10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

Wymyśliłam dla Was dużo więcej powodów, kiedy zaczęłam pisać tę notkę. Zaczęłam sobie przypominać o niesprawiedliwościach, których doznałam ze względu na płeć, nie tylko z ręki mężczyzn, ale i kobiet. Bardzo ciężko mi się zrobiło na sercu, ale morał taki, że z naszego kobiecego uciśnięcia można zrobić materiał na wiele postów. Chętnie oddam materiał za odrobinę egalitaryzmu.

Wpis ten zaczęłam pisać w zeszłym roku, ale Hipis ze Skursywionych przypomniała mi w komentaruz pod ostatnim wpisem,

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

że warto dokończyć temat i wreszcie go opublikować. Bo niektórzy uważają, że feminizm jest potrzebny, ale na Bliskim Wschodzie. Że w naszym kraju jest niepotrzebny, od ponad stu lat. A to mylne przekonanie.

Dlaczego potrzebujesz feminizmu w Polsce, 2018 roku?

1. Bo w naszym sejmie jest 460 miejsc, z czego tylko ok. 130 zajmują posłanki.

To mniej niż 1/3! Czy naprawdę myślisz, że kobiety nie chcą zajmować się polityką i stąd wynika ta nierówność? Nie, po prostu są rzadziej zgłaszane na listy wyborcze. Polityk dalej kojarzy się w naszym kraju głównie z postacią mężczyzny, kobiety niestety są stereotypowo postrzegane jako zbyt emocjonalne, by zajmować się władzą. Hilary Clinton udowodniła przecież, że jest to stek bzdur.

Niedługo wybory samorządowe. Wybierajmy mądrze, bez względu na płeć i partię. Spójrzmy na lokalnych liderów i obdarzmy takim samym zaufaniem zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

2. Bo robotnicy na nas gwiżdżą, kiedy przechodzimy obok placu budowy.

Nie tylko robotnicy. Ledwo co poznani mężczyźni nie krępują się czynić nam seksualnych aluzji, a zwierzchnicy w pracy czy na uczelni wciąż wykorzystują swoją pozycję i składają niemoralne propozycje, stawiając nas niejednokrotnie pod murem.

Wybór wielu z nas sprowadza się do dwóch opcji: albo idziesz do łóżka z przełożonym i dostajesz awans, albo nie. Czy naprawdę odpowiada nam taka definicja wolności?

3. Bo jogurty z wysoką zawartością białka są reklamowane jako produkty dla mężczyzn.

Kobietom białko najwyraźniej niepotrzebne. Powinny siedzieć w domach i lepić pierogi, opiekować się dziećmi oraz sprzątać, zamiast pakować na siłowni i umacniać swoje ciało. Mięśnie są im niepotrzebne, ważniejsze są duże cycki i poślady.

4. Bo kiedy mówisz, że jesteś feministką, musisz się z tego ostro tłumaczyć.

Słysząc Twoją deklarację, część kobiet mówi ci po prostu, że feminizm jest śmieszny i kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro. Zastanawiam się, czy chciałby, żeby ich córki dalej były przyjmowane do pracy tylko dlatego, że są ładne, nie zaś na podstawie wykształcenia i trudno zdobytego doświadczenia. Czy pragną tego, by ich córki nie miały prawa decydować o zachowaniu ciąży, do której doszło w wyniku przemocy na ich ciele i duszy. Bo skoro są przeciwko feminizmowi, to za czym stoją…?

5. Bo boję się biegać samotnie nawet, kiedy na dworze jest jeszcze ciemno.

Wtedy mężczyźni obrzucają mnie przeciągłymi spojrzeniami i zastanawiam się, czy gdyby któryś chciałby mnie zaczepić, zdołałabym uciec. Nie chcę się tak czuć. Nie chcę za każdym razem, kiedy wyjdę z domu, zastanawiać się, czy ten chłopak gapi się na mnie tylko dlatego, bo wyglądam dla niego atrakcyjnie, czy dlatego, że myśli, że gdyby nikogo nie było wokół, mógłby mnie brutalnie przelecieć na najbliższym parkingu.

6. Bo kobiety silne nadal stanowią ewenement.

Te, które podróżują samotnie, które stoją na czele państwa lub ćwiczą boks, a ludzie dziwią się ich poczynaniom i zastanawiają, czy z taką delikwentką jest wszystko w porządku. A może jej w życiu nie wyszło, albo chłop się żaden nią nie zainteresował, to robi z siebie nie wiadomo co?

7. Bo kiedy próbujesz porozmawiać z niektórymi mężczyznami na poważny temat, oni i tak cię nie słuchają, wpatrzeni w twoje piersi.

Nie liczy się dla nich Twój intelekt, umiejętności, opinia, talent. I tak będziesz stała niżej od nich, żyjemy w końcu w patriarchacie, możesz sobie gadać, co chcesz, ale i tak nie wygrasz.

8. Bo wciąż zarabiamy mniej niż mężczyźni,

choć pracujemy na tych samych stanowiskach. Ale często przełożeni to nam dokładają o wiele więcej obowiązków i to my musimy zostawać po godzinach.

9. Bo feminizm wciąż nie jest naturalny,

prawicowym mediom zdarza się go przedstawiać jako bandę rozwrzeszczanych i stukniętych kobiet, a Polacy i Polki uważają, że 100 lat temu może był przydatny, ale teraz, to na co to komu?

10. Bo istnieją tacy politycy, którzy nie wstydzą się publicznie powiedzieć i chyba serio tak myślą, że kobietę zawsze się troszeczkę gwałci.

Że są szanowani przez pewne grono odbiorców. I że kiedy kobietę spotyka gwałt, można usłyszeć: sama się o to prosiła.

NIKT. NIE PROSI SIĘ O TO. BY ZOSTAĆ. ZGWAŁCONYM.

Kiedy następnym razem usłyszysz, że Twoja koleżanka śmieje się z feministek, nie bądź bierna. Użyj jednego z powyższych argumentów. Powiedz, że feminizm jest potrzebny. Masz do tego prawo.

Twoja

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Męczą mnie teksty w stylu: feminizm kończy się tam, gdy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro i tak dalej. Zamawiałam w maju lodówkę na trzecie i dwóch osiłków ledwo dawało sobie radę. Uważam, że autorami tych wypowiedzi są osoby, które totalnie nie rozumieją idei feminizmu. Dlatego postanowiłam go nieco lepiej wytłumaczyć i dziś opowiem Wam o trzech feministycznych wynalazkach, z których korzysta każda z nas.

Dostęp do edukacji wyższej

Sama biję się w piersi, że jeszcze kilka lat temu traktowałam studia jako przykry obowiązek. Zapomniałam, jak wielkim dobrodziejstwem jest dostęp do edukacji wyższej, zwłaszcza w przypadku mojej płci. Kobiety w Polsce przez dziesięciolecia walczyły o możliwość studiowania u boku mężczyzn. Nie same kobiety zabiegały o zmianę. U ich boku stawali również mężczyźni. Wspólnie wygłaszali odczyty, publikowali swoje zdanie na łamach czasopism (m.in. „Bluszczu” czy „Dobrej Gospodyni”) i przekonywali władze do swojego stanowiska.

O ile wszyscy uznają potrzebę wyższego kształcenia młodzieży płci męskiej, uważając wykształcenie średnie tylko za pewną gimnastykę umysłową, umożliwiającą w następstwie właściwą naukę, o tyle dla panny, pensya uważaną jest za alfę i omegę wszelkiej mądrości, jaką kobieta osiągnąć może na tym padole „fortepianu i języków”. To też kiedy brzydka połowa ludzkości nie wiele ustępuje u nas pod względem rozwoju intellektualnego Zachodowi, kobiety nasze stoją na szarym końcu wielkiego pochodu do światła. A jednak wyższe wykształcenie potrzebnem jest dla kobiety, równie jak dla mężczyzny. Nie zapominajmy bowiem o tem, że celem kobiety jest nie tylko być matką, ale i wychowawczynią przyszłych pokoleń, do czego pewnie więcej potrzeba intelligencyi, niż do stosunkowo średniego zakresu obowiązków mężczyzny.

Tadeusz Radwański, W ważnej sprawie (O wyższe kursy dla kobiet), w: „Bluszcz”, 1904

Dopiero w 1894 roku na Uniwersytet Krakowski (Jagielloński) zostały przyjęte trzy pierwsze kobiety: Stanisława Dowgiałło, Jadwiga Sikorska oraz Janina Kosmowska. Mogły uczęszczać na zajęcia na kierunku farmaceutycznym, ale nie mogły zdawać egzaminów. Obecnie, czyli w roku 2018, mija równe 120 lat od przyjęcia pełnoprawnych studentek na Wydziały Filozoficzne. I to w uniwersytetach galicyjskich, uściślijmy, gdyż, jak wiemy, niepodległość mieliśmy odzyskać dopiero dwadzieścia lat później. I dopiero wtedy Polki miały dostęp do edukacji na wszystkich uczelnianych kierunkach (źródło: TU). Pewnie dlatego tak mi przykro, gdy kobiety, które odebrały swój dyplom i dopisują z dumą mgr przed nazwiskiem, mówią, że feminizm jest śmieszny.

Orgazm

Czy wiesz, że przed 1966 rokiem nie wiedziano powszechnie, że kobieta podczas seksu może również doświadczać przyjemności? Uważano, że przyjemność może odczuwać tylko mężczyzna, a kobieta, no cóż. Ma pomóc mężczyźnie w jej osiągnięciu i potem urodzić mu potomka. Urodzona w 1925 roku Virginia Eshelman Johnson, początkowo asystentka doktora Williama Mastersa, a później jego partnerka w badaniach nad seksualnością człowieka, obaliła ten pogląd. Wspólnie z Mastersem opublikowali przełomowe wyniki badań, najpierw w 1966 roku, a potem w 1970. (Historię tę opowiada serial Masters of Sex, który serdecznie polecam). Naukowcy określili, w jaki sposób mężczyzna może wpływać na podniecenie kobiety i odwrotnie. Dzięki ich wspólnej pracy kobiety zyskały świadomość i prawo do zabiegania o własną rozkosz, co było kolejnym niezwykle ważnym etapem zarówno dla nauki, jak i dla feminizmu.

Spodnie

To, że możemy je nosić i nikt nie wylewa na nas za to wiadra pomyj, to osiągnięcie Amelii Jenks Bloomer, amerykańskiej działaczki na rzecz kobiet. Redagowała pierwsze czasopismo dla kobiet, „The Lily” (lata 50. XIX wieku), w którym promowała spodnie zakładane pod suknie jako element bielizny, teraz określane od jej nazwiska mianem „bloomersów”. Niedługo później z bielizny spodnie zaczęły stawać się również elementem stroju sportowego. Dopiero w 1915 roku, za sprawą działań Coco Chanel, spodnie powoli zaczęły stawać się elementem kobiecej codzienności (źródło: TU). Pierwsza para kobiecych dżinsów została zaś wyprodukowana w 1935 roku. Od tego momentu nie minęło jeszcze nawet 100 lat!

Czasem aż mnie korci, żeby powiedzieć niektórym dziewczynom, które określają się jako przeciwniczki feminizmu (tylko dlatego, że nie wiedzą, na czym feminizm polega), że skoro nie jesteś feministką, to nie masz prawa do przeżywania orgazmu, do noszenia spodni, do chodzenia do szkoły. Ale wiem, że siostry emancypantki wywalczyły prawa dla wszystkich kobiet, nie tylko tych, które będą szanowały wspomnienie po nich i dalej walczyły o swoje. To by było niesprawiedliwe.

Postęp i korzystanie z jego dobrodziejstw jest dla wszystkich.

Nawet dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą go zrozumieć.

Jak widzicie, we wszystkich przedstawionych przeze mnie osiągnięciach kobiety nie były osamotnione. O ważne dla nich sprawy zabiegali również mężczyźni. Nie oznacza to zatem, że feminizm to babska sprawa czy wyższość kobiet nad mężczyznami. Nie! To równość płci i wzajemny do siebie szacunek.

Wszystkie ilustracje z wpisu to dzieła Chloe Joyce, która pozwoliła mi na użycie ich do tego wpisu. Zapraszam Was na stronę Chloe oraz jej Instagram! Jeśli zaś tekst również przypadł Wam do gustu, uprzejmie proszę o polubienie Fabryki na Facebooku.

Pamiętaj, że możesz do mnie napisać również na maila fabrykadygresji@gmail.com To chyba tyle na dziś! Twoja

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Oni są w nas zapatrzeni, ale kiedy zapominają o patrzeniu na siebie, my również przestajemy na nich patrzeć. Przypominajmy im wobec tego, jak ważni są w naszym życiu. Kochajmy siebie i ich po równo. Choć czasem jest, kurwa, ciężko. 
 
Obserwowałam mężczyzn wokół siebie. Widziałam ich dokładnie, wraz z ich niedoskonałościami. Lekceważące podejście do poważnych tematów; zdawkowość w kwestiach, wydawałoby się, niewątpliwie istotnych. Słyszałam ciszę, kiedy komentarz aż cisnął się na usta oraz dysonans pomiędzy tym, czego my, kobiety, tak głośno się domagamy, a tym, czego mężczyźni od nas potrzebują; o co żebrzą muśnięciami dłoni albo spojrzeniami, które im krótsze, tym bardziej intensywne. Myślałam sobie: kiedy oni się przestaną gapić albo czy kiedykolwiek dorosną, bo jako nastolatka narzekałam na to, że chłopacy w moim wieku to straszne gówniarze. Mam już dwadzieścia trzy lata i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Zachodziłam w głowę, czy są głupi, czy robią mi na złość, kiedy po raz kolejny zignorowali moją prośbę. Rzucałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć długimi nocami, bo zastanawiałam się, jaka mam być, żeby im dogodzić. Grzeczne są dla nich za nudne, emanujące seksualnością to najczęściej dziwki, te, które potrafią się odszczeknąć, są zarozumiałymi babsztylami, a te małomówne nic sobą nie reprezentują…

Po tych wieloletnich, trwających od dzieciństwa obserwacjach, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem dziewczynką i to coś zupełnie innego od bycia chłopcem, otworzyłam oczy. Tym razem naprawdę.
Zobaczyłam, że nie zawsze, kiedy na czymś bardzo mi zależy, jest to warte mojego tak głębokiego zaangażowania. Nerwy często udaje mi się odłożyć na bok i pamiętać o tym, że mam prawo, takie samo prawo jak mężczyzna, by odkurzyć jutro, a nie dzisiaj, skoro jestem wycieńczona fizycznie i psychicznie, na półce dobra książka, a lodówce uchowała się jeszcze resztka wina. Usłyszałam, że czasem lepiej zdecydowanie trzymać język za zębami, niż wdawać się w bezsensowne spory, które do niczego nie prowadzą. Nauczyłam się, że jeśli kobieta łaknie pieszczot, nie musi się ze swoim pragnieniem chować, a już na pewno nie przed swoim mężczyzną. Kobiety od tak długiego czasu zmuszone były wykorzystywać kartę przetargową między swoimi nogami, by coś dla siebie wywalczyć, że zapomniały, co sprawia największą przyjemność. Takie odnoszę wrażenie. I zapomniały chyba również o tym, że nie musimy wciąż walczyć z mężczyznami. Że łączy nas bycie człowiekiem; chęć bycia wysłuchanym, podtrzymanym na duchu i pocieszonym. Trzymanym za rękę w ciężkich chwilach. Mamy potrzebę wspólnego śmiania się i chwytania pięknych chwil. A jeżeli ktoś zaszufladkuję cię, dobra kobieto, jako puszczalską, bo powiedziałaś coś bądź zrobiłaś, pamiętaj, że nieważne, z ust której płci padła ta kalumnia.
 
Bzdura pozostaje bzdurą bez względu na to, czy ma cycki, czy fiuta. 
Pamiętam, jak bardzo samotna czułam się w gimnazjum, kiedy wszystkie koleżanki miały chłopaków. Jaka byłam na siebie zła i sfrustrowana. Zastanawiałam się, czy to przez moje gęste brwi? Albo brzydkie oprawki okularów? Niemożliwe, żeby chodziło o moje zęby, nie są chyba AŻ tak krzywe… Zagłębiałam się więc w otchłani swoich gorzkich uczuć, a nienawiść do własnej osoby narastała w zatrważającym tempie. O co chodziło? O ograniczone horyzonty. Zapatrzona w jednego chłopaka, uważałam go za cały świat, podczas gdy prawdziwy świat, reprezentowany przez innych chłopaków, co chwila dostawał kolejnego kosza, a ja nawet nie byłam tego świadoma! I wreszcie, po akcie rozpaczliwej desperacji i totalnym zaćmieniu mózgu, skompromitowałam siebie na tyle, że nie mógł się do mnie nie uśmiechnąć.
I przypomniałam sobie, jaka jestem naprawdę. I jaka chcę być, i jaka mogę.
I że jeśli przestanę chcieć być jak wszyscy, stanę się o wiele szczęśliwsza.
Do tej pory często się nienawidzę, ale częściej na szczęście jestem sobą zafascynowana. To nie egoizm, nie brak skromności, ale uczciwe podejście do tematu, choć wiem, że tak to może nie brzmieć w tym momencie. Wiem, że tam, gdzie z innych emanuje smrodliwe tchórzostwo, tam ja odważnie występuję z szeregu i bohatersko staję na wysokości zadania. Z drugiej strony uciekam przed najprostszymi odpowiedziami… Kiedy indziej jestem człowiekiem niezachwianej wiary, co napędza innych do działania, lecz często chwieję się jak chorągiewka na wietrze, gdy trzeba podjąć ważką decyzję.
Wszystko sprowadza się więc do tego, że jestem nie tylko kobietą, ale przede wszystkim człowiekiem. Mam wady, tak jak mężczyźni, i mam zalety. Nie więcej i nie mniej. Tyle samo. Jeśli fascynuje mnie mężczyzna, staram się być dla niego równie fascynująca, co on dla mnie. Nie chowam się pod kocem i nie jęczę, że to się nie uda, więc lepiej skończyć wszystko zanim cokolwiek w ogóle się zaczęło, wyjechać za granicę (tudzież nie wracać). Lub wrócić właśnie. Do punktu wyjścia, tylko jeszcze bardziej pogrążonego w depresji niż przy ostatnim facecie.
Jeśli pragnę bycia wysłuchaną, muszę przede wszystkim słuchać.
A jeśli zależy mi na przeżyciu wspólnie z mężczyzną wielu lat, nie mogę liczyć na to, że weźmie na siebie wszystkie moje kłopoty i udźwignie je zamiast mnie. Ponieważ on też jest tylko człowiekiem.
Niemniej, od kiedy przeczytałam Nieznośną lekkość bytu Milana Kundery, dręczy mnie jedno zasadnicze pytanie. Dlaczego my, ludzie, zawsze chcemy coś w zamian? Dlaczego nie potrafimy kochać bezinteresownie? Dlaczego pragniemy, by kto inny poświęcał dla nas swój czas, energię i uwagę? Czemu nie potrafimy kochać po cichu, całymi sobą, bez nieustannego kalkulowania, co się opłaci, a co nie? Przecież, jeśli kochamy we właściwy sposób nas samych i staramy się, by było nam w życiu jak najlepiej, możemy zadziałać podobnie na osobę, na której nam zależy. Ale może właśnie w tym problem. Za mało robimy dla siebie. Zbyt małym uczuciem darzymy nasze wnętrza, więc chcemy, by inni robili to za nas?
Kobieto! Z okazji 8 marca apeluję do Ciebie: pokochaj siebie. 
 
Jeżeli nienawidzisz się za jakieś fałdy na brzuchu, ewidentnie nie możesz przeskoczyć tematu, bo nie potrafisz mieć głęboko w dupie własnego odbicia w lustrze, zrób coś z tym. A potem się pokochaj.
Jeżeli czujesz do siebie wstręt, bo po raz kolejny skrzywdziłaś złym słowem bliską ci osobę, idź może do psychologa albo zastanów się, na czym naprawdę polega problem. I zrób coś z tym, a potem się pokochaj.
Dopiero, jeśli pokochasz siebie, będziesz mogła obdarzyć prawdziwą miłością tego, którego chcesz. I on to odwzajemni. Wiecie, o co chodzi, prawda? Ludzie to nie pantofelki. Mają więcej zmysłów, nie tylko te pięć czy sześć, o których mówi się na lekcjach biologii. Czują, kto jest wart ich zainteresowania, a im większe zainteresowanie, tym bardziej lgną do takich osób.
Ja się sobą interesuję bardzo, bardzo. Jeżeli Ty nie – czas najwyższy.
To Was na pewno przekona:

#1 Jestem kobietą i walczę ze stereotypami

Jestem kobietą i jestem wkurwiona. Na facetów? No nie, kolejna feministka, która zaraz zapuści włosy pod pachami, a później pofarbuje je na niebiesko… Otóż nie. Jestem wkurwiona zarówno na mężczyzn, jak i pozostałe przedstawicielki mojej płci. Również na samą siebie. A o co w ogóle chodzi? O duszenie się. Stereotypami. 

No bo jak tu swobodnie oddychać, kiedy mój współlokator utożsamia feminizm z walką kobiet o to, by zapanowały nad męskim plemieniem, a w sklepie można usłyszeć od wypowiadającej się z pogardą ekspedientki, że te młode to tylko kariery by robiły teraz, a obiadu chopu to już niełaska ugotować! W tyłkach się poprzewracało, ot co. Jak żyć, pani premier?! 

Za każdym razem, kiedy chcę zobaczyć, co na dany temat sądzą Polacy, wrzucam zagadnienie w Google i przeglądam zakładkę z grafiką. Co widzę po wpisaniu hasła: feministka? Na przykład demotywatory. Nie będę ich wszystkich podawać dalej, bo byłaby niechciana reklama dla twórców hejterskich, wyssanych z palca haseł, które nie prowadzą do niczego innego, jak tylko utwierdzania w głupocie całego narodu. Można jednak na nich przeczytać, że feministka to kobieta, która ciężką pracą, wysiłkiem, poświęceniem i samozaparciem udowadnia w ciągu tygodnia, że jest w stanie zrobić coś, co na wpół pijany facet robi bez wysiłku i zastanowienia w ciągu pięciu minut. Albo, że każda szanująca się feministka musi mieć na koncie choć jedną aborcję – to taki chrzest. I jeszcze zdjęcie dwóch kobiet, jednej z piersiami prawie na wierzchu, drugiej ubranej i, niestety, mniej urodziwej. Z podpisem głoszącym: Zgadnij, która z nich jest feministką, i wolałaby, żebyś to Ty zmywał naczynia. W wynikach wyszukiwania na pierwszych miejscach plasują się brzydkie, otyłe babsztyle i chamskie hasełka, które może i śmieszą, ale pewnie osoby, dla których jedyną rozrywką jest przeglądanie takich właśnie memów, picie co najmniej sześciu browarów dziennie i walenie sobie konia. 
Na całe szczęście trochę dalej zaczyna się coś dziać w tych wynikach. Pojawia się Emma Watson, a tuż obok niej Marta Płusa (polecam z całego serca blog Żadna Kolejna Miłostka, a szczególnie wpis „Pytania do feministki„) i kilka ilustracji Marty Frej. Myślałam, że gdy wpiszę feminist w wyszukiwarkę, wymowa kolażu z obrazków, jaki utworzy się w Google, będzie o wiele bardziej optymistyczna. I tutaj szok. Tak się nie stało. Ilustracje ośmieszające pojęcie feminizmu i wypaczające jego znaczenie są obecne w tym samym stopniu. 
Może i miałabym to gdzieś, gdybym… Hm. Nie. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego sprawa nie miałaby mnie obchodzić. 
Dlatego, zainspirowana przez mojego współlokatora (który w ogóle jest wspaniałą inspiracją do pisania i nie chciałabym, żeby to gdzieś uciekło, Boharku, pozdrawiam Cię, dzięki Tobie mam mnóstwo chęci do działania!), chciałabym wyjaśnić, jak postrzegam pewne zagadnienia związane z feminizmem. I tym samym zwalczyć kilka stereotypów, które nijak mają się do rzeczywistości.

http://data.whicdn.com/images/147936577/large.jpg

1. Feministki czują wyższość nad mężczyznami
Nie wnikam w to, kto co czuje, bo uczucia to przecież uczucia, a osobiście z poczuciem wyższości walczę. Nie chcę czuć się lepszą od kogokolwiek, kiedykolwiek, jedynie chcę być lepszą wersją siebie, każdego dnia. Może to trochę dziwić, w końcu rzucam tak lakonicznie, będzie na pewno na ten temat post w przyszłości. 
Feministka nie dąży do tego, by tłamsić mężczyznę. Chce stać obok niego, albo stać sama, bo potrafi. Chce mu pomagać. I chce, żeby jej pomagano. Współpraca albo samodzielność, w każdym razie: równość.
Równość jako taka. Bo wiecie, nie ma co ukrywać: różnimy się od siebie. Zdarza się, że kobiety mają piersi, a faceci jaja. Mamy też inne mózgi, potwierdzone info. No niestety, przykro mi, nauka mówi, że z tego powodu w różny sposób odbieramy sygnały dochodzące do nas z zewnątrz. Kobiety mają więcej połączeń neuronowych między prawą a lewą półkulą, a mężczyźni pomiędzy przodem a tyłem mózgu. Dlatego możemy być dobrzy w różnych rzeczach. Dlatego nie musimy ze sobą walczyć, a możemy się uzupełniać
I to jest piękne. I o to warto dbać. 
Szanuję mężczyzn. Nie wyobrażam sobie bez nich świata. Chciałabym może, żeby przezwyciężyli kryzys, o jakim piszą Philip Zimbardo oraz Nikita S. Coulombe w książce Gdzie ci mężczyźni? i stali się silniejsi, ale o tym też może innym razem. Poza tym dobrze mi się z mężczyznami pracuje. Jestem jedyną kobietą w pięcioosobowym zespole. Nie uważam, by było to jakieś osiągnięcie. Po prostu każdy z nas jest w tym miejscu, bo na to zasłużył i dobrze wykonuje swoją pracę, bez względu na płeć. Myślę, że takie podejście do tematu równouprawnienia jest całkiem OK, jak sądzicie? 
Poza tym, gdyby feminizm naprawdę zakładał dominację kobiet nad mężczyznami, nie sądzę, by feministami okazali się tacy wspaniali faceci jak choćby Ci poniżej:

http://assets.elleuk.com/gallery/23464/eddie-redmayne-elle-feminism-t-shirt-aitken-jolly__large.jpghttp://assets.elleuk.com/gallery/23464/benedict-cumberbatch-elle-feminism-t-shirt__large.jpghttp://assets.elleuk.com/gallery/23464/tom-hiddleston-elle-feminism-t-shirt__large.jpg

2. Feministka to głupi i pyskaty babsztyl
Możliwe, że już o tym na blogu pisałam, ponieważ tekst jest przekozacki i można go dopasować jako argument do naprawdę wielu sytuacji, ale posłużę się nim po raz kolejny, a zatem: pewnego razu wybrałyśmy się z Zuzią do Teatru Wielkiego (czego efektem była recenzja dla portalu aleczywarto.pl, polecam). Zuz, rozglądając się dookoła, stwierdziła, że miejsce, w jakim się znajdujemy, faktycznie jest z wyższej półki, ale ludzie… ludzie bydło jak wszędzie.
A zatem zdarza się, że do teatru przyjdzie ktoś, kto zamiast przecinka używa słowa kurwa. Zdarza się, że wśród Żydów znajdzie się osoba twierdząca, że Hitler był mistrzem strategii, a wśród naukowców profesor, który zarzekać się będzie, że wziąść to prawidłowa forma czasownika.
Zdarza się więc, że i wśród feministek pojawią się takie, które zachowują się po prostu głupio. I to o nich będzie się mówiło, bo przecież to bardziej zabawne czy interesujące dla oglądajacych telewizję mas niż jakieś nudne postulaty.
Ale to nie znaczy, że wszystkie feministki takie są. O tym należy pamiętać.

http://1wdojq181if3tdg01yomaof86.wpengine.netdna-cdn.com/wp-content/uploads/2014/12/EmmaWatson.jpg

3. Feministka śmierdzi i jest feministką, bo nie chce jej żaden facet
Może i są takie, które śmierdzą, na szczęście ja takich nie znam. Mit ten bierze się zapewne z… włosów.
Bo tak, zdarza się, że kobiety protestują przeciwko goleniu pach. No bo po co mają je golić, tak naprawdę? A nogi? A miejsca intymne? Przecież wszyscy mamy tam włosy, więc dlaczego tylko kobiety mają się ich pozbywać? Bo tak sobie nagle mężczyźni wymyślili?
To, co wiem, to to, że każdy z nas ma wybór. I może ze swoim ciałem robić to, co mu się podoba. W takich wspaniałych czasach żyjemy i w takim cudownym kraju. (Nie ma co narzekać, trzeba docenić i starać się, żeby było jeszcze lepiej). Osobiście wolę mieć mniej włosów niż więcej, bo do tego się przyzwyczaiłam, już od małego. Nie mam potrzeby tego zmieniać, nie wydaje mi się to istotnym problemem. Ale jeśli któraś kobieta stwierdza, że pierdoli żyletkę i wosk, to nie znaczy, że nie dba o higienę. To tylko kłaki przecież.
To, czy feministka będzie się wiązać z mężczyzną, to też kwestia jej prywatnego wyboru. Jeśli chce być singlem, niech będzie. Jeśli nie chce, niech nie będzie. Nie jest to skomplikowane, przynajmniej nie zawsze.

4. Żyjemy w XXI wieku i feminizm nie jest już potrzebny

Skoro pani w spożywczaku dziwi się, że facet robi zakupy na obiad, który będzie gotował, bo jego żona wraca z pracy później niż on, myślę, że feminizm jest wciąż potrzebny, ale ma wciąż poważniejsze problemy, którymi powinien się zajmować. Kiedy mężczyzna w Indiach zostaje skazany za romans z kobietą z wyższej klasy społecznej, a w ramach kary mają zostać publicznie zgwałcone jego dwie siostry, myślę, że feminizm jest wciąż potrzebny. Kiedy w blisko trzydziestu jeszcze krajach dochodzi do obrzezania dziewczynek, skutkujących chorobami, kalectwem, a nawet śmiercią, myślę, że feminizm jest wciąz potrzebny.

Uważam, że powinnyśmy cieszyć się z tego, że możemy głosować i pracować. Nie powinnyśmy wstydzić się feminizmu, bo bez niego nie miałybyśmy takiej możliwości. 
Nawet, jeśli nie utożsamiasz się z byciem feministką czy feministą, nie mów, że jego założenia są złe, skoro ich nie znasz. W ogóle, zanim cokolwiek powiesz, zastanów się. Warto.

Czytam sobie jeszcze raz to, co napisałam, od góry, do dołu. Myślę sobie: kurczę, przecież to zbiór banałów, po co ja tworzę taki tekst, każdy już o tym wie… A potem wpisuję jeszcze raz w Google hasło. Wyniki się nie zmieniają. I nagle przypominam sobie, że jestem bałaganiarą. I że nie lubię sprzątać. I że kiedy tak powiedziałam, za moimi plecami padł po pewnym czasie komentarz, że to bardzo źle świadczy o dziewczynie. I to z ust kobiety taka opinia wypłynęła. Bo chłopacy, to wiadomo, chłopacy. Tam skarpety rzucą, a tam do toalety spudłują, wiadomo, z nimi tak jest, oni mogą. Ale dziewczyny?! To nie wypada.

Bez sensu, tej, myśli sobie Emilka. Normalnie patologia jakaś.

A zatem czuję się w moralnym obowiązku trochę popisać o kobietach i mam nadzieję, że mi w tym pomożecie. Jeśli zdarzyło się coś, że poczułyście się niesprawiedliwie potraktowane z racji swojej płci lub w ogóle – dajcie znać. Jeśli bliskie są Wam idee feministyczne – podzielcie się z nimi. A jeśli zupełnie nie przepadacie za feministkami – napiszcie, proszę, dlaczego.

Czy jestem feministką?

Kiedyś typowa feministka jawiła się w mojej wyobraźni niczym cyklopica z włosami na nogach, który, z racji możliwości posługiwania się tylko jednym okiem, nie potrafi dostrzec niczego poza własnym nosem. Ewentualnie transseksualista, zmierzający nie wiadomo w stronę jakiej płci, z długimi rozczochranymi włosami oraz mocno zarysowaną, kwadratową szczęką. Albo bizneswoman w krótko ostrzyżonej fryzurze, która okłada teczką każdego, kto spróbuje otworzyć jej drzwi lub odsunąć krzesło, by mogła usiąść. Na szczęście – takie dziecięce, ignoranckie fantazje to już zdecydowanie przeszłość. Porozmawiajmy o feminizmie w Dzień Kobiet!

J. Howard Miller, We can do it!
Dlaczego w ogóle miałam w mózgu zakodowane powyższe postrzeganie na feminizm? 
Wydaje mi się, że to wina niedoedukowanego społeczeństwa, jak zwykle zresztą. Do mnie, małej dziewczynki, w latach dziewięćdziesiątych, docierały do mnie z telewizji jakieś dalekie, niezrozumiałe odgłosy walki o równość praw kobiet. Nie pamiętam konkretnego przesłania, tylko ogólne wrażenie. Słowa na temat feminizmu były agresywne, nasycone nienawiścią do mężczyzn, z reguły padające z ust brzydkiej pani. I ta pani nie przypadła mi do gustu. 
W szkole nie nauczono mnie feminizmu. W szkole nie uczą wielu rzeczy, nie tyle ważnych, co wręcz fundamentalnych. Nikt, podczas trwania mojej dwunastoletniej edukacji w państwowych placówkach oświaty, nie nauczył mnie, że indywidualizm jest dobry, a płynięcie pod prąd – trudne, ale przynoszące więcej pożytku niż robienie tego, co wszyscy. Wszyscy za to przekonywali, że hierarchia jest niezwykle istotna i niezbywalna, że jeśli ktoś jest na wyższym stanowisku, jego zdanie jest zawsze bezwzględnie słuszne i nieważne, czy sprawiedliwe – ważne, że trzeba się podporządkować. I koniec dyskusji. Z wyjątkiem krótkiej wzmianki o paradzie sufrażystek w 1912 gdzieś na marginesie podręcznika do historii, o feminizmie nie było ni hu-hu. 

Kiedy zaś pod koniec gimnazjum lub na początku liceum usłyszałam od jakiegoś kolegi, że moja dalsza znajoma jest feministką, skrzywiłam się z niesmakiem. (Trudno mi się do tego przyznać, ale tak było, może nawet zaserwowałam jakiś niewybredny komentarz). I tak jej wcześniej nie lubiłam. A dodatkowo uważałam, że skoro jest się feministką, to pewnie nie przepada się za mężczyznami. A mężczyźni są przecież świetni! (Akurat ten pogląd na szczęście się u mnie nie zmienił). Mężczyźni są silni fizycznie, zostali obdarzeni umiejętnościami logicznymi i mogą poszczycić się tym, że raczej nie miewają często zmiennych humorów spowodowanych huraganami hormonów, przetaczających się przez ich organizm raz w miesiącu. Jak można ich nie cierpieć? 

I wyobraźcie sobie, że w liceum nie lubiłam kobiet. Nie dlatego, że nie lubiłam siebie. Och, w czasach liceum byłam świetną dziewczyną. (To nie jest egoizm i samouwielbienie, tylko stwierdzenie faktu. W podstawówce byłam raczej przemądrzałym bachorem, w gimnazjum to samo, tylko pryszczatym i z krzaczastymi brwiami, liceum… Liceum to było to!). Ale w klasie miałam trzynście innych osobniczek mojej płci i jednego samca. Te trzy lata stanowiły serię dosyć mrocznych wydarzeń i niefortunnych zbiegów okoliczności. Stopie zdarzało się wpadać w histerię na języku angielskim. Ilona cały czas gadała. Cały czas! Najwyższa w klasie dziewczyna lubiła sporadycznie rzucić się na nauczyciela z kąśliwą uwagą, a później zgrywać ofiarę. Wierzba i Ataga popadały regularnie w konflikty na temat ekologii, a zwłaszcza prawdziwych futer, zaś Aga karciła wszystkich wzrokiem, podczas gdy jej ręka bezwiednie dotykała zawieszonego na szyi srebrnego krzyżyka. My z Pauliną, zwaną Mistrzem, obśmiewałyśmy nasze koleżanki, a przed lekcjami wf-u, kiedy się rozbierałyśmy, mówiłyśmy, jak bardzo nienawidzimy naszych cycków, które przeszkadzają czasami w przyjęciu piłki podczas gry w siatkówkę. Jagódka za to siedziała cicho, nie odzywając się prawie do nikogo, z dala nie tylko od kłótni, ale i chyba całego rzeczywistego świata, obserwując reakcje Michała, który dawno się w tym wszystkim już pogubił, i kto wie, co się wówczas działo w jej głowie. 
Dziewczyny są kłótliwe, opryskliwe i przeważnie skupione tylko na ciuchach albo imprezkach. Ewentualnie chłopakach. Względnie pozbawione charakteru, bezbarwne, nudne. Takie miałam wrażenie. Teraz mój punkt widzenia zmienił się radykalnie. Nie znałam zbyt dobrze tych dziewczyn, mimo że spędzałyśmy ze sobą praktycznie dziesięć godzin dziennie. Tak naprawdę uwielbiałam ich charaktery, ale nie to, że są kobietami. Kiedy wracam jednak do tamtego czasu we wspomnieniach, fascynują mnie te migawki z naszego wspólnego życia. Oraz to, co obecnie dzieje się z tymi pięknymi, młodymi kobietami. Jak z nieogarniętej artystki Ataga stała się kochającą matką. Jak Wierzba, która na pierwszy rzut oka jest ładną, lecz typową blondynką, kończy prawo i realizuje swoje marzenia. Jak Dziupla walczy o swoje wykształcenie mimo wielu ogromnych przeszkód na jej drodze. 
Dziewczyny może nie są więc za fajne. Część z nich nigdy nie dorośnie i nie stanie się prawdziwą kobietą. Pełnokrwistą, pragnącą czegoś więcej niż znalezienia dobrego męża i kupowania sobie pięciu sukienek tygodniowo, o otwartym umyśle, mającą solidnie uargumentowane poglądy na świat oraz dużą o nim wiedzę. Ale świadomość, że spora garść jednak w takie postaci się zmieni, sprawia, że już nieco lepiej patrzę na nastolatki, zwłaszcza te, które mogę spotkać w trakcie przeglądania rozmaitych blogów. Dziewczyny coraz więcej czytają. I to napawa mnie optymistyczną wizją przyszłości.

źródło: kadr z serialu Gilmore Girls

Ale jak to się stało, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy jestem feministką
Moje błędne przekonanie na temat feminizmu naprawdę długo się nie zmieniało. Mimo podjęcia nauki na tak wzniosłym kierunku, jakim wydaje się być filologia polska, na którym liczba mężczyzn jest doprawdy znikoma. Tutaj dopiero zaczęłam dostawać szału przez dziewczyny. Kiedy słyszałam, że studiują filpol tylko dlatego, że nie dostały się na prawo, trafiał mnie szlag. Kiedy któraś udzieliła nie do końca przemyślanej odpowiedzi na pytanie zadane przez prowadzącego ćwiczenia, miałam ochotę rzucić podręcznikiem prosto w jej utapetowaną twarz (tapeta to pół biedy, gorzej, gdy była pryszczata, tłusta od łoju i przysypana łupieżem, sypiącym się z brwi prosto na nos). Wielbiłam za to wypowiedzi moich kolegów. Zawsze elokwentne. Zawsze adekwatne do tematu. Prawie zawsze błyskotliwe lub z ciętą ripostą. 
Pewnego razu przydarzyła mi się Magda.
Nie pamiętam jak, nie pamiętam kiedy, ale kompletnie mnie… wystraszyła. Nieustannie czesała sięgające do pasa lśniące włosy, smarowała usta jasnoróżowym błyszczykiem i wydymała je przekonywująco oraz bez skrępowania mówiła o swoim życiu seksualnym, dochodząc do rezolutnych wniosków podanych w dosyć absurdalnej, zabawnej formie. A na zajęcia była zawsze przygotowana. Poproszona o wypowiedź przez profesora podczas zajęć z romantyzmu, ze spokojem spełniała oczekiwania jego i grupy. I pięknie pachniała. (Zresztą czas przeszły jest troszkę nie na miejscu, bo Magda ma się dobrze, żyje zapewne ekscytująco i kwitnie). 
Pewnego razu usłyszałam od jednej z dziewczyn, że Magda nie prowadzi się zbyt dobrze. I, jako kobieta, powinna bardziej uważać na to, co mówi lub jak się zachowuje.
Kurwa mać, pomyślałam sobie, po czym zaczęłam spędzać więcej czasu z Magdą. 
Jakim prawem jedna kobieta mówi drugiej kobiecie, jak ma żyć, i to w dodatku za plecami? Jakim prawem wpycha ją, a przez to i siebie, w jakieś prehistoryczne ramy, powielając chamskie stereotypy?
She needed a hero. Never wait on anyone to make you happy....you have everything you need staring back at you in the mirror ~
Najzabawniejsze jest chyba to, że moje oburzenie zakrawa na totalną hipokryzję. Wczoraj, podczas rozmowy z Bohem, tłumaczyłam moje irracjonalne zachowania tym, że jestem kobietą. Zupełnie tak, jakby bycie kobietą pozwalało mi zachowywać się infantylnie lub wyłączać myślenie. A to nie tylko obłuda, ale czysta głupota, która w podobny sposób działa upokarzająco i niekorzystnie rzutuje na współczesny obraz kobiety, utrwalając jej zakłamany stereotyp. 
Z jednej strony podoba mi się, iż wreszcie (z pomocą) dochodzę do takich wniosków. Z drugiej żałuję, że tak późno. 
Wiadomo, zdarzają się kobiety głupie, bo i mężczyźni tacy są. Wszędzie są ludzie lekkomyślni. Dlaczego niektórzy nie przepadają za gejami? Bo jeden z nich, bez żadnego kontekstu, podczas parady równości, przed setkami kamer, rzucił się na policjanta albo wyciągnął z majtek swojego penisa i zaczął nim machać. A także dlatego, że nie mają większej styczności z osobami o odrębnych preferencjach seksualnych, a mieszkając choćby na jakichś peryferiach, trudno dotrzeć do rzetelnego obrazu takiej sprawy. To samo, jeśli chodzi o feminizm. 
W zeszłym roku, ni z gruszki, ni z pietruszki, Bambol powiedział, że jestem totalną feminą. Zaczęłam gwałtownie zaprzeczać, wydawało mi się to uwłaczające. A teraz? Chyba zaczęłam dojrzewać do prawdy o samej sobie, a wiedza o feminizmie dotarła nawet i do mnie. (Choć przyznam, że nie czytałam nigdy książek o feminizmie – myślę, że z okazji Dnia Kobiet wyborię się dziś do księgarni i kupię coś sympatycznego na ten temat). 
Zaczęłam myśleć.
Przecież jedną z moich ulubionych postaci w „Harrym Potterze” była Hermiona Granger. Mądra, uczynna i skłonna do pomocy przyjaciołom, rezolutna i odważna. Moje ukochane bajki Disneya opowiadały zaś o nie o szukających królewicza dziewczynach. Śpiąca Królewna Aurora czy gotująca obiadki krasnoludkom Śnieżka jakoś nie zaskarbiły mojego serca. To Mulan, która wyrusza na wojnę i walczy o niepodległość swojego kraju, by ratować życie ojca i honor rodziny, była moją inspiracją. To Pocahontas, pragnąca pokoju między światem białych i czerwonych, gotowa oddać w imię idei oraz miłości swoje życie, motywowała mnie do działania w imię wyższych celów niż wygranie z mamą sporu o pójście na imprezkę. 
Przecież dobrze czuję się, będąc kobietą. Okej, pewnego razu, znienacka, dokładnie tak, jak pisze Lena Dunham w Nie takiej dziewczynie, obudziłam się w nowym ciele. Zdałam sobie sprawę z tego, że oprócz piersi mam też całkiem wydatne biodra otulone kołdrą tłuszczu oraz masywne uda. Znienawidziłam wszystkie niedoskonałości, które wyhodowałam sobie przez lata, ale to nie oznacza, że nie lubię zakładać kobiecych sukienek z dekoltami i obcisłych spódnic (o ile zasłaniają to, co powinno być zasłonione). Wręcz przeciwnie! Lubię wyglądać jak lala. Dla większości z Was może być to dziwne lub nie do przyjęcia, ale lale są spoko. Może nie te z tynkiem odpadającym z twarzy, brzeżkiem bluzki utytłanym we fluidzie, spalonymi od prostownicy włosami czy tipsami w oczojebnym odcieniu różu. Ale te w żakiecie, ze starannie namalowanymi na powiekach kreskami, ustami podkreślonymi czerwoną szminką i w spódnicy z baskinką – taką lalą chciałabym być. I się staram. Chyba, że mam kaca albo anginę. 
Przecież bycie kobietą uważam za błogosławieństwo. Możemy się znacznie różnić od mężczyzn, co faktycznie oznacza, że w pewnych względach jesteśmy gorsze. To znaczy też jednak, że pod innymi względami jesteśmy lepsze. Potrafimy znieść więcej psychicznego bólu, a nawet i fizycznego (tak uważam), co nie wyklucza tego, iż jednocześnie pozostajemy delikatne. Do tego wszystkiego fajnie jest chyba urodzić dziecko oraz przybić sobie piątkę z lustrzanym odbiciem za dzielnie zniesienie wyjątkowo ohydnego okresu. A tak samo zaś, jak mężczyźni, potrafimy odnosić spektakularne sukcesy. 
źródło: Ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży
Jeśli ktoś stwierdzi, że feminizm jest niepotrzebny, bo już mamy to całe równouprawnienie, to chyba zapomniał o tym, co dzieje się w krajach arabskich, gdy zamężna kobieta zostanie zgwałcona. Albo nie jest świadomy, co Japończycy robią w komunikacji miejskiej z tyłkami obcych kobiet. Nie wie nic na temat przemysłu porno. 
A w Polsce? 
Przykład z dzisiejszego poranka. Wzmianka mojego kolegi na temat „zasady 200 kilometrów”. Kiedy mężczyzna ma dziewczynę, ale wyjeżdża i znajduje się od niej dalej niż 200 kilometrów, może pójść do łóżka z inną. Ale w drugą stronę to już nie działa. Bo nie. 
Ciekawe, co by na ten temat powiedziała Emma Watson. Ona, razem z Leną Dunham są przedstawicielkami nowego pokolenia feministek, w które chyba wierzę. Co prawda Emma i Lena różnią się od siebie jak woda i ogień, ale dobrze prawią. Myślę, że to świetne wzory dla młodych dziewczyn, bo pokazują, jak walczyć o siebie w czasach wciąż dominowanych przez mężczyzn, choć już nie tak, jak kiedyś.
Emma Watson is a true role model for young girls today. We love her fashion style and she  just glows with confidence.The star of Girls, whose memoir, "Not That Kind of Girl," is out this month, on squeezing in nap time and embracing her inner cheerleader.
A zatem: czy jestem feministką? I czy Ty nią jesteś? Odpowiedzmy sobie na to pytanie same przed sobą. I zastanówmy się, co to znaczy tak naprawdę być kobietą. Oto zadanie na najbliższe dni. 
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
Bądźcie mądre i piękne, subtelne i pełne odwagi!

Ewolucja kobiety

Nie tak ogólnie, bo to temat rzeka. Albo galaktyka, bo wątpię, by temat został wyczerpany po zapisaniu zwoju długiego na sześć tysięcy sześćset kilometrów (Nil); o kobietach można pisać tak wiele, że i ciężko byłoby zmieścić się na stu tysiącach lat świetlnych (Droga Mleczna) takiego zwoju, oczywiście o tyle, o ile faktycznie nasz gatunek pociągnie jeszcze te kilka miliardów lat, do przemiany Słońca w czerwonego olbrzyma. (W zasadzie wątpię – jeśli nie powybijamy się nawzajem, to zamordują nas frytki z Mc’a albo wzrastające ceny papierosów). Zresztą, pieprzyć gatunek. Czy same kobiety przetrwają? Moje ostatnie obserwacje nasuwają mi trzy czarniejsze niż czarna dziura scenariusze.
Abstrachując od powyższych ciekawostek z zakresu geoastronomii (które powinny być wszystkim znane co najmniej z gimnazjum), przejdźmy do popkulturowego, kaszanowego show Eurowizji. Wiem, że możecie być zmęczeni tym tematem, w końcu media aż huczą i nie sposób nie wiedzieć, że pierwsze miejsce w tym roku zostało zajęte przez Conchitę Wurst, czyli Thomasa Neuwirtha. Miło, że Europa chciała pokazać, jaka jest tolerancyjna, szkoda, że z tego powodu ucierpiały lepsze piosenki, w tym również nasza polska, „My Słowianie”. Z teledysku produkcji Donatana bił co prawda erotyzm w nieco prostackiej formie i nie sądzę, by wokal Cleo ujmował, ale w kategorii hiciora na pewno jest to lepszy kawałek niż „Rise Like a Phoenix”. I tak kobiecość została pokonana przez akceptację dla wszystkiego, co związane z transpłciowością. Nie, nie mówię, że to dyskryminacja. Ale… (Cała Ameryka się z nas śmieje, że Europejczycy, mając do wyboru słowiańskie dziewczyny i TAKĄ kiełbasę, wybrali to drugie. Ale co z tego, Stany są głupie, nie?)
Naturalnie (stwierdzenie ostatnimi czasy tyleż samo względne, co i niebezpieczne), skoro Thomas może być Conchitą i tym samym upodabniać się do kobiety, to i randomowa Ela czy Salomea może zapragnąć wyglądać jak facet, nie zmieniając przy tym płci. Na ulicy coraz częściej widzę przechodniów, którzy naprawdę wyglądają jak młodzi, przystojni chłopacy, a w istocie są po prostu dziewczynami, mającymi na sobie full capa, bejsbolówkę oraz szerokie spodnie. O tym, że taki trend się przyjmuje, utwierdziłam się w przekonaniu, znalazłszy osadzoną w tej stylistyce sesję fotograficzną zatytułowaną „Girls Will Be Boys”, której przykładowe elementy przedstawiam poniżej.

 

Mnie się taka moda nie podoba. Popieram transseksualistów, bo przecież ich potrzeby są uwarunkowane psychologią, w końcu jak tu żyć jako kobieta, jeśli się jest mężczyzną i odwrotnie. Nawet, jeśli zaistnieje niedługo trzecia płeć, albo niezaspokojony artystycznie gatunek ludzki wymyśli nawet czwartą płeć, piątą, siódmą, bo przecież ani orientacja, ani religia, ani narodowość (choć podobno Żydzi żądzą światem) czy właśnie tożsamość narządów płciowych nie wpływa na intelekt, to również nie jestem chyba jej przeciwna (być może tylko na razie, nie wiem). Tylko czy to nie sprawi, że kobieta zostanie zepchnięta na margines, poczuje się nudna, będąc sobą? Czy już tak się nie dzieje? Czy to nie sprawka mężczyzn przypadkiem?
Nie mam zielonego pojęcia. Chciałabym tylko móc za dziesięć lat nie tęsknić za czerwonymi szminkami, szpilkami oraz sukienkami. Mam nadzieję, że nie znikną ze sklepów, ustąpiwszy bezrękawnikom z postrzępionymi rękawami oraz niewyprofilowanymi spodniami. Czy to oznacza, że staję się tradycjonalistką? Albo, gorzej: zacofaną kwoką, która zaraz zacznie walczyć o prawa kobiet?
Zaraz, zaraz. Zaraz.

Może to tylko moje czarne prognozy, związane z wariacjami hormonów? Comiesięczne stany około depresyjne? Ale przypadkowy kolega, któremu pokazałam powyższe zdjęcia, zapytawszy mnie najpierw, czy to kobiety, czy mężczyźni, stwierdził, że nie, nie podobają mu się, gdyż „kobiecość to kobiecość”, a gdy zapytałam Zuzię o nazwę stylu modowego, polegającego na upodobnianiu się kobiet do mężczyzn, rzuciła bez zastanowienia: „Lesbijstwo”.

Po co więc głodzić się, by utracić piersi oraz tyłek? Włosy pod pachami (już nie mówię o twarzy…) to naprawdę nowe osiągnięcie światowego stylu? O to walczyły sufrażystki? By już wiek później kobieta pragnęła upodobnić się do swojego rzekomego oprawcy?
Jeśli kobiet nie zabije ich fascynacja mężczyznami/walka z mężczyznami zamiast braku skupienia na sobie, to zabije ich tylko… skupienie na sobie.
Sama już nie wiem, kiedyś byłam przeciwko aborcji, bez żadnych wyjątków, teraz mam pewne obiekcje. Pieprzyć te gwałty (zdaję sobie sprawę z tego, że to zabawny dobór słów), ale co z karierą?! Tylko znowu, czy kobieta musi często w tak bezpardonowy sposób walczyć o swoje prawa, czyli drzeć mordę, że coś jej się należy i koniec? O retoryce to już zapomniały? 
Kobiety w ogóle coraz częściej kręcą na siebie bata. Jak tu mówić poważnie o feministkach, skoro spora ich część, będąca w mediach, nie wygląda zbyt przyjemnie? Jeśli ktoś mi powie, że wygląd nie gra roli, to wybuchnę mu śmiechem w twarz.
A przypomniałam sobie o tym z powodu zorganizowanego dziś w Poznaniu Marszu dla Życia. Dawno już nie byłam tak zirytowana na wszechświat, jak wtedy, kiedy wlokłam się za śpiewajacymi „Ja jestem, ja czuję, ja żyję…” rodzinami i duchownymi. Wydaje mi się, że i jedna, i druga strona jest trochę śmieszna.
Nieco wcześniej, w sklepie na dworcu PKP, spostrzegłam żywe zainteresowanie szczególnym gatunkiem powieści. Rozglądające się między półkami kobiety sięgały nie po sensacje Dana Browna, nie po Cobena, a co dopiero odgrzewanego Pilcha, a „cudeńka” pani Michalak, Grocholi i jeszcze jakiejś Kołakowskiej (nie mylić z Kołakowskim, Leszkiem, znamienitym profesorem, mimo że pochodzącym z Radomia). Cieszę się, że kobiety czytają, a jakże, ale dlaczego odmóżdżające dziełka, skupiające się wyłącznie na miłości oraz piciu gorącej czekolady z wiśniami? (Przez to, że jest popyt na literaturę kobiecą, nie mogę się wybić, foch). STRASZNE RZECZY!
Im częściej jestem świadkiem takich wydarzeń, zaczynam się zastanawiać, gdzie się podziewają prawdziwe kobiety (bo że prawdziwi mężczyźni chowają się pewnie po jakichś jaskiniach, dziesięć kilometrów pod dnem Rowu Mariańskiego, to dawno wiadomo), temperamentne, a jednocześnie subtelne, inteligentne i zmysłowe? Takie jak na przykład:
???
Miejmy nadzieję, że Katarzyna Nosowska ma rację:
Ko­bieta jest or­ga­niz­mem ul­tra­dos­ko­nałym. Pot­ra­fi się re­gene­rować po ek­stre­mal­nie ciężkich doświad­cze­niach. Przet­rwa wszystko.