Londyńska eskapada, cz. 2: girlpower, balety na chacie u sułtana i Dawid Podsiadło

Londyńska eskapada, cz. 2: girlpower, balety na chacie u sułtana i Dawid Podsiadło

Absolutnie rozumiem podróżników, którzy pakują plecak, wybierają dwa najtrudniejsze szlaki Europy (Krzyś) albo stwierdzają, że będą pierwszym człowiekiem w historii, który przejdzie Łuk Karpat (Łukasz). Albo nic nie stwierdzają, czują po prostu, że czas ruszyć i wylatują do nieznanego kraju (Kasiol). I robią to, w samotności. Ale powiem Wam jedno: im więcej ludzi w podróży, tym więcej magii! Można w ten sposób trafić prosto do basenu samego szejka!

Nadmienię zatem, że prócz mojego ukochanego, w naszej Londyńskiej eskapadzie uczestniczyli również Radek, Mary, Rozi, Misiek, Kuba, Marysia, Ada i Lis. I chcę im gorąco podziękować za zajebistość, którą się z nami dzielili przez te kilka dni. Niech będzie Wam chwała!

A teraz do rzeczy, czyli do pałacu. Bo ta chata sułtana to niebyle co, tylko serio, pałac.

Cofnijmy się zatem do kolejnej lampki wina w L’autre. A jeśli nie wiecie, czym jest L’autre, to przeczytajcie poprzednią notkę o Londynie.

Jesteśmy w ekipie przed lokalem. Rozmawiamy w dalszym ciągu o naszych supermocach. Radek na przykład wyróżnia się spośród zwykłych śmiertelników alkoholizmem. Moja niezwykła umiejętność to nadwaga. Mój ukochany ma supermoc matactwa. Mary…Gdzie jest Mary?

Zanim zdołamy opróżnić trzecią butelkę wina, Mary pojawia się i mówi: możemy iść do sułtana w każdej chwili, ale dopijmy na spokojnie.

O Mary musicie wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze: nie dość, że jest najsympatyczniejszą znaną mi osobą i z każdym potrafi nawiązać nić porozumienia, to jest po prostu przepiękna. Po drugie: jej prawdziwa supermoc to uroda, a nie, jak ustaliliśmy, przynoszenie pecha.

W ogóle, to razem z Mary i Rozi stanowiłyśmy wybuchową mieszankę. Coś pomiędzy atomówkami pozbawionymi umiejętności latania a tercetem. Niezbyt egzotycznym, za to bardzo energicznym. Spójrzcie sami i wybaczcie tę narcystyczną dygresję.

Piękne atomówki. Od lewej: Mary, ja, czyli literatka i Rozi Karate Kid (a tak serio to Woman of Steel, o czym później).

To dalej te same kobiety. Tylko jeszcze piękniejsze!

Dalsza akcja wygląda tak, że faktycznie sobie pijemy dalej w spokoju, aż tu nagle z knajpy wytacza się bardzo, ale to bardzo gruby człowiek. Polak, koło pięćdziesiątki, nie wiem do końca, w jakim wieku, bo sadełko na twarzy działa niczym botoks. Łysy raczej, w koszuli rozchełstanej, o wzroku mętnym, bo schlany był tak, jak to tylko może się upić Polak na długotrwałej emigracji. Nazwijmy go Wacławem. Okazuje się, że to kumpel naszej kochanej Mary. Jego fucha polega na tym, że mieszka w pałacu, który jest całkiem nieopodal. Opiekuje się włościami, kiedy właściciel jest u siebie (mniemam, iż w Arabii Saudyjskiej), sprząta, odpala samochody raz w tygodniu i sprasza na chatę fajne dupy, myśląc, że zaliczy. Myślicie, że ma klawe życie?

Będąc takim otyłym, kiedy żyje się w ogromnym domu z wielką siłownią?

Nie mając żadnej kobiety, do której można się przytulić?

Otaczając się rzeczami, które wcale nie są jego?

Wyrywając głupie małolaty na chatę, która należy do kogoś innego?

Wacław zaprasza całą ekipę do siebie, tj. do sułtana. Mówi, że ostatnio chatę wynajmowali Justin Bieber i 50 Cent, a na urodzinach jednego z nich wysypano dziedziniec piaskiem i ściągnięto wielbłądy.

Chciałabym w tym momencie, abyście zapamiętali: gdy zostanę milionerką (oczywiście przez udział w programie Milionerzy, bo na książkach naprawdę trudno zarobić, jeśli nie jest się Michałem Szafrańskim), nie organizujcie mi plaży w moim pałacu, dobrze? Uważam, że Anakin Skywalker ma rację. Piasek wszędzie włazi i trzeba go nienawidzić. Wody z kolei się boję, więc jak poustawiacie dużo roślin w doniczkach, będzie jak znalazł.

W chacie u sułtana wita nas gigantyczna kuchnia i mnóstwo wielkich posągów błogosławiącego nas Buddy. Jestem trochę tym onieśmielona, ale Radek najwyraźniej jest z Buddą w relacjach kumpelskich, bo na powitanie przybija figurze high five i dziarsko rusza dalej. Część z nas ogląda sypialnie (jest ich sporo), ja szukam ciekawych książek w salonie i faktycznie je znajduję, ale półek jest dużo więcej niż lektur. Całość urządzona jest w stylu: śpię na pieniądzach dużo częściej niż w tym domu. Wszystko jest nowoczesne, bogate i bardzo nieprzyjazne. Schodzimy szklanymi schodami w dół, a tam solarium, sauna, basen, bilard, barek z alkoholem, wielki telewizor, czarne kanapy…

I siłownia. Nie wiedzieć czemu, to tam, tuż za Rozi, kieruję się w pierwszej kolejności.

Rozi nie jest wysoka, więc może wprowadzać w błąd i sprawiać wrażenie delikatnej, bezbronnej dziewczyneczki. W istocie to wciąż delikatna, ale jednocześnie twarda babka, która chodzi po górach z gigantycznym plecakiem. Niestraszny jej chłód czy ulewa. Każdego niedźwiedzia oślepiłaby do reszty swoimi białymi jak śnieg, pięknymi zębami i pokonała w bitwie na pięści. Kiedy tylko docieramy do pomieszczenia ze sprzętami do ćwiczeń, udowadnia mi to, boksując najpierw w ogromny wór treningowy, a potem w manekina do nokautu. Czytaj: napierdala jak wściekła wiewióra.

To trzecia znana mi osoba, która trenuje boks. Pierwsza to Katarzyna Maniszewska (podróżniczka, autorka książek, wykładowczyni), druga to Sylwia Chutnik (pisarka), a na końcu właśnie Rozi (fanka dobrej literatury, wygodnych butów i samodzielnych remontów).

Kiedy Rozi zaczyna uczyć Mary, jak zadawać ból, udaję się popykać w bilarda. Trudno zająć dobrą pozycję i uderzyć kijem z każdej strony, bo dziwnie jest ten stół stawiony. Zastanawiam się, czy naprawdę służy do gry, czy może do czegoś innego… Nagle pojawia się alkohol. Chwilę potem Radek ląduje w ubraniu w basenie. Okazuje się, że dyskutował z Wacławem i ten udowodnił mu, że ma czarny pas w karate. Później dowiadujemy się, że powalił nie tylko naszego towarzysza, ale i ochroniarza Bruce’a Willisa. Ciekawe, czy wtedy był szczuplejszy, czy może wręcz przeciwnie. Nagle jakby znikąd pojawia się Lis i powtarza co najmniej dwukrotnie, że to wszystko jest bardzo nieoczekiwanym, niespodziewanym zwieńczeniem i tak cudnego wieczoru. Kąpiemy się w ciepłej wodzie. Pośród młodzieńczej radości plącze się smutne cielsko Wacława i jego groteskowa koszula w bure kwiaty, jakby te kwiaty straciły kolory i zwiędły od braku celowości w jego życiu.

Być może, gdyby nie nasi mężczyźni, stałaby nam się krzywda. Ale gdyby nie oni pewnie nie przystałybyśmy na zaproszenie Wacława. Czy wy, drogie Czytelniczki bloga fabrykadygresji.pl, przystałybyście na taką wyprawę w nieznane bez obaw?

Po wszystkim kradniemy trzy butelki alkoholu, ubieramy się pospiesznie, bo sułtan ma jutro przyjechać z wizytą. Problem u większości to mokra bielizna. U Radka – wszystkie ciuchy i zamoknięty telefon. Mimo tego w dobrych humorach (i gaciach w ręku) idziemy do pobliskiego parku, na ławkę, by posłuchać Dawida Podsiadło i porozmawiać. Dziwię się bardzo, że mam po chwili w uszach Małomiasteczkowego, Początek i Trójkąty i kwadraty. Tak daleko od domu, a Dawid taki sam. Uderza mnie to, że Rozi i Michał też mieszkają zagranicą, są z Manchesteru, a tymczasem Rozi widziałam ostatnio częściej niż część swoich przyjaciółek.

Wszystko jest takie względne. Kiedy masz z kimś więź, odległość przestaje istnieć. Fizyka przestaje działać, gdy pojawiają się emocje, uczucia… Przynajmniej do pewnego czasu.

Park w nocy wygląda jak każdy inny, tylko jakoś tak mniejszy strach przed policją. Ale Londyn w nocy? Nie mogę tego widoku przyrównać do żadnego innego znanego mi do tej pory miasta. Jest trochę jak w Gotham City, ale tak naprawdę to nie. Budynki są olśniewająco piękne. To w końcu królewskie miasto. Jest dostojnie i dystyngowanie.

Nie tak szaleńczo, kolorowo i jarmarcznie jak na Camden Market. Nie tak beztrosko i zielono jak w Hampstead, gdzie mieszkał m.in. Zygmunt Freud. Tam udamy się jutro i pojutrze, o czym w części trzeciej wpisu. Widzicie, Londyn to ogromne miasto. Każdego dnia zaskakiwał nas zupełnie czymś innym.

A mnie, tak jak zawsze podejrzewałam, w podróży najbardziej zaskakują ludzie.

To chyba na tyle.

Jak zawsze Wasza

By nie przegapić następnego postu, zaobserwuj mnie koniecznie na Facebooku:

A jeśli spodobała Ci się druga część Londyńskiej eskapady, być może zainteresują Cię również poniższe wpisy.

Londyńska eskapada, cz. I: fuck-up z Big Benem i penis na czole (ale na szczęście nie moim)

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

 

Londyńska eskapada, cz. I: fuck-up z Big Benem i penis na czole (ale na szczęście nie moim)

Londyńska eskapada, cz. I: fuck-up z Big Benem i penis na czole (ale na szczęście nie moim)

Nie macie pojęcia, jak mnie nudzą książki podróżnicze. Na palcach jednej ręki mogę policzyć, które mnie nie rozczarowały, a przeczytałam ich naprawdę sporo. Większość jest pisana na jedno kopyto. Mało wysublimowane ciekawostki o odwiedzanych miejscach idą w monotonnej parze z przygodami, których ja mam więcej, przechodząc z kuchni do łazienki we własnym domu. Jeszcze kiedy pracowałam w wydawnictwie podróżniczym, chciałam zacząć podróżować tylko z jednego powodu: by pokazać, jak naprawdę dobrze pisać o podróżowaniu.

Bądźcie dalecy od sądzenia, że naprawdę mi się uda. W końcu kiedyś chciałam mieć kota tylko po to, by urozmaicić mój profil na Instagramie. Mało tego. Kiedy przez ułamek sekundy pomyślałam, że mogłabym zostać matką, to tylko po to, by dziecko w szkole mówiło, że mamusia jest najważniejszą współcześnie prozaiczką.

Mam w ogóle problem z udowadnianiem ludziom rzeczy. Nie widzę w tym większego sensu, ale sprawia mi to chorą satysfakcję. Że nie gadam tylko w kółko: ja bym mogła lepiej. Tylko naprawdę to robię. Mimo że z takimi tanimi motywacjami szanse na sukces są pozornie niewielkie.

Wiem, za dużo dygresji.

W książkach podróżniczych, które bywają albo bardzo słabymi reportażami, albo niczym nie różnią się od blogowych wpisów, brakuje mi literatury. Prawdziwego ducha przygody, zakrapianego alkoholem i niebezpieczeństwem, jak u Hemingwaya czy Londona! Piękna konstrukcji językowych! Żeby podczas opisywania katedry św. Pawła każde zdanie oddawało swoją budową wyjątkowość tej konstrukcji architektonicznej! Nie tylko semantyką, ale i formą! By opisy strzelistych budowli były spiętrzone i ostre jak ich dachy.

Na to drugie u mnie nie liczcie, tak zaawansowana w pisaniu jeszcze nie jestem. Ale pomyślałam, że mogłabym napisać notkę na bloga o mojej najdalszej jak dotąd eskapadzie, która po prostu będzie ciekawa. A to oznacza, że dużo dłuższa niż sam wstęp. Ze wszystkich sił postaram się Was nie znudzić i utrzymać w napięciu do ostatniej kropki. Albo chociaż rozbawić, dobre i to, prawda?

Spokojnie, dodam też zdjęcia, byście mogli nasycić się pięknem Londynu, jeśli nie przepadacie za czytaniem. (Choć, jeśli tak – to co Wy tu w ogóle robicie)?

Zanim zaczniemy, możecie włączyć sobie Małomiasteczkowego Dawida Podsiadło. Piosenka ta zaskakująco często towarzyszyła nam w podróży, a teraz tak sobie myślę: nie znam swojej przyszłości. Też mogę być taką małomiasteczkową, o której śpiewa Dejw. Może byłam w Londynie po raz pierwszy i ostatni, ale coś mi się nie wydaje. Możliwe, że za kilka lat wrócę do tego postu, chcąc pisać o moich wrażeniach, kiedy do Londynu dostanę zaproszenie od angielskiego wydawcy. Bo czemu nie?

Dobrze mieć marzenia, a jeszcze lepiej je realizować.

W przeciwieństwie do Wacława, tak go nazwijmy. Wacław był najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem, którego w życiu widziałam. To on wpuścił nas do pałacu sułtana, ale o tym później.

Weekendowy wypad do Londynu był moją pierwszą podróżą zagraniczną. Nigdy wcześniej nie leciałam też samolotem. Za to kilka dni wcześniej odkryłam, że mam klaustrofobię. O lęku wysokości wiem od dawna. Schodzenie z latarni morskiej jest dla mnie podobnym wyzwaniem jak zdobycie Kilimandżaro dla człowieka, który od piętnastu lat nie ruszył się z kanapy przed telewizorem. Czyli piekłem, mówiąc w skrócie. Ale w samolocie było zupełnie inaczej.

Start był niepokojąco przyjemny, wręcz erotycznie ekscytujący. Znajdowanie się ponad chmurami skłoniło mnie zaś do krótkiej refleksji. Brawo, cywilizacjo, przy wszystkich twoich potworach, takich jak konsumpcjonizm, globalizacja i wieloryby umierające w plamach ropy na oceanie, loty samolotowe wyszły ci zdecydowanie z większym pożytkiem niż szkodą.

Po podróży z Luton do centrum Londynu, wylądowałam wraz z dwoma przystojnymi towarzyszami w Hyde Parku. Widok skautów odbywających ćwiczenia na wypalonej trawie utwierdził mnie, że jestem daleko od domu, a może i nawet faktycznie zagranicą. (Ponieważ nie mam prawa jazdy, samochody jeżdżące lewą stroną ulicy jakoś mnie nie poruszyły). Oczywiście nie chodziło o wypaloną trawę, tego nam w Polsce nie brakuje. Ale skauci… Jakbym nagle znalazła się w Kochankach z księżyca wspaniałego Wesa Andersona!

Gdzie jest Edward Norton?!

Osty i inne chwasty 😉 (w prawym górnym rogu najpiękniejszy!)

Potem trafiłam na ścieżkę upamiętniającą Lady Di, zobaczyłam czerwone budki telefoniczne (obklejone reklamami dziwek na telefon), wielkiego końskiego kloca pod Marble Arch i stwierdziłam: to jest właśnie Londyn!

Następnie zostaliśmy zaprowadzeni przez będących dwa dni dłużej w Londynie znajomych do L’Autre. Najlepszej polsko-meksykańskiej knajpy w całej Wielkiej Brytanii, która mieści się przy klimatycznej i na wskroś brytyjskiej Shepherd Street. Jeśli szukacie dobrych pierogów w Londynie, to właśnie tam powinniście się kierować. (Przy okazji zapraszam do polubienia Jem Pierogi, o ile lubicie jeść pierogi). Co tam, nawet, jeśli ich nie szukacie, to koniecznie odwiedźcie L’Autre, po dobry alkohol, wspaniały klimat i przepyszne jedzonko. (Informacja poniekąd sponsorowana, ale szczera). To naprawdę wyjątkowe miejsce, które przypominało mi trochę poznańskie Za Kulisami i knajpki przy krakowskim Placu Zapiekanek. Atmosfera nieco duszna i ciasna, ale przyjemna, wypełniona nietuzinkowymi gadżetami. Mogłabym się stamtąd nie ruszać, tym bardziej, że za oknem szalał nieokiełznany upał. Ale trzeba było zwiedzać. Buckingham i Big Ben same się nie odwiedzą!

L’Autre. Prawie jak w domu!

Jak się okazało, nie było co się spieszyć, w końcu budynki nie zające, nie uciekną.

Nie licząc Big Bena.

O ile pałac, w którym mieszka królowa Elżbieta, był akurat nawiedzany przez dźwig, ale poza tym trzymał się całkiem solidnie, o tyle najsłynniejsza na świecie wieża zegarowa już nie bardzo.

Jeśli chodzi o turystykę typu: odwiedź najpopularniejsze miejsca i zrób sobie z nimi selfie, jestem do bani. Po prostu w to nie umiem. Jakby wszechświat sprzysiągł się wobec mnie i powiedział: Nie, Emilka, nie będziesz chamską turystką, tylko wysublimowaną podróżującą literatką i pogódź się z tym wreszcie! Nie walcz ze swoim przeznaczeniem! Po czym zrzucił kurtynę rusztowania na Big Bena, bo takie już wszechświata widzimisię. Nie pogadasz.

Buckingham, trochę od lwa dupy strony.

Big Rusztowanie i London Eye, działające jakby na pocieszenie.

Nie musicie być Sherlockami Holmesami, by dojrzeć na zdjęciach, że aura powoli zaczęła się zmieniać. Koszmarny dla moich towarzyszy upał (bo ja tam lubię taką pogodę, trochę umieram, ale w tym umieraniu mam spore doświadczenie i całkiem dobrze się z nim czuję) przeistoczył się w pogodę typu wszystko się może zdarzyć. Postanowiliśmy zatem zmienić lokalizację z centrum na Greenwich. Wtedy zrozumiałam.

Londyn to nie jest miasto dla biedaków.

Co więcej: Londyn to nie jest miejsce dla średnio zarabiających, tylko dla dużo wydających.

Zobaczyłam, ile kosztuje w sklepie paczka biszkoptów i dowiedziałam się, po ile są tam fajki (w przeliczeniu 40 zł za paczkę). Zakręciło mi się w głowie, a potem pomyślałam o tych wszystkich biedakach, śpiących na ulicach Londynu i żebrzących o jakikolwiek grosz. W Polsce byłoby im dużo łatwiej.

Nie powiem Wam, ile kasy musicie zgromadzić, by dobrze się bawić w Londynie na weekend. Napiszę tylko, że jeśli wygraliście w totka, dacie bez problemu rozpieprzyć wygraną w trzy dni. A jeśli nie, to dajcie znać, pomogę Wam, mam do tego sporo talentu.

Ledwo dojechaliśmy na Greenwich i wypiliśmy obrzydliwą kawę w McDonalds, niebo rozpłakało się nad naszymi portfelami (przynajmniej ja to tak widziałam). Nie dojechaliśmy na południk zerowy, nici z odwiedzin obserwatorium. Wystarczyła chwila na dworze i byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Ponieważ muzyka łagodzi obyczaje, wybraliśmy się na winyle, a potem wróciliśmy do L’Autre.

Pogoda na Wyspach to prawdziwa wariatka. Jest jeszcze bardziej nieobliczalna niż głodna Sikora. Nie wiadomo, czy zemdleje, czy rozszarpie wszystkich niczym Hulk. A propos, niestety w Londynie nie spotkałam żadnego z aktorów grających w filmach o Avengersach. Po powrocie do Polski zobaczyłam, że zaczęło się babie lato (fujka!), ale w UK ani Spidermana, ani Dra Strange’a, ani Lokiego. Za to spotkałam innego superbohatera, o czym nieco później.

Sobota powitała nas słońcem, wiatrem i spadkiem temperatury. Zatem kiedy prognozy zapowiadają 36 stopni Celsjusza, i tak warto zabezpieczyć się w coś cieplejszego. Tak dla świętego spokoju (albo utarcia nosa swojemu chłopakowi). Idealna pogoda na wizytę w Tate Modern!

Jakiś pan robi zdjęcie obrazowi, a ja temu panu, więc my też tworzymy sztukę, prawda? Czy jak to działa?

Ze sztuką jest chyba tak, że albo ją czujesz, albo nie. Nie musisz się na niej znać, by wiedzieć, czy przypada Ci do gustu. Wątpię zatem, by poznanie życiorysu Picassa przekonało mnie do jego prac z roku 1932, które były wystawione w galerii. Gdybym była kochanką słynnego artysty i została przedstawiona z nosem przypominającym wielkiego fallusa (a pewnie tak właśnie by było, bo mój nos jest naprawdę spory), i te portrety oraz ciąża byłyby jedynym, co z tego wszystkiego mam, chyba nie potrafiłabym, tak jak Marie-Thérèse Walter stwierdzić, że niczego więcej do szczęścia nie potrzebuję. Tego nauczyła mnie ta wystawa, która pokazywała, że miłość potrafi być nie tylko niezłą abstrakcją, ale i potężną groteską. Przy okazji polecę Wam wspaniały, arcyciekawy artykuł o kobietach Picassa. Możecie go przeczytać TU.

Wrażeń estetycznych, jak słyszycie, raczej stamtąd nie wyniosłam.

I jakkolwiek interesujące były inne piętra, w których gościły prace Marka Rothko czy Andy’ego Warhola czy inne bardzo interesujące wystawy (w których dużą rolę odgrywało światło, albo instalacja rzucającej się po podłodze lalki, przypominającej Laleczkę Chucky), to najwięcej doznań i tak zafundował mi widok Londynu z dziesiątego piętra galerii Tate. Było genialnie.

Może apartamencik?

Ten słynny most z Harry’ego Pottera, co go dementorzy atakowali

Ludzie na tym słynnym moście z Harry’ego Pottera, co nie mają pojęcia, że są właśnie zoomowani

Super architektura, czemu nie ma takiej w Polsce?! Jestem oburzona

Katedra św. Pawła, monumentalna i wzniosła, największy kościół, jaki w życiu widziałam, no ale w Licheniu nie byłam

Shard, najwyższy budynek w Europie

Chyba się ze mną zgodzicie, że widoki niczego sobie?

Kiedy nasyciliśmy już doznaniami estetycznymi, nadszedł czas na wypełnienie żołądków oraz spuszczenie ze smyczy imprezowych zwierzaków. Każdy z nas takiego w sobie miał, mój co prawda od dłuższego czasu był nieaktywny, ale kiedy tylko usłyszał: impreza na chacie u sułtana, od razu przejął nade mną kontrolę.

Jeśli chcecie przeczytać o kąpieli w pałacowym basenie, w którym bawili się również Justin Bieber i 50 Cent, czujnie wyczekujcie kolejnego postu. Nie przegapicie go, jeśli klikniecie poniżej łapkę w górę dla Fabryki Dygresji na Facebooku.

Do zobaczenia!

Wasza

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?

Weekendowy romans z Lublinem, cz. 1. Co zjeść w Lublinie?

Bezpośrednio pociąg z Poznania do Lublina odjeżdża o 1.03. Trochę zaspani przemierzamy nocne centrum w kierunku dworca. Biletów nie mamy, trzeba czekać w kolejce. Do odjazdu coraz mniej czasu. Wreszcie jednak lądujemy z kupionymi w automacie biletami w przedziale. Plecaki lądują na metalowych półkach. Czekamy, aż pociąg ruszy. I jest! Charakterystyczne szarpnięcie. Wycieczka!, chcę zawołać z entuzjazmem, ale przecież jeszcze nie ruszyliśmy. Czyżby opóźnienie? Nie, okazuje się, że pociąg ruszył, ale… bez nas.

Pomyliliśmy wagony.

Tacy, kurde, wielcy podróżnicy z nas, hehe. Daj lajka niezdarnym turystom, żeby mieli motywację do kolejnych przypałów w podróży!

Pierwsze wrażenia

24 godziny później robimy drugie podejście. Tym razem z biletami kupionymi dużo wcześniej, by na papierze znalazły się numery miejscówek. Rano, tuż po ósmej, w połowie wyspani, wysypujemy się z TLK na dworzec w Lublinie. Żeby dostać się do centrum, musimy zrobić długi, bo trwający kilkanaście minut spacer. Jakoś już tak się chyba przyjęło, że wolimy chodzić po nowym mieście (a w Lublinie przecież jeszcze nie byliśmy!) niż poruszać się jakimkolwiek środkiem transportu. Chyba, że rowerem, rower może być. Bo w autobusie, trolejbusie czy tramwaju po prostu nie jest się w stanie tak dokładnie pochłonąć nowej rzeczywistości. Trzeba trochę pooddychać przestrzenią pomiędzy budynkami, przypatrzeć się ich detalom, na spokojnie, bez pośpiechu.

Z początku Lublin nie zachwycał. Blokowiska, gorąc bijący wściekle od asfaltu, wszędobylska przeciętność z wyjątkiem iksów w szyldach. Bo w Lublinie jest xero, a nie ksero, nie wiedzieć czemu. Im jednak bliżej było Starego Miasta, tym cudniej. Na pusty żołądek zwiedzać jednak nie wypada, więc trzeba było gdzieś się posilić.

Co zjeść w Lublinie?

Podstawowa zasada brzmi, by iść tam, gdzie są ludzie. Ten trop zawiódł nas więc do

Mandragory,

bardzo klimatycznej restauracji, serwującej kuchnię żydowską. Zamówiliśmy cebularza z kawiorem żydowskim i bajgle z twarożkiem, ogórkiem i łososiem. Bajgle wyjątkowe, naprawdę, nigdy nie jadłam tak delikatnego, wilgotnego ciasta. Największym doznaniem było jednak… piwo. Perła w Lublinie smakowała o wiele lepiej niż w Poznaniu. Zazwyczaj nie pijemy przed południem, więc może to nasze kubki smakowe były wyjątkowo wrażliwe na doznania…? Otóż nie. Podczas dalszej części piwnej turystyki utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Perła najlepsza jest w Lublinie. Nic dziwnego, w końcu to stąd Perła pochodzi. Ale o tym później, w następnej części cyklu o weekendzie z Lublinem.

Wracając do Mandragory. Cenowo może nie najtaniej, ale pysznie i w dodatku była tego wuchta! Byłam też totalnie zachwycona obsługą. Kelner, gdyby mógł, nieba by nam uchylił. Ponieważ nie miał jeszcze takiej mocy, starał się, by nasz pobyt był jak najmilszy i najsmaczniejszy. Udało się! Chętnie do Mandragory wrócę, bo spróbowaliśmy tylko wyimka z menu śniadaniowego. A przecież to miejsce ma jeszcze mnóstwo do zaoferowania, nie tylko w kwestii jedzenia, ale i wydarzeń kulturalnych.

cebularz Mandragora Fabryka Dygresji co zjeść w Lublinie

Nieco dalej, poza obrębem Starego Miasta, przy Solnej 4, mieści się

Zatar mezze & hummus & grill,

maleńka restauracja pełna smaków, głównie z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Znajdą się tam specjały zarówno dla wszystkożernych, jak i wegan. A wśród nich takie rarytasy jak pieczony kalafior czy przepyszne kanapki w picie. I to wszystko, jak i kawa, posypane płatkami róż. Smacznie i estetycznie, a porcje takie akurat. Jeśli będziecie w okolicach, możecie śmiało wpadać.

Największe doznanie kulinarne przytrafiło mi się jednak w

Sielsko Anielsko,

do którego trafiłam dzięki tekstowi Wszędobylskich (polecam, będę z tego jedzeniowego przewodnika na pewno korzystać jeszcze nie raz), szukając pierogów. Mam takie małe gastrozboczenie. Kocham pierogi ruskie ponad wszystkie inne dania i to ich muszę spróbować, gdy trafiam do nowego miejsca. Myślę, że w całym moim życiu jadłam pierogi w lekko ponad dwustu lokalach. Chyba w ogóle stworzę jakiś ogólnopolski ranking… A na pierwszym miejscu będą ruskie z Sielsko Anielsko przy Rynku 17. Duże, o idealnej konsystencji (grudki twarogu były jeszcze widoczne), w miękkim, świeżutkim cieście, z okrasą, którą określiłabym jako rześką (delikatny tłuszcz z lekko podsmażonymi, złocistymi skwarkami). Z pierogami ruskimi jest taki problem, że często są przesolone, a te były naprawdę perfekcyjnie przyprawione. Cena (18 zł) wydaje mi się zatem jak najbardziej adekwatna. A nawet niewygórowana jak za taką przyjemność dla podniebienia.

Sielsko Anielsko Pierogi ruskie Fabryka dygresji

Zupy, barszcz i żur też podobno były przepyszne, tak samo jak drugie danie główne, czyli wątróbka po Zamojsku. Nie dziwię się, że Sielsko Anielsko co chwilę zgarnia jakieś nagrody. Kolejnym plusem jest szybka, profesjonalna obsługa. Cenowo może nie wychodzi super tanio, ale i tak chyba dobrze jak na tak pyszne rzeczy serwowane na Starym Rynku. W budynku, w którym na świat przyszedł sam Henryk Wieniawski!

Uciekła mi ostrość, ale trzeba było jeść, a nie jakieś zdjęcia pstrykać!

Przaśny wystrój co prawda nie należał do moich ulubionych, ale był wyjątkowo spójny i oddawał charakter miejsca. Nie mogę zatem mieć żadnych zarzutów i polecam z czystym sumieniem.

Sielsko Anielsko Fabryka Dygresji Co zjeść w Lublinie

Nie mogło się jednak obyć bez deseru. Za poleceniem brodacza z powyższego zdjęcia, udaliśmy się do kawiarni

Anabilis

przy Lubartowskiej 7. Zobaczyliśmy tam dzieła sztuki cukierniczej. Torty wyglądające jak poezja, gustownie wyeksponowane w szklanych gablotach. Ale przyszliśmy tam ze względu na podobno najlepsze lody w mieście. Jak się okazało, wprowadzono nas w błąd. To najlepsze lody w całej Polsce. Składniki w stu procentach naturalne, sprowadzane z Włoch, specjalna śmietana, nietuzinkowe połączenia smaków… Cztery wielkie lodowe kule to 10 zł. Aż nie mogłam uwierzyć w tak niską cenę, Poznań przyzwyczaił nas do czegoś innego. Lody nie przypominały w konsystencji niczego, co do tej pory jadłam. Były aksamitne jak krem, a w smaku tak intensywne jak same produkty, z jakich zostały przygotowane.

Źródło: lublin.eu

Podczas naszych spacerów co chwilę natrafialiśmy na miejsce, do którego chciałabym wejść i skosztować czegokolwiek. Niestety, albo i na szczęście, mam tylko jeden żołądek. A Lublin, jak się okazuje, pod względem gastronomicznym ma tak wiele do zaoferowania, że będę tam z wielką chęcią wracać raz po raz i próbować kolejnych przysmaków.  Zapraszam do podzielenia się wiedzą o fajnych miejscach z jedzeniem w komentarzach. Śmiało, polecajcie!

Przy okazji dajcie proszę znać, czy chcecie, by na blogu pojawiało się więcej wpisów o podróżowaniu, dobrze? Wybieramy się za dwa tygodnie do Wrocławia na Targi Książki Niezależnej, potem na Mazury, w Beskidy oraz do Wielkiej Brytanii. Jeśli wyrazicie ochotę, będziecie na pewno mieli o czym czytać!

A jeszcze w tym tygodniu druga część wpisu o Lublinie. Tym razem o tym, gdzie wypić.

Wasza oczarowana Lublinem

 

Co robić w Poznaniu?

Co robić w Poznaniu?

Jadę rozklekotanym pociągiem z Nowego Tomyśla do Poznania. Rozważam w myślach zmianę podejścia do mojego rodzinnego miasta. Może nie ma zbyt wielu pubów, o ile w ogóle, ale jest nieźle prosperujący ośrodek kultury i duża biblioteka. Co chwilę jakiś koncert w szkole muzycznej, ścieżki rowerowe, no i zawsze można wybrać się do parku. Nie jest tak źle, ale do Poznania pod względem wydarzeń kulturalnych to daleko, o wiele więcej niż rzeczywiste 57 km, jakie dzieli te dwa miasta. Aż tu nagle słyszę od siedzącej obok kobiety: „Poznań jest nudny”. Myślę sobie z ogromną dezaprobatą: o żesz w mordę.* 
Erik Witsoe przedstawia niebo nad pięknymi dachami Starego Rynku
Kobieta była grubo przed trzydziestką, może jeszcze studiowała (w końcu rasowych debili można znaleźć również, a może zwłaszcza, na uniwersytetach). Tłuste włosy z odrostami splecione w anorektyczny warkoczyk, prostokątne okulary na nosie przypominającym świński ryj, gruba (może nawet bardziej niż ja). Znacie ten styl. Do tego zdające się zaraz pęknąć w szwach dżinsy zdobione kolorowymi cyrkoniami, turkusowe kolczyki w kształcie róż, turkusowa kurtka z imitacji skóry, turkusowe buty. Zgadnijcie, jak ma na imię. Oczywiście, Kasia, pięć punktów dla Zuzy.**

Przed nią – facet. Z kontekstu wnioskuję, że dawny znajomy ze szkoły. Chyba chcą umówić się na spotkanie po latach, najlepiej w czasie trwania Pyrkonu. To znaczy: ona się chce z nim umówić, on coś kręci.
On: Bo wiesz, moi znajomi przyjeżdżają, więc może tak razem, w grupie? Chciałbym im w weekend trochę Poznań pokazać…

 

Ona: Po Poznaniu? . Co ty tam chcesz pokazywać w ogóle?
On: No jak to? Na Stary Rynek byśmy poszli.
Ona: Stary Rynek? . Na mnie nie licz, ja tam nigdy nie bywam.
On: Dlaczego?
Ona: Bo Poznań jest nudny, a Stary Rynek to już w ogóle totalne dno. Tam się nigdy nic nie dzieje.

 

Erik Witsoe, zachód słońca na ulicy Fredry

 

Ostatnio obserwuję, że coraz częściej przejawiam odwagę cywilną. W tamtym momencie jednak, pomiędzy Poznaniem Junikowo a Poznaniem Górczyn, ugryzłam się w język, bo i tak nie miałam nic do powiedzenia (tylko bym troszkę poszczekała). Przecież w Poznaniu się dzieje. Przecież wszędzie się dzieje, jeśli ma się na tyle otwarty umysł i chęci, by gdzieś pójść lub coś zaaranżować. A stolica Wielkopolski jest tak piękna, że wystarczy po prostu spacer, by dostarczyć sobie mnóstwa rozrywki.*** Nieważne, czy to wiosna, czy jakakolwiek inna pora roku. Jej urok zapiera dech w piersiach zarówno na żywo, jak i w obiektywie Erika Witsoe. Zresztą, macie okazję zobaczyć sami, gdyż Erik pozwolił mi na potrzeby tego wpisu udostępnić kilka ze swoich wspaniałych fotografii. Co więcej, miałam okazję podpytać artystę o to, dlaczego Poznań jest takim wspaniałym miejscem. Bo przecież nie tylko ja tak myślę.
Plajta, czyli Plac Wolności, fot., cóż za niespodzianka, Erik Witsoe! 🙂

Erik jest Amerykaninem. Mieszka w mieście od blisko czterech lat razem z narzeczoną, która realizuje program studiów doktoranckich na jednej z poznańskich uczelni. Erik zaś prowadzi klimatyczny sklepik z kawą, który mieści się w Pasażu Apollo. Oprócz tego jest fotografem, więc zna to oczywiste, że zna się na pięknie i jest jedną z najbardziej kompetentnych osób, jakie mogłabym przemaglować na temat uroku Poznania.

Emilka: Jakie według ciebie są najbardziej warte odwiedzenia miejsca w Poznaniu?

Erik: Poznań nie jest wcale takim dużym miastem, więc można ze spokojem przejść się od jednego punktu do drugiego i natrafić na mnóstwo ciekawych miejsc. Polecam Stary Rynek i okolice, Wartę i Ostrów Tumski, Park Sołacki. Kiedy weźmie się mapę i zaznaczy na niej te wszystkie punkty, okaże się, że w bardzo łatwy sposób można do nich dotrzeć na własnych nogach. Tak naprawdę jednak wszystkie dzielnice mają dużo zaoferowania, i to w różnych klimatach. To naprawdę świetne miejsce dla pieszych. Weź rower, złap tramwaj albo po prostu idź. Będziesz mógł zobaczyć naprawdę wiele!

Emilka: Gdzie się wybierasz, gdy masz nieco wolnego czasu? I gdzie mogą się wybrać przyjezdni, żeby miło spędzić czas?
Erik: Wydaje mi się, że mam nieco inne pojęcie wolnego czasu. Wszystko zależy od tego, gdzie zaprowadzi mnie pogoda oraz pora roku. Lubię sporo chodzić i nawet trochę wędrować. Park Sołacki jest dla mnie najlepszym miejscem do pozbierania myśli… zresztą tak samo, jak i do robienia zdjęć. Przyjezdnych za to kieruję do takich miejsc, którymi będą zainteresowani. Jeśli chcą zrobić zakupy, wysyłam ich do Starego Browaru. Szukają Parku? Cytadela, Sołacki i Wilsona. Historię odnajdą zaś w Zamku, na Starym Rynku, właściwie wszędzie… Zazwyczaj zabieram gości na Ostrów Tumski, gdzie mogą poczuć, jak miasto wyglądało kiedyś, i jak to było na początku.

Emilka: Uważasz, że Poznań potrzebuje jeszcze więcej wydarzeń i miejsc związanych z kulturą?
Oczywiście zapraszamy!
Erik: Tak. Zdecydowanie brakuje galerii sztuki, to na pewno. To znaczy galerie są, ale czy na pewno dla wszystkich? Widzę te drogie, z wyższej półki, albo takie z najniższej, wszystkie rodzaje, tylko nie takie, do których każdy może mieć dostęp. Wiele moich przyjaciół pyta mnie, gdzie mogą kupić pamiątki dla bliskich z rodzinnych stron, no i… cóż. Galerie, które wydają się być w pobliżu, okazują się być trudne do zlokalizowania oraz otwarte w dziwnych godzinach. Wydarzeń kulturalnych wydaje się być sporo, ale trudno znaleźć wszystkie informacje na ich temat zgromadzone w jednym miejscu. Nawet, jeśli mówisz i czytasz po polsku, wysiłek z tym związany może być przytłaczający. My, obcokrajowcy, przekazujemy sobie tego typu informacje po prostu z ust do ust. W moim sklepiku z kawą zawsze pytam, co się dzieje w tym tygodniu, itd… Jest nowy magazyn Puls Poznania, który w przyzwoity sposób zbiera takie wiadomości. A co do miejsc związanych z kulturą… Ludzie zawsze potrzebują nowych miejsc, żeby zbierać się razem i wspólnie poznawać życie. Więc tak. Więcej, więcej, więcej!
Emilka: Teraz możesz zaprosić wszystkich do swojego Coffee Shopu.
Erik: Oczywiście. Zapraszam wszystkich do mojego małego sklepiku z kawą Bigfoot Coffee Shop. Wpadnijcie i zobaczcie, jak wygląda mała Ameryka. To ma być miejsce, w którym wiele osób z różnego rodzaju środowisk może się spotkać i razem spędzić czas. Mamy wspaniałą kawę, pyszne ciasta i smaczne kanapki! Na zdrowie!
Co robić w Poznaniu, skoro na każdym rogu roi się od knajpek serwujących przepyszne jedzenie, pubów przesiąkniętych niepowtarzalną atmosferą, koncertów, zielonych skwerów oraz fantastycznych ludzi? Najlepiej zamknąć się w czterech ścianach, odciąć się od kultury, zacząć na nowo oglądać M jak miłość i wcinać kanapki z wątrobianką. A później narzekać, że jesteśmy samotni, w naszym życiu nic się nie dzieje, a wszystkiemu winien cały świat wokół, tylko nie my.

 

Jeżyce też takie piękne, ach, ta wiosna! Autor zdjęcia to, rzecz jasna, Erik Witsoe
Kiedy tylko zaczyna się zielenić i robi się nieco cieplej, ja nie mogę, po prostu nie mogę usiedzieć w akademiku! Wybiegam na rolki na Cytadelę, obserwuję wyścigi kajaków na Malcie, idę ze znajomymi pooddychać przesyconym kulturą powietrzem, które wiruje między Kontenerami. Nie muszę wydawać pieniędzy, żeby zaznać ogromnej masy przyjemności. A kiedy chcę czegoś nowego, szukam zbliżających się wydarzeń na trzech stronach, które mogę Wam z czystym sumieniem do tego celu polecić.

 

Centrum Kultury Zamek – stąd dowiecie się, na jaki film akurat można się załapać w Kinie Pałacowym, gdzie wybrać się z młodszym rodzeństwem, potomstwem albo uprowadzonym dzieckiem, za które nikt nie chce dać okupu, więc musicie się przemęczyć, zanim opchniecie na czarnym rynku. Każdy Poznaniak na pewno zna tę stronę, a jeśli nie, to fani literatury, tańca, nauki oraz wszystkiego, co nie wiąże się z marnotrawieniem czasu, na pewno znajdą tu coś dla siebie.
Kultura u podstaw – nowy serwis kulturalno-informacyjny, traktujący o wszystkich wydarzeniach związanych z Wielkopolską. Dużo o muzyce, książkach oraz spotkaniach autorskich, teatrze i ludziach związanych z regionem.
Ale czy warto? – strona internetowa serwująca relacje z najciekawszych wydarzeń. Dzięki sprytnemu kalendarzowi, stale aktualizowanemu, możecie sobie całkiem dobrze zaplanować czas, by nie zmarnować ani sekundy i dać się porwać kulturalnemu szaleństwu.

 

Erik poleca również wcześniej wspomniany Puls Poznania, bezpłatny magazyn miejski, po który muszę jak najszybciej sięgnąć.

 

Erik Witsoe – Noc Kupały i Ostrów Tumski w tle
Jeśli mało Wam fotografii Erika, to wbijajcie na jego fan page na fejsie: TU!
Oraz na stronę internetową: TU!
Jeśli znacie kogoś, kto dalej nie wie, co robić w Poznaniu, albo sądzi, że Poznań nie jest ciekawy,  ani może nawet ładny – przyślijcie go do mnie. Naprostuję, na pewno.

 

Oczywiście nie jest tak, że nie dostrzegam w Poznaniu złych rzeczy, że gloryfikuję miejsce, do którego imigrowałam, bo prezydent płaci mi za promocję (och, jakże chciałabym, chciała!). Widzę pełen gruzu wąwóz na Kaponierze oraz to, że prawdziwych galerii sztuki naprawdę jest jak wody na pustyni, zaś galerie handlowe wyrastają jedna za drugą. Ale uczę się wciąż, i chcę nauczyć też troszkę Was, żeby przede wszystkim doceniać to, co się ma, dziękować za to (dopisałabym: dziękować za to każdego dnia, ale będzie się rymować, błeh). Po drugie, nie narzekać na to, czego nie ma, ale – po trzecie – działać, by dostać to, czego się potrzebuje lub o czym zwyczajnie się marzy.

 

Zostawiam Was z bojowym nastawieniem do szerzenia kultury, własnych ideałów oraz walki o swoje. I zachwycania się wiosną, która wreszcie do nas przyszła!
Żeby dodatkowo Was rozochocić, Natalia Przybysz:

_________________________________________________________

*Tak naprawdę myślę sobie dużo bardziej wulgarnie.
**Zuza wygrała, bo miała okazję usłyszeć o tym traumatycznym wydarzeniu już wcześniej i bezbłędnie trafiła za pierwszym razem. Po prostu mistrzostwo. A dlaczego to „oczywiście”? Poczytajcie „Piromanów”.
***Zwłaszcza w nocy na Wildzie, he, he.

Dlaczego podróże?

Tak naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego podróże. Co może skłonić człowieka do narzucenia na plecy gigantycznego plecaka i przetelapania się po Łuku Karpat?* Albo uprowadzenia wózka sklepowego i pokonania z nim 180 kilometrów w trakcie zaledwie 38 godzin?** Samej zazwyczaj trudno mi wynurzyć się z rana spod ciepłej pierzyny i kilkanaście minut zajmuje mi postawienie stóp na podłodze. Jak to się więc stało, że wylądowałam na tegorocznych Kolosach? 
Odpowiedź jest banalna: praca. Relację z tego, co działo się przy stoisku najlepszego w Polsce wydawnictwa, możecie przeczytać TU. A to, co po części działo się wokół mnie i w mojej głowie – poniżej. Postaram jakoś ubrać to w słowa, mniej lub bardziej po ludzku.
Przede wszystkim: czym w ogóle są te całe Kolosy? 
Najprostsza odpowiedź: to impreza podróżnicza, na której totalnie ześwirowani, a jednocześnie wybitni ludzie, czyli tzw. żeglarze, grotołazowie, odkrywcy, globtroterzy, włóczykije, fani rowerowych wojaży czy biegania wzdłuż Amazonki, opowiadają o swoich ostatnich wyczynach, pokazując zdjęcia i filmy z podróży. I jest to całkiem fajne, nawet dla mnie, czyli osoby, której największym wyczynem jest zdobycie Sokolicy z wycieczką szkolną w piątej klasie podstawówki. 
Fajniejsze jest jednak słuchanie tych ludzi nie podczas prowadzonej przez nich prelekcji, tylko tak poza całą tą wzniosłą otoczką, na przykład, kiedy odpowiadają na pytania swoich fanów albo po prostu siedzą obok i zwierzają się ze swojego szalonego życia na morzu między jednym a drugim rozdanym autografem, między jednym ciastkiem a piątym czy pospiesznie upitym łykiem kawy. 
W takich momentach zaczynam czuć, że jestem chora. Albo niepełnosprawna, albo po prostu opóźniona w rozwoju, bo o ile Bóg dał mi dupę, żebym mogła na niej siedzieć, to dał mi też nogi, żebym mogła nimi przebierać, choćby od czasu do czasu. I to grzech marnować się w jednym miejscu, skoro wokół jest tyle wspaniałych miejsc, tak różnych od tego, w którym przychodzi mi najczęściej przebywać. 
I już czuję zew przygody, i już się podrywam, a w myślach jestem nawet już na zatłoczonej Time Square (gdyż fanka natury ze mnie raczej niewielka, bardziej fascynuje mnie dzieło ludzkiego umysłu i wytwory człowieczych rąk), ale potem myślę sobie, że przydałoby się zacząć od pakowania walizki.
A za każdym razem, kiedy trzeba się gdzieś ruszyć, choćby z rodzinnej Paproci do Poznania, nienawidzę pakowania. Pakowanie pierwsze jest całkiem okej, ale pakowanie przy powrotach to koszmar. Pamiętam, że przy powrotach z festiwali zupełnie nie potrafiłam zmieścić się do bagaży. 
Kolejnym problemem w moim przypadku mogłyby być pieniądze. Zdobyć je na podróż to jeszcze nie jest aż tak trudne zadanie. Problem z ich utrzymaniem. Kasa zazwyczaj po prostu mnie się nie trzyma (zwłaszcza, gdy mijam jakąs księgarnię). Znając siebie, wszystko wydałabym już chyba na lotnisku w strefie wolnocłowej. 
Ponadto nie muszę jeździć po świecie, żeby znaleźć inspirację. A istnieje wielka groźba, że jak zacznę, to nie skończę. 
A potem znowu sobie myślę: Jack Kerouac i droga to życie. Jack London. Juliusz Verne. Wątpię, by panowie stworzyli tak wartościową literaturę, gdyby nie podróże. Bo, jak wiadomo, podróże kształcą. A także otwierają oczy i serca***. Dlaczego podróże? Ha, może właśnie dlatego. I dla wolności, którą zdecydowanie łatwiej jest odnaleźć gdzieś pośród bezkresnego Uralu*** niż ciasnych poznańskich kamieniczek. 
Ostatnio byliśmy z Andre na prelekcji Michała Kozoka w Cichej Kunie, podczas której opowiadał o swojej niebagatelnej wyprawie przez Amerykę Południową. I kiedy wystąpienie dobiegło końca, mój towarzysz stwierdził, że czuje, że nic, tylko brać plecak i ruszać w kolejną podróż. Cóż, mam podobnie, gdy czytam książkę. Za każdym razem, gdy natrafię na jakieś oryginalne sformułowanie, zastanawiam się, czy przypadkiem nie użyłam podobnego w moim ostatnim opowiadaniu i walczę z sobą, by nie cisnąć lekturą w kąt, po czym zasiąśc przed edytorem tekstu i nie wstawać od niego przez kilka najbliższych godzin… 
Podróżnik może pisać, a pisarz może podróżować. Jedno z drugim na szczęście nie musi być jednoznaczne. A może musi? W końcu czytanie to też droga, tylko że mentalna. Co sądzicie? I jakie jest Wasze stanowisko względem wojaży? Niekoniecznie ekstremalnych?
Dlaczego więc podroże? No, a dlaczego nie?
Napiszcie mi, jakie koniecznie miejsca chcielibyście odwiedzić, a może to zainspiruje mnie wreszcie do stworzenia docelowej listy, którą być może w przyszłości zacznę realizować. 
A ponieważ Wielkanoc, no i jesteśmy w temacie podróży… Posągi z Wyspy Wielkanocnej wraz ze mną życzą Wam wszystkiego najlepszego! Odpoczywajcie w te Święta, wcinajcie jajeczka, łapcie pokręcone zające i poczujcie wiosnę! (Mimo śniegu/gradu/żalu na dworze). 
_____________________________________________________________
*Z pewnością na to pytanie odpowie Wam Łukasz Supergan w swojej książce, Pustce wielkiech cisz, której niestety jeszcze nie miałam czasu przeczytać, ale i tak polecam z całego serca – wiem, że jest rewelacyjna – potwierdzone info!
**O tym zaś z kolei opowiada Michał Kozok. Możecie to sprawdzić w Siłami natury, czyli bez silnika przez Amerykę Południową.
*** Kazimierz Ludwiński, Wyspa szczęśliwych dzieci.
**** Dominik Szmajda i Rower góral i na Ural!