegłupie! Najważniejsze, by robić to stale, nie od święta. Dbajmy o nasycenie naszych wrażeń estetycznych tak samo, jak dbamy o napełnienie swoich żołądków!

I najważniejsze.

10. Notes

Bo najwięcej inspiracji jest w nas samych.

Kiedy tylko coś wpadnie nam do głowy, warto to zapisać. Nie ruszajmy się zatem bez notatnika, choćby najmniejszego! Trzymajmy go blisko łóżka, bierzmy ze sobą nawet na zakupy. (No dobrze, od biedy może być telefon z odpowiednią aplikacją, ale pisanie długopisem również wyzwala kreatywność).

Dla mnie notowanie dialogów moich bliskich stanowi wielką inspirację do gagów w książkach. Kiedy pracuję nad jednym projektem, wpada nagle do głowy pomysł dotyczący innego tematu. By się nie rozpraszać, notuję myśl w kajecie i wracam do pracy.

Często słyszę autorów, z którymi współpracuję, że mają naprawdę super pomysły i gdyby spisywali je na bieżąco, wena nigdy by ich nie opuszczała. A kiedy siedzą przy komputerze, męczą się niemiłosiernie, nie mogąc nic wymyślić.

Słuchajcie: notes to podstawa. Kiedy przeglądam własne notatki, jednak wraca do mnie przeświadczenie o własnym geniuszu, nawet, jeśli jest ono nieprawdziwe.

Na koniec nie życzę Wam kreatywności, bo wiem, że sami potraficie już o nią zadbać.

A jeśli macie jeszcze inne sposoby na to, by wpadać na genialne pomysły, to koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach!

Tymczasem!

Wasza

Jeśli spodobał Ci się wpis, koniecznie sprawdź poniższe!

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Płonę! Pot ścieka ze mnie kroplami wielkimi jak ziarna grochu. Temperatura w Poznaniu daleka jest od poezji. 33 stopnie w cieniu to dramat (tudzież patologia), ale i tak czuję się rewelacyjnie! Bo działo się i dziać się będzie. Już Wam opowiadam!

Pisanie

Wreszcie (po latach pierdolenia, że to robię) wzięłam się naprawdę do pisania. Pomogły mi w tym warsztaty literackie oraz zupełnie nowy projekt. Moja kolejna książka będzie lekką, zabawną, zmysłową i… dziwną powieścią dla kobiet. Opowiadać będzie o dwóch absolwentkach poznańskiej uczelni, Grażynie i Antoninie, które wyruszają w Sudety, by ratować rodzinny biznes jednej z nich. Będzie płomienny romans z pisarzem, góry i śpiewający karzeł. A to tylko część atrakcji. Napisałam 6 rozdziałów i cisnę dalej. Trzymajcie kciuki!

Do tego przeczytałam dwie godne uwagi książki, które trafiają do mojej feministycznej biblioteczki. To A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej i równie lekkie w lekturze Wzloty i upadki młodej Jane Young napisane przez Gabrielle Zevin. Pochłonęłam też Dżozefa Jakuba Małeckiego, ale o tym ze szczegółami nieco później…

Podróżowanie

W lipcu wybraliśmy się najpierw na Mazury i do Malborka, a potem na drugą już odsłonę obozu wędrownego (o pierwszej, sudeckiej, możecie przeczytać tu). Tym razem wytrwaliśmy w Beskidzie Niskim tylko trzy dni. Słabiaki-Poznaniaki. Ulewne deszcze i agresywne burze, a także nieoczekiwane odparzenia stóp (nie wiem, jak to się stało, łaziłam w tych butach cały rok!) i ból kolana (Darek, idź w końcu do lekarza, Pirenejów w ten sposób nie zrobisz) nieco zabrały nam przyjemność z wyprawy. W ciągu tych kilku dni przeszliśmy jednak ok. 60 kilometrów, więc średnią mamy całkiem niezłą. Tym bardziej, że w zeszłym roku szłam na lekko i nocowaliśmy w schroniskach, a teraz miałam spory plecak. Noce natomiast spędzaliśmy tam, gdzie padliśmy. Namiot kupiony w Decathlonie spisał się rewelacyjnie. Nie przeciekał, było w nim cieplutko… Ale jego czarne ścianki, które zupełnie nie przepuszczały światła, uwolniły moją wcześniej głęboko skrywaną klaustrofobię.

