Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku:

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Siedem rewelacyjnych podróży, niezliczona ilość spotkań z barwnymi postaciami, odebranie Nagrody Magellana w Warszawie na PGE Narodowym, 113 zdobytych punktów GOT, miłość, fajerwerki na Moście św. Rocha, dżungla, dwie przeprowadzki… I momenty słabości. O tym, dlaczego rok 2017 był najlepszym rokiem mojego życia i dlaczego przyszły będzie również, w corocznym podsumowaniu, ja, Emilka Teofilka, dla Was, najmilsi!

Tytułem wstępu: to już szóste podsumowanie noworoczne na Fabryce dygresji. Poniżej możecie sprawdzić, jak wyglądał rok

20122013 (w skrócie: beznadziejnie), 2014, 2015 (w skrócie: zajebiście), 2016.

Wniosek jest jeden, Emilka dorasta. W tym roku bardzo to odczułam. W 2016 roku postanowiłam sobie, że przyspieszę, tymczasem rok 2017 upłynął mi spokojnie. W dosyć szybkim tempie, faktycznie, ale pamiętam, iż pisząc tamte słowa, miałam na myśli moją karierę literacką. Pisanie książki nie poszło mi tak dobrze, jak planowałam. Zboczyłam za to w… podróżowanie.

To z pewnością zasługa wyjątkowego mężczyzny, który skradł moje serce. Dzięki jego stałej obecności w moim życiu nie czuję się już taką nieodpowiedzialną szczeniarą jak wcześniej, która chodziła wiecznie z petem w mordzie, robiła z siebie niezrozumianą artystkę i co chwila zakochiwała w innym osobniku o wątpliwej zdatności do faktycznego statecznego użycia. A może jego obecność jest po prostu wynikiem metamorfozy, która zaczęła się już wcześniej? Zaczęłam odczuwać potrzebę opiekowania się innymi istotami, bo ingerowanie w sprawy innych ludzi i pragnienie uratowania ich, choć sami woleli zaprzepaścić siebie i swój rozwój, za bardzo mnie wyczerpywały. W końcu zrozumiałam, że podejmując karkołomne próby zbawienia ludzi wydawałoby się mi bliskich, siebie samej nie zbawię, a o to tu przecież chodziło. Dlatego kupiłam sobie (i otrzymałam w licznych prezentach) zieloną szajkę, która co chwila powiększa swe grono.

Processed with VSCO with c1 preset

Ale wybaczcie, to wszystko dygresja, miało być o podróżowaniu. Jak co roku z Agatą wybrałyśmy się na Kolosy. Balety z bandą podróżników jak zwykle obfitowały w intensywne doznania, a przy okazji rozmówiłam się z gdyńskim wydawnictwem, które skroiło mój tekst. Na szczęście ich reakcja była szybka i taktowna, więc po przeczytaniu przeprosin i zadośćuczynieniu szkód, udzieliłam rozgrzeszenia, bo każdy może popełnić błąd i każdy powinien mieć szansę jego naprawienia. Tak więc kwas anulowany.

W międzyczasie skończyłam 25 lat.

Nie planowałam więcej wyjazdów aż do maja na Warszawskie Targi Książki, ale tuż po Kolosach spadły mi klapki z oczu i zadurzyłam się jak porąbana, więc postanowiłam wyruszyć w Beskidy razem z nowym chłopakiem. Wtedy zrozumiałam, w jak opłakanej kondycji jestem, bo łażenie po pagórkach z plecakiem wyglądało mniej więcej tak: dziesięć metrów, postój, dziesięć metrów, postój, pięć metrów, postój, kurwa mać, ja pierdolę, nie idę dalej. Ostatecznie, kiedy ukochany wziął mój plecak, jakoś zmusiłam się do marszu, ale nie potrafiłam się cieszyć pięknymi widokami. Z opresji wyratowała mnie Ciocia Ebi, u której zaliczyliśmy nocleg. Było nam szalenie miło gościć w pałacu Ebi i jej szanownego mężonka. Zapraszamy w dalszym ciągu do Poznania, koniecznie!

