W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

Oj, biedactwo ty moje! Pogłaskałabym cię po główce i przytuliła, bo życie jest takie paskudne. Wokół tylko szare budynki, ci sami nudni ludzie i wkurzający szef. Nikt nie zasłużył na tak miałkie życie. To absolutnie nie jest twoja wina, przecież jesteś ciekawą, inteligentną osobą, to ze światem jest coś nie tak!

Gówno prawda. To jest twoja wina, pieprzony malkontencie. Weź się w garść, dobra? Już ja cię nauczę!

To może najpierw o mnie, bo to mój tekst czytasz i to najwyraźniej w jakimś celu.

W przyszłym tygodniu skończę dwadzieścia sześć lat. W ubiegłym miesiącu zrezygnowałam z pracy na etacie. Nie mam żadnych oszczędności. Państwo oferuje mi na szczęście ubezpieczenie jako osobie bezrobotnej oraz dotacje na założenie działalności gospodarczej. Mam głowę na karku, w 90% wypełnioną pomysłami, a w 10% obawami. W sercu marsza gra mi wolność, ale w weekend i tak rzucam wszystko i jadę w Bieszczady, w maju prawdopodobnie wybieram się do Warszawy, w lipcu jadę na 10 dni na Mazury oraz najprawdopodobniej w Tatry, w sierpniu – Sopot, we wrześniu – Londyn?, a w listopadzie powinnam wylądować na co najmniej 4 dni w Krakowie. Gdzieś po drodze zahaczę o Pragę.

Nie jeździłam tyle nawet pracując w wydawnictwie podróżniczym.

Facebook pokazuje mi, że od stycznia poznałam siedemdziesiąt nowych osób, tyle samo polubiło mój blog na przełomie marca i kwietnia.

Nie jestem przemęczona, wysypiam się wreszcie solidnie, nie chcę za bardzo narzekać, a gdybym już chciała, to nie mam na co.

W tym momencie naprawdę wiem, że ze wszystkim sobie poradzę, nie od razu, powolutku, ale z uśmiechem na twarzy.

Myślicie, że jestem szalona?

Myślicie, że mnie obchodzi to, co myślicie?

Brutalna prawda o byciu szczęśliwym jest taka, że nasz komfort uzależniamy bardzo często od oczekiwań ludzi, którzy nas otaczają. Chcemy, by dobrze o nas myśleli, więc marnujemy nasz własny czas (najcenniejszy surowiec w tym uniwersum, kochani!), by spełnić ich wymagania. Pragniemy być przez nich lubiani, akceptowani, bo jeśli nie, to kto nam pomoże? Kto nas wesprze w trudnej sytuacji?

Wyobraźcie sobie, ze nawet, jeśli przez całe życie będziemy komuś pomagać i latać wokół niego z wywieszonym jęzorem, będąc na każde skinienie, ta osoba i tak może nas zawieźć, gdy my będziemy jej potrzebowali.

A co z tego, jeśli inni powiedzą, że jesteśmy egoistycznymi borsukami albo niewdzięcznymi kapibarami?

Może jesteśmy, i co?

Jeśli nie ty zadbasz o siebie, to nikt inny za ciebie tego nie zrobi.

Ale jeśli ty nie zatroszczysz się o swój własny czas i swoje własne priorytety, zrobi to kto inny. Dostosowując je pod siebie.

Bo jeśli po ośmiu godzinach pracy przychodzisz do domu i snujesz się z kąta w kąt, ktoś z rodziny na przykład nie będzie miał skrupułów, żeby wetknąć ci dziecko do opieki, choć nie masz na to najmniejszej ochoty. Jeśli nie masz odwagi powiedzieć szefowi w pracy, że nie chcesz wypełniać nowych obowiązków, to będziesz je wypełniać. A gdy ktoś cię irytuje swoją paplaniną, a ty nie powiesz mu, żeby zamknął twarz, bo boisz się, że ta osoba się obrazi (sic!), to dalej czeka cię wysłuchiwanie głupot.

Czy już wiesz, dlaczego w Twoim życiu nic się nie dzieje?

Dalej uważasz, że to nie jest Twoja wina? Okej, to teraz ja posłucham Twoich wymówek.

Nie mam kasy

Brakuje mi pieniędzy, żeby gdzieś pojechać.
(Ale żeby sobie pójść codziennie na obiad za pięćdziesiąt złotych to spoko).
To była moja wymówka praktycznie od urodzenia do zeszłego roku, przez ćwierć wieku, dacie wiarę? Człowiek strasznie wolno uczy się nowych rzeczy.
Zdobywanie kasy samej w sobie jest genialną przygodą, obfitującą w całkiem sporo emocji. Ostatnie lata mojej kariery zawodowej uświadomiły mi, że kasy się nie zarabia, tylko kasę się organizuje. Do tego dochodzi kwestia priorytetów i chęci, ale jeśli zaplanujesz sobie wyjazd na lipiec, to od stycznia jesteś w stanie po prostu odłożyć te pieniądze – to najprostsza droga. Czasami okazuje się, że na wyjazd na drugi koniec Polski na długi weekend wystarczy Ci 300 zł!
To naprawdę tak dużo?

