Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Wiosna wróciła do Doliny Muminków właśnie wtedy, kiedy Mała Emi nie mogła już znieść ponurej zimy, a jej rude włosy powoli brązowiały od zimna. Nowa pora roku przyniosła z sobą zapach morza, cudowne historie i dziesiątki pocałunków, jedne słodsze od drugich, zwłaszcza pocałunki słońca, od których na buzi Małej Emi powychodziły pierwsze piegi. I może dlatego, kiedy usłyszała pod swoim adresem, że jest nieprofesjonalna i nieprzyzwoita, stwierdziła, że strzeli focha, ale tylko profilaktycznie, potem zaś będzie się śmiała, ile wlezie.

Nie zamierzam ukrywać, że tegoroczna zima była okropna. Gdyby nie O trzech wykastrowanych kotach (moje najnowszew opowiadanie, opublikowane w kwartalniku Fabularie, polecam gorąco!), pewnie zapomniałabym, o tym, kim naprawdę jestem i pogrążyłabym się w otchłani rozpaczy niczym Ania Shirley, która jest mi jeszcze bliższa nawet niż Mała Mi. Zawinęłabym się w zielony depresyjny kocyk jak w 2013 i zastanawiała, dlaczego jestem taka beznadziejna. A potem bardzo chciałabym umrzeć, łykając kupiony gdzieś przez neta zolpidem.

Ale teraz świeci słońce. Na mnie świeci.

Nie jest idealnie, wciąż mam mało siły, ale zaczęła się batalia owoce kontra mąka i na razie te pierwsze wygrywają. Jeśli jestem tym, co jem, to przestałam być zapiekanką z pieczarkami Virtu i zostałam trzema gruszkami z Lidla. Traktuję to jako awans spożywołeczny.

A jeśli jestem tym, za kogo się uważam, to jest nieźle.

Jeśli nie jestem, to trudno.

Natomiast jeśli jestem tym, co ktoś o mnie mówi, to wychodzę na kretynkę do kwadratu. Bo ludzie nie wiedzą, co mówią. I mówią, żeby mówić zamiast myśleć, bo wyrzucanie z siebie słów jest łatwiejsze niż poskromienie szalejących w głowie myśli i zachowanie spokoju.

Piszę to, bo dawno nie usłyszałam krytycznego słowa, a nie bardzo przepadam za tym, gdy ktoś mi mówi, że coś źle zrobiłam. Podobno sangwinicy tak mają, taki typ osobowości i tyle. Piszę to, by powiedzieć Wam, że ludzkie słowa bardzo często mnie łamią, i część z Was pewnie ma podobnie. Ale piszę to przede wszystkim dlatego, żebyście zawsze pamiętali, by nie przejmować się za długo tym, co tam o Was kto mówi.

Bo od własnego chłopaka usłyszałam, że jestem nieprofesjonalna, kiedy powiedziałam mu, że specjalnie zostawiłam telefon w biurze, by uniknąć telefonu od nowego potencjalnego pracodawcy. Za moment się poprawił, że tylko zachowałam się nieprofesjonalnie, ale wiecie, powietrze między nami na chwilę zrobiło się kwaśne. Może miał rację, może nie miał, nie o rację tu chodzi. Może zamiast nieprofesjonalizmu zachowałam się jak dzieciak, nie wiem, może znowu to była jakaś forma autosabotażu, brakuje mi pewnie wysadzania siebie w powietrze, cóż z tego.

Słowo się rzekło, zabolało, a potem uciekło.

A potem usłyszałam o tym, że czegoś nie powiedziałam, coś zrobiłam, i przyzwoicie byłoby jednak najpierw powiedzieć, a potem robić.

Co począć?

Przeprosić.

Przeprosić nigdy nie zaszkodzi, tak jak zaszkodzić mogą słowa, które wypowiadamy pod czyimś adresem. Zwłaszcza, gdy niosą z sobą negatywną opinię.

Mama mi zawsze mówiła, że jestem za delikatna, za wrażliwa, że powinnam nauczyć się mieć twardą dupę. Ależ mnie to wtedy wkurzało! A teraz?

Teraz dalej się z nią nie zgadzam, bo to chyba dobrze, że słowa innych nas bolą. To znaczy, że liczymy się z innymi, nawet jeśli mamy inne zdanie. Tylko że zamiast zbytniego przejmowania się, warto się pośmiać. I wspomnieć sobie cytat z Carla Junga:

Rozumienie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia.

Większość istot z Doliny Muminków nie będzie w stanie przyjąć darów od wiosny, bo po prostu ich nie zauważy. Przejdzie przez Dolinę tak samo, jak robili to latem, jesienią i zimą. Uporządkuje tak samo swój ganek jak każdej soboty, napije się herbatki z jakąś Filifionką i powie, że Czarnoksiężnik to kawał kutasa, bo za plecami swojej starej jeździł na innej panterze. Ale nikt nie zapyta, dlaczego. Nie postara się zrozumieć.

Pozwólmy wszyscy wiosennemu wiatrowi wywiać zbędne słowa.

Na językach zamiast ciętej riposty albo zapiekanki Virtu niech pozostanie smak przygody, miłości i śmiechu.