Atak obudził mnie pierwszej nocy.

Zupełnie zapomniałam, jak się oddycha!

Od tej pory spałam z głową przy otwartym wyjściu. Całe szczęście, że w nocy nie padało, bo miałabym zalane zatoki. A może i znając mój talent do robienia sobie krzywdy, utonęłabym w pojedynczej kropli deszczu? Kto wie? Jeśli chcecie przeczytać więcej o naszych przygodach w górach albo dowiedzieć się co nieco o fajnych miejscówkach na szlaku, dajcie znać w komentarzach, dobra?

Poza tym odwiedziliśmy też Londyn. To był mój pierwszy lot samolotem i pierwsza zagraniczna podróż. Byłam nie tylko oczarowana pięknem królewskiego miasta, ale i świetnie wypoczęłam w wybornym towarzystwie przyjaciół. Więcej już niedługo w osobnym wpisie.

Postaram się Wam wyjaśnić, jak to się stało, że wylądowaliśmy w pałacu sułtana i gdzie zjeść najlepsze pierogi ruskie w UK. A w ogóle zapraszam Was na mój podróżniczo-pierogowy profil na fejsie JEM PIEROGI. To trochę żart. A trochę nie.

Firma

Sezon letni to zdecydowanie nie są żniwa dla mojej branży. Lipiec pod względem klientów nie był dla mnie łaskawy, bo do recenzji zgłosiła się tylko jedna autorka. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu wraz z Justyną (o wszystkich, którzy w Fabryce pomagają produkować najlepsze dygresje przeczytasz TU) możemy bardziej poświęcić się innym zadaniom. Ja na przykład przygotowuję warsztaty na wrzesień/październik, które odbywać się będą stacjonarnie w Poznaniu. Zainteresowani? Więcej o warsztatach literackich w tym miejscu. Albo na mailu. Piszcie śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Dorastanie

Weekend w Londynie uświadomił mi, że o czymś zapomniałam.
No bo książka się pisze, miłość kwitnie, zdrowie powoli wraca, spokój psychiczny już jest, dach nad głową na wsi wisi, klientów mam akurat tylu, coby sobie normalnie pracować i nie być niczyim niewolnikiem…
Ale hej.
Co z przyszłością?
Oszczędności? Kurde, nie mam.
Plan na to, gdzie chcę mieszkać? Nic z tych rzeczy. Kiedyś byłam zdecydowana na Poznań, teraz już nie wiem, czy w ogóle chcę osiąść gdzieś na stałe.
A część z moich znajomych ma już własne chaty i dzieciaki. Mi póki co własny dom ani tym bardziej dzieci niepotrzebne, i to wcale a wcale, ale jeśli coś ma się kiedyś zadziać w tym temacie, lepiej być na to przygotowanym, prawda? A może właśnie nie? Oto temat do przemyślenia.

Na koniec dodam, że zdjęcie w nagłówku sprezentował mi Mateusz Zimny, który będzie jeszcze miał okazję współpracować z Fabryką Dygresji. To on uwieczni chwile podczas spotkania autorskiego z Ewą Giurkowicz, które odbędzie się już 23 sierpnia w Poznaniu, przy ulicy Głogowskiej! Serdecznie zapraszam na to wydarzenie!

Uffff, jak gorąco.

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Jesteś święcie przekonany, że były szef kopie pod tobą dołki. To przez niego nikt nie chce cię teraz zatrudnić! Twój tekst został odrzucony przez trzy wydawnictwa, więc pewnie jest do kitu. Nie ma co próbować w czwartym.Trzy razy próbowałaś na różnych uniwerkach i nie skończyłaś żadnego kierunku, więc pójście na kolejne studia to poroniony pomysł. Zdarzyło Ci się myśleć podobnie? Jeśli tak, czytaj dalej!

Jagódka jakiś czas temu podesłała mi artykuł o błędach poznawczych (zniekształceniach myślowych). Zapoznawszy się z nim, ucieszyłam się, jak bardzo rozsądną, dojrzałą i inteligentną osobą jestem. Chodząca zajebistość, mówiąc dobitniej. To właśnie ja.