Nie mam czasu

A prowadzisz kalendarz?
Bo właściwa odpowiedź brzmi: mam czas, co prawda dopiero za dwa miesiące, ale wtedy akurat widzę puste rubryczki w moim organizerze.
Jeśli nie potrafisz ogarnąć swojego kalendarza Google albo papierowego harmonogramu, to jest coś z Tobą faktycznie nie tak. Nie masz pojęcia, ile czasu przepierdalasz, więc może najpierw to sprawdź, potem zaplanuj kilkanaście minut na dziwienie się i mówienie wszystkim dookoła, jakie życie jest jednak proste i fajne, jak się człowiek zorganizuje, a potem zacznij korzystać z planowania! Przejrzyj sobie ten rok, wyznacz czas na urlop, poszukaj dłuższych weekendów i imprez, które się wówczas odbywają, po czym jedź na te najbardziej interesujące!
A za dnia – naprawdę nie znajdziesz dwóch, trzech godzinek raz w tygodniu na robienie czegoś nowego po pracy? Może sport, kurs gotowania, pisanie książki albo bloga, cokolwiek poza gapieniem się w telefon…?

Nie mam z kim

Pewnie dlatego, że jesteś za fajna.
Zarabiasz tyle i tyle, nie będziesz zadawać się z kimś, kto zarabia mniej. A może masz doktorat z tego i z tego, więc osoby z wykształceniem średnim z góry traktujesz jako opóźnione intelektualnie. Z tamtą laską też się nie będziesz przyjaźnić, bo ma kolczyk w złym miejscu i nazywa ludzi chorymi pojebami, a to przecież takie bez klasy czy taktu. Poza tym w twoim wieku to większość już jest ohajtanych i dzieciatych, więc naprawdę trudno o nowych znajomych z podobnego rocznika.
Hm, a może skumpluj się z kimś 10, 20 lat starszym albo młodszym od siebie?
Odrzuć swoją dumę i uprzedzenia, ludzie są ciekawi niezależnie od tego, czy ich zainteresowania, religia albo statut społeczny pokrywają się z Twoim. Często wręcz przeciwnie.
Zanim kogoś ocenisz i zdyskwalifikujesz, spróbuj go poznać.
Mieszkasz w małej miejscowości? Spróbuj Internetu.
Nikt nie chce Cię zaprosić na piwo w dużej miejscowości? Sama kogoś zaproś, jak nie na piwo, to na planszówki.
Nie czekaj, aż ktoś przejmie inicjatywę, sama inicjuj!
Wyjdź człowiekowi naprzeciw z uśmiechem na twarzy, bo wszyscy mamy takie same potrzeby. Chcemy mieć z kim porozmawiać, obejrzeć serial, zjeść popcorn, pogadać o codzienności, bez względu na to, ile mamy lat!
A już ostatecznie: czy naprawdę potrzebujesz człowieka do wszystkiego? Nie możesz mieć jakiegoś zajęcia, którego podejmiesz się samodzielnie? Samotne wyprawy przecież też są cudowne!

Oto moje wiosenne przesłanie.
(Zimą pewnie bym powiedziała, że życie jest do dupy i nie warto się starać o cokolwiek, i tak wszyscy umrzemy).
No ale wiecie, ile razy można komuś powtarzać, żeby się ogarnął, skoro można napisać to raz i potem tylko wysyłać mu linka?
Trochę mi głupio, że zrzuciłam na Was tekst na grubo ponad tysiąc dwieście słów, ale jeśli obrana tutaj filozofia do Was w miarę przemawia, to polecam jako lekturę dopełniającą książkę Rafaela Santandreu Być szczęśliwym na Alasce. Uwaga: wewnątrz nie ma ani jednego słowa o Alasce. Za to sporo o byciu szczęśliwym albo przynajmniej o skończeniu ze szkodliwym, malkontenckim pierdoleniem.

