Mamo, plecak spakowany, wychodzę! – rozmowa z Tomkiem Jakimiukiem z jaktodaleko.pl

Mamo, plecak spakowany, wychodzę! – rozmowa z Tomkiem Jakimiukiem z jaktodaleko.pl

Tomek rzucił mi się pierwszy raz w oczy chyba na Kolosach (to laureat Nagrody Dziennikarzy oraz Nagrody Publiczności) a zaraz potem na poznańskim festiwalu podróżniczym Śladami Marzeń. Otaczała go bardzo pozytywna aura. Aż kipiał dobrą energią i zarażał uśmiechem! Od jakiegoś czasu jego działalność związana z prowadzeniem bloga jest dla mnie wielką inspiracją. To facet, który po prostu wie, jak to robić. Pomyślałam sobie, że znowu zagaję do Tomka, bo wygląda na to, że może mnie dużo nauczyć.

Mało tego, że dowiedziałam się paru istotnych rzeczy, to jeszcze okazało się, że myślimy bardzo do siebie podobnie. Nie miałam pojęcia, że z naszej rozmowy wyjdzie tak pouczający i inspirujący wywiad. A dodatkowo z rozmowy z Tomkiem wyniosłam tyle pozytywnej energii i siły, że wydarzenia, które niedługo potem spotkały mnie w życiu, po prostu rozjechałam walcem wyrównalcem.

Dziękuję Ci Tomku za to, że natchnąłeś mnie taką inspiracją. Mam nadzieję, że dzięki przytoczeniu naszych słów poniżej, uda się zarazić dobrym humorem i natchnąć do działania czytelników bloga fabrykadygresji.pl A Was gorąco zapraszam już teraz do odwiedzin bloga podróżniczego Tomka jaktodaleko.pl oraz do podążania za nim na Facebooku, Instagramie i YouTube!

Komu wywiad będzie szczególnie przydatny?

  • Początkującym blogerom, którzy chcą dowiedzieć się czegoś nowego o social media,
  • miłośnikom podróży,
  • tym, którzy potrzebują inspiracji, motywacji i lubią poznawać Postaci przez duże P,
  • osobom bijącym się z myślami, pragnącym zmiany.

Emilia: Jesteś podróżnikiem i blogerem. Specjalizujesz się w niskobudżetowych wyprawach, twoja najsłynniejsza to chyba autostopem i hulajnogą z Podlasia na Daleki Wschód, prawda?

Tomek: Tak, a dokładniej do Chin.

E: No dobra, pewnie wszyscy Cię o to pytają, ale… skąd ten pomysł na hulajnogę?

T: Tak, to prawda. Wiesz co, temat hulajnogi jest wręcz prozaiczny. Odpowiadają za to dwa aspekty. Przede wszystkim szukałem czegoś, co pozwoliłoby mi autentycznie lżej podróżować. Myślałem o rowerze, ale jakoś nie czuję tego, żeby jechać rowerem, załóżmy, po Mongolii i patrzeć na ten powielający się krajobraz. To pewnie by mnie znudziło. Lubię większą dynamikę. Szukałem czegoś, co mógłbym złożyć, zapakować i łapać stopa, żeby było szybciej. Tak padło na hulajnogę.

Po drugie hulajnoga jest pewnego rodzaju artefaktem. To przedmiot, który ma w sobie zaklętą moc. Każdy może zakląć swoją moc w innym przedmiocie. Ale o co chodzi dokładnie: koleś, który jedzie przez Rosję albo po Mongolii z plecakiem na hulajnodze jest jak magnes. Magia hulajnogi polegała na tym, że sama w sobie przyciągała ludzi. A człowiek, który lubi robić zdjęcia, wie, jak ciężko jest zrobić reportaż fotograficzny i rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza w innych krajach. Zdawałem sobie z tego sprawę, dlatego wybrałem przedmiot, który będzie przyciągał.

Tego również doświadczyłem, gdy byłem w Meksyku i zacząłem używać harmonijki. Harmonijka też przyciągała ludzi. Hulajnoga była więc naturalnym wyborem. Wiesz, jedziesz na hulajnodze, koleś podchodzi, się odzywa, już kumple.

E: A, czyli hulajnoga była z premedytacją! W takim razie czy bardziej podróżujesz po to, by zwiedzać, poznawać nowe krainy, oglądać budowle, naturę czy bardziej w podróży chodzi ci o ludzi? O poznawanie ich zwyczajów, kultury?

T: Bardziej kręci mnie poznawanie kultury przez pryzmat ludzi. De facto utożsamiam każde miejsce z ludźmi, których poznałem. Nawet jeśli jest jakaś super architektura, która rzuca na kolana wszystkich, to jeśli nie spotkam tam jakiejś ciekawej osoby i z nią nie pogadam, to powiem ci szczerze, nie pamiętam potem tego miejsca. Staram się poznawać dany kraj przez pryzmat osobowości, które poznaję.

E: Dorastałeś w Siematyczach, tak?

T: Dokładnie.

E: Piszesz na swoim blogu, że ukształtował Cię również Białystok. Powiedz mi, skąd w ogóle w chłopaku z takiej niewielkiej dosyć miejscowości taki głód poznawania nowych ludzi i zbierania nowych doświadczeń?

T: Wydaje mi się, że to jest związane z adrenaliną. Jestem człowiekiem, który od małego szuka wyzwań. Próbował zawsze coś zobaczyć. Cały czas byłem ciekawy czegoś. I na studiach, poszedłem na turystykę i rekreację, na wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej, trochę mierziło mnie to, że studiuję coś, co znam tylko z teorii. Wcześniej w liceum lubiłem geografię, ale nawet nie byłem w górach czy nad morzem, bo po prostu nie było nas stać na to. I później poszedłem na te studia i sobie myślę: kurczę, ale to jest w ogóle jakaś abstrakcja. Człowiek studiuje sobie tutaj turystykę, a nawet turystą się nie może nazwać. No bo gdzie ja byłem? Co ja widziałem? To mnie trochę bolało. Później po prostu znalazłem ten klucz, który mi pomógł.

E: Czyli na studiach jeszcze nie podróżowałeś? Czy właśnie wtedy zaczęła się Twoja przygoda?

T: Zacząłem dokładnie na trzecim roku. To był kulminacyjny moment. Poznałem wtedy, czym jest autostop.

E: Dokąd wtedy wyjechałeś?

T: Moja pierwsza autostopowa wyprawa to był… Eurotrip! Podróż do Niemiec, która przerodziła się potem w wyjazd do Holandii, Belgii, Francji i aż w ogóle do Hiszpanii dojechaliśmy z koleżanką.

E: No, faktycznie, niezła wyprawa. Czytałam też, że studiowałeś zarządzanie. Czy to ci się jakoś przydaje? Na przykład w łapaniu autostopa?

T: Trudne pytanie! Może niekoniecznie w łapaniu autostopa. Ale w przedsiębiorczym aspekcie mojego życia, jasne, bo ja prowadzę też firmę.

E: To czym konkretnie się teraz zajmujesz? Czy pracujesz na etacie a podróże wypełniają resztę Twojego życia, czy też z podróżowania zrobiłeś biznes i dzięki swojej pasji możesz teraz zarabiać?

T: Wiedza zdobyta na studiach, z zakresu zarządzania, przełożyła się na to, co robię teraz. Zajmuję się stricte podróżami. Piszę bloga, co wiąże się z turystyką i rekreacją. Większość przedmiotów i tak była przedsiębiorczych, więc faktycznie, stałem się przedsiębiorcą, blogerem. Z czego się teraz utrzymuję? Wyobraź sobie, że jak zacząłem podróżować i prowadzić bloga, pisać na nim, poprawił się mój język, moja polszczyzna, choć uważam, że w dalszym ciągu jest nad czym pracować… Zacząłem zarządzać kanałami social media, rozumieć, jak to wszystko żyje, jak to funkcjonuje… Zacząłem być à la influencerem, gościem, który współpracuje z markami i zauważyłem, że to przynosi pieniądze.

Zacząłem opowiadać. W szkołach, w domach kultury… I uświadomiono mi, że za to też się bierze pieniądze, w związku z czym zacząłem robić prezentacje również w korporacjach, gdzie uświadomiono mi z kolei, że tam się bierze bardzo duże pieniądze. Czasami naprawdę skrajnie duże.

Gdy zacząłem to wszystko robić, pomyślałem: wow, prowadzę swoje kanały, np. Instagrama, Facebooka i bloga. Ogarniam, o co w tym wszystkim chodzi, na całkiem niezłym poziomie i stałem się content managerem. Teraz na przykład współpracuję z firmą, dla której prowadzę social media. Jestem freelancerem. Robię swoje, a w międzyczasie komuś pomagam w jakiejś firmie. Pasja przerodziła się w dość szerokie spektrum.

E: A czy to sprawia Ci radość?

T: Tak! To jest przecież wolność.

Wstajesz z rana, o dwunastej załóżmy, nikt ci nie mówi, że masz coś zrobić. Pracowałem najdłużej na etacie dwa i pół miesiąca. Jestem człowiekiem, który jak widzi, że coś jest źle zrobione, to o tym mówi, niezależnie od tego, czy mówi to kierownikowi, dyrektorowi… Nie mam może takiej ogłady. Moja siostra powiedziała, że powinienem pójść na etat i się nauczyć. Ale nie mam takiej ogłady. Jak widzę dyrektora, który popełnia błędy, po prostu mu mówię: ej, stary, to jest źle zrobione. A ludzie tego nie lubią. Jejku, jaki ja jestem teraz szczęśliwy, że na chleb mi nie brakuje, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale nie ciąży nade mną to fatum, że muszę wstać o ósmej i do szesnastej trwać w środowisku ludzi, którzy bywają takimi wampirami, że wysysają z ciebie energię. Tak czasami bywa, jak rozmawiam ze swoimi znajomymi.

Zatem tak, to daje mi szczęście. I wolność.

E: Oj, wiem o co Ci chodzi, przez to również nie jestem już na etacie, tylko na swoim.

T: Emilia, nie wiem, czy też tak masz, ale czasami lepiej zarobić mniej, bo miałem na przykład takie miesiące, że nie zarobiłem nic, kompletnie nic, ale wiedziałem, że przyjdzie taki czas, że człowiek się odbije, nie? Wtedy zrozumiałem, że lepiej nie mieć milionów, tylko by mieć te pieniądze tak, żeby przeżyć i być szczęśliwym. Nie można powiedzieć, że pieniądze nie są ważne. Są ważne.

E: Zgadzam się w stu procentach. Sama miałam teraz gorszy miesiąc, ale wiedziałam, że zawsze ciężką pracą człowiek dojdzie do rezultatów, nie ma innego sposobu, nie?

T: Oczywiście!

E: Dobra, podsumujmy. Prowadzisz bloga, kanał na YouTube, jesteś na Instagramie i na Facebooku

T: Ej, Emilka, wiesz co, włącz może nagrywanie mojego głosu?

E: Tomek, ja mam nagrywanie Twojego głosu.

T: A, dobra, to pozdrawiam Emilka, jak będziesz tego słuchała!

E: Ale co, coś nie tak?

T: Myślałem, że zapisujesz, no sorry…

E: Słuchaj, umiem szybko pisać, ale nie aż tak. Jeszcze trochę przede mną! To co z tymi mediami społecznościowymi?

T: Próbowałem poza tym wszystkim trochę na Twitterze, ale to zupełnie inny kanał, który nie jest dla mnie. I na Google+, ale to zupełnie inna bajka.

E: Robisz też podcasty. Skoro kręcisz na YouTube, to czemu te podcasty, skoro one są jedynie formą audio? Co Ci daje taka forma przekazu?

T: Z podcastami jest tak, że próbowałem swoich sił. Wiesz co, chyba jest jakieś przyciąganie, bo wczoraj pomyślałem: wiesz co, Tomek? Chyba pora kupić mikrofon pojemnościowy.

E: Ha!

Trzeba ten twój głos wykorzystać, bo ktoś mi tak mówił: ej, stary, ty masz głos taki z radia, nie?

E: No masz, to prawda!

T: No, jak sobie zrobię głos taki niższy i zacznę coś czytać, to naprawdę coś z tego wychodzi! Chciałem spróbować podcastów. Zrobiłem chyba sześć. Albo pięć. I przestałem. Zacząłem robić filmy. I zaczęło mi się to bardzo podobać! Ale nie widziałem przyrostu społeczności na YouTubie… Musiałem zgłębić temat. I okazało się, że to nie jest tak, że robisz filmy, nawet najpiękniejsze, najlepsze i ci ta społeczność przyjdzie. To tak nie działa, niestety.

E: To co trzeba robić, żeby społeczność przyszła? Bo na Facebooku masz już ponad osiem tysięcy ludzi! To sporo.

T: Żeby sprawić, by społeczność przyszła, trzeba się wyróżnić. Moja społeczność jest bardzo oddana. To ludzie, którzy naprawdę są. Nie tylko mnie obserwują, ale też do mnie piszą. Martwią się o mnie. Jak coś się dzieje, to się odzywają. Piszą, że fajną robotę robię… I to jest stała grupa. Ale żeby ją mieć, trzeba robić coś nieszablonowego. Moimi czytelnikami nie są podróżnicy. Sam nie mam czasu, by śledzić swoich kumpli blogerów. Tych ludzi jest tak dużo, że nie miałbym czasu w ogóle! A moi odbiorcy czasem nie mają żadnej styczności z podróżami. Są przy mnie dzięki temu, jaką jestem osobą, bo daję im dobrą energię. Musisz zrobić coś naprawdę wyjątkowego, taką… wisienkę na torcie. Coś, żeby znaleźć tą wisienkę. Coś kuriozalnego, żeby to dalej się za tobą ciągnęło. Wchodzą to w też kwestie kreowania wizerunku. Trzeba wszystko odpowiednio wyważyć, sam szukam tej wisienki, każdy bloger, vloger w Internecie tego szuka. Każdy, kto wychodzi do ludzi w ten sposób, chce mieć jak najwięcej czytelników, prawda?

E: Zgadza się. A co z ludźmi, których poznajesz w życiu codziennym? Mam konkretnie na myśli Twoich bliskich. Powiedziałeś zapewne w pewnym momencie: dobra, już mnie nie interesuje etat czy inne szablonowe działania, ja chcę robić na swoim, realizując swoją pasję. I co wtedy? Miałeś wsparcie bliskich czy tak sceptycznie podchodzili do tematu?

T: Jak masz jakiś schemat, za którym ludzie podążają, to… Ja z tego schematu totalnie wyskoczyłem. W moim otoczeniu, zarówno wśród rodziny jak i znajomych, no… Postawiłem ich przed faktem dokonanym. Po prostu zacząłem robić swoje. A ludzie wokół musieli to zaakceptować.

Przed każdą większą podróżą, w jaką jechałem, moja mama mówiła: po co ci to, człowieku, jak tam niebezpiecznie. A ja na to: mamo, plecak spakowany, wychodzę!

Tak samo było z byciem freelancerem. Szukałem sposobu na życie. Dalej szukam, ale teraz jest już bardziej sprecyzowanie. Wyszło na to, że bycie przedsiębiorcą-freelancerem jest chyba dla mnie najlepsze. Ale żeby nie było tak kolorowo, to ostatnio myślałem, żeby faktycznie zatrudnić się w jakiejś firmie marketingowej. Pójść na etat i zobaczyć, jak się pracuje z ludźmi. Autentycznie, bo siłą rzeczy brakuje mi w mojej pracy i w życiu… Burzy mózgów! Ludzi wokół, podążających w tym samym kierunku, którzy wymyślają takie same rzeczy.

E: To niestety prawda, też z tego powodu cierpię. To jest ten wielki minus. Kiedy zaczęłam pracować sama dla siebie, jest ciężko pod tym względem. Ale i tak wydzwaniam do ludzi i pytam, czy to, co myślę, jest tak samo fajne w ich opinii, jak i mojej. Czy tak może być. Co o tym w ogóle myślą, bo rozmowa potem zawsze się rozwija i nowe pomysły dochodzą. Powiedz mi jeszcze proszę, jakie trzy unikalne cechy powinna mieć osoba, która działa tak jak Ty? Która pragnie wyjść ze schematu i przejąć kontrolę nad własnym życiem?

T: Ja nie mam żadnej cechy unikatowej, której nie miałabyś Ty czy ktokolwiek inny. Nie mam nic, co by mnie wyróżniało. Wszyscy mamy to samo! Ale motyw jest taki, że te cechy są rozwinięte na różnych poziomach. Jak chociażby otwartość na ludzi. Czy umiejętność mówienia do nich. Przecież nie zawsze miałem coś takiego, że byłem otwarty, nie wiem, że przychodzę do grona ludzi, którzy osiągnęli bardzo dużo w życiu, przybijam im piątkę i nie czuję się outsiderem. Teraz po prostu jestem sobą. Wiem, co osiągnąłem i znam swoją wartość. Ale ja się tego nauczyłem.

E: A jak się tego nauczyć?

E: Moja droga, żeby tego się nauczyć… Słuchaj uważnie teraz… Żeby tego się nauczyć, żeby zrozumieć, kim jesteś w życiu, żeby być pewnym siebie i otwartym… Trzeba. Zacząć. PODRÓŻOWAĆ. AUTOSTOPEM!

To jest oczywiście mój sposób, ale faktycznie na autostopie jesteś zmuszony być osobą otwartą. Musisz wyjść do ludzi, zagadać, poprosić, rozwinąć swoją intuicję do ludzi. W ułamku sekundy musisz ocenić, czy ten człowiek w aucie nie jest jakimś zabójcą, nie? Te wszystkie cechy rozwijają się podczas podróżowania. A konkretnie podczas podróżowania autostopem. Czasem musisz się do tych ludzi dostosować.

E: Podróżowanie więc daje ci dużo dobrej energii? Takiego pozytywnego kopa do działania? Czy są jakieś inne źródła Twojej motywacji?

T: Aktualnie jestem świadom tego, że mogę w każdej chwili spakować plecak i sobie pojechać albo pójść pieszo do np. Nowej Zelandii. To, że jestem świadomy, że nic mnie nie ogranicza, jest czymś, co mnie napędza. A druga kwestia to ludzie, którymi się otaczam. To jeszcze bardziej istotne niż podróże, bo to nie jest tak, że podróżuję przez 90% roku. Nie! Sumarycznie poza granicami kraju w tym roku byłem ledwo miesiąc. W Izraelu i w Gruzji. Chodzi o to, że większość czasu i tak jestem w Polsce, więc muszę otaczać się ludźmi, którzy są inspirujący. Mają szeroką perspektywę na rzeczywistość i są pomysłowi. Od takich ludzi się czerpie, bo jak przyjdziesz od nich, to od razu ci się chce!

E: To prawda. Tak mi się właśnie zachciało, jak odpisałeś błyskawicznie na maila z prośbą o rozmowę. Szybko, szybko, pach-pach i takiego kopa do działania dostałam, że tak mi się dobrze zrobiło…! Dzięki!

T: Cała przyjemność po mojej stronie!

E: Dziękuję Ci bardzo! A… Tak na koniec. Czy jest coś, czego się boisz?

T: Kiedyś bałem się jednej rzeczy. Że zabraknie mi wody. Ale mi to minęło. Obecnie… W życiu? Czy w podróży?

E: Ogólnie. Czy jest coś, co spędza Ci sen z powiek?

T: Nie. Nie ma czegoś takiego.

E: Super!

T: No nie ma, no szczerze Ci mówię, że nie ma. Faktycznie…

E: Wspaniale! To co? Gdzie można Cię zobaczyć niedługo?

T: Na World Travel Show w Nadarzynie pod Warszawą. Chyba w październiku.

I co? Jak Wam się podobała rozmowa z Tomkiem z bloga jaktodaleko.pl? Czekam na Wasze opinie. Zrobiło się Wam choć troszku lżej i milej na serduchach?

Jeśli macie jakąś osobę, z którą chętnie przeczytalibyście taki wywiad – albo może nawet posłuchalibyście, bo sama zastanawiam się nad podcastami (myślicie, że to ma sens? słuchacie takich audycji?)… No to dawajcie znać, dobra? Podrzucajcie mi tutaj Waszych ulubionych artystów, podróżników, pisarzy, osobowości… Chętnie poznam osoby, które Was inspirują!

Na koniec jak zawsze nieśmiało zapraszam do polubienia Fabryki Dygresji na Facebooku, zapisania się na newsletter (chociaż newsy są, nie ukrywajmy, bardzo rzadko, więc Wasza skrzynka z mojej winy na pewno nie będzie przepełniona) oraz przeczytania innych postów z wywiadami. Może inne osoby zainspirują Was jeszcze bardziej?

Tymczasem!

Wasza

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Mateusz Zimny – człowiek, który fotografią potrafi przesunąć horyzont

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

10 porad dla początkujących blogerów

 

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

W pewnym momencie swojego życia uświadamiasz sobie, że coś poszło nie tak. Niby się starałeś, żeby wszystko było dobrze, skończyłeś studia, znalazłeś pracę w firmie o niezłej opinii, masz przystojnego partnera czy tam zgrabną partnerkę i grono przyjaciół, ale… jakoś ci mało. Obok ciebie natomiast, w twoim fachu, jest ktoś, komu idzie dużo lepiej. Co więcej: afiszuje się ze swoimi sukcesami. I wkurwia cię to niemożebnie. Co zatem robisz? Zamiast postarać się samemu być lepszym? Postanawiasz utrudnić życie konkurentowi. Czyli po prostu mu dojebać.

Co tam w pracy?

To był szalony tydzień. Wiele się zadziało. Latałam i czołgałam się, naprzemiennie. W pracy mam dwa rewelacyjne projekty. Wydajemy Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata mojej ulubionej podróżniczki, Kasi Maniszewskiej. Kasia jest, jak powiedziała kiedyś Sikora, prawdziwą Wonder Woman wśród podróżników. Mądra, dowcipna, zdolna, ładna, a nade wszystko odważna. I do tego ćwiczy boks. Mój związek z pracą jest dosyć skomplikowany. Czasem niemiłosiernie mnie irytuje, ale mimo wszystko mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że kocham to, co robię. Zwłaszcza dlatego, że mogę poznawać tak wspaniałe osobistości, jak choćby Kasię, i brać z nich przykład.

Drugim projektem jest proces wydawniczy książki autorstwa Iwony Anny-Dylewicz pt. Teatr snów. Ponieważ główna bohaterka, czarownica, jest rudowłosa, od razu zapałałam do niej sympatią. Na tyle więc zżyłam się z książką, że sama postanowiłam zrobić jej skład, czego wcześniej zupełnie nie umiałam. Zatem mimo że pracuję już z wydawnictwie trzeci rok, wciąż się rozwijam. Nie mogę się nacieszyć. Mam nadzieję, że Wasza praca również obfituje w takie możliwości i ciekawe doznania. Dajcie znać w komentarzu, dobra?

A jeśli macie ochotę sami poznać tak ciekawe postaci i jeszcze wiele, wiele innych, mających na swoim koncie wydanie już niejednej książki, zapraszam do facebookowej grupy Kobiety piszą. Bawimy się tam dobrze i z kulturą, więc nie czekajcie, wbijajcie.

Co tam w blogosferze?

W ciągu ostatnich dni cieszyłam się niemal nieustannie. Mój ostatni post pt. Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs wywołał największe poruszenie jak do tej pory w historii bloga. Post dotarł do ponad ośmiu i pół tysiąca odbiorców. I wzbudził sporo kontrowersji. Nie wszystkie komentarze byłam w stanie przeczytać. Nie wszystkie chciałam. Ale wpadło mi w oko niestety o kilka za dużo. Najwięcej głupoty odnalazłam chyba w grupie Czytamy polskich autorów. Spodobał mi się zwłaszcza komentarz, przy którym mam czelność zatrzymać się na dłużej.

opiniafejs

Wydaje mi się, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę, czy nie jest przypadkiem tak, że żeby wyrobić sobie na jakiś temat opinię, trzeba się z danym tematem zapoznać? I czy nie jest tak, że Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk i Sylwia Chutnik ośmielają się sążniście zakląć w swoich tekstach? A ich teksty są znakomite, więc… tak, dużo się traci, jeśli ktoś pała obrzydzeniem do takiej błahostki jak stylizacja języka na brutalny, sążnisty, i, uwaga, normalny. Nie chcę, żeby wyszło, że porównuję się do największych polskich pisarzy współczesnych, zaraz mi ktoś wyjedzie z tekstem, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie (co też jest absurdalne, swoją drogą), ale w świetle prawa jesteśmy sobie równi. Wszyscy skończyliśmy te 18 lat. I jak nam kurwa gdzieś dobrze zagra, to czemu wyrzucać ją z ciepłego, wygodnego, tekstowego mieszkanka?

Ale dojedźmy smarkulę, co ona tam wie o pisaniu i czytaniu. Skopmy ją po twarzy, najlepiej brudnym glanem. Napiszmy po prostu, że tekst do dupy, nie podajmy żadnego powodu oprócz niezbyt wysublimowanego języka i rozkręćmy nagonkę. A potem czerpmy satysfakcję z tego, że odpowiedziała na jeden komentarz, bo widać, że ją hejty ruszyły, hehe, śmieszne.

Serio? To są ludzie rozmiłowani w literaturze?

Wiem, że często trudniej jest wyciągnąć rękę poprzez wskazanie słabych punktów w tekście oraz wypunktowanie jego zalet. Jeżeli komuś nie chce się wchodzić w sensowną polemikę, albo chociaż podjąć (dla niektórych, jak widać, tytanicznego wręcz) wysiłku przeczytania mniej niż jednej dziesiątej arkusza wydawniczego, to po co, po co, po co w ogóle się odzywać?

Dziękuję zatem wszystkim blogerom, którzy wypowiedzieli się w temacie. Wasze komentarze, zawierające doświadczenia i konkretne uwagi, są dla mnie niesamowicie cenne. (Wybaczcie, że nie na wszystkie jeszcze odpowiedziałam, ale to kwestia niedalekiej przyszłości). Widzę, że rynek wydawniczy jest zepsuty również i w światku internetowo-recenzenckim. Ale nie ma co załamywać rąk, tylko brać się do roboty. Wdzięczna jestem Wam przeogromnie, bo takie sytuacje przypominają mi o tym, jak ważna jest walka o dobry kontent i zadowolenie Czytelników. I siebie samych.

Co tam w głowie?

Na imprezie urodzinowej Boharka (z tego miejsca również, Przyjacielu, życzę Ci wszystkiego najlepszego) w Babilonie, dowiedziałam się od Andrzeja (w pewnych kręgach znanych jako Dr Zuo), że stałam się osobą o wiele bardziej stonowaną i chyba ogarniętą niż dwa, trzy lata temu. (O najgorszych i najśmieszniejszych, choć niekoniecznie prawdziwych wydarzeniach, możecie przeczytać w Piromanach). Muszę przyznać, że kiedyś uważałam bycie normalną za największą obelgę, ale o dziwo nie czułam się tą uwagą upokorzona. Kilka godzin wcześniej obudziłam się w ramionach chłopaka (mojego, prawdziwego) i pomyślałam prawie to samo. Że jest dobrze, bez udziwnień, spokojnie, pięknie wręcz.

Postanowiłam zatem się autosabotować. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego drzemie we mnie tak ogromne, palące wręcz pragnienie samodestrukcji. Ale wiecie, co się stało? Wszechświat mi nie pozwolił. Postawił przede mną monumentalny znak zakazu w postaci mojej wychowawczyni z LO. Biegłam sobie po mojej rodzinnej mieścinie, a tam ona. P. AK. Zdjęłam słuchawki, dałam się oślinić jej psu, a potem zamiast small talku, odbyłyśmy krótką, sensowną rozmowę o nadużywaniu władzy. O szacunku. O zasadach. O byciu w zgodzie z sobą.

Zatem choć miesza mi się to, czy mam jakąś osobowość, czy jej nie mam, przez co nie do końca wiem, kim jestem i czy coś w życiu osiągnę, nie tracę zbytnio czasu na rozmyślanie o tym.

Nie liczy się, ile mamy kasy w portfelu, o ile wiemy, że otrzymaliśmy ją za dobrze wykonaną robotę. Nie liczy się, jakie stanowisko piastujemy, o ile dobrze wykonujemy swoje obowiązki. Nieważne jest, ile osób będzie przeciwko Tobie, ważne, że Ty jesteś w zgodzie ze swoimi przekonaniami, gotów w każdym momencie je skorygować, kiedy ktoś przedstawi Ci godną argumentację. Proste. Banalne.

O wiele szczęśliwsi będziemy, jeśli zamiast zazdrościć innym, skupimy się na znalezieniu w sobie problemu i rozwiążemy go. Albo chociaż postaramy. A jeśli ktoś poprosi o radę, zamiast udzielać mu fałszywej wskazówki z uśmiechem na twarzy i czarnymi myślami w głowie, po prostu będziemy szczerzy. No bo czemu nie?

Kiedy zarzucono mi, że mój tekst został napisany bez szacunku, nie zdenerwowałam się. Gorszych bredni usłyszeć nie mogłam, więc niezbyt mnie to obeszło. Żywię ogromny szacunek do każdego przeżytego dnia, bo wiecie, tak ciężko czasem mi go rozpocząć… Żywię szacunek do każdej napotkanej mi osoby, bo wiem, że z każdego spotkania mogę czegoś się nauczyć. Życzę zatem sobie i Wam, byśmy nigdy o tym nie zapomnieli.

Na koniec podziękuję Wam jeszcze raz za to, że jesteście ciepli i wspierający. Że obdarzyliście mnie zaufaniem, dając łapkę Fabryce dygresji na Facebooku (stuknęło 800 polubień, wariactwo ;O) i jakiś czas temu 1000 na Instagramie. Wy chore dzikusy. Dodajecie mi skrzydeł.

Kłaniam się i życzę udanego tygodnia!

Wasza

Emilia