A potem młody szczeniak dalmatyńczyka pogryzł mi ulubioną bluzkę. Przez pół godziny zanosiłam się płaczem. Pokonały mnie własne emocje. Totalny wstyd. Przecież tak się zachowuje rozwydrzona nastolatka, a nie kobieta, która prowadzi własną firmę!

błędy myślowe fabryka dygresji depresja

W przeciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin od spotkania szczenięcych kłów z moją bluzką, rozmawiałam z dwoma kolejnymi przyjaciółmi. Uświadomili mi, że jak bardzo cwani byśmy nie byli, nie uciekniemy od tego, że nasz mózg jest leniwy. Lubi upraszczać, spłaszczać, generalizować. Przez jego lenistwo świat staje się czarno-biały.

Bluzka dobra, pies zły.

Ktoś, kto nam powiedział coś przykrego, powinien pójść do piekła. A my, za bycie ofiarą, do nieba.

Pojawiają się natrętne myśli. Bezsenność. Rozpamiętujemy w kółko to, co złego nam się przydarzyło.

W końcu depresja i wrażenie, że brak wyjścia z naszej sytuacji.

I myślimy, że to wszystko prawda.

Kiedy powinęła mi się noga na studiach, pomyślałam sobie: madafaka, ja naprawdę mam powtarzać tyle przedmiotów? Nie dam rady! Matka mnie nie wpuści do domu, bo to praktycznie oznacza kiblowanie! Ubzdurałam sobie, że jeśli ułoży mi się z chłopakiem, to cała reszta też, sama z siebie, jakoś poskłada się do kupy. I na tym się skupiłam. Poświęcałam czas relacji z góry skazanej na fiasko. Zawalałam kolejne przedmioty i przepuszczałam kasę na bzdury. Myślałam, że zakupoholizm pomoże mi ukoić stres.

Możecie się popukać w łeb, ja sama też się pukam, ale uwierzcie mi, byłam przekonana o prawdziwości mojego osądu. Kiedy wszystko do reszty się spieprzyło, zawinęłam się w depresyjny kocyk i przeleżałam w nim aż trzy miesiące. Myśląc o tym, czy można się utopić w kiblu, bo nie chciało mi się za bardzo wychodzić z akademika, żeby popełnić samobójstwo.

Ale oto jestem tu, pisząca dla Was. Ceniąca każdą minutę własnego życia. Pięć lat od tamtych okropnych dni. I trzy dni od zniszczenia depresyjnego kocyka przez narwanego Francisa. Bo bluzka mu nie wystarczyła. Dalmatyńczyk po prostu chciał się ze mną pobawić, a ja nie potrafiłam wytłumaczyć mu, że nie mam ochoty. Ot, cała filozofia.

leniwy mózg fabryka dygresji błędy myślowe

Z ludźmi bywa tak samo. Nie chcą nam zrobić nic złego, ale my nie potrafimy właściwie zinterpretować ich zachowania. A potem…

Palimy za sobą mosty. Z niewiedzy, że tak nie trzeba postępować.

Nie pozwólmy naszemu leniwemu mózgowi, by decydował o naszym życiu. Kontrolujmy go. Dowiedzmy się, na czym polegają najpopularniejsze błędy poznawcze. Spróbujmy je u siebie wyłapać. A potem nad nimi popracować. Potem utwierdzimy się w błędnym przekonaniu, że jesteśmy super, bo nie popełniamy tychże błędów, więc wrócimy do listy i zaczniemy cykl od nowa. Dobra?

Efekt statusu quo

Status quo to w języku łacińskim nic innego jak stały stan rzeczy. Większość ludzi za wszelką cenę pragnie tego, by zachować stałość. Żyjemy w mylnym przeświadczeniu, że zmiany są złe, a punkt, w którym jesteśmy teraz, jest w miarę dobry. Inaczej mówiąc: chujowo, ale stabilnie. W ten sposób pracownik, który użera się z szefem-frajerem, ma roboty na trzy etaty i od dwóch miesięcy nie odnotowuje na swoim koncie pieniędzy, dalej będzie tkwił w tej samej pracy. Bo w innej może być jeszcze gorszy szef.