Na koniec jeszcze jedna myśl do rozważenia.
Może nie jesteś w istocie typem, który lubi przygody, nowych ludzi, ciekawe doznania…? Może pasuje ci bura codzienność, ludzie, których spotykasz codziennie, nie potrzebujesz wcale nowości. Netflix, piwko i kanapa w domu też ma swój urok, zawsze można popisać z jakimś starym znajomym na fejsie… Ja nie mówię, że to jest złe, rozumiemy się? I nie chcę, żebyś to rzucił, jeśli taki tryb życia ci odpowiada.
Ale zrozum to, zaakceptuj i przestań gadać na około, że tak ci źle i niewygodnie, i przykro, i ciągle coś nie tak, bo… to twój wybór. Stałość, pewna doza rutyny, zaufane grono znajomych – w tym nie ma nic złego, a jeśli ktoś z tego powodu ci ciśnie, więc udajesz, że ci to nie pasuje, skończ z tym.

Po prostu bądź ze sobą szczery.

Ale wyjdź z chałupy od czasu do czasu, bo słońce pięknie świeci i warto pooddychać świeżym powietrzem.

Pozdro!

Jeśli tekst Ci się spodobał, daj mi kopa do kolejnych tekstów – zasadź mi lajka na fanpage.

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Sukces się nie liczy, wiecie? Ważne są chwile, które spędza się z rodziną. Albo małe rzeczy dostarczające nam przyjemności. Szczęście nie tkwi w tym, co osiągnęliśmy, tylko w nas samych. Nie musimy być sławnymi osobami czy posiadaczami ekskluzywnych aut. Nawet to, czym się zajmujemy, nie ma większego znaczenia.

Wiecie, co sobie myślałam jeszcze kilka lat wstecz, kiedy czytałam podobne frazesy?

Upsi, komuś tu chyba w życiu nie wyszło, że wypisuje takie brednie.

A wiecie, co teraz myślę?

Że byłam bardzo głupia.

I rzecz jasna od razu sprostuję, bo możecie wysnuć fałszywe wnioski przez zastosowany przeze mnie czas przeszły. Nie, nie, teraz nie jestem wcale mądra. Jestem mądrzejsza może o pięć przeżytych lat od tamtego momentu, ale głupia się urodziłam i głupia umrę. Jestem tylko człowiekiem. Mam tylko jeden umysł. Co prawda udaje mi się wykorzystywać znacznie więcej niż 10% mózgu, ale social media, szum informacyjny, pęd i nerwowość dzisiejszego społeczeństwa z pewnością nie wpływają korzystnie na moje zdolności rozwojowe.

Po prostu jestem bogatsza w doświadczenie rozstawania się z pracą po trzech latach i lekturę książki Być szczęśliwym na Alasce, którą każdemu gorąco polecam, choć nie jest wcale łatwym poradnikiem. Filozofia przedstawiona przez Rafaela Santandreu może się wydawać niektórym zabawna, ale dla mnie ma ręce i nogi. Sprawdźcie sami, w czym tkwi Wasze prawdziwe szczęście, bo jeśli nie w Was samych, to macie problem.

Marzec minął mi jak z bicza strzelił i otworzył oczy na wiele spraw. Wiecie, sama o sobie myślę, że jestem pisarką, ale sporo osób kojarzy mnie raczej z tego, że zajmuję się wydawaniem książek. A stanowczo wolę pisać niż robić ludziom książki i uczestniczyć potem w ich spotkaniach autorskich, zadając sobie pytanie: czemu to nie jest mój wieczorek prozatorski? Czemu ja nie jestem na scenie, o co chodzi? Zamiast narzekać, muszę wreszcie coś z tym zrobić.

pexels-photo-214575

A co z kasą? Oczywiście irytuje mnie brak komfortu finansowego. Wczoraj od rana byłam nie w humorze, bo nie wiedziałam, czy na koncie znajdą się jakiekolwiek pieniądze na bilet powrotny do domu rodzinnego. Okazało się, że starczyło nawet na latte. W ten sposób pozbawiłam się chyba możliwości powrotu do Poznania, na kolejny bilet już raczej nie starczy, ale jestem francuskim pieskiem. Wiem, że to moja słabość. Dlatego pora wdrożyć kolejną rzecz, którą zrozumiałam dopiero w tym miesiącu.

Wolę w ogóle nie zarabiać pieniędzy, niż narobić się za grosze.

Czy to jest stanowisko egoistyczne? Czy to dobrze, czy źle?

Wiem, że pieniądze też ogłupiają i czynią ludzi swoimi niewolnikami. A ja nade wszystko pragnę wolności. Powoli odnajduję ją w swojej głowie, przekraczając kolejne bariery. Na przykład stres spowodowany mailami i telefonami.

Dzisiaj na to wpadłam. Dzięki mojemu tacie.

Widzisz, życie bez telefonu jest bardzo łatwe i przyjemne. Jeśli ktoś się nie może z tobą skontaktować, to nie może niczego od ciebie chcieć. A bardzo mało ludzi dzwoni, żeby po prostu zapytać, co u ciebie. Większość chce albo twojej kasy, albo gorzej, twojego czasu.