W Warszawie rozwaliliśmy z Sikorą i Arunem system, zdobywając nagrodę dla Wydawnictwa Dygresje Nagrodę Magellana. Fajne jest to, że moja praca daje mi możliwość stworzenia sobie wydawnictwa, którego nazwa będzie pochodzić od mojego bloga, i że mogę sobie pojeździć po Polsce. Już w miesiąc później bowiem wybraliśmy się do Ząbkowic Śląskich na festiwal PodRóżni – festiwal o krok dalej. Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale praca w wydawnictwie podróżniczym zniechęciła mnie trochę do podróżowania. Nie miałam ochoty poznawać świata, bo wiedziałam już, co może mi się przydarzyć na Sulawezi czy gdybym pokonywała wózkiem sklepowym kilometry gdzieś w południowoamerykańskiej głuszy… Ale kiedy ukochany powiedział mi o wyprawie w Sudety, po początkowym wahaniu (ze względu na mękę w Beskidach) postanowiłam ruszyć tyłek. Kupiliśmy solidne buciory, śpiwory i wsiedliśmy bladym świtem w pociąg. Moja kochliwość jest chyba nieodłącznym elementem mojego charakteru, ale tym razem zakochałam się w dzikiej górskiej naturze.

Processed with VSCO with c1 preset

Później minęły trzy lata mojej pracy w firmie, powiedziałam po raz pierwszy kocham Cię i na zaproszenie Jagódki udałam się nad morze, gdzie po raz kolejny zakosztowałam natury. Samej udało mi się ogarnąć szlaki! Odwiedziłyśmy Woliński Park Narodowy, widziałyśmy żubry, przeszłyśmy plażą pieszo z Międzyzdrojów do Świnoujścia, wdrapałyśmy się na pierwszą w naszym życiu latarnię morską i łapałyśmy autostopa, by uciec przed dzikami.

A potem z najbliższymi stałam na Moście św. Rocha, w samym centrum Poznania i widziałam fajerwerki wystrzeliwane dookoła, a najpiękniejsze nad katedrą, bo odbijały się w nieprzeniknionej tafli Warty.

I tak, bywało w tym roku wkurwę ciężko. Kiedy miałam załamanie nerwowe, kiedy zerwałam niszczącą mnie relację (a może nawet dwie…?), kiedy dowiadywałam się mrocznych sekretów z przeszłości, kiedy trzeba było iść do sądu, kiedy po raz pierwszy zderzyłam się ze śmiercią koleżanki z liceum, która popełniła smobójstwo… To prawda. Życie łamało mnie w pół sporo razy.

Ale wszystko, co się wydarzyło, dobre czy złe, stanowiło dla mnie cenną naukę.

Znajoma, będąca chyba pod wpływem moich wpisów o depresji, wywnioskowała, że jest u mnie do bani, więc zaoferowała swoje ramię do wypłakiwania się. Andrzej, kiedy mu opowiadałam, co u mnie słychać, stwierdził, że wydawało mu się, że u mnie jest bardziej kolorowo. Nie ukrywam, że rok 2017 spłynął parę razy moimi gorzkimi łzami, nie kąpałam się w złocie i diamentach ani nie jadłam na śniadanie bitej śmietany z tęczową posypką, ale pomimo tego to był chyba najlepszy rok mojego życia. Może nie najlepszy… Najpełniejszy. Najbardziej świadomie przeżyty prawdziwie, a nie przeżyty marzeniami. Tak się cieszę, że się udało.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, jak twierdzi p. Jacek Walkiewicz, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Nie czuję się mocniejsza, czuję się bardziej wrażliwa…

Już Was pewnie zanudziłam na śmierć, ale ten wpis akurat, wybaczcie, ten jeden właśnie, nie jest dla Was, tylko dla mnie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale chyba pozbyłam się też uporczywych bólów głowy.

Przeczytałam trochę książek, spośród których Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Czarną Wojciecha Kuczoka stawiam absolutnie na pierwszym miejscu.

1

Kupiłam sobie wreszcie okulary, ponownie więc stałam się okularnikiem.

Dowiedziałam się, że moje opowiadanie ukaże się w czasopiśmie Fabularie. (To już w tym miesiącu)!

I planuję, by rok 2018 był kolejnym najlepszym rokiem mojego życia.