Efekt autorytetu

Dobrze mieć w życiu autorytet, ale nie można zapomnieć o tym, że ma się własny rozum. W większości przypadków rodzice są ogromnym autorytetem dla swoich dzieci. Część z nich z takiego przeświadczenia nie wyrasta. Jeśli matka mówi nam za dzieciaka: bądź grzeczny, słuchaj pani, to mały szkrab będzie starał się wypełnić to polecenie. Bo dlaczego nie? W końcu powiedziała to mama, a ona wie najlepiej. Kiedy dwadzieścia lat później matka powie do syna: ta dziewczyna nie może być twoją narzeczoną, przecież jest kompletną idiotką, mężczyzna może powiedzieć: mamo, odczep się, ja ją kocham. Ale jeśli podlega dalej efektowi autorytetu, zerwie z narzeczoną.

Hiperbolizacja

Przeczytałeś ostatnio cztery książki w miesiącu, ale w grupie moli książkowych, do których należysz, napiszesz, że przeczytałeś aż pięć. Ledwo co poznałeś dziewczynę w pubie, ale swoim ziomkom powiesz, że prawie się całowaliście. I albo sam w to uwierzysz, więc przy następnym spotkaniu postarasz się pójść z dziewczyną do łóżka i zaliczysz ostrego liścia, albo będziesz sobie wyrzucał przed zaśnięciem, że znowu skłamałeś. I nie da ci to spokoju.

Widzenie tunelowe

Pies pogryzł moją ulubioną bluzkę, będę więc płakać i tupać nogami. Zły pies. Pies skurwysyn.
A tak naprawdę przecież to tylko szczeniak, który chce się bawić. Bluzka kosztowała 15 zł, kupiłam ją w towarzystwie osoby, z którą nie chcę już nigdy więcej mieć nic wspólnego, więc dobrze się stało. W końcu to tylko kawał materiału. Drugi identyczny albo i pięć razy lepszy mogę kupić w każdym momencie.

Lekceważenie lub pomijanie pozytywnych informacji

Często słyszę to od moich koleżanek, które narzekają na swoich chłopaków. Mówią bez przerwy o tym, jaki on jest okropny, nieczuły, chamowaty, skąpy, burkliwy, głupi i ogólnie kasztan z niego, a nie mężczyzna. Słysząc to po raz wtóry, sugeruję dziewczynom, by skończyły taki związek, no bo ile można wytrzymać? Ale okazuje się, że to tylko połowa prawdy, która do mnie dociera. Bo przecież ostatnio ten kasztan przygotował jej pyszną kolację, z samego rana powiedział, że kocha ją jak nikogo bardziej na świecie, jest taki przystojny i taki odważny… Tylko że tamte informacje wcześniej w ogóle do mnie nie docierały. Co więcej, podejrzewam, że moje koleżanki same po pewnym czasie związku widzą tylko te złe strony swojego partnera. Można uważać, że to słabe zachowanie, takie nie w porządku. Ale teraz wiemy, że jego przyczyną jest leniwy mózg.

I trzeba nad nim nieustannie pracować!

Najpełniejszą listę błędów poznawczych znalazłam na Wikipedii. Przedstawiłam Wam tylko piątkę jako zachętę do zbadania tego tematu samemu. Mam nadzieję, że udało mi się Was zainteresować tematem.

Pamiętajmy: to, co nam się wydaje lub o czym nawet jesteśmy przekonani, wcale nie musi być zgodne z tym, co jest w rzeczywistości. Korzystajmy ze swoich pięciu zmysłów i nie dajmy się wywieźć w pole meandrom naszego umysłu, który raz funkcjonuje lepiej, raz gorzej. Ćwiczmy mózgi i dbajmy o swoje zdrowie psychiczne. Bo wiecie, to, że pójdziemy raz w roku do internisty, żeby wypisał nam receptę na antybiotyk albo łykamy w okresie grypowym rutinoscorbin, to może i jest dbanie o swoje ciało. Ale psychika na nie nieustannie oddziałuje. Więc żeby ustrzec się przed wrzodami czy po prostu ocalić własne życie, pracujmy choć trochę nad tym, co mamy w głowie.

Jasna sprawa?

Tak? To proszę o łapkę w górę.

Jeśli jesteście zainteresowani tematem, macie podobne przemyślenia lub doświadczenia, koniecznie dajcie znać w komentarzu.

To byłam ja!
Wasza