Mój tata uwielbia zostawiać komórkę w swoim samochodzie. Ale wydaje mi się, że problemem nie jest dzwoniący telefon, tylko to, jak na niego reagujemy. Jeżeli jakieś osoby wchodzą nam na głowę, to nie jest to ich wina. To my sobie na to pozwoliliśmy. Dlaczego?

Bo albo jesteśmy do tego zobowiązani (dzwoni szef, jak nie odbierzemy, to nas wyleje; dzwoni mama, jak nie odbierzemy, to się obrazi i nie dostaniemy obiadu), albo nie chcemy nikomu robić przykrości.

Tymczasem, zobowiązania są tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujemy od drugiej osoby (czyli właśnie na przykład wypłaty albo domowego rosołu). Warto sobie uświadomić, czy naprawdę potrzebujemy czegokolwiek od tego, kto nas męczy albo czegoś wymaga. A potem przeanalizować, co możemy w tej relacji zmienić.

I zacząć działać.

backpack-blonde-blonde-hair-214572

Może się okazać, że niepotrzebnie się stresujemy, bo nie jesteśmy ani nic nikomu winni, a jeśli ktoś się na nas obrazi za to, że jesteśmy szczerzy i bezpardonowi, to akurat już nie będzie nasz problem. (W dochodzeniu do tego wniosku pomógł mi wpis Blogierki o karmie).

Powoli zmierzamy do konkluzji tego postu.

Byłam w marcu po raz czwarty na Kolosach i nie widziałam żadnej prezentacji. Może kilka krótkich fragmentów, zawsze jednak było coś do zrobienia. Swoją drogą, przy naszym stoisku i tak kręcili się ciekawi ludzie, lecz najciekawszych oczywiście spotykało się na papierosie. Na przykład Krzyśka. (Story of a life). Trzeba było jechać tam cztery razy, żeby dowiedzieć się, gdzie powinnam się znaleźć.

To nie jest takie proste, ale odpowiedzią zawsze powinno być: tu i teraz.

Jestem więc tu, w domu rodzinnym, na maleńkiej kanapie w salonie, bo oddałam mamie swoją sypialnię. Leżę pod schodami, naprzeciwko wisi obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nie jest super wygodnie, ale dobrze mi. Dzisiaj upiekłam sernik, jutro dalej będę pichcić i sprzątać. Nie wiem, jak moje życie będzie wyglądało w niedzielę czy następne tygodnie. Może w kwietniu u uda się pojechać do Pragi, może nie. Może skończę 26 lat, może nie dociągnę, bo spadnie mi coś na głowę. Wiecie, różnie bywa. Mam co prawda plan, jestem zorganizowaną osobą, są projekty do zrealizowania. Ale wszystko to mogę, a nie muszę.

Jedyne, co muszę, to oddychać, bo bez tlenu po prostu umrę.

A oddychać będę teraz powoli i z rozkoszą, bo powietrze przestaje gryźć zanieczyszczeniami, a zaczyna smakować wiosną, szczęściem i wolnością.

Tego Wam życzę z okazji Świąt: niech Wam zając przyniesie koszyk pełen wiosny, szczęścia i wolności.

Wiosna, szczęście i wolność, piszę to po raz trzeci, bo tak mi się te słowa podobają. Rozkoszne są, naprawdę. O wiele bardziej niż słowo: sukces.

Buziaki!

Wasza

Emilia

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Nieprofesjonalna i nieprzyzwoita

Wiosna wróciła do Doliny Muminków właśnie wtedy, kiedy Mała Emi nie mogła już znieść ponurej zimy, a jej rude włosy powoli brązowiały od zimna. Nowa pora roku przyniosła z sobą zapach morza, cudowne historie i dziesiątki pocałunków, jedne słodsze od drugich, zwłaszcza pocałunki słońca, od których na buzi Małej Emi powychodziły pierwsze piegi. I może dlatego, kiedy usłyszała pod swoim adresem, że jest nieprofesjonalna i nieprzyzwoita, stwierdziła, że strzeli focha, ale tylko profilaktycznie, potem zaś będzie się śmiała, ile wlezie.

Nie zamierzam ukrywać, że tegoroczna zima była okropna. Gdyby nie O trzech wykastrowanych kotach (moje najnowszew opowiadanie, opublikowane w kwartalniku Fabularie, polecam gorąco!), pewnie zapomniałabym, o tym, kim naprawdę jestem i pogrążyłabym się w otchłani rozpaczy niczym Ania Shirley, która jest mi jeszcze bliższa nawet niż Mała Mi. Zawinęłabym się w zielony depresyjny kocyk jak w 2013 i zastanawiała, dlaczego jestem taka beznadziejna. A potem bardzo chciałabym umrzeć, łykając kupiony gdzieś przez neta zolpidem.