Nie wiem do końca, jak to zrobić. Niby miałam dużo postanowień, ale wszystkie są chyba nie są na dłuższą metę istotne. Jedyne, co powinnam zrobić, to pomnożyć moje szczęście dzięki ciężkiej pracy. Zaraz w końcu Kolosy i premiera Oceanu o Olku Dobie, mojego najgrubszego projektu w pracy na ten kwartał, a wcześniej festiwal podróżniczy Śladami Marzeń… Czuję, że potrzebuję bardziej się zorganizować, a ten wpis to początek tej procedury. W końcu potrzebuję wygospodarować mnóstwo czasu na dokończenie książki…

Z blogiem mam głębszą rozkminę. Chciałam sobie zrobić pół roku urlopu, a moi przyjaciele zdeklarowali się, że będą za mnie przygotowywać dla Was teksty, ale, cholera… Przeglądałam wszystkie wpisy. Wasze reakcje, słowa kluczowe, statystyki… Jeśli odpuszczę w tym roku, który może być kluczowy lub blisko kluczowego, tego wiecie, jebnięcia, mogę coś zaprzepaścić… Dlatego dalej się waham. No, trza tutaj ostro pogłówkować, jak to rozwiązać, bo mam niestety tylko jedno życie i 24 godziny do dyspozycji.

Ale, na dobrą sprawę, jeśli 2018 rok miałby wyglądać jak 2017, byłabym przeszczęśliwa.

Na koniec, sobie i Wam, życzę mnóstwa czasu na poznawanie nowych, fascynujących ludzi, rozwijające podróże po Polsce i świecie, zacieśnianie więzów rodzinnych, relacji przyjacielskich i romantycznych, zdrowia. Satysfakcji w każdej dziedzinie Waszego życia. I nawet, jeśli to życie będzie Was łamać (niestety nie da się tego uniknąć), byście potrafili szybko się ogarnąć, posklejać do kupy i trwać naprzekór wszystkim trudom.

Wasza

Emilia

 

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

W czerwcu, kiedy tak bardzo nie radziłam sobie ze sobą i miałam wszystkiego dość, co opisałam ze szczegółami w poprzednim poście, głupio stwierdziłam, że ucieczka od rutyny, której nie mogę udźwignąć, sprawi że sobie poradzę. Praktycznie złożyłam wypowiedzenie, na szczęście nie zostało ono podpisane.

Pamiętam, że po tym wydarzeniu mój chłopak zabrał mnie nad jezioro, poznańską Rusałkę. Siedziałam nad jej brzegiem, wiatr szeleścił trzcinami, a nad pobliskim lasem gromadziły się sino fioletowe burzowe chmury. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo oderwana jestem od rzeczywistości. Jak bardzo depresja mnie odrealniła. Byłam odcięta niewidzialnym murem od leżącego obok mnie mężczyzny, od krzyku bawiących się nieopodal dzieci, a źdźbło, które trzymałam między palcami, miało niespotykanie obcą fakturę.

Wreszcie dopadła nas burza. Schowaliśmy się w pobliskiej knajpie i przeglądaliśmy przy piwie zgromadzone tam książki. Światło lamp kłuło mnie w oczy, a gdy pod lokal podjechał uber, zanim do niego dotarliśmy, byliśmy już doszczętnie przemoczeni.

Podobał mi się ten porywisty wiatr, bo każdy podmuch czułam jak chlaśnięcie w policzek. Było mi zimno w mokrych ciuchach i aż się roześmiałam, bo żywioły uświadomiły mi, że dalej czuję i jestem żywa.

Zaczęłam powoli wracać do siebie. Pomyślałam sobie, że dlatego, że tak pędzę, żyję między tymi betonowymi murami i szarpię ze wszystkich sił życie, by jak najszybciej zrealizować swoje cele, źle się czuję. Idea slow life, którą wcześniej wykpiłam w myślach setki razy, nagle zaczęła brzmieć racjonalnie.

Przyroda? Po co mi ona, to tylko wstrętne robale i piasek w trampkach. Przez wiele lat nie mogłam zrozumieć mojej mamy, która wszystkie siły wkładała w utrzymanie ładu w domu oraz uprawę wspaniałych roślin w ogrodzie. Po co, na co i jak to możliwe, że daje jej to tyle satysfakcji, skoro później narzeka na bycie obolałą?

Mając dziewiętnaście lat, uciekłam ze wsi do miasta, by zamanifestować swój opóźniony okres buntu. Uważałam, że wrosłam w beton miasta i nikt i nic nie jest mnie w stanie z niego wyrwać. Czy dorosłość sprawiła, że spokorniałam i wstawiłam sobie do pokoju mnóstwo doniczkowych roślin, by stworzyć własną urban jungle?