Mam nadzieję, że udało mi się dzisiaj przekazać Wam troszkę wiosny. Chociaż jeden czy dwa promyki. W sercu mam ich całkiem sporo, dla nikogo nie powinno zabraknąć.

Dobra Wam życzę!

Wasza Mała Emi, czyli

Emilia

(Od)lutowa fabryka linków!

(Od)lutowa fabryka linków!

W moim życiu tyle się nawyrabiało, że szczerze mówiąc, trudno mi opisać to koko dżambo. Ale z wielką radością podzielę się z Wami utworami, dzięki którym pomimo licznych przeciwności i okrutnego stresu udawało mi się cały czas iść do przodu. Zapraszam!

Festiwal Podróżniczy Śladami Marzeń

Organizatorzy tego poznańskiego festiwalu dla miłośników podróży, Tomek i Jaśmina Labusowie, to niesamowite osoby, które swoją pasją w lutym bieżącego roku zarazili tysiące osób już po raz szósty! Zabawa była przednia. Tłok, gwar, historie ze wszystkich zakątków świata, niepowtarzalne fotografie, entuzjazm i pozytywna energia! Mnie osobiście najbardziej podobała się prelekcja Piotra Strzeżysza, o którego książce piszę w kilku słowach poniżej. Była momentami przezabawna, ale wywołała też we mnie potężne fale wzruszenia. Opowieść o rowerowej podróży z Patagonii na Alaskę zostanie ze mną na długi czas. Odwiedzajcie kolejne edycje Śladami Marzeń koniecznie!

pexels-photo-185933

Imprezki podczas trwania festiwalu też super, ludzie cudowni i przekochani, atmosfera po prostu boska. Miło było też poradzić warsztaty literackie z pisania i wydawania książki. Sama jestem z siebie bardzo zadowolona. Ale…

Wartościowe teksty

… nie warto popadać w samozachwyt. Czuję, że zrobiłam coś dobrze, ale nie mam zamiaru się przeceniać, wiadomo, zawsze można lepiej. Magda Ostrowska, autorka rewelacyjnego bloga Dopracowani.pl, stworzyła w lutym bardzo mądry wpis pt. Najczęstszy błąd początkującego przedsiębiorcy. I muszę przyznać, że będę często powracać do lektury tego jednego właśnie posta. Bo łatwo jest być zapatrzonym w siebie, ciężej z pokorą i pracowaniem nad faktyczną, jak najwyższą jakością. Bardzo dużo firm, nie tylko tych nowych, powinno wziąć sobie słowa Magdy do serca.

Moim blogowym odkryciem tego miesiąca jest z pewnością blog Made by Gigi. Polecam Wam wpis, który zachwycił mnie ogromem ciekawostek na temat Instagramu. Prawie wszystko o shadowbanie na Instagramie to notka, w której Gigi wytłumaczy Wam w bardzo przystępny sposób, co robić, gdy Wasze zdjęcie nie będzie wyświetlane w hasztagach. Może się okazać, że otrzymaliście właśnie shadowbana za złamanie któregoś z punktów regulaminu. Dla mnie to absolutna nowość.

Bardzo przyjemny artykuł napisała także Anna Fit, robiąc zestawienie książek o modzie. Polecam gorąco, bo treść książek opisana została bardzo celnie i choć fanką mody nie jestem, to Ania tak ciekawie ukazała temat, że chciałam biec do biblioteki po te wszystkie tytuły. Co prawda powstrzymał mnie siarczysty mróz, ale było już blisko…! Książki o modzie, które warto poznać. Bo historia (także mody) lubi się powtarzać to bardzo zachęcająca lista lektur.

Czasopisma,

z którymi warto się zapoznać, to bez wątpienia

Fabularie – ale nie tylko dlatego, że znajdziecie tam moje opowiadanie O trzech wykastrowanych kotach. Nie, w najnowszym kwartalniku, robionym z pasją dla miłośników literatury i ogółem kultury współczesnej, znajdziecie arcyciekawy wywiad z Magdaleną Tulli oraz poezję Wojciecha Bąkowskiego, którą autor samodzielnie zilustrował. Gorąco polecam, ponieważ Fabularie wyróżniają się na tle wielu innych czasopism literackich szczerością przekazu, oryginalnością i wysoką jakością.

Miesięcznik ZNAK – przede wszystkim ze względu na temat lutowego numeru, którym jest uważność. Kiedy zewsząd bombardują nas wiadomości o atakach terrorystycznych i kłótniach w rządzie, nieprzerwanie otacza nas szum informacyjny, a zapłacenie rachunku albo wyjście po zakupy może przyprawić o mnóstwo stresu, powinniśmy się zastanowić, dlaczego w ogóle nas to rusza i czy faktycznie to, co wokół, naprawdę nas dotyczy. Czy tym właśnie jest uważność? Czy to technika medytacyjna albo filozofia ze Wschodu? Polecam przeczytanie zajawki rozmowy Angeliki Kuźniak z Pawłem Holasem, a gdy już wsiąknięcie, sięgnijcie po najnowszy Miesięcznik ZNAK. Pomaga.

fabularieznak

Zapraszam przy okazji na mój Instagram @emiliateofila.