Ale teraz świeci słońce. Na mnie świeci.

Nie jest idealnie, wciąż mam mało siły, ale zaczęła się batalia owoce kontra mąka i na razie te pierwsze wygrywają. Jeśli jestem tym, co jem, to przestałam być zapiekanką z pieczarkami Virtu i zostałam trzema gruszkami z Lidla. Traktuję to jako awans spożywołeczny.

A jeśli jestem tym, za kogo się uważam, to jest nieźle.

Jeśli nie jestem, to trudno.

Natomiast jeśli jestem tym, co ktoś o mnie mówi, to wychodzę na kretynkę do kwadratu. Bo ludzie nie wiedzą, co mówią. I mówią, żeby mówić zamiast myśleć, bo wyrzucanie z siebie słów jest łatwiejsze niż poskromienie szalejących w głowie myśli i zachowanie spokoju.

Piszę to, bo dawno nie usłyszałam krytycznego słowa, a nie bardzo przepadam za tym, gdy ktoś mi mówi, że coś źle zrobiłam. Podobno sangwinicy tak mają, taki typ osobowości i tyle. Piszę to, by powiedzieć Wam, że ludzkie słowa bardzo często mnie łamią, i część z Was pewnie ma podobnie. Ale piszę to przede wszystkim dlatego, żebyście zawsze pamiętali, by nie przejmować się za długo tym, co tam o Was kto mówi.

Bo od własnego chłopaka usłyszałam, że jestem nieprofesjonalna, kiedy powiedziałam mu, że specjalnie zostawiłam telefon w biurze, by uniknąć telefonu od nowego potencjalnego pracodawcy. Za moment się poprawił, że tylko zachowałam się nieprofesjonalnie, ale wiecie, powietrze między nami na chwilę zrobiło się kwaśne. Może miał rację, może nie miał, nie o rację tu chodzi. Może zamiast nieprofesjonalizmu zachowałam się jak dzieciak, nie wiem, może znowu to była jakaś forma autosabotażu, brakuje mi pewnie wysadzania siebie w powietrze, cóż z tego.

Słowo się rzekło, zabolało, a potem uciekło.

A potem usłyszałam o tym, że czegoś nie powiedziałam, coś zrobiłam, i przyzwoicie byłoby jednak najpierw powiedzieć, a potem robić.

Co począć?

Przeprosić.

Przeprosić nigdy nie zaszkodzi, tak jak zaszkodzić mogą słowa, które wypowiadamy pod czyimś adresem. Zwłaszcza, gdy niosą z sobą negatywną opinię.

Mama mi zawsze mówiła, że jestem za delikatna, za wrażliwa, że powinnam nauczyć się mieć twardą dupę. Ależ mnie to wtedy wkurzało! A teraz?

Teraz dalej się z nią nie zgadzam, bo to chyba dobrze, że słowa innych nas bolą. To znaczy, że liczymy się z innymi, nawet jeśli mamy inne zdanie. Tylko że zamiast zbytniego przejmowania się, warto się pośmiać. I wspomnieć sobie cytat z Carla Junga:

Rozumienie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia.

Większość istot z Doliny Muminków nie będzie w stanie przyjąć darów od wiosny, bo po prostu ich nie zauważy. Przejdzie przez Dolinę tak samo, jak robili to latem, jesienią i zimą. Uporządkuje tak samo swój ganek jak każdej soboty, napije się herbatki z jakąś Filifionką i powie, że Czarnoksiężnik to kawał kutasa, bo za plecami swojej starej jeździł na innej panterze. Ale nikt nie zapyta, dlaczego. Nie postara się zrozumieć.

Pozwólmy wszyscy wiosennemu wiatrowi wywiać zbędne słowa.

Na językach zamiast ciętej riposty albo zapiekanki Virtu niech pozostanie smak przygody, miłości i śmiechu.

Mam nadzieję, że udało mi się dzisiaj przekazać Wam troszkę wiosny. Chociaż jeden czy dwa promyki. W sercu mam ich całkiem sporo, dla nikogo nie powinno zabraknąć.

Dobra Wam życzę!

Wasza Mała Emi, czyli

Emilia

(Od)lutowa fabryka linków!

(Od)lutowa fabryka linków!

W moim życiu tyle się nawyrabiało, że szczerze mówiąc, trudno mi opisać to koko dżambo. Ale z wielką radością podzielę się z Wami utworami, dzięki którym pomimo licznych przeciwności i okrutnego stresu udawało mi się cały czas iść do przodu. Zapraszam!

Festiwal Podróżniczy Śladami Marzeń

Organizatorzy tego poznańskiego festiwalu dla miłośników podróży, Tomek i Jaśmina Labusowie, to niesamowite osoby, które swoją pasją w lutym bieżącego roku zarazili tysiące osób już po raz szósty! Zabawa była przednia. Tłok, gwar, historie ze wszystkich zakątków świata, niepowtarzalne fotografie, entuzjazm i pozytywna energia! Mnie osobiście najbardziej podobała się prelekcja Piotra Strzeżysza, o którego książce piszę w kilku słowach poniżej. Była momentami przezabawna, ale wywołała też we mnie potężne fale wzruszenia. Opowieść o rowerowej podróży z Patagonii na Alaskę zostanie ze mną na długi czas. Odwiedzajcie kolejne edycje Śladami Marzeń koniecznie!

pexels-photo-185933

Imprezki podczas trwania festiwalu też super, ludzie cudowni i przekochani, atmosfera po prostu boska. Miło było też poradzić warsztaty literackie z pisania i wydawania książki. Sama jestem z siebie bardzo zadowolona. Ale…

Wartościowe teksty

… nie warto popadać w samozachwyt. Czuję, że zrobiłam coś dobrze, ale nie mam zamiaru się przeceniać, wiadomo, zawsze można lepiej. Magda Ostrowska, autorka rewelacyjnego bloga Dopracowani.pl, stworzyła w lutym bardzo mądry wpis pt. Najczęstszy błąd początkującego przedsiębiorcy. I muszę przyznać, że będę często powracać do lektury tego jednego właśnie posta. Bo łatwo jest być zapatrzonym w siebie, ciężej z pokorą i pracowaniem nad faktyczną, jak najwyższą jakością. Bardzo dużo firm, nie tylko tych nowych, powinno wziąć sobie słowa Magdy do serca.

Moim blogowym odkryciem tego miesiąca jest z pewnością blog Made by Gigi. Polecam Wam wpis, który zachwycił mnie ogromem ciekawostek na temat Instagramu. Prawie wszystko o shadowbanie na Instagramie to notka, w której Gigi wytłumaczy Wam w bardzo przystępny sposób, co robić, gdy Wasze zdjęcie nie będzie wyświetlane w hasztagach. Może się okazać, że otrzymaliście właśnie shadowbana za złamanie któregoś z punktów regulaminu. Dla mnie to absolutna nowość.

Bardzo przyjemny artykuł napisała także Anna Fit, robiąc zestawienie książek o modzie. Polecam gorąco, bo treść książek opisana została bardzo celnie i choć fanką mody nie jestem, to Ania tak ciekawie ukazała temat, że chciałam biec do biblioteki po te wszystkie tytuły. Co prawda powstrzymał mnie siarczysty mróz, ale było już blisko…! Książki o modzie, które warto poznać. Bo historia (także mody) lubi się powtarzać to bardzo zachęcająca lista lektur.

Czasopisma,

z którymi warto się zapoznać, to bez wątpienia

Fabularie – ale nie tylko dlatego, że znajdziecie tam moje opowiadanie O trzech wykastrowanych kotach. Nie, w najnowszym kwartalniku, robionym z pasją dla miłośników literatury i ogółem kultury współczesnej, znajdziecie arcyciekawy wywiad z Magdaleną Tulli oraz poezję Wojciecha Bąkowskiego, którą autor samodzielnie zilustrował. Gorąco polecam, ponieważ Fabularie wyróżniają się na tle wielu innych czasopism literackich szczerością przekazu, oryginalnością i wysoką jakością.

Miesięcznik ZNAK – przede wszystkim ze względu na temat lutowego numeru, którym jest uważność. Kiedy zewsząd bombardują nas wiadomości o atakach terrorystycznych i kłótniach w rządzie, nieprzerwanie otacza nas szum informacyjny, a zapłacenie rachunku albo wyjście po zakupy może przyprawić o mnóstwo stresu, powinniśmy się zastanowić, dlaczego w ogóle nas to rusza i czy faktycznie to, co wokół, naprawdę nas dotyczy. Czy tym właśnie jest uważność? Czy to technika medytacyjna albo filozofia ze Wschodu? Polecam przeczytanie zajawki rozmowy Angeliki Kuźniak z Pawłem Holasem, a gdy już wsiąknięcie, sięgnijcie po najnowszy Miesięcznik ZNAK. Pomaga.

fabularieznak

Zapraszam przy okazji na mój Instagram @emiliateofila.

Książki,

których lektura na 100% Cię poruszy, a może i nawet zmieni Twoje życie, to

Otoczeni przez idiotów. Jak dogadać się z tymi, których nie sposób zrozumieć Thomasa Eriksona to zbiór przezabawnych, ale całkiem mądrych wskazówek dotyczących dialogu z ludźmi o różnych temperamentach. Choleryk, sangwinik, flegmatyk czy melancholik? Po lekturze będziecie dużo lepiej komunikować się z kolegami w pracy lub na gruncie rodzinnym. A przynajmniej otrzymacie wiedzę, jak to zrobić, ponieważ okazuje się, że to wcale nie taka prosta sprawa, choć wszyscy mówimy w takim samym języku… Thomas Erikson otworzył mi oczy na pewne sprawy i dlatego polecam gorąco jego książkę.

Sen powrotu Piotra Strzeżysza, który jest tekstem genialnym. To pocztówki podróżnika z drogi, ale pocztówki głęboko spersonalizowane. Nie zawsze z rozdziału można wywnioskować, w jakim kraju znajduje się autor, jednak ludzie, których spotyka na swojej drodze lub drobne wydarzenia, takie jak choćby zgubienie czapki, stają się wyjściem do głębokich rozmyślań. Do odczuwania, razem z autorem, głębokiej melancholii, smutku istnienia, pasji i pożądania, a także czegoś nieuchwytnego, co czai się między wersami. Czytając Sen powrotu Strzeżysza poczujesz magię.

Rdza Jakuba Małeckiego. Pisałam już o niej, dlatego nie będę się powtarzać, ale uważam, że może to być jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w 2018, a mamy dopiero luty! Jeśli jesteś fanem pięknych powieści, nie możesz ominąć tej historii!

Muzyka,

która w tym miesiącu inspirowała mnie nie tylko do pisania, ale i do podjęcia poważnych życiowych decyzji, o których pisałam w notce pt. Złożyłam wypowiedzenie.

Uwielbiam Mumfordów, kiedy słucham ich utworów, czuję że słucham nie zwykłych piosenek, a prawdziwych ludzkich historii. Ich ostatnia epka, Johannesburg, będąca owocem trasy koncertowej po Afryce Południowej, wprowadza do ich brzmienia zupełnie nowe życie. Nie sposób siedzieć na tyłku albo marudzić w łóżku, kiedy słyszy się takie wielokulturowe cudo. Trzeba powstać i zacząć tworzyć.

Szukając podkładu muzycznego do reklamówki Wydawnictwa Sorus, trafiłam na Messes Setha Powera. Okazało się, że utwór idealnie pasuje jako soundtrack do serialu o ostatnich miesiącach mojego życia w firmie. Melancholijna, piękna, choć skromna linia melodyczna i prostolinijny, szczery tekst. Oto elementy, które składają się na sukces piosenki głęboko zapadającej w serce.

A to, co poniżej, czyli cover doskonale pewnie Wam znanego utworu Dawida Podsiadło, pokazał mi niedawno mój chłopak. Zakochałam się po pierwszych nutach, a kiedy do instrumentów dołączyła linia wokalna tych czterech, niezwykle utalentowanych młodych kobiet, dopadły mnie prawdziwe dreszcze. Nieznajomy Tulii to absolutny majestersztyk. Przynajmniej dla mnie. Co sądzicie o tej folklorystycznej aranżacji? Ta słowiańskość, mistyka… Czujecie?

Filmy

Dżungla – Daniel Radcliff zdany na samego siebie pośrodku dzikiej natury. Na początku film bardzo mnie bawił, zważywszy na to, że Dominik akurat brał się za samotny trawers dżungli w Kongo, ale mniej więcej od połowy historia zaczęła mnie po prostu miażdżyć. Nieujarzmione piękno, niebezpieczna natura, potęga umysłu i wola walki – wszystko znajdziemy w tym filmie. Wart zaznaczyć, że Dżungla jest oparta na faktach! Jeśli jesteście fanami Into the Wild, ten film również przypadnie Wam do gustu, choć jest nieporównywalnie bardziej brutalny.

Czarna Pantera – Tak! Mocne babki, afrykańskie klimaty, hip-hop i tradycyjna muzyka plemienna… Wreszcie Marvel stanął na wysokości zadania. To bardzo dobry film, pełen kolorowych kreacji, fantastycznych widoków oraz silnych kobiecych charakterów. Polecam, ubawiłam się przecudownie!

A co Wy, moi mili, polecilibyście mi do obejrzenia, posłuchania czy poczytania?
I co porabialiście w ubiegłym miesiącu? Muszę nadrobić blogowe braki, więc dawajcie znać koniecznie!

Wasza

Emilia

 

Złożyłam wypowiedzenie

Złożyłam wypowiedzenie

Nie tylko umiem latać, ale jestem wyspecjalizowanym pilotem bojowym. Wpadam z pełnym impetem tam, gdzie się pali i wali. Ratuję ludzi, wyciągam z opałów rannych i ich dobytek. Po skończonej misji, w powietrzu wyczyniam różne ewolucje, fruwam tak wysoko, jak tylko mi się zamarzy, tak, bywałam też w kosmosie… Ale kiedy psuje się moja powietrzna machina, kiedy jej skrzydła są uszkodzone i ledwo trzymają się korpusu… Czy starać się desperacko reanimować stary sprzęt czy lepiej rozejrzeć się za nowym, bezpieczniejszym, w którym nie stanie mi się krzywda?

Nie wiem, czy firma, w której jestem teraz na trzydziestodniowym okresie wypowiedzenia, popsuła się. Może tak się widzi każde miejsce pracy, z którego chce się odejść. Pewnie nie z nią jest coś nie tak, tylko ze mną. Za długo w jednym miejscu, w zbyt ciasnym kadłubie, zagraconym przez stosy spraw, w których już się gubię i nie wiem nawet, gdzie znaleźć ster. Straciłam wewnętrzny kompas.

Kiedy mówiłam szefowi o powodzie mojej decyzji, nie pamiętam już dokładnie, jakich argumentów użyłam. Pewnie dlatego, że nie wiem do końca,  czemu to robię. Czuję, że muszę iść dalej, albo że jeśli zostanę, stanie się coś bardzo złego.

Kiedy udałam się na rozmowę rekrutacyjną do innego wydawnictwa, powiedziałam, że w starej firmie przestałam się rozwijać. Że wszystko, co wiedziałam, wdrożyłam. To, czego się nauczyłam, wykorzystałam. I teraz czas na nowe wyzwania. Nową porcję wiedzy zdobytej poprzez doświadczenie.

Bo inaczej dostanę na łeb, muszę być w ruchu, muszę działać. Ale nie za dużo, nie ponad siły, nie tak, by czytać wiadomości od autorów o drugiej w nocy i potem nie móc zasnąć.

Wszystkie odpowiedzi są prawdziwe. I jednocześnie żadna z nich nie jest, nie w pełni, nie tak jak to sformułowanie: po prostu zapomniałam, że potrafię latać. Ale kiedy mówię to na głos, brzmi to jak nocne mamrotanie lunatyka. Dlatego wolę to napisać.

Będzie mi cholernie brakowało tego wydawnictwa.

Young Women Travel Together Concept

Wszystkie pracujące tam osoby bardzo lubiłam, a z częścią się zaprzyjaźniłam. I pokochałam. Nie wyobrażam sobie bez tych ludzi mojego dalszego życia. Cieszę się, że nie muszę się z nimi żegnać, bo nasze odrębne wątki splotły się w jedną fabułę.

Ale tylu przygód, ile miałam w wydawnictwie, nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nigdy wcześniej, w tak krótkim czasie, nie poznałam tak wielu wspaniałych, arcyciekawych ludzi. Próbowałam wymienić ich z imienia i nazwiska, ale taka lista, bez przezabawnych anegdotek na ich temat i opisów naszych pierwszych spotkań, skąpanych często w atmosferze gęstego absurdu, jest chyba trochę niegodna. Myślę, że odbije się to prędzej czy później w moich literackich przedsięwzięciach.

I spełniałam się. Każdego dnia, mniej więcej do końca ubiegłego roku (2017). Zrywałam się z łóżka z ochotą, by biec do pracy i załatwiać rzeczy, bo uwielbiałam to robić. A potem, niestety, straciłam ten zapał. Uważam zatem, że jeśli nie chce Ci się chodzić do pracy, nie powinieneś tego robić. Nie marnuj swojego życia. Rób to, co kochasz. A jeśli nie wiesz, co to jest, rób cokolwiek, co nie obrzydzi Ci piękna dnia.

diary-968603_1920

Teraz, choć nie do końca wiem, jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czuję się wolna i szczęśliwa.

I zamiast słuchać o podróżach, będę podróżować. A zamiast grzebania w cudzych tekstach, skupię się na pisaniu swoich.

Wiecie, takie mam plany, a może się okazać, że moją najdalszą podróżą będzie zmiana lokalizacji ze Starego Miasta na Most św. Rocha, bo nie dam sobie finansowo rady. Boję się o kasę, ale można ją ogarniać nie tylko pracując dla kogoś. Można robić samemu na siebie. Chcę spróbować zagrać na takich zasadach. Jak mi pójdzie? Czas pokaże.

Nieważne, co się wydarzy. Jeśli nawet nie będzie dobrze, będzie jakoś. Nieważne jak czy gdzie, ważne z kim.

Będę znowu latać, tak postanowiłam.

Emilia