Uciekałam od wrażliwości, przez którą bardzo wiele wcześniej utraciłam. Zmienna pogoda i kruche, delikatne rośliny pomogły mi zrozumieć, że to, co dzieje się wewnątrz mnie, te wszystkie emocje, jakie odczuwam, nie są złe. Są naturalne. Większa krzywda dzieje się tym, którzy starają się wyprzeć z siebie uczucia albo marnują energię na ich maskowanie. Tak jak i ja to robiłam.

Wróciłam do pracy i stopniowo, z umiarem, dalej wykonywałam swoje obowiązki. Po urlopie na łonie natury, w Sudetach, bez telefonu i internetu, wróciłam całkowicie do formy. Co więcej, na kilka miesięcy zdecydowałam się dojeżdżać z domu rodzinnego do Poznania. Z radością kosiłam trawę, przekopywałam ogród i patrzyłam na pnącą się w górę fasolę, którą posadziła moja mama.

Kiedy przestałam wypierać, że jestem częścią przyrody, zaczęłam odczuwać, że gdziekolwiek bym się nie znalazła – w pracy, w domu rodzinnym, u znajomych – jestem u siebie.

Na swoim miejscu.

Emilia

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

Nie mogłam spać. Męczyłam się w pracy. Przychodziłam później, wychodziłam wcześniej, wszystko mnie uwierało. Co najmniej raz w tygodniu bolała mnie głowa. I to tak, że chciało mi się wymiotować, miałam mroczki przed oczami i modliłam się o szybką śmierć. Kiedy dochodziłam w miarę do siebie, bałam się odebrać telefony od autorów, uzupełnić tabelkę w arkuszu kalkulacyjnym, wysłać maila. Ponieważ potem rzeczy działyby się dalej, a ja musiałabym pójść za nimi.

Tymczasem wpadłam do dziury, z której nie mogłam wyjść. Zrozumiałam, że choroba, przed którą uciekałam kilka lat, znowu mnie dogania. Że uciekając, zrobiłam kółko i znalazłam się w tej samej norze. Nie potrafiłam wstawić prania, pościelić łóżka, zmyć naczyń czy choćby powiedzieć bez wybuchu płaczu, o co mi tak naprawdę chodzi i czym się denerwuję. Udawanie, że wszystko jest ok, urosło do rangi niewykonalnego zadania. Miałam już dość.

Poszłam więc do lekarza.

Kiedy weszłam i pani doktor zapytała mnie, z czym do niej przychodzę, wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, który trwał, trwał i trwał…

A chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę zasnąć.

Praktycznie uciekłam z gabinetu po odebraniu recept. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie wymyślę, skończę jako powykręcana z nerwów roślina.

Zamiast pójścia na terapię wybrałam zatem terapię na własną rękę. Z pewnością nie jest to w żadnej mierze rozsądne, ale tak naprawdę jedynym, co kiedykolwiek mi pomagało, było pisanie. Wróciłam do prowadzenia pamiętnika. Zaczęłam więcej opisywać swoje życie na blogu. I wiecie co? Natychmiast zobaczyłam jak na dłoni pewne sprawy, powtarzające się wzorce, najistotniejsze rzeczy, przesłonięte wcześniej przez tysiąc błahostek bez żadnego znaczenia.

Bardzo dużo było we mnie uczuć. Tak dużo nieulokowanych emocji, głównie tęsknoty i niewypowiedzianych słów, o czym pisałam w poprzedniej notce, że wyniszczyły mój organizm i totalnie go spustoszyły. Wiecie, bo to nie tak, że kiedy cierpi nasza psychika, ciało pozostaje obojętne. Znowu z tego całego nieszczęścia stałam się tłustą orką. Oprócz pisania zatem wróciłam do ćwiczeń. Mój organizm tego właśnie potrzebował. Dyscypliny. Im bardziej męczyłam ciało, tym lepiej wypoczywał mózg.

Jedna z recept na depresję to pisanie i bieganie.

Z dnia na dzień zaczęłam być o wiele bardziej szczęśliwa. Kiedy przebiegłam dwa kilometry bez żadnego zatrzymywania się, nabrałam sił do rozwiązywania moich kolejnych problemów. Potem było już tylko lepiej.

Ale nie łudzę się, że na dłuższą metę poradzę sobie bez specjalisty. Wiem dokładnie, kiedy znów dopadnie mnie ten stan. Dlatego na terapię na pewno się wybiorę, to kwestia czasu.

Zapytacie mnie pewnie, że skoro i tak wiem, że pójdę, czemu nie zrobię tego teraz?

Bo pozwalam sobie na płacz.

Wcześniej tego nie robiłam i dostawałam na łeb. A teraz, jak mnie coś boli albo gdy jest mi smutno, po prostu płaczę. Bóle głowy spadły co najmniej o połowę.

Od kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa.

Wydaje mi się, że wszystkie te trzy czynności: bieganie, pisanie i płakanie, sprowadzają się do tego, by być… prostszym człowiekiem. Kiedy jesteś zmęczony, lepiej widzisz pewne sprawy. Formułujesz myśli w prostszy sposób, bo nie masz siły po raz kolejny roztrząsać tego samego wydarzenia pod innym kątem. Fajnie jest wieczorem mieć siłę tylko na zanotowanie kilku zdań w pamiętniku, umycie się i pójście spać kamiennym snem. I byłabym tu niesprawiedliwa wobec Was i siebie, gdybym nie przyznała, że najlepiej jest też zasnąć w błogich objęciach drugiej osoby. Ciepło i wsparcie, które znajduję w ramionach mojego chłopaka, jest tak niesamowitą przyjemnością, że wciąż mam wrażenie, iż nie do końca na nią zasługuję.

To prawda, że depresja jest domeną artystów. Ale i przy okazji chorobą, na którą zapadnie niedługo większość naszej cywilizacji. Staliśmy się bardzo wygodni i przez to mniej odporni na stres. Nie umiemy radzić sobie z ciśnieniem, które wywołują w nas oczekiwania innych.

O tym właśnie napisałam książkę pt. Piromani. Strasznie śmieszne jest to, że prawie trzy lata po jej wydaniu przechodzę w dużej mierze przez to samo, co wtedy, zarówno autorka, jak i główna bohaterka.

Nie wystarczy coś napisać, jak się okazuje. Trzeba czytać kilka razy to samo i wysnuwać z tego wnioski. A dodatkowo nie ma co się silić na udawanie, że jest się twardym i ze wszystkim dajemy sobie radę. Dopiero po zaakceptowaniu własnych słabości stajemy się naprawdę silni.

To byłam ja, 

Wasza

Emilia

Listopad — parapetówka z dementorem i trzy wykastrowane koty, czyli na szczęście okazuje się, że dalej jestem pisarką

Listopad — parapetówka z dementorem i trzy wykastrowane koty, czyli na szczęście okazuje się, że dalej jestem pisarką

Słysząc dźwięk budzika, zrywam się, by go wyłączyć i przez chwilę siedzę rozwalona na łóżku, nie wiedząc, co się dzieje. Najpierw sobie myślę: oesu, ale dobrze pospałam, nie pamiętam, jak się nazywam i gdzie jestem. Może już sobota? Potem, w ciężkich buciorach,  powraca świadomość, tupiąc głośno i rujnując poranek. Jest dopiero wtorek, wczoraj siedziałaś w pracy do dziewiętnastej, a potem poszłaś do miasta się napić. A teraz chluśniesz sobie wodą w twarz, opatulisz szalem i pobiegniesz przez Półwiejską znowu do biura. I powtórzysz scenariusz co najmniej dziesięciogodzinnego zapierdolu.

Pewnie nie narzekałabym tak, gdyby aura była bardziej sprzyjająca. Gdybym nie topiła się w odmętach czarnych myśli i walczyła desperacko o haust powietrza. Gdyby na dworze zamiast mrozu i pozbawionego koloru nieba świeciło ciepłe słońce. Gdybym w perspektywie miała jeszcze kilka par majtek na zmianę. I gdyby moim śniadaniem nie była zaczęta w zeszłym tygodniu paczka prażynek. I gdyby nie moja Przyjaciółka Jagódka, nie myślałabym w ogóle o wolnym. Ale zadzwoniła do mnie, żeby powiedzieć, że zrobiła już rezerwację na trzy dni w Międzyzdrojach.

Dodatkową niesprzyjającą okolicznością jest ósemka, powoli wyrastająca gdzieś w tyle mojej paszczy. Czuję się co kilka dni, jakbym miała w ustach UFO, wraz ze statkiem kosmicznym i dyskoteką na pokładzie. I to, że dzisiaj właśnie mijają dokładnie trzy lata, odkąd pracuję w wydawnictwie. Bardzo dziwnie mnie to nastraja. W ogóle, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, iż ostatnie trzy miesiące nie były najlepsze, i co było tego główną przyczyną, to myślę sobie, że najwyższy czas to zmienić.

Bossy zapytał mnie ostatnio, kiedy będą Piromani 2. Odpowiedziałam, że nigdy. Nie chodzi o to, że nie przewiduję kontynuacji mojego debiutu literackiego, wręcz przeciwnie (tylko że pod tytułem Piromanki, bo treść z pewnością będzie bardziej feministyczna). Nie wyobrażam sobie braku kontynuacji przygód Lidki. Przecież wymyśliłam je (po części sama przeżyłam) bardzo dokładnie. Ale to nie jest mój priorytet na 2018 rok.

Otóż na początku 2018 roku ukaże się na pewno (co najmniej jedno) moje opowiadanie w kwartalniku Fabularie. (Tak, będzie można kupić w Empiku). Nosi tytuł O trzech wykastrowanych kotach. Na pytanie, o czym traktuje tekst, wersja dla mojej mamy brzmi: o kotach. Pamiętajcie i mnie nie sprzedajcie (przynajmniej nie tanio, dobra?), gdyby przyszło Wam rozmawiać z Mirką. Między nami dodam, że pełna nieoficjalna wersja opowiadania brzmiała O trzech wykastrowanych kotach, czyli metafora mężczyzny po czterdziestce. Różnie można interpretować to, co napisałam, ale tekst ma zdecydowanie silny rys erotyczny. Pada tam słowo kutas i kilka życiowych mądrości, czyli jak najbardziej mój styl znany Wam z Piromanów został zachowany. Jednym z wątków jest choroba głównej bohaterki (oczywiście młodej pisarki, no jakżeby inaczej). Choroba albo z prawdziwej miłości, albo po prostu z powodu uganiania się za kocurami. No co kto woli, ja Wam nie powiem, co myśleć.

No i piszę dalej drugą książkę, miałam ją skończyć 30 grudnia. Nie uda się na pewno, ale szanse na publikację pod koniec 2018 roku wciąż jakieś tam są.

Wiecie, co? Gdybym nie miała oparcia w pisaniu, to naprawdę bym sobie nie poradziła z własną głową.
Oczywiście, nie chcę tu umniejszać wsparcia moich bliskich, dzięki którym zachowuję względną stabilność, otrzymuję od nich ciepło i bliskość, ale wiecie, jak to jest. Im bardziej Ci na kimś zależy, tym bardziej ta osoba może Cię skrzywdzić, nawet mimowolnie. Troska o rodziców, przyjaciół czy chłopaka/dziewczynę też potrafi być wyczerpująca.

Byłabym jednak tępą dzidą, gdybym zapomniała wspomnieć o imprezie. Dziękuję wszystkim gościom za uczestnictwo w parapetówce i przyniesienie przepięknych zielonych maluszków, które dołączyły do mojej miejskiej dżungli. Cieszę się, że pomimo depry i wypruwania sobie flaków po dziesięć godzin w robocie, wciąż o mnie pamiętacie i przyszliście w tak licznym gronie. Boże, jak mi się dobrze zrobiło, gdy zobaczyłam Wasze pysie. Szczególne podziękowania dla Buby, który jako jedyny uwierzył w to, że impreza jest przebierana, więc zrobił furorę w kostiumie dementora. I dla Andrzeja, który, kiedy zwierzałam mu się z moich przeżyć, powiedział szczerze: o rety, a ja myślałem, że u ciebie bardziej kolorowo. Konkluzja? Nie wierzcie mediom społecznościowym. Raczej staram się ukrywać moje doliny, by nie zarażać Was wirusem depresji.

Chociaż może nie, w końcu pierwszy odcinek mojego kanału na YouTube nosi roboczy tytuł Lęki, narkotyki i obsesje, czyli kiła i mogiła wśród literatów. Chyba, że pomożecie mi wymyślić lepszy (na przykład w komentarzach poniżej), to się ustosunkuję. Ale żeby odcