Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

To dziś. 31 sierpnia jest Dniem Bloga. Najbardziej dla mnie wyjątkowym. Wreszcie udało mi się założyć firmę opartą na blogu. 10 lat temu nie przypuszczałabym, że moje blogowanie potoczy się w tym komercyjnym kierunku…

Bo ja po prostu chciałam pisać. Nie o świecie wymyślonym. Ten zbudowany w mojej wyobraźni zachowuję na kolejne powieści. Ale o życiu, o tym, co mnie spotyka. Wyżalić się, poczuć mniej samotną. Znaleźć osoby podobne do mnie, a może pomóc innym?

Właśnie to jest dla mnie kwintesencja blogowania. Przekazywanie swojego doświadczenia i wiedzy, by pomóc tym, którzy tej pomocy szukają. Jaki jest sens gromadzenia doświadczeń, jeśli nie można ich przekazywać dalej? Opowiadać o nich, dzielić się nimi?

Kocham poznawać nowych ludzi. Blogowanie daje mi możliwość poznawania tych, którzy mieszkają daleko. We Wrocławiu. W Warszawie. Albo we Włoszech czy Finlandii. Bez ludzi pisanie bloga nie ma sensu.

A aspekt komercyjny?

Pamiętam, jak mój dawny przyjaciel (teraz się do mnie nie odzywa, ciekawe, czy kiedyś się to zmieni – chyba nie podoba mu się kierunek, w którym podążyłam z blogiem) krytykował jedną z książek Tomka Tomczyka. Za to, że jej tematem było zarabianie na blogu i współpraca z firmami. Mój rozmówca wychodził z założenia, że blogowanie to musi być hobby, a na hobby się nie zarabia. Żeby mieć pieniądze, trzeba chodzić do etatowej pracy. Pasję odkłada się na później, na czas wolny.

Na początku roku borykałam się z decyzją, z czego zrezygnować, bo mam za dużo na głowie, a za mało czasu. Zdrowie psychiczne zaczynało naprawdę ostro szwankować. Nie spałam po nocach. Projekty nie posuwały się naprzód, bo kiedy próbuje się wszystko ogarnąć, w istocie nie ogarnia się nic. Moje życie dzieliło się na trzy główne kategorie: praca na etacie w wydawnictwie, pisanie książki i blogowanie właśnie.

Naturalnym byłoby zrezygnować z tego, co nie przynosi w zasadzie żadnego dochodu, nie? Bo przecież trzeba opłacić mieszkanie i jeść posiłki nieco bardziej wartościowe niż gruz. Poprosiłam więc kolegę, żeby zaopiekował się blogiem, ale przez jakiś czas się do mnie nie odzywał. W międzyczasie, po trzech latach pracy w wydawnictwie, spartoliłam po raz pierwszy w karierze prowadzony projekt. Najgorsze, że nie z mojej winy. Byłam totalnie bezradna.

Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym ja była własnym szefem, nigdy nie dopuściłabym do takiej sytuacji. I że żadne pieniądze (choć na etacie i tak zarabiałam malutko; w tamtym okresie debet był moim najlepszym kumplem) nie są warte mojej męczarni. Złożyłam wypowiedzenie.

Absolutnie nie żałuję tej decyzji. Nie miałam żadnych oszczędności, więc wróciłam do domu rodzinnego. Choć blog już zaczął przynosić dochody, podejrzewałam, że to łut szczęścia i muszę zrezygnować z mieszkania, bo nie dam rady za nie płacić. Dodatkowo pojawiły się problemy zdrowotne. Zastanawiam się, jakbym pogodziła moje wizyty u rozmaitych lekarzy, gdybym pracowała dalej na etacie. Czy by mi uwierzono, że jestem poważnie chora mimo że wyglądałam normalnie?

Miałam tylko siebie. Swój czas, własne pomysły i zapał do ich realizowania. Potencjał, który uwolnić mogła tylko jedna osoba na świecie: ja sama!

Skupiłam się na pisaniu bloga. Bez żadnego planu, bo plan na 2018 to skończyć książkę i odzyskać równowagę zdrowotną oraz psychiczną. A klienci zaczęli przychodzić. Tutaj ktoś potrzebował recenzji książki, kto inny chciał pracować indywidualnie nad swoim nowym tekstem, jeszcze ktoś prosił o pomoc przy wydaniu… Zaczęło się kręcić.

Ale kasa jest obok. A na pierwszym planie stoi RADOŚĆ. Gdyby blogowanie nie przynosiłoby mi radości, na pewno bym tego nie robiła! I dlatego zwracam się do tych z Was, którzy wahają się, czy zakładać bloga, czy nie. Tu nie ma nad czym się zastanawiać. Jeśli chcecie tworzyć treści – róbcie to! To nie jest wcale skomplikowane! A przynosi tyle zabawy, wartości i fantastycznych doświadczeń, że tylko ten, który bloguje potrafi zrozumieć ogrom tych wspaniałości! Nikt inny!

A na poparcie moich słów przytaczam słowa trzech wspaniałych, charyzmatycznych kobiet. Blogerek.

Zacznę od tajemniczej wypowiedzi Blogierki. Czym jest dla niej blogowanie?

Dla mnie blog to przede wszystkim wentyl emocji i bardzo kreatywne hobby, które zupełnie przez przypadek pozwoliło mi się przebranżowić. 🙂

Z kolei Edyta z bloga Bezdzietnik.pl, zapytana o to, co sprawia jej radość w blogowaniu, udziela nieco dłuższej wypowiedzi.

Odkrywanie siebie. Proces pisania jest dla mnie nieustająco zagadkowy i fascynujący. Siadając do pisania, zwykle mam pustkę w głowie. Blade przeczucie tego, co chcę wyrazić. I nagle – przy sprzyjających okolicznościach – dzieją się cuda. Pojawia się jakieś skojarzenie. Pierwsza refleksja. Pierwsze zdanie. I tekst zaczyna mnie prowadzić. Gdy jest już gotowy, często zastanawiam się, skąd mi się to wzięło – to słowo, myśl, metafora. Bez tego cudownego stanu skupienia nigdy bym ich w sobie nie odkryła. Oczywiście pisanie to również ciężka praca, niekiedy wręcz mordęga, ale te niezwykłe momenty olśnienia wynagradzają mi wszystkie ciemne i puste godziny spędzone nad milczącą klawiaturą.

Najdłużej wypowiedziała się Dagmara, twórczyni bloga socjopatka.pl i myślę, że jej słowa dopełnią całokształtu piękna blogowania.

Mogłabym napisać, że sam akt pisania, bo kocham to robić. Jednak pisanie to tylko część tego, co spotkało mnie odkąd bloguję i co zarazem daje mi radość. Przede wszystkim nigdy nie sądziłam, że blogowanie pozwoli mi tak bardzo poszerzyć swoje horyzonty i otworzy przede mną tak wiele nowych drzwi. I myślę, że to, czego zupełnie się nie spodziewałam, daje mi dziś największą radość.
Dzięki blogowaniu zrozumiałam, że bez żadnych środków finansowych ja również mogę pomagać, zarazem się w tym realizując. To dzięki blogowaniu zaangażowałam się w wiele kampanii społecznych, stworzyłam własne akcje nagłaśniające społeczne problemy, czy promujące czytelnictwo, a także poznałam dzięki tym działaniom wiele wspaniałych osób.
Inni Twórcy Internetowi są dla mnie ogromną inspiracją, a dzięki temu, że oni inspirują mnie, ja później mogę dzielić się tą energią z innymi. To takie wzajemności, które przyczyniają się do podawania dobrych rzeczy dalej.

Jednak to, co najbardziej kocham w blogowaniu to zaskoczenie jakie daje. Dzięki swojemu miejscu w sieci, nieraz dostaję tak wyjątkowe propozycje, że trudno w nie uwierzyć. Zaproszenie do redakcji magazynu „Chcemy być rodzicami”, zaproszenie do wypowiedzi eksperckich w popularnych mediach, bycie redaktorem w pierwszym czasopiśmie dla blogerów i wiele innych.
Bywa, że niektóre propozycje wyprzedzają moje wszelkie marzenia i ambicje i nieraz wymagają opuszczenia mojej strefy komfortu – ale nigdy żadne inne zajęcie nie pozwoliło mi rozwinąć skrzydeł, jak właśnie blogowanie. 🙂
I ta niepewność, co jutro dobrego się wydarzy, czym zaskoczy mnie życie i blogosfera – daje mi ogromną radość.

Napisałam do dziewczyn, bo chciałam, by swoimi świadectwami zainspirowały Was do otworzenia się na blogosferę. Wierzę, że każda z nas i każdy z nas przeżył sporo i ma w sobie wiedzę, by dzielić się tymi doświadczeniami z ludźmi dookoła. Czasem łatwiej się otworzyć w Internecie niż przed bliskimi znajomymi… Czasem łatwiej napisać, niż powiedzieć głośno…

Nie macie pojęcia, jak mi się miło zrobiło, kiedy w każdej z trzech powyższych wypowiedzi znalazłam samą siebie. Blogowanie to wspaniałe hobby, mogące stać się równie wspaniałą formułą zarabiania pieniędzy. Która daje wolność. Przyjaźnie. I przy tym niesamowicie rozwija.

Życzę Wam wszystkim, byście w tym, co robicie w życiu, odnajdywali tyle spełnienia, ile my w blogowaniu.

A jeśli chcecie dołączyć do grona blogerów – nie czekajcie.

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że jesteście.

Wasza

 

10 porad dla początkujących blogerów

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

W pewnym momencie swojego życia uświadamiasz sobie, że coś poszło nie tak. Niby się starałeś, żeby wszystko było dobrze, skończyłeś studia, znalazłeś pracę w firmie o niezłej opinii, masz przystojnego partnera czy tam zgrabną partnerkę i grono przyjaciół, ale… jakoś ci mało. Obok ciebie natomiast, w twoim fachu, jest ktoś, komu idzie dużo lepiej. Co więcej: afiszuje się ze swoimi sukcesami. I wkurwia cię to niemożebnie. Co zatem robisz? Zamiast postarać się samemu być lepszym? Postanawiasz utrudnić życie konkurentowi. Czyli po prostu mu dojebać.

Co tam w pracy?

To był szalony tydzień. Wiele się zadziało. Latałam i czołgałam się, naprzemiennie. W pracy mam dwa rewelacyjne projekty. Wydajemy Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata mojej ulubionej podróżniczki, Kasi Maniszewskiej. Kasia jest, jak powiedziała kiedyś Sikora, prawdziwą Wonder Woman wśród podróżników. Mądra, dowcipna, zdolna, ładna, a nade wszystko odważna. I do tego ćwiczy boks. Mój związek z pracą jest dosyć skomplikowany. Czasem niemiłosiernie mnie irytuje, ale mimo wszystko mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że kocham to, co robię. Zwłaszcza dlatego, że mogę poznawać tak wspaniałe osobistości, jak choćby Kasię, i brać z nich przykład.

Drugim projektem jest proces wydawniczy książki autorstwa Iwony Anny-Dylewicz pt. Teatr snów. Ponieważ główna bohaterka, czarownica, jest rudowłosa, od razu zapałałam do niej sympatią. Na tyle więc zżyłam się z książką, że sama postanowiłam zrobić jej skład, czego wcześniej zupełnie nie umiałam. Zatem mimo że pracuję już z wydawnictwie trzeci rok, wciąż się rozwijam. Nie mogę się nacieszyć. Mam nadzieję, że Wasza praca również obfituje w takie możliwości i ciekawe doznania. Dajcie znać w komentarzu, dobra?

A jeśli macie ochotę sami poznać tak ciekawe postaci i jeszcze wiele, wiele innych, mających na swoim koncie wydanie już niejednej książki, zapraszam do facebookowej grupy Kobiety piszą. Bawimy się tam dobrze i z kulturą, więc nie czekajcie, wbijajcie.

Co tam w blogosferze?

W ciągu ostatnich dni cieszyłam się niemal nieustannie. Mój ostatni post pt. Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs wywołał największe poruszenie jak do tej pory w historii bloga. Post dotarł do ponad ośmiu i pół tysiąca odbiorców. I wzbudził sporo kontrowersji. Nie wszystkie komentarze byłam w stanie przeczytać. Nie wszystkie chciałam. Ale wpadło mi w oko niestety o kilka za dużo. Najwięcej głupoty odnalazłam chyba w grupie Czytamy polskich autorów. Spodobał mi się zwłaszcza komentarz, przy którym mam czelność zatrzymać się na dłużej.

opiniafejs

Wydaje mi się, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę, czy nie jest przypadkiem tak, że żeby wyrobić sobie na jakiś temat opinię, trzeba się z danym tematem zapoznać? I czy nie jest tak, że Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk i Sylwia Chutnik ośmielają się sążniście zakląć w swoich tekstach? A ich teksty są znakomite, więc… tak, dużo się traci, jeśli ktoś pała obrzydzeniem do takiej błahostki jak stylizacja języka na brutalny, sążnisty, i, uwaga, normalny. Nie chcę, żeby wyszło, że porównuję się do największych polskich pisarzy współczesnych, zaraz mi ktoś wyjedzie z tekstem, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie (co też jest absurdalne, swoją drogą), ale w świetle prawa jesteśmy sobie równi. Wszyscy skończyliśmy te 18 lat. I jak nam kurwa gdzieś dobrze zagra, to czemu wyrzucać ją z ciepłego, wygodnego, tekstowego mieszkanka?

Ale dojedźmy smarkulę, co ona tam wie o pisaniu i czytaniu. Skopmy ją po twarzy, najlepiej brudnym glanem. Napiszmy po prostu, że tekst do dupy, nie podajmy żadnego powodu oprócz niezbyt wysublimowanego języka i rozkręćmy nagonkę. A potem czerpmy satysfakcję z tego, że odpowiedziała na jeden komentarz, bo widać, że ją hejty ruszyły, hehe, śmieszne.

Serio? To są ludzie rozmiłowani w literaturze?

Wiem, że często trudniej jest wyciągnąć rękę poprzez wskazanie słabych punktów w tekście oraz wypunktowanie jego zalet. Jeżeli komuś nie chce się wchodzić w sensowną polemikę, albo chociaż podjąć (dla niektórych, jak widać, tytanicznego wręcz) wysiłku przeczytania mniej niż jednej dziesiątej arkusza wydawniczego, to po co, po co, po co w ogóle się odzywać?

Dziękuję zatem wszystkim blogerom, którzy wypowiedzieli się w temacie. Wasze komentarze, zawierające doświadczenia i konkretne uwagi, są dla mnie niesamowicie cenne. (Wybaczcie, że nie na wszystkie jeszcze odpowiedziałam, ale to kwestia niedalekiej przyszłości). Widzę, że rynek wydawniczy jest zepsuty również i w światku internetowo-recenzenckim. Ale nie ma co załamywać rąk, tylko brać się do roboty. Wdzięczna jestem Wam przeogromnie, bo takie sytuacje przypominają mi o tym, jak ważna jest walka o dobry kontent i zadowolenie Czytelników. I siebie samych.

Co tam w głowie?

Na imprezie urodzinowej Boharka (z tego miejsca również, Przyjacielu, życzę Ci wszystkiego najlepszego) w Babilonie, dowiedziałam się od Andrzeja (w pewnych kręgach znanych jako Dr Zuo), że stałam się osobą o wiele bardziej stonowaną i chyba ogarniętą niż dwa, trzy lata temu. (O najgorszych i najśmieszniejszych, choć niekoniecznie prawdziwych wydarzeniach, możecie przeczytać w Piromanach). Muszę przyznać, że kiedyś uważałam bycie normalną za największą obelgę, ale o dziwo nie czułam się tą uwagą upokorzona. Kilka godzin wcześniej obudziłam się w ramionach chłopaka (mojego, prawdziwego) i pomyślałam prawie to samo. Że jest dobrze, bez udziwnień, spokojnie, pięknie wręcz.

Postanowiłam zatem się autosabotować. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego drzemie we mnie tak ogromne, palące wręcz pragnienie samodestrukcji. Ale wiecie, co się stało? Wszechświat mi nie pozwolił. Postawił przede mną monumentalny znak zakazu w postaci mojej wychowawczyni z LO. Biegłam sobie po mojej rodzinnej mieścinie, a tam ona. P. AK. Zdjęłam słuchawki, dałam się oślinić jej psu, a potem zamiast small talku, odbyłyśmy krótką, sensowną rozmowę o nadużywaniu władzy. O szacunku. O zasadach. O byciu w zgodzie z sobą.

Zatem choć miesza mi się to, czy mam jakąś osobowość, czy jej nie mam, przez co nie do końca wiem, kim jestem i czy coś w życiu osiągnę, nie tracę zbytnio czasu na rozmyślanie o tym.

Nie liczy się, ile mamy kasy w portfelu, o ile wiemy, że otrzymaliśmy ją za dobrze wykonaną robotę. Nie liczy się, jakie stanowisko piastujemy, o ile dobrze wykonujemy swoje obowiązki. Nieważne jest, ile osób będzie przeciwko Tobie, ważne, że Ty jesteś w zgodzie ze swoimi przekonaniami, gotów w każdym momencie je skorygować, kiedy ktoś przedstawi Ci godną argumentację. Proste. Banalne.

O wiele szczęśliwsi będziemy, jeśli zamiast zazdrościć innym, skupimy się na znalezieniu w sobie problemu i rozwiążemy go. Albo chociaż postaramy. A jeśli ktoś poprosi o radę, zamiast udzielać mu fałszywej wskazówki z uśmiechem na twarzy i czarnymi myślami w głowie, po prostu będziemy szczerzy. No bo czemu nie?

Kiedy zarzucono mi, że mój tekst został napisany bez szacunku, nie zdenerwowałam się. Gorszych bredni usłyszeć nie mogłam, więc niezbyt mnie to obeszło. Żywię ogromny szacunek do każdego przeżytego dnia, bo wiecie, tak ciężko czasem mi go rozpocząć… Żywię szacunek do każdej napotkanej mi osoby, bo wiem, że z każdego spotkania mogę czegoś się nauczyć. Życzę zatem sobie i Wam, byśmy nigdy o tym nie zapomnieli.

Na koniec podziękuję Wam jeszcze raz za to, że jesteście ciepli i wspierający. Że obdarzyliście mnie zaufaniem, dając łapkę Fabryce dygresji na Facebooku (stuknęło 800 polubień, wariactwo ;O) i jakiś czas temu 1000 na Instagramie. Wy chore dzikusy. Dodajecie mi skrzydeł.

Kłaniam się i życzę udanego tygodnia!

Wasza

Emilia

 

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Od kiedy przestałam brać do recenzji każde byle gówno, pierwszy lepszy wyrzyg quasi-literacki, który na nieszczęście otrzymał numer ISBN, musiałam zacząć się tłumaczyć. Krótkie nie jestem zainteresowana nie wszystkim wystarczyło. Pisanie, że nie mam czasu, też nie satysfakcjonowało niektórych osób, którym wyjątkowo zależało, bym zaopiniowała ich utwór. Nie rozumiem dlaczego. Moje zasięgi nawet nie smucą, tylko śmieszą, ewentualnie budzą politowanie. Może chodzi o to, że niektórzy po prostu nie lubią, kiedy im się odmawia? Postanowiłam zatem tego nie robić, tylko podać stawkę. I wtedy dowiedziałam się, że zajmuję się prostytucją.

Wiecie, dlaczego prowadzę Fabrykę dygresji?

Ponieważ jestem przekonana, że mam więcej do napisania, niż powiedzenia. Jestem świadoma, że moje teksty nie zainteresują całej rzeszy odbiorców, tylko wybraną grupę, ludzi podobnych do mnie. Czyli ludzi przeważnie urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, rozmiłowanych w literaturze i często rozmyślających o swoich relacjach z otoczeniem. To, co piszę, ma więc prezentować takie treści, które sama chętnie bym przeczytała, bo nie chcę sprawić zawodu osobom, które odwiedzają mój blog.

Dlatego się przykładam.

Nie piszę o tym, co chciałabym sobie kupić, bo pierdolę konsumpcjonizm już od 2013. Uważam, że komercjalizm to piekielna machina, służąca do tego, by człowiek zapomniał o tym, że ma umysł i duszę. Ale nie potępiam osób, które lubią otaczać się ładnymi rzeczami, bo każdy ma potrzeby estetyczne i powinien zaspokajać je tak, jak najlepiej potrafi. Czasem dlatego muszę przeczytać tekst, który stworzyłam z pięć razy, by zastanowić się, czy moimi poglądami nikogo nie skrzywdzę. Bo słowa bolą bardziej.

Czytam dużo książek i chcę polecać te najlepsze, czyli napisane świetnym piórem i przekazujące istotne wartości. Zatem w trakcie lektury zaznaczam cytaty, robię notatki, a później próbuję zebrać moje wrażenia w zwięzły post, bo szanuję również czas gościa na mojej www.

Robię to, bo kocham pisać i czuję misję czynienia świata mądrzejszym.

Nie dlatego, że chcę wyłudzać hajs.

Ale kiedy ktoś ma interes w tym, bym przeczytała jego książkę, na co sama nigdy bym nie wpadła, bo mam inne zamiłowania literackie, bym poświęciła swój czas na wnikliwą analizę utworu, a później napisała tekst na ten temat, nie prosi o przysługę, tylko o usługę. A ja, jako osoba pracująca na etat, pochłonięta pisaniem własnej książki, tworzeniem treści na blog oraz media społecznościowe, a przy okazji chcąca raz na jakiś czas spotkać się z inną istotą człowieczą, mogę zdecydować, czy

a) zrecenzuję (bo dawno chciałam przeczytać proponowaną książkę, więc przyjmę egzemplarz z pocałowaniem ręki, choć jego wartość – te niby 40 zł w barterze za godziny spędzone na lekturze to śmiech na sali) w zamian za satysfakcję w trakcie czytania,

b) nie zrecenzuję,

c) zrecenzuję (nie wiadomo, czy pozytywnie) za odpowiednie wynagrodzenie.

Nie prowadzę bloga w celach zarobkowych.

To, że przyjmuję pieniądze za recenzję nie znaczy, że recenzja jest pozytywna. Nie sprzedaję ani siebie, ani swojej opinii, tylko szanuję mój czas oraz sztukę słowa pisanego.

Chciałabym, by więcej blogerów wychodziło z tego założenia. By nie zaniżało wartości blogosfery, zamieszczając podsyłane przez wydawnictwa informacje prasowe albo opiniując książkę w kilku pustych zdaniach, bo jarają się egzemplarzem książki, którą postawią raz na półce i później o niej zapomną. By wydawcy i autorzy przestali się łudzić, że blogerzy to banda nerdów, która ślini się, kiedy machnie im się byle jaką książką przed oczami.

Pisanie to trudne rzemiosło, zwłaszcza w czasach, kiedy vlogerzy wygryzają blogerów, bo ich przekaz jest łatwiejszy. Niełatwo napisać tak, by skłonić kogoś do lektury. Trzeba mieć pewne umiejętności, solidny wręcz warsztat, by skutecznie przekazać swoje myśli i nakłonić kogoś do sięgnięcia po lekturę, o której akurat piszemy. To nie jest jakieś pitu-pitu, tere-fere. To harówa. Przyjemna, ale harówa.

Zatem kiedy ktoś mi pisze, że z zasady jest przeciwny umieszczania płatnych recenzji gdziekolwiek, bo to sprzeczne z jego moralnością, mam ochotę strzelić mu w ryj, ale tylko przez ułamek sekundy, bo potem przychodzi politowanie. Osoba ta nie wie, w jakich czasach żyje, zatem jest odrealniona. Współczuć jej należy, po prostu.

A jakie jest Wasze zdanie? Recenzujecie za friko albo jedynie za egzemplarz od wydawnictwa tudzież autora? Jaki jest Wasz stosunek do pisania za wynagrodzenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Jeśli zaś to, co napisałam, jakoś tam do Was przemawia, dajcie łapkę na Facebooku. Polubcie Fabrykę dygresji, bo to w 99,9 na 100 przypadków moja jedyna zapłata za kontent, który staram się dla Was jak najlepiej przygotować.