Czego o pracy nauczył mnie miesiąc na bezrobociu?

Czego o pracy nauczył mnie miesiąc na bezrobociu?

Miesiąc temu, na chwilę przed ukończeniem dwudziestego szóstego roku życia, zarejestrowałam się w urzędzie pracy. I wiecie co? Uważam, że to jeden z większych sukcesów w moim życiu. Bardzo dużo się w trakcie niego nauczyłam lub po prostu utwierdziłam w przekonaniu. Boicie się zmienić pracę? Czytajcie dalej, postaram się rozwiać Wasze wątpliwości.

Kiedy byłam dzieckiem i słyszałam, że ktoś jest bezrobotny, od razu oczami wyobraźni widziałam Ferdynanda Kiepskiego. Później, już na studiach, obserwowałam inne zjawisko. Absolwenci studiów magisterskich stawali się bezrobotnymi, bo stawki proponowane przez ich potencjalnych pracodawców były dalekie od satysfakcjonujących, a byle roboty głupio się podjąć z mgr przed nazwiskiem, prawda? Ja za to nigdy kłopotów ze znalezieniem pracy nie miałam, może dlatego, że w tej kwestii wybredna nie jestem.

W mojej karierze zawodowej pracowałam w telemarketingu, sprzedając rezonatory biofotonowe (nawet nie pytajcie), jako copywriter, zachwalając kosiarki, wózki inwalidzkie oraz środki na nadmierną potliwość oraz hostessa, marznąc przy sklepowych lodówkach z jogurtami. Wiele razy topiłam się z gorąca, kiedy przyszło mi rozdawać ulotki. Uczyłam dzieci w szkole podstawowej, a potem zajmowałam się jako niania trójką pociech jednocześnie. Z kumplem z akademika zaczęliśmy prowadzić nie do końca legalny, artystyczno-literacki biznes.

Chciałam pracować w ekskluzywnej kawiarni, ale mama powiedziała mi, że z moją prezencją bardziej nadaję się jednak na asystentkę jakiegoś prezesa. Starając się wreszcie sprostać jej oczekiwaniom, wpisałam w Google: asystentka prezesa Poznań, zaaplikowałam jednym zdaniem, udało się, zaczęłam pracować. Stamtąd droga do mojej najbarwniejszej jak dotąd pracy okazała się zatrważająco krótka. Po dwóch miesiącach, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zaczęłam etat za najniższą krajową w maleńkim wydawnictwie podróżniczym.

A po prawie trzech i pół roku stwierdziłam, że czas na zmiany, rzucam to, nie chce mi się już pracować.

Będę żyć z tego, co kocham. Z pisania oraz marketingu książek. Ogarnę lepiej bloga, skupię się na powieści, będę pomagała debiutującym autorom w promocji ich nazwiska oraz twórczości. Bez bycia przykutą do biurka przez osiem godzin dziennie, bez wykonywania czynności, których nie lubię. Brzmi zbyt idealistycznie?

Jeśli konsekwentnie działasz, realizując swoją pasję, to, że będziesz na niej zarabiać, jest tylko kwestią czasu.

Wyobraźcie sobie, że gdy mówiłam o moim planie różnym osobom, nikt nie popukał się w głowę. Nikt we mnie nie zwątpił. A wiecie dlaczego?

Ponieważ ja sama byłam przekonana o tym, że mi się powiedzie. Miałam plan, który zaczęłam realizować oraz zasady, których się trzymałam.

Pewność siebie i sukces w osiąganiu celów bierze się z dobrego planu działania.

I minął już grubo ponad miesiąc od mojego zarejestrowania się w urzędzie pracy. Czy dostaję zasiłek? Nie. Czy miałam jakieś oszczędności? Nie. Czy żyję teraz o suchym chlebie i wodzie, żebrząc na PKP o ciepłą zupę? Nie.

W przeciągu trzech ostatnich dni kupiłam wolnoobrotową wyciskarkę do soków i lodówkę.

Pamiętam, jak ucieszyłam się, kiedy z koperty od pierwszego klienta wyciągnęłam pieniądze. To było takie ekscytujące. Mój pierwszy własny klient. Ktoś, kto zgłosił się do mnie tylko i wyłącznie dzięki temu, że od kilku lat prowadzę bloga, jestem coraz bardziej rozpoznawalna w światku literackim, potrafię wzbudzić zaufanie. Pieniądze w tym przypadku znaczyły o wiele więcej.

Za pierwszym znaleźli się następni. Znaleźli, dosłownie, sami, bo przez miesiąc nie zdążyłam zrobić nic poza pisaniem kolejnych postów oraz realizowaniem zleceń. I tutaj znów wzrósł mój zachwyt. Miałam robić takie drobne rzeczy, ale, jak to ja, troszkę bardziej się zaangażowałam i zaczęłam… gadać. O książkach, promocji, ryku wydawniczym… Okazało się, że wiedza, jaką nabyłam, którą traktuję tak zdawkowo, jako totalną oczywistość, dla innych jest niesamowicie cenna. A ja, działając bez zaplecza zespołu, też potrafię być profesjonalistką.

Kiedy uświadomisz sobie, w czym jesteś najlepszy, możesz zacząć działać samodzielnie.

Jasne, że nie mam pewności co do tego, jak będzie wyglądała moja sytuacja życiowa za miesiąc. Dalej trzymam się planu, ale jest tyle zmiennych, a życie tak nieprzewidywalne…! Zatem przyznaję, mam z tyłu głowy takiego złośliwego ślimaczka, który momentami spowalnia mnie, odciągając od realizowanych projektów podszeptami: spartaczysz sprawę, coś się nie uda, nie będziesz miała za co żyć i pójdziesz pod most. Przyznam się Wam w ogóle do takiej mojej słabości: bywam chora na brak pieniędzy. Dosłownie chora. Kiedyś spóźniała mi się wypłata, a ja ze stresu dostałam migreny, która ustąpiła natychmiast, gdy na koncie pojawiła się zaległa kasa.

W sytuacji, kiedy wydarza się coś tak okrutnego, jak spóźniona wyplata czy też ślimak niepewności, trzeba sobie przypomnieć dwie życiowe prawdy, które istnieją od początku istnienia naszego uniwersum.

Nie jesteś samotną wyspą

To pierwsza z nich. Wiem, że dla niektórych może być to uwłaczające (ja też jestem w tej grupie), a dla innych oczywiste i racjonalne (zazdroszczę Wam), ale jeśli dzieje nam się w życiu krzywda, nawet finansowa, możemy poprosić o pomoc najbliższych. Przecież nie pozwolą nam zginąć w chwilowym kryzysie.

Okej, sama wolałam iść do najgorszej roboty pod słońcem, niż prosić o kasę rodziców. I tak, szczycę się, że od trzeciego roku studiów nie przyjęłam od nich pieniędzy i dałam radę samodzielnie się utrzymywać. Udowodniłam coś sobie i im. Ale nie wiem do końca, co i po co. Że sobie radzę w życiu? Każdy czasami sobie nie radzi, więc co to w ogóle miało na celu? Tak, śmiałam się z dzieciaków bogatych rodziców, których jedyną pracą było chodzenie na zakupy oraz zajęcia, opłacane przez ich starych. Czułam się lepsza, bardziej ogarnięta. Ale na co mi ta wyższość? Życie w swoim czasie doświadczy każdego. A wtedy są już tylko dwie opcje, o czym mówi druga życiowa prawda.

Ogarnij albo giń

Tak naprawdę to jedyny życiowy wybór, przed którym stajemy. Albo coś robimy, albo nie.

Można nie robić, na przykład zostać w pracy, która nas denerwuje, wyczerpuje, zabiera zbyt dużo czasu, sprawia, że po powrocie do domu nadajemy się tylko do odpalenia Netflixa i pójścia spać. Można patrzeć, jak życie przelatuje przez palce i powtarzać sobie: przecież muszę chodzić do tej pracy, nie tak szybko znajdę inną, rynek jest tragiczny. Zanudzać znajomych opowieściami o tym, jak to jest źle i do kitu. A potem liczyć siwe włosy, wrzody w żołądku i kasę, która poszła na psychoterapeutę. No można.

Można też wziąć kartkę i długopis, napisać, ile potrzebujemy kasy i na co, w czym jesteśmy dobrzy, co możemy w sobie poprawić, jeśli nie będą nas chcieli w jakiejś innej firmie. Zastanowić się, przeanalizować, ułożyć plan działania i systematycznie starać się poprawić swoją kondycję życiową.

Albo po prostu pieprzyć wszystko i puścić się. Oburącz. 

Jeśli coś Cię męczy, czemu tego nie zmienisz?

Podążaj za swoim instynktem, on jeden nigdy Cię nie oszuka.

Ponieważ Ty, nikt inny, wiesz, co dla Ciebie najlepsze. I nawet, jeśli szef będzie chciał cię zatrzymać, oferując lepsze warunki i wyższą pensję, wybór dalej należy do Ciebie.

Gdy żona usłyszy o tym, że chcesz zmienić pracę i zacznie panikować, bierzesz ją w ramiona i mówisz to, co czujesz: będzie dobrze, zadbam o to, ale potrzebuję twojego wsparcia.

A gdy ojciec dowiaduje się, że nagle rzucasz wszystko w cholerę i od teraz skupiasz się między innymi na pisaniu bloga, po czym wypala z tekstem: przestań się bawić, wróć do domu (oto mój personalny przypadek), czerwieniejesz na szyi, zaciskasz zęby, wkurzasz się na maksa…

Potem zaś oddychasz z ulgą.

Gdyż okazuje się, że twój tata tylko cię podpuszcza, bo uważa się za niezłego jajcarza i myślał, że taki tekst w tej sytuacji jest jak najbardziej zabawny.

A tak naprawdę w ciebie wierzy, jest dumny i czeka na kolejne osiągnięcia.

Do odważnych świat należy!

I tym razem nie mam już nic do dodania w tej kwestii. Idź i czyń swoje życie kolorowym, człowieku! Po to żyjesz, żeby było ciekawie. Nie łatwo, pięknie i przyjemnie, tylko ciekawie.

Żartowałam, jeszcze jedno.

Prędzej czy później coś się spieprzy. Znasz chyba to powiedzenie?

Wiesz co?

To nie jest do końca prawda.

Może coś się schrzanić, ale wcale nie musi. Co więcej: nawet, jak będzie się wydawać, że coś poszło nie tak, to nie musi być to prawda. Bo zaraz potem okaże się, że Twoja sytuacja życiowa jest o wiele lepsza, niż myślałeś.

Dobra, lecę się zorientować, co trzeba zrobić, by mieć własną firmę.

Trzymajcie się, kochani!

Wasza wciąż bezrobotna

Stan umysłu na 26. urodziny: nie chcę niczego

Stan umysłu na 26. urodziny: nie chcę niczego

Robi się ciemno, a ja jestem sama w mieszkaniu. Trochę się denerwuję bieżącymi sprawami, ale to tylko emocje, przeminą, jak i wszystko. Wnikam głęboko w siebie, zastanawiając się, czego jeszcze chcę, czego potrzebuję… I kiedy tak główkuję, przychodzi do mnie odpowiedź: niczego. Po prostu niczego.

Nastaje kolejny już dzień, kiedy mogę powiedzieć sobie, wszystkim wokół i całemu światu, że jestem absolutnie szczęśliwa. I że szczęśliwsza być nie mogę, mam wszystko, czego pragnęłam. I może nie jest to wiele, bo przecież nie mam kredytu na mieszkanie, za to regularne wydatki na starodawne lokum nad rzeką. Ani bezpieczeństwa finansowego, bo przecież zerwałam z etatem. Minimalistką chyba trzeba być nie tylko materialnie, a może właśnie z minimalizmem materializm nie ma nic wspólnego. Im mniej, tym szczęśliwiej, choć nie zawsze łatwiej.

Kiedy tak latałam w kółko, jakbym miała pieprz w tyłku i opowiadałam, jaka jestem szczęśliwa, coś się stało. Nie wypadek, nie problem, nie tragedia żadna. Ogromna miła niespodzianka i jeszcze większe szczęście. Choć mówiłam najbliższym, by absolutnie nie dawali mi żadnych prezentów, bo żadna rzecz nie będzie tak cenna jak ich dobre słowo, żadna roślina nawet i żadna książka, ukochany przeszedł samego siebie.

Skończyłam dwadzieścia sześć lat i mam dosyć ciekawy stan umysłu, którym chcę się podzielić z Wami oraz sobą z przyszłości. Pragnę wracać do tego momentu, kiedy będzie mi źle, kiedy złapię doła, kiedy będzie ciężko, choć wydaje mi się obecnie, że nawet jeśli, to udźwignę i to.

Bo w tym momencie jestem wdzięczna losowi za każdą złą chwilę, która mnie w życiu spotkała. Za każdego złego człowieka, na jakiego trafiłam. Za wszystkie te pęknięcia w sercu, bo nauczyły mnie, jak przebaczać, jak mieć siłę oraz nadzieję. Jak kochać.

Dziękuję za to, że bywałam wykończona pracą, bo teraz celebruję każdą chwilę, w jakiej mogę po prostu oddychać. Dziękuję za to, że mam przeciążoną nogę (w dniu dwudziestych sześciu urodzin przeszłam wraz z najlepszym przyjacielem dwadzieścia sześć kilometrów), bo mogę znów docenić zdrowie i wykazać się, jak to pięknie powiedział Krzysiu Gonciarz, racjonalną dozą waleczności, gdyż za dwa dni startujemy z namiotami w Bieszczady.

W ogóle wspaniałe dni ostatnio przeżywam. W niedzielę odwiedziła mnie Jagoda i zwiedziłyśmy w ciągu kilku godzin poznańską palmiarnię, potem mogłam spędzić czas z innymi, których kocham, naprawdę, jest epicko. Tęsknię troszkę do pracy z Sikorą, dziwnie spędzać z nią kilka godzin tygodniowo zamiast całych dni i wieczorów, od kiedy już nie pracujemy razem…

Wdech, wydech.

Nie czuję, bym musiała o cokolwiek, kiedykolwiek walczyć. Nie traktuję już świata jak pola bitwy. Jeśli nawet takowym jest, to ja w tej bitwie nie muszę wcale uczestniczyć. Nie chcę nawet podbijać Wszechświata, konkurować z kimkolwiek, męczyć się. Zaczynam się  czuć integralną częścią wszystkiego. Wiem, że skoro już tu trafiłam, to jest tu dla mnie miejsce. Noszę je ze sobą teraz w głowie i w sercu.

Robić swoje. Kochać. Oddychać.

Znać swoją wartość, nie robić nic wbrew sobie, tylko dlatego, że ktoś ode mnie czegoś oczekuje.

Wydaje mi się, że mnie ostro popierdoliło, bo gdzie podział się mój głód życia, ta cała filozofia nażerania się ekscytującymi chwilami? Już się najadłam, po ledwo ćwierćwieczu?

Gdzie jest mój ogień, pytam się? Co z tą całą piromanią? Czy wszystkie pożary już ugaszone? Przecież, kiedy przeglądałam wpisy sprzed pięciu lat, moje teksty pełne były buntu, drapieżności, ostre i bezlitosne. Szczere. Czy straciłam tę iskrę prawdziwości, prostoty?

Chyba nie. Otóż ogień jest ogromny, rozgrzewa mi piersi nieustannie, błogim ciepłem. Wiem po prostu, że niektóre słowa mogą bardzo krzywdzić, dlatego jestem ostrożniejsza, ale z drugiej strony dalej zamierzam odważnie bronić swojego i mówić, co czuję, nieważne, ile razy dostanę za to po uszach.

Może pierdolę jak potłuczona, wciąż średnio wierzę w to, co właśnie piszę, ale jednocześnie inaczej napisać bym nie potrafiła, bo tak właśnie teraz jest.

Wiecie, muszę się jeszcze sporo nauczyć, ale czuję, że jestem na dobrej drodze.

Nie tylko emocjonalnie, również literacko. Tak się cieszę, że ciężka praca przynosi efekty. Na koniec stycznia przecież ukazało się O trzech wykastrowanych kotach w Fabulariach, teraz znalazłam się wśród laureatów konkursu literackiego i przystępuję w maju do warsztatów z Maszyną do pisania, czego owocem ma być kolejne prozatorskie dziecko, Piromani zaczynają przeżywać po trzech latach swój renesans… Jest naprawdę spora szansa, że uda mi się z drugą książką jeszcze w tym roku… A potem i z następnymi…

Kiedy patrzę w przyszłość, widzę zieloną nadzieję. Dobrze będzie, wiem to, a jak już ja coś wiem, to możecie śmiało to przyjmować za pewnik.

(Tak naprawdę to nie).

Piotrek, z którym odbywałam ten długi urodzinowy spacer, zapytał mnie, jak się czuję w tym wieku. Powiedziałam bez większego zastanowienia, że dojrzale, bo mam w sobie pewność, iż nieważne, co się stanie, i tak sobie poradzę. Niesamowity stan umysłu to jest, serio, polecam.

Z okazji moich 26. urodzin, właśnie tego Wam życzę, chyba że już to macie albo nie chcecie. 🙂

PS z aktualizacją dzień później:
moja stopa ma się dużo gorzej, w zasadzie cała noga, więc raczej nie pojedziemy w Bieszczady.
W dodatku dostałam mandat za jazdę tramwajem bez biletu.
Czuję się już gorzej, ale, jak napisałam na początku wpisu – to tylko emocje, przeminą, tak samo jak wszystko, więc nie warto się nimi przejmować, przecież w gruncie rzeczy dalej jest super!

Jeśli tekst Wam się spodobał albo czujecie, że jednak potrzebuję urodzinowego prezentu i chcecie mi go dać – łapka w górę będzie jak najbardziej mile widziana. 🙂

A tutaj możecie jeszcze sprawdzić, jaki miałam stan umysłu na 25. urodziny, kiedy napisałam tekst pt. 25 rzeczy, które możesz spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą.

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

Oj, biedactwo ty moje! Pogłaskałabym cię po główce i przytuliła, bo życie jest takie paskudne. Wokół tylko szare budynki, ci sami nudni ludzie i wkurzający szef. Nikt nie zasłużył na tak miałkie życie. To absolutnie nie jest twoja wina, przecież jesteś ciekawą, inteligentną osobą, to ze światem jest coś nie tak!

Gówno prawda. To jest twoja wina, pieprzony malkontencie. Weź się w garść, dobra? Już ja cię nauczę!

To może najpierw o mnie, bo to mój tekst czytasz i to najwyraźniej w jakimś celu.

W przyszłym tygodniu skończę dwadzieścia sześć lat. W ubiegłym miesiącu zrezygnowałam z pracy na etacie. Nie mam żadnych oszczędności. Państwo oferuje mi na szczęście ubezpieczenie jako osobie bezrobotnej oraz dotacje na założenie działalności gospodarczej. Mam głowę na karku, w 90% wypełnioną pomysłami, a w 10% obawami. W sercu marsza gra mi wolność, ale w weekend i tak rzucam wszystko i jadę w Bieszczady, w maju prawdopodobnie wybieram się do Warszawy, w lipcu jadę na 10 dni na Mazury oraz najprawdopodobniej w Tatry, w sierpniu – Sopot, we wrześniu – Londyn?, a w listopadzie powinnam wylądować na co najmniej 4 dni w Krakowie. Gdzieś po drodze zahaczę o Pragę.

Nie jeździłam tyle nawet pracując w wydawnictwie podróżniczym.

Facebook pokazuje mi, że od stycznia poznałam siedemdziesiąt nowych osób, tyle samo polubiło mój blog na przełomie marca i kwietnia.

Nie jestem przemęczona, wysypiam się wreszcie solidnie, nie chcę za bardzo narzekać, a gdybym już chciała, to nie mam na co.

W tym momencie naprawdę wiem, że ze wszystkim sobie poradzę, nie od razu, powolutku, ale z uśmiechem na twarzy.

Myślicie, że jestem szalona?

Myślicie, że mnie obchodzi to, co myślicie?

Brutalna prawda o byciu szczęśliwym jest taka, że nasz komfort uzależniamy bardzo często od oczekiwań ludzi, którzy nas otaczają. Chcemy, by dobrze o nas myśleli, więc marnujemy nasz własny czas (najcenniejszy surowiec w tym uniwersum, kochani!), by spełnić ich wymagania. Pragniemy być przez nich lubiani, akceptowani, bo jeśli nie, to kto nam pomoże? Kto nas wesprze w trudnej sytuacji?

Wyobraźcie sobie, ze nawet, jeśli przez całe życie będziemy komuś pomagać i latać wokół niego z wywieszonym jęzorem, będąc na każde skinienie, ta osoba i tak może nas zawieźć, gdy my będziemy jej potrzebowali.

A co z tego, jeśli inni powiedzą, że jesteśmy egoistycznymi borsukami albo niewdzięcznymi kapibarami?

Może jesteśmy, i co?

Jeśli nie ty zadbasz o siebie, to nikt inny za ciebie tego nie zrobi.

Ale jeśli ty nie zatroszczysz się o swój własny czas i swoje własne priorytety, zrobi to kto inny. Dostosowując je pod siebie.

Bo jeśli po ośmiu godzinach pracy przychodzisz do domu i snujesz się z kąta w kąt, ktoś z rodziny na przykład nie będzie miał skrupułów, żeby wetknąć ci dziecko do opieki, choć nie masz na to najmniejszej ochoty. Jeśli nie masz odwagi powiedzieć szefowi w pracy, że nie chcesz wypełniać nowych obowiązków, to będziesz je wypełniać. A gdy ktoś cię irytuje swoją paplaniną, a ty nie powiesz mu, żeby zamknął twarz, bo boisz się, że ta osoba się obrazi (sic!), to dalej czeka cię wysłuchiwanie głupot.

Czy już wiesz, dlaczego w Twoim życiu nic się nie dzieje?

Dalej uważasz, że to nie jest Twoja wina? Okej, to teraz ja posłucham Twoich wymówek.

Nie mam kasy

Brakuje mi pieniędzy, żeby gdzieś pojechać.
(Ale żeby sobie pójść codziennie na obiad za pięćdziesiąt złotych to spoko).
To była moja wymówka praktycznie od urodzenia do zeszłego roku, przez ćwierć wieku, dacie wiarę? Człowiek strasznie wolno uczy się nowych rzeczy.
Zdobywanie kasy samej w sobie jest genialną przygodą, obfitującą w całkiem sporo emocji. Ostatnie lata mojej kariery zawodowej uświadomiły mi, że kasy się nie zarabia, tylko kasę się organizuje. Do tego dochodzi kwestia priorytetów i chęci, ale jeśli zaplanujesz sobie wyjazd na lipiec, to od stycznia jesteś w stanie po prostu odłożyć te pieniądze – to najprostsza droga. Czasami okazuje się, że na wyjazd na drugi koniec Polski na długi weekend wystarczy Ci 300 zł!
To naprawdę tak dużo?

Nie mam czasu

A prowadzisz kalendarz?
Bo właściwa odpowiedź brzmi: mam czas, co prawda dopiero za dwa miesiące, ale wtedy akurat widzę puste rubryczki w moim organizerze.
Jeśli nie potrafisz ogarnąć swojego kalendarza Google albo papierowego harmonogramu, to jest coś z Tobą faktycznie nie tak. Nie masz pojęcia, ile czasu przepierdalasz, więc może najpierw to sprawdź, potem zaplanuj kilkanaście minut na dziwienie się i mówienie wszystkim dookoła, jakie życie jest jednak proste i fajne, jak się człowiek zorganizuje, a potem zacznij korzystać z planowania! Przejrzyj sobie ten rok, wyznacz czas na urlop, poszukaj dłuższych weekendów i imprez, które się wówczas odbywają, po czym jedź na te najbardziej interesujące!
A za dnia – naprawdę nie znajdziesz dwóch, trzech godzinek raz w tygodniu na robienie czegoś nowego po pracy? Może sport, kurs gotowania, pisanie książki albo bloga, cokolwiek poza gapieniem się w telefon…?

Nie mam z kim

Pewnie dlatego, że jesteś za fajna.
Zarabiasz tyle i tyle, nie będziesz zadawać się z kimś, kto zarabia mniej. A może masz doktorat z tego i z tego, więc osoby z wykształceniem średnim z góry traktujesz jako opóźnione intelektualnie. Z tamtą laską też się nie będziesz przyjaźnić, bo ma kolczyk w złym miejscu i nazywa ludzi chorymi pojebami, a to przecież takie bez klasy czy taktu. Poza tym w twoim wieku to większość już jest ohajtanych i dzieciatych, więc naprawdę trudno o nowych znajomych z podobnego rocznika.
Hm, a może skumpluj się z kimś 10, 20 lat starszym albo młodszym od siebie?
Odrzuć swoją dumę i uprzedzenia, ludzie są ciekawi niezależnie od tego, czy ich zainteresowania, religia albo statut społeczny pokrywają się z Twoim. Często wręcz przeciwnie.
Zanim kogoś ocenisz i zdyskwalifikujesz, spróbuj go poznać.
Mieszkasz w małej miejscowości? Spróbuj Internetu.
Nikt nie chce Cię zaprosić na piwo w dużej miejscowości? Sama kogoś zaproś, jak nie na piwo, to na planszówki.
Nie czekaj, aż ktoś przejmie inicjatywę, sama inicjuj!
Wyjdź człowiekowi naprzeciw z uśmiechem na twarzy, bo wszyscy mamy takie same potrzeby. Chcemy mieć z kim porozmawiać, obejrzeć serial, zjeść popcorn, pogadać o codzienności, bez względu na to, ile mamy lat!
A już ostatecznie: czy naprawdę potrzebujesz człowieka do wszystkiego? Nie możesz mieć jakiegoś zajęcia, którego podejmiesz się samodzielnie? Samotne wyprawy przecież też są cudowne!

Oto moje wiosenne przesłanie.
(Zimą pewnie bym powiedziała, że życie jest do dupy i nie warto się starać o cokolwiek, i tak wszyscy umrzemy).
No ale wiecie, ile razy można komuś powtarzać, żeby się ogarnął, skoro można napisać to raz i potem tylko wysyłać mu linka?
Trochę mi głupio, że zrzuciłam na Was tekst na grubo ponad tysiąc dwieście słów, ale jeśli obrana tutaj filozofia do Was w miarę przemawia, to polecam jako lekturę dopełniającą książkę Rafaela Santandreu Być szczęśliwym na Alasce. Uwaga: wewnątrz nie ma ani jednego słowa o Alasce. Za to sporo o byciu szczęśliwym albo przynajmniej o skończeniu ze szkodliwym, malkontenckim pierdoleniem.

Na koniec jeszcze jedna myśl do rozważenia.
Może nie jesteś w istocie typem, który lubi przygody, nowych ludzi, ciekawe doznania…? Może pasuje ci bura codzienność, ludzie, których spotykasz codziennie, nie potrzebujesz wcale nowości. Netflix, piwko i kanapa w domu też ma swój urok, zawsze można popisać z jakimś starym znajomym na fejsie… Ja nie mówię, że to jest złe, rozumiemy się? I nie chcę, żebyś to rzucił, jeśli taki tryb życia ci odpowiada.
Ale zrozum to, zaakceptuj i przestań gadać na około, że tak ci źle i niewygodnie, i przykro, i ciągle coś nie tak, bo… to twój wybór. Stałość, pewna doza rutyny, zaufane grono znajomych – w tym nie ma nic złego, a jeśli ktoś z tego powodu ci ciśnie, więc udajesz, że ci to nie pasuje, skończ z tym.

Po prostu bądź ze sobą szczery.

Ale wyjdź z chałupy od czasu do czasu, bo słońce pięknie świeci i warto pooddychać świeżym powietrzem.

Pozdro!

Jeśli tekst Ci się spodobał, daj mi kopa do kolejnych tekstów – zasadź mi lajka na fanpage.

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Sukces się nie liczy, wiecie? Ważne są chwile, które spędza się z rodziną. Albo małe rzeczy dostarczające nam przyjemności. Szczęście nie tkwi w tym, co osiągnęliśmy, tylko w nas samych. Nie musimy być sławnymi osobami czy posiadaczami ekskluzywnych aut. Nawet to, czym się zajmujemy, nie ma większego znaczenia.

Wiecie, co sobie myślałam jeszcze kilka lat wstecz, kiedy czytałam podobne frazesy?

Upsi, komuś tu chyba w życiu nie wyszło, że wypisuje takie brednie.

A wiecie, co teraz myślę?

Że byłam bardzo głupia.

I rzecz jasna od razu sprostuję, bo możecie wysnuć fałszywe wnioski przez zastosowany przeze mnie czas przeszły. Nie, nie, teraz nie jestem wcale mądra. Jestem mądrzejsza może o pięć przeżytych lat od tamtego momentu, ale głupia się urodziłam i głupia umrę. Jestem tylko człowiekiem. Mam tylko jeden umysł. Co prawda udaje mi się wykorzystywać znacznie więcej niż 10% mózgu, ale social media, szum informacyjny, pęd i nerwowość dzisiejszego społeczeństwa z pewnością nie wpływają korzystnie na moje zdolności rozwojowe.

Po prostu jestem bogatsza w doświadczenie rozstawania się z pracą po trzech latach i lekturę książki Być szczęśliwym na Alasce, którą każdemu gorąco polecam, choć nie jest wcale łatwym poradnikiem. Filozofia przedstawiona przez Rafaela Santandreu może się wydawać niektórym zabawna, ale dla mnie ma ręce i nogi. Sprawdźcie sami, w czym tkwi Wasze prawdziwe szczęście, bo jeśli nie w Was samych, to macie problem.

Marzec minął mi jak z bicza strzelił i otworzył oczy na wiele spraw. Wiecie, sama o sobie myślę, że jestem pisarką, ale sporo osób kojarzy mnie raczej z tego, że zajmuję się wydawaniem książek. A stanowczo wolę pisać niż robić ludziom książki i uczestniczyć potem w ich spotkaniach autorskich, zadając sobie pytanie: czemu to nie jest mój wieczorek prozatorski? Czemu ja nie jestem na scenie, o co chodzi? Zamiast narzekać, muszę wreszcie coś z tym zrobić.

pexels-photo-214575

A co z kasą? Oczywiście irytuje mnie brak komfortu finansowego. Wczoraj od rana byłam nie w humorze, bo nie wiedziałam, czy na koncie znajdą się jakiekolwiek pieniądze na bilet powrotny do domu rodzinnego. Okazało się, że starczyło nawet na latte. W ten sposób pozbawiłam się chyba możliwości powrotu do Poznania, na kolejny bilet już raczej nie starczy, ale jestem francuskim pieskiem. Wiem, że to moja słabość. Dlatego pora wdrożyć kolejną rzecz, którą zrozumiałam dopiero w tym miesiącu.

Wolę w ogóle nie zarabiać pieniędzy, niż narobić się za grosze.

Czy to jest stanowisko egoistyczne? Czy to dobrze, czy źle?

Wiem, że pieniądze też ogłupiają i czynią ludzi swoimi niewolnikami. A ja nade wszystko pragnę wolności. Powoli odnajduję ją w swojej głowie, przekraczając kolejne bariery. Na przykład stres spowodowany mailami i telefonami.

Dzisiaj na to wpadłam. Dzięki mojemu tacie.

Widzisz, życie bez telefonu jest bardzo łatwe i przyjemne. Jeśli ktoś się nie może z tobą skontaktować, to nie może niczego od ciebie chcieć. A bardzo mało ludzi dzwoni, żeby po prostu zapytać, co u ciebie. Większość chce albo twojej kasy, albo gorzej, twojego czasu.

Mój tata uwielbia zostawiać komórkę w swoim samochodzie. Ale wydaje mi się, że problemem nie jest dzwoniący telefon, tylko to, jak na niego reagujemy. Jeżeli jakieś osoby wchodzą nam na głowę, to nie jest to ich wina. To my sobie na to pozwoliliśmy. Dlaczego?

Bo albo jesteśmy do tego zobowiązani (dzwoni szef, jak nie odbierzemy, to nas wyleje; dzwoni mama, jak nie odbierzemy, to się obrazi i nie dostaniemy obiadu), albo nie chcemy nikomu robić przykrości.

Tymczasem, zobowiązania są tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujemy od drugiej osoby (czyli właśnie na przykład wypłaty albo domowego rosołu). Warto sobie uświadomić, czy naprawdę potrzebujemy czegokolwiek od tego, kto nas męczy albo czegoś wymaga. A potem przeanalizować, co możemy w tej relacji zmienić.

I zacząć działać.

backpack-blonde-blonde-hair-214572

Może się okazać, że niepotrzebnie się stresujemy, bo nie jesteśmy ani nic nikomu winni, a jeśli ktoś się na nas obrazi za to, że jesteśmy szczerzy i bezpardonowi, to akurat już nie będzie nasz problem. (W dochodzeniu do tego wniosku pomógł mi wpis Blogierki o karmie).

Powoli zmierzamy do konkluzji tego postu.

Byłam w marcu po raz czwarty na Kolosach i nie widziałam żadnej prezentacji. Może kilka krótkich fragmentów, zawsze jednak było coś do zrobienia. Swoją drogą, przy naszym stoisku i tak kręcili się ciekawi ludzie, lecz najciekawszych oczywiście spotykało się na papierosie. Na przykład Krzyśka. (Story of a life). Trzeba było jechać tam cztery razy, żeby dowiedzieć się, gdzie powinnam się znaleźć.

To nie jest takie proste, ale odpowiedzią zawsze powinno być: tu i teraz.

Jestem więc tu, w domu rodzinnym, na maleńkiej kanapie w salonie, bo oddałam mamie swoją sypialnię. Leżę pod schodami, naprzeciwko wisi obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nie jest super wygodnie, ale dobrze mi. Dzisiaj upiekłam sernik, jutro dalej będę pichcić i sprzątać. Nie wiem, jak moje życie będzie wyglądało w niedzielę czy następne tygodnie. Może w kwietniu u uda się pojechać do Pragi, może nie. Może skończę 26 lat, może nie dociągnę, bo spadnie mi coś na głowę. Wiecie, różnie bywa. Mam co prawda plan, jestem zorganizowaną osobą, są projekty do zrealizowania. Ale wszystko to mogę, a nie muszę.

Jedyne, co muszę, to oddychać, bo bez tlenu po prostu umrę.

A oddychać będę teraz powoli i z rozkoszą, bo powietrze przestaje gryźć zanieczyszczeniami, a zaczyna smakować wiosną, szczęściem i wolnością.

Tego Wam życzę z okazji Świąt: niech Wam zając przyniesie koszyk pełen wiosny, szczęścia i wolności.

Wiosna, szczęście i wolność, piszę to po raz trzeci, bo tak mi się te słowa podobają. Rozkoszne są, naprawdę. O wiele bardziej niż słowo: sukces.

Buziaki!

Wasza

Emilia

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Wiosna wróciła do Doliny Muminków właśnie wtedy, kiedy Mała Emi nie mogła już znieść ponurej zimy, a jej rude włosy powoli brązowiały od zimna. Nowa pora roku przyniosła z sobą zapach morza, cudowne historie i dziesiątki pocałunków, jedne słodsze od drugich, zwłaszcza pocałunki słońca, od których na buzi Małej Emi powychodziły pierwsze piegi. I może dlatego, kiedy usłyszała pod swoim adresem, że jest nieprofesjonalna i nieprzyzwoita, stwierdziła, że strzeli focha, ale tylko profilaktycznie, potem zaś będzie się śmiała, ile wlezie.

Nie zamierzam ukrywać, że tegoroczna zima była okropna. Gdyby nie O trzech wykastrowanych kotach (moje najnowszew opowiadanie, opublikowane w kwartalniku Fabularie, polecam gorąco!), pewnie zapomniałabym, o tym, kim naprawdę jestem i pogrążyłabym się w otchłani rozpaczy niczym Ania Shirley, która jest mi jeszcze bliższa nawet niż Mała Mi. Zawinęłabym się w zielony depresyjny kocyk jak w 2013 i zastanawiała, dlaczego jestem taka beznadziejna. A potem bardzo chciałabym umrzeć, łykając kupiony gdzieś przez neta zolpidem.

Ale teraz świeci słońce. Na mnie świeci.

Nie jest idealnie, wciąż mam mało siły, ale zaczęła się batalia owoce kontra mąka i na razie te pierwsze wygrywają. Jeśli jestem tym, co jem, to przestałam być zapiekanką z pieczarkami Virtu i zostałam trzema gruszkami z Lidla. Traktuję to jako awans spożywołeczny.

A jeśli jestem tym, za kogo się uważam, to jest nieźle.

Jeśli nie jestem, to trudno.

Natomiast jeśli jestem tym, co ktoś o mnie mówi, to wychodzę na kretynkę do kwadratu. Bo ludzie nie wiedzą, co mówią. I mówią, żeby mówić zamiast myśleć, bo wyrzucanie z siebie słów jest łatwiejsze niż poskromienie szalejących w głowie myśli i zachowanie spokoju.

Piszę to, bo dawno nie usłyszałam krytycznego słowa, a nie bardzo przepadam za tym, gdy ktoś mi mówi, że coś źle zrobiłam. Podobno sangwinicy tak mają, taki typ osobowości i tyle. Piszę to, by powiedzieć Wam, że ludzkie słowa bardzo często mnie łamią, i część z Was pewnie ma podobnie. Ale piszę to przede wszystkim dlatego, żebyście zawsze pamiętali, by nie przejmować się za długo tym, co tam o Was kto mówi.

Bo od własnego chłopaka usłyszałam, że jestem nieprofesjonalna, kiedy powiedziałam mu, że specjalnie zostawiłam telefon w biurze, by uniknąć telefonu od nowego potencjalnego pracodawcy. Za moment się poprawił, że tylko zachowałam się nieprofesjonalnie, ale wiecie, powietrze między nami na chwilę zrobiło się kwaśne. Może miał rację, może nie miał, nie o rację tu chodzi. Może zamiast nieprofesjonalizmu zachowałam się jak dzieciak, nie wiem, może znowu to była jakaś forma autosabotażu, brakuje mi pewnie wysadzania siebie w powietrze, cóż z tego.

Słowo się rzekło, zabolało, a potem uciekło.

A potem usłyszałam o tym, że czegoś nie powiedziałam, coś zrobiłam, i przyzwoicie byłoby jednak najpierw powiedzieć, a potem robić.

Co począć?

Przeprosić.

Przeprosić nigdy nie zaszkodzi, tak jak zaszkodzić mogą słowa, które wypowiadamy pod czyimś adresem. Zwłaszcza, gdy niosą z sobą negatywną opinię.

Mama mi zawsze mówiła, że jestem za delikatna, za wrażliwa, że powinnam nauczyć się mieć twardą dupę. Ależ mnie to wtedy wkurzało! A teraz?

Teraz dalej się z nią nie zgadzam, bo to chyba dobrze, że słowa innych nas bolą. To znaczy, że liczymy się z innymi, nawet jeśli mamy inne zdanie. Tylko że zamiast zbytniego przejmowania się, warto się pośmiać. I wspomnieć sobie cytat z Carla Junga:

Rozumienie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia.

Większość istot z Doliny Muminków nie będzie w stanie przyjąć darów od wiosny, bo po prostu ich nie zauważy. Przejdzie przez Dolinę tak samo, jak robili to latem, jesienią i zimą. Uporządkuje tak samo swój ganek jak każdej soboty, napije się herbatki z jakąś Filifionką i powie, że Czarnoksiężnik to kawał kutasa, bo za plecami swojej starej jeździł na innej panterze. Ale nikt nie zapyta, dlaczego. Nie postara się zrozumieć.

Pozwólmy wszyscy wiosennemu wiatrowi wywiać zbędne słowa.

Na językach zamiast ciętej riposty albo zapiekanki Virtu niech pozostanie smak przygody, miłości i śmiechu.

Mam nadzieję, że udało mi się dzisiaj przekazać Wam troszkę wiosny. Chociaż jeden czy dwa promyki. W sercu mam ich całkiem sporo, dla nikogo nie powinno zabraknąć.

Dobra Wam życzę!

Wasza Mała Emi, czyli

Emilia