Książki,

których lektura na 100% Cię poruszy, a może i nawet zmieni Twoje życie, to

Otoczeni przez idiotów. Jak dogadać się z tymi, których nie sposób zrozumieć Thomasa Eriksona to zbiór przezabawnych, ale całkiem mądrych wskazówek dotyczących dialogu z ludźmi o różnych temperamentach. Choleryk, sangwinik, flegmatyk czy melancholik? Po lekturze będziecie dużo lepiej komunikować się z kolegami w pracy lub na gruncie rodzinnym. A przynajmniej otrzymacie wiedzę, jak to zrobić, ponieważ okazuje się, że to wcale nie taka prosta sprawa, choć wszyscy mówimy w takim samym języku… Thomas Erikson otworzył mi oczy na pewne sprawy i dlatego polecam gorąco jego książkę.

Sen powrotu Piotra Strzeżysza, który jest tekstem genialnym. To pocztówki podróżnika z drogi, ale pocztówki głęboko spersonalizowane. Nie zawsze z rozdziału można wywnioskować, w jakim kraju znajduje się autor, jednak ludzie, których spotyka na swojej drodze lub drobne wydarzenia, takie jak choćby zgubienie czapki, stają się wyjściem do głębokich rozmyślań. Do odczuwania, razem z autorem, głębokiej melancholii, smutku istnienia, pasji i pożądania, a także czegoś nieuchwytnego, co czai się między wersami. Czytając Sen powrotu Strzeżysza poczujesz magię.

Rdza Jakuba Małeckiego. Pisałam już o niej, dlatego nie będę się powtarzać, ale uważam, że może to być jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w 2018, a mamy dopiero luty! Jeśli jesteś fanem pięknych powieści, nie możesz ominąć tej historii!

Muzyka,

która w tym miesiącu inspirowała mnie nie tylko do pisania, ale i do podjęcia poważnych życiowych decyzji, o których pisałam w notce pt. Złożyłam wypowiedzenie.

Uwielbiam Mumfordów, kiedy słucham ich utworów, czuję że słucham nie zwykłych piosenek, a prawdziwych ludzkich historii. Ich ostatnia epka, Johannesburg, będąca owocem trasy koncertowej po Afryce Południowej, wprowadza do ich brzmienia zupełnie nowe życie. Nie sposób siedzieć na tyłku albo marudzić w łóżku, kiedy słyszy się takie wielokulturowe cudo. Trzeba powstać i zacząć tworzyć.

Szukając podkładu muzycznego do reklamówki Wydawnictwa Sorus, trafiłam na Messes Setha Powera. Okazało się, że utwór idealnie pasuje jako soundtrack do serialu o ostatnich miesiącach mojego życia w firmie. Melancholijna, piękna, choć skromna linia melodyczna i prostolinijny, szczery tekst. Oto elementy, które składają się na sukces piosenki głęboko zapadającej w serce.

A to, co poniżej, czyli cover doskonale pewnie Wam znanego utworu Dawida Podsiadło, pokazał mi niedawno mój chłopak. Zakochałam się po pierwszych nutach, a kiedy do instrumentów dołączyła linia wokalna tych czterech, niezwykle utalentowanych młodych kobiet, dopadły mnie prawdziwe dreszcze. Nieznajomy Tulii to absolutny majestersztyk. Przynajmniej dla mnie. Co sądzicie o tej folklorystycznej aranżacji? Ta słowiańskość, mistyka… Czujecie?

Filmy

Dżungla – Daniel Radcliff zdany na samego siebie pośrodku dzikiej natury. Na początku film bardzo mnie bawił, zważywszy na to, że Dominik akurat brał się za samotny trawers dżungli w Kongo, ale mniej więcej od połowy historia zaczęła mnie po prostu miażdżyć. Nieujarzmione piękno, niebezpieczna natura, potęga umysłu i wola walki – wszystko znajdziemy w tym filmie. Wart zaznaczyć, że Dżungla jest oparta na faktach! Jeśli jesteście fanami Into the Wild, ten film również przypadnie Wam do gustu, choć jest nieporównywalnie bardziej brutalny.

Czarna Pantera – Tak! Mocne babki, afrykańskie klimaty, hip-hop i tradycyjna muzyka plemienna… Wreszcie Marvel stanął na wysokości zadania. To bardzo dobry film, pełen kolorowych kreacji, fantastycznych widoków oraz silnych kobiecych charakterów. Polecam, ubawiłam się przecudownie!

A co Wy, moi mili, polecilibyście mi do obejrzenia, posłuchania czy poczytania?
I co porabialiście w ubiegłym miesiącu? Muszę nadrobić blogowe braki, więc dawajcie znać koniecznie!

Wasza

Emilia

 

Złożyłam wypowiedzenie

Złożyłam wypowiedzenie

Nie tylko umiem latać, ale jestem wyspecjalizowanym pilotem bojowym. Wpadam z pełnym impetem tam, gdzie się pali i wali. Ratuję ludzi, wyciągam z opałów rannych i ich dobytek. Po skończonej misji, w powietrzu wyczyniam różne ewolucje, fruwam tak wysoko, jak tylko mi się zamarzy, tak, bywałam też w kosmosie… Ale kiedy psuje się moja powietrzna machina, kiedy jej skrzydła są uszkodzone i ledwo trzymają się korpusu… Czy starać się desperacko reanimować stary sprzęt czy lepiej rozejrzeć się za nowym, bezpieczniejszym, w którym nie stanie mi się krzywda?

Nie wiem, czy firma, w której jestem teraz na trzydziestodniowym okresie wypowiedzenia, popsuła się. Może tak się widzi każde miejsce pracy, z którego chce się odejść. Pewnie nie z nią jest coś nie tak, tylko ze mną. Za długo w jednym miejscu, w zbyt ciasnym kadłubie, zagraconym przez stosy spraw, w których już się gubię i nie wiem nawet, gdzie znaleźć ster. Straciłam wewnętrzny kompas.

Kiedy mówiłam szefowi o powodzie mojej decyzji, nie pamiętam już dokładnie, jakich argumentów użyłam. Pewnie dlatego, że nie wiem do końca,  czemu to robię. Czuję, że muszę iść dalej, albo że jeśli zostanę, stanie się coś bardzo złego.

Kiedy udałam się na rozmowę rekrutacyjną do innego wydawnictwa, powiedziałam, że w starej firmie przestałam się rozwijać. Że wszystko, co wiedziałam, wdrożyłam. To, czego się nauczyłam, wykorzystałam. I teraz czas na nowe wyzwania. Nową porcję wiedzy zdobytej poprzez doświadczenie.

Bo inaczej dostanę na łeb, muszę być w ruchu, muszę działać. Ale nie za dużo, nie ponad siły, nie tak, by czytać wiadomości od autorów o drugiej w nocy i potem nie móc zasnąć.

Wszystkie odpowiedzi są prawdziwe. I jednocześnie żadna z nich nie jest, nie w pełni, nie tak jak to sformułowanie: po prostu zapomniałam, że potrafię latać. Ale kiedy mówię to na głos, brzmi to jak nocne mamrotanie lunatyka. Dlatego wolę to napisać.

Będzie mi cholernie brakowało tego wydawnictwa.

Young Women Travel Together Concept

Wszystkie pracujące tam osoby bardzo lubiłam, a z częścią się zaprzyjaźniłam. I pokochałam. Nie wyobrażam sobie bez tych ludzi mojego dalszego życia. Cieszę się, że nie muszę się z nimi żegnać, bo nasze odrębne wątki splotły się w jedną fabułę.

Ale tylu przygód, ile miałam w wydawnictwie, nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nigdy wcześniej, w tak krótkim czasie, nie poznałam tak wielu wspaniałych, arcyciekawych ludzi. Próbowałam wymienić ich z imienia i nazwiska, ale taka lista, bez przezabawnych anegdotek na ich temat i opisów naszych pierwszych spotkań, skąpanych często w atmosferze gęstego absurdu, jest chyba trochę niegodna. Myślę, że odbije się to prędzej czy później w moich literackich przedsięwzięciach.

I spełniałam się. Każdego dnia, mniej więcej do końca ubiegłego roku (2017). Zrywałam się z łóżka z ochotą, by biec do pracy i załatwiać rzeczy, bo uwielbiałam to robić. A potem, niestety, straciłam ten zapał. Uważam zatem, że jeśli nie chce Ci się chodzić do pracy, nie powinieneś tego robić. Nie marnuj swojego życia. Rób to, co kochasz. A jeśli nie wiesz, co to jest, rób cokolwiek, co nie obrzydzi Ci piękna dnia.

diary-968603_1920

Teraz, choć nie do końca wiem, jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czuję się wolna i szczęśliwa.

I zamiast słuchać o podróżach, będę podróżować. A zamiast grzebania w cudzych tekstach, skupię się na pisaniu swoich.

Wiecie, takie mam plany, a może się okazać, że moją najdalszą podróżą będzie zmiana lokalizacji ze Starego Miasta na Most św. Rocha, bo nie dam sobie finansowo rady. Boję się o kasę, ale można ją ogarniać nie tylko pracując dla kogoś. Można robić samemu na siebie. Chcę spróbować zagrać na takich zasadach. Jak mi pójdzie? Czas pokaże.

Nieważne, co się wydarzy. Jeśli nawet nie będzie dobrze, będzie jakoś. Nieważne jak czy gdzie, ważne z kim.

Będę znowu latać, tak postanowiłam.

Emilia

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Siedem rewelacyjnych podróży, niezliczona ilość spotkań z barwnymi postaciami, odebranie Nagrody Magellana w Warszawie na PGE Narodowym, 113 zdobytych punktów GOT, miłość, fajerwerki na Moście św. Rocha, dżungla, dwie przeprowadzki… I momenty słabości. O tym, dlaczego rok 2017 był najlepszym rokiem mojego życia i dlaczego przyszły będzie również, w corocznym podsumowaniu, ja, Emilka Teofilka, dla Was, najmilsi!

Tytułem wstępu: to już szóste podsumowanie noworoczne na Fabryce dygresji. Poniżej możecie sprawdzić, jak wyglądał rok

20122013 (w skrócie: beznadziejnie), 2014, 2015 (w skrócie: zajebiście), 2016.

Wniosek jest jeden, Emilka dorasta. W tym roku bardzo to odczułam. W 2016 roku postanowiłam sobie, że przyspieszę, tymczasem rok 2017 upłynął mi spokojnie. W dosyć szybkim tempie, faktycznie, ale pamiętam, iż pisząc tamte słowa, miałam na myśli moją karierę literacką. Pisanie książki nie poszło mi tak dobrze, jak planowałam. Zboczyłam za to w… podróżowanie.

To z pewnością zasługa wyjątkowego mężczyzny, który skradł moje serce. Dzięki jego stałej obecności w moim życiu nie czuję się już taką nieodpowiedzialną szczeniarą jak wcześniej, która chodziła wiecznie z petem w mordzie, robiła z siebie niezrozumianą artystkę i co chwila zakochiwała w innym osobniku o wątpliwej zdatności do faktycznego statecznego użycia. A może jego obecność jest po prostu wynikiem metamorfozy, która zaczęła się już wcześniej? Zaczęłam odczuwać potrzebę opiekowania się innymi istotami, bo ingerowanie w sprawy innych ludzi i pragnienie uratowania ich, choć sami woleli zaprzepaścić siebie i swój rozwój, za bardzo mnie wyczerpywały. W końcu zrozumiałam, że podejmując karkołomne próby zbawienia ludzi wydawałoby się mi bliskich, siebie samej nie zbawię, a o to tu przecież chodziło. Dlatego kupiłam sobie (i otrzymałam w licznych prezentach) zieloną szajkę, która co chwila powiększa swe grono.

Processed with VSCO with c1 preset

Ale wybaczcie, to wszystko dygresja, miało być o podróżowaniu. Jak co roku z Agatą wybrałyśmy się na Kolosy. Balety z bandą podróżników jak zwykle obfitowały w intensywne doznania, a przy okazji rozmówiłam się z gdyńskim wydawnictwem, które skroiło mój tekst. Na szczęście ich reakcja była szybka i taktowna, więc po przeczytaniu przeprosin i zadośćuczynieniu szkód, udzieliłam rozgrzeszenia, bo każdy może popełnić błąd i każdy powinien mieć szansę jego naprawienia. Tak więc kwas anulowany.

W międzyczasie skończyłam 25 lat.

Nie planowałam więcej wyjazdów aż do maja na Warszawskie Targi Książki, ale tuż po Kolosach spadły mi klapki z oczu i zadurzyłam się jak porąbana, więc postanowiłam wyruszyć w Beskidy razem z nowym chłopakiem. Wtedy zrozumiałam, w jak opłakanej kondycji jestem, bo łażenie po pagórkach z plecakiem wyglądało mniej więcej tak: dziesięć metrów, postój, dziesięć metrów, postój, pięć metrów, postój, kurwa mać, ja pierdolę, nie idę dalej. Ostatecznie, kiedy ukochany wziął mój plecak, jakoś zmusiłam się do marszu, ale nie potrafiłam się cieszyć pięknymi widokami. Z opresji wyratowała mnie Ciocia Ebi, u której zaliczyliśmy nocleg. Było nam szalenie miło gościć w pałacu Ebi i jej szanownego mężonka. Zapraszamy w dalszym ciągu do Poznania, koniecznie!

W Warszawie rozwaliliśmy z Sikorą i Arunem system, zdobywając nagrodę dla Wydawnictwa Dygresje Nagrodę Magellana. Fajne jest to, że moja praca daje mi możliwość stworzenia sobie wydawnictwa, którego nazwa będzie pochodzić od mojego bloga, i że mogę sobie pojeździć po Polsce. Już w miesiąc później bowiem wybraliśmy się do Ząbkowic Śląskich na festiwal PodRóżni – festiwal o krok dalej. Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale praca w wydawnictwie podróżniczym zniechęciła mnie trochę do podróżowania. Nie miałam ochoty poznawać świata, bo wiedziałam już, co może mi się przydarzyć na Sulawezi czy gdybym pokonywała wózkiem sklepowym kilometry gdzieś w południowoamerykańskiej głuszy… Ale kiedy ukochany powiedział mi o wyprawie w Sudety, po początkowym wahaniu (ze względu na mękę w Beskidach) postanowiłam ruszyć tyłek. Kupiliśmy solidne buciory, śpiwory i wsiedliśmy bladym świtem w pociąg. Moja kochliwość jest chyba nieodłącznym elementem mojego charakteru, ale tym razem zakochałam się w dzikiej górskiej naturze.

Processed with VSCO with c1 preset

Później minęły trzy lata mojej pracy w firmie, powiedziałam po raz pierwszy kocham Cię i na zaproszenie Jagódki udałam się nad morze, gdzie po raz kolejny zakosztowałam natury. Samej udało mi się ogarnąć szlaki! Odwiedziłyśmy Woliński Park Narodowy, widziałyśmy żubry, przeszłyśmy plażą pieszo z Międzyzdrojów do Świnoujścia, wdrapałyśmy się na pierwszą w naszym życiu latarnię morską i łapałyśmy autostopa, by uciec przed dzikami.

A potem z najbliższymi stałam na Moście św. Rocha, w samym centrum Poznania i widziałam fajerwerki wystrzeliwane dookoła, a najpiękniejsze nad katedrą, bo odbijały się w nieprzeniknionej tafli Warty.

I tak, bywało w tym roku wkurwę ciężko. Kiedy miałam załamanie nerwowe, kiedy zerwałam niszczącą mnie relację (a może nawet dwie…?), kiedy dowiadywałam się mrocznych sekretów z przeszłości, kiedy trzeba było iść do sądu, kiedy po raz pierwszy zderzyłam się ze śmiercią koleżanki z liceum, która popełniła smobójstwo… To prawda. Życie łamało mnie w pół sporo razy.

Ale wszystko, co się wydarzyło, dobre czy złe, stanowiło dla mnie cenną naukę.

Znajoma, będąca chyba pod wpływem moich wpisów o depresji, wywnioskowała, że jest u mnie do bani, więc zaoferowała swoje ramię do wypłakiwania się. Andrzej, kiedy mu opowiadałam, co u mnie słychać, stwierdził, że wydawało mu się, że u mnie jest bardziej kolorowo. Nie ukrywam, że rok 2017 spłynął parę razy moimi gorzkimi łzami, nie kąpałam się w złocie i diamentach ani nie jadłam na śniadanie bitej śmietany z tęczową posypką, ale pomimo tego to był chyba najlepszy rok mojego życia. Może nie najlepszy… Najpełniejszy. Najbardziej świadomie przeżyty prawdziwie, a nie przeżyty marzeniami. Tak się cieszę, że się udało.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, jak twierdzi p. Jacek Walkiewicz, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Nie czuję się mocniejsza, czuję się bardziej wrażliwa…

Już Was pewnie zanudziłam na śmierć, ale ten wpis akurat, wybaczcie, ten jeden właśnie, nie jest dla Was, tylko dla mnie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale chyba pozbyłam się też uporczywych bólów głowy.

Przeczytałam trochę książek, spośród których Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Czarną Wojciecha Kuczoka stawiam absolutnie na pierwszym miejscu.

1

Kupiłam sobie wreszcie okulary, ponownie więc stałam się okularnikiem.

Dowiedziałam się, że moje opowiadanie ukaże się w czasopiśmie Fabularie. (To już w tym miesiącu)!

I planuję, by rok 2018 był kolejnym najlepszym rokiem mojego życia.

Nie wiem do końca, jak to zrobić. Niby miałam dużo postanowień, ale wszystkie są chyba nie są na dłuższą metę istotne. Jedyne, co powinnam zrobić, to pomnożyć moje szczęście dzięki ciężkiej pracy. Zaraz w końcu Kolosy i premiera Oceanu o Olku Dobie, mojego najgrubszego projektu w pracy na ten kwartał, a wcześniej festiwal podróżniczy Śladami Marzeń… Czuję, że potrzebuję bardziej się zorganizować, a ten wpis to początek tej procedury. W końcu potrzebuję wygospodarować mnóstwo czasu na dokończenie książki…

Z blogiem mam głębszą rozkminę. Chciałam sobie zrobić pół roku urlopu, a moi przyjaciele zdeklarowali się, że będą za mnie przygotowywać dla Was teksty, ale, cholera… Przeglądałam wszystkie wpisy. Wasze reakcje, słowa kluczowe, statystyki… Jeśli odpuszczę w tym roku, który może być kluczowy lub blisko kluczowego, tego wiecie, jebnięcia, mogę coś zaprzepaścić… Dlatego dalej się waham. No, trza tutaj ostro pogłówkować, jak to rozwiązać, bo mam niestety tylko jedno życie i 24 godziny do dyspozycji.

Ale, na dobrą sprawę, jeśli 2018 rok miałby wyglądać jak 2017, byłabym przeszczęśliwa.

Na koniec, sobie i Wam, życzę mnóstwa czasu na poznawanie nowych, fascynujących ludzi, rozwijające podróże po Polsce i świecie, zacieśnianie więzów rodzinnych, relacji przyjacielskich i romantycznych, zdrowia. Satysfakcji w każdej dziedzinie Waszego życia. I nawet, jeśli to życie będzie Was łamać (niestety nie da się tego uniknąć), byście potrafili szybko się ogarnąć, posklejać do kupy i trwać naprzekór wszystkim trudom.

Wasza

Emilia

 

10 najważniejszych momentów 2017. Tort na trzecią rocznicę

10 najważniejszych momentów 2017. Tort na trzecią rocznicę

Mój dom rodzinny mieści się we wsi o pięknej, choć mało wytwornej nazwie: Paproć. I, jak może wiecie, noszę najpopularniejsze nazwisko w Polsce. Kiedy trzy lata temu byłam na bardzo dziwnej rozmowie kwalifikacyjnej w wydawnictwie z zieloną paprocią w logo, nie miałam pojęcia, że przez najbliższe lata, gdy będę odbierać biurowe telefony, ludzie będą pytać, czy Kazimierz Nowak, ten słynny podróżnik, był moim dziadkiem.

W ogóle rzeczy, które w trakcie tych trzech lat się nawyrabiały, nigdy by mi się nie przyśniły. Mam niezwykle bujną wyobraźnię, ale nie aż tak.

Czego przyszło mi się w trakcie tych trzech lat nauczyć?

Mnóstwa umiejętności. Kiedy zaczęłam je wymieniać w pierwszej wersji tego wpisu i doszłam do trzech stron, stwierdziłam, że nie będę Was tym zanudzać. Począwszy jednak od przygotowania kotletów sojowych z sosem, uwierzenie w potęgę układu energetycznego, skład książki i przygotowanie okładki (miałam na studiach, ale przez dwa i pół roku w wydawnictwie zajmowałam się innymi czynnościami) po pokorę, szlachetność, determinację i to, że żeby się odnaleźć, trzeba się czasem zgubić – moje życie zyskało mnóstwo kolorytu. Wysłuchałam tysięcy romaitych historii o Polakach w świecie, które niejednokrotnie brzmiały jak przedziwne baśnie. Spędziłam czas w wybornym towarzystwie ludzi nacechowanych wspaniałą aurą. Ludzi, których dopiero poznawałam, ale czułam się przy nich jak w domu.

Praca w wydawnictwie bywa ciężka. Kiedyś postaram się ją bardziej przybliżyć, bo pytaliście już o to niejednokrotnie. Szczerze? Nie dziwię się. Mam bardzo ciekawe zajęcie, które niezwykle mnie rozwija. Ale bywa ciężkie. Dosłownie, na przykład kiedy przyjeżdża paleta z tysiącem książek formatu B5 w twardej oprawie. Oraz w przenośni, choćby wtedy, kiedy trzeba ostudzić zapał chcącego zadebiutować autora (o czym pisałam choćby tu).

Niejednokrotnie praca mnie przerastała. Z łatwością za dużo biorę sobie na głowę i wbrew temu, co uważa mój szef, mam kłopoty z delegowaniem zadań lub weryfikacją ich wykonania. Wiele razy praca mnie nużyła (na przykład wprowadzanie poprawek do składu w piątek o 22.00, piekło!) albo irytowała (gdy okazywało się, że miałam coś zrobić, ale ktoś zapomniał mi tego werbalnie przekazać, licząc chyba, że potrafię czytać w myślach).

Ale kiedy potem trzymam w dłoniach książkę, którą powstała dzięki mnie albo rozmawiam z autorem, zapominam o tych wszystkich trudach. To prawie jak matka, która zapomina o męczarniach porodowych po tym, gdy po raz pierwszy trzyma swe dziecko w objęciach.

Najwspanialszym jest, że moja praca nie pozostaje niezauważona. Nie zawsze tak było, ale ostatnio czuję się naprawdę doceniona i jest to dla mnie ważniejsze niż tysiące simleonów na koncie. Moja przyjaciółka, Jagódka, robiła niedawno badania do magisterki, które wykazały, że 90% ankietowanych zaznaczyło, że najbardziej motywującym ich do pracy czynnikiem jest dobra atmosfera w zespole. Totalnie mnie to nie dziwi. Czy u mnie w pracy atmosfera jest dobra? Myślę, że to za małe słowo. Dość wspomnieć, ze szef kupił mi tort, by wspólnie świętować mój trzeci rok w wydawnictwie i było to szalenie urocze, a moja przyjaciółka pracuje biurko obok.

A na czym w ogóle polega moja praca?

Na spełnianiu marzeń jednych osób oraz na otwieraniu głów innym, by wiedzieli, że ich marzenia, nieważne, czy małe, czy wielkie, mogą się spełnić.

10 najważniejszych momentów 2017. Każde spotkanie z przyjaciółmi

10 najważniejszych momentów 2017. Każde spotkanie z przyjaciółmi

— Gdzie ty jesteś?

— U L., leżymy sobie.

— Jak to?! Przecież za godzinę jest twoja impreza! Za pół godziny jestem u ciebie, ma być posprzątane do tego czasu!

Czasem sobie myślę, że mój szef jest czarodziejem. Ma zdolność zatrudniania w firmie ludzi, którzy wykonują swoje obowiązki nie dla pieniędzy, lecz z prawdziwej pasji. A do tego stają się, jak Sikora, moimi najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki Agacie moja praca nie jest już tylko przyjemnością czy wyzwaniem. Nawet wtedy, kiedy sprawia mnóstwo trudu, wciąż potrafi być dobrą zabawą dzięki czasowi wspólnie spędzonemu z osobą, którą darzy się miłością i zaufaniem. Bywają momenty, kiedy z Agatą praktycznie nawzajem ocieramy sobie pot z czół. Tylko że to nie wszystko. Może i 80% naszych rozmów po pracy dalej jest o pracy, ale i w tych dwudziestu procentach potrafimy się doskonale dopełniać (przynajmniej tak czuję, jeśli się mylę, to mnie popraw ;)). Kiedyś z Sikory zrobię główną bohaterkę jednej z książek, bo tak w kilku słowach po prostu się nie da wyrazić całego uznania dla jej skromnej, przefantastycznej osoby, której telefony zawsze motywują mnie do życia. I tak też było tym razem.

Chwilę później wyszliśmy z moim chłopakiem z kamienicy i udaliśmy się na zakupy. Po drodze dołączył do nas mój współlokator. A po zaopatrzeniu się na parapetówkę, spotkaliśmy na chodniku Bohara. Ubranego w strój listonosza, gdyż właśnie zaczął się parać tym zajęciem.

— Ja nie wiem, co ty tu jeszcze robisz, za pół godziny impreza, a ty sobie w najlepsze pracujesz, co to ma znaczyć?! —  zawołałam. Sikora byłaby dumna.

Wiecie, że Bohar był kiedyś moim współlokatorem? To wspaniałe, że pomimo roku wspólnej koegzystencji oraz tego wpisu nasza przyjaźń przetrwała. Piotrek jest osobowością bardzo specyficzną, inteligentną i rześką. Myślę, że niedługo zrozumie, że musi zostać podróżnikiem, tak jak mu to zwykłam powtarzać.

Goście zaczęli się pojawiać oczywiście wtedy, kiedy byłam jeszcze pod prysznicem. I dotarło ich mnóstwo. Byłam zszokowana, jak wielu osobom chciało się przyjść w tym zimnie. Mimo że nie byłam w tym roku najlepszą przyjaciółką, bo trzymałam się daleko na uboczu, moi przyjaciele potrafią to zrozumieć, dalej się o mnie troszczą i chcą być obecni w moim życiu. Nawet ci, których poznałam, mając siedem lat. Czy to nie cudowne? Czy to nie powód, by żyć, a wręcz skakać z radości?

Dziękuję Wam za obecność. Za alkohol, roślinki i rogale świętomarcińskie. Ale wciąż przede wszystkim za obecność.

Czasem zdarza się, że pośród szarej codzienności ma się z niektórymi bardzo ograniczony kontakt. A innych niekiedy się gubi. Ale ci specyficznie przyjaciele wcale nie są nieobecni. Mimo braku codziennych czy comiesięcznych nawet rozmów, obserwują nasze poczynania. Dlatego choć zobaczenie wszystkich tych uśmiechniętych buzi na parapetówce było kosmicznie przyjemnym przeżyciem, trzy rzeczy, które wydarzyły się później, także wniosły w moje życie mnóstwo radości.

Telefon od Kazia. To taki niezwykle szarmancki mężczyzna (nie nazwę go starszym, bo dostałabym ochrzan, zresztą data w dowodzie nie jest zbyt miarodajna), który razem z braćmi zbudował katamaran a potem dziewięć lat pływał po morzach i oceanach razem z dwójką dzieci. (Więcej informacji o Kaziu na jego www). Pogadaliśmy sobie o codzienności i biznesach, powspominaliśmy Kraków, umówiliśmy się na marcowe Kolosy. I nagle świat stał się piękniejszy. Jestem zaszczycona, że mogę poznawać takich ludzi. Ale mam w życiu farta.

A potem odczytanie folderu inne na Facebooku. Wiecie, prowadzę instagram, zdarza mi się opublikować zdjęcie stóp, piszą do mnie różne osoby, nie wszyscy kulturalnie i nie wszyscy po to, by wyrazić uznanie na temat mojej działalności blogowej. Dlatego kiedy jakaś nieznana osoba z niewpisanym imieniem i nazwiskiem zaczyna do mnie pisać w stylu: co tam, nie zwracam na nią szczególnej uwagi. Pisząc z każdym, może i miałabym dwóch nowych znajomych co tydzień, ale czy kiedykolwiek mi na tym zależało?

Na prawdziwych przyjaciołach mi zależy.

Po sześciu miesiącach skapnęłam się, że tajemnicza osoba, która do mnie sporadycznie wypisuje, nie jest zboczuchem, czającym się na moje stopy. Tylko przyjacielem, z którym utraciłam kontakt po przeprowadzce (zmieniłam numer telefonu, tamta osoba nie miała wcześniej żadnego profilu na społecznościówkach, nie odpisywała na maile, takie tam). Wiecie, w jaką euforię wpadłam? Nie widziałam się z tym wyjątkowym człowiekiem ponad dwa lata. A siedem dni później siedzieliśmy już w mojej kuchni, pijąc wino i obgadując stare czasy.

Właśnie to jest dowód na to, że magia istnieje.

Kolejnym dowodem jest też to, iż moja ukochana Jagódka wyciągnęła mnie na sam koniec roku nad morze. To stąd płyną do Was moje słowa. Międzyzdroje są super, a czas spędzany z przyjaciółką, nawet, jeśli jest to milcząca wspinaczka po schodach na Kawczą Górę, wprost bezcenny. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej końcówki tego roku.

Przy okazji życzę Wam, byście potrafili utrzymać swoje przyjaźnie. By nie rozłączyło Was milczenie, odległość czy nieistotne konflikty. Byście potrafili zobaczyć, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto tylko za takiego się podaje, gdyż bywa to trudną sztuką. I żebyście, co najważniejsze, sami byli najlepszymi przyjaciółmi, jakimi potraficie. Im więcej od siebie dajecie, tym więcej możecie otrzymać, ale samo dawanie i tak jest super!

Przesyłam Wam znad polskiego morza gorące uściski!

Wasza

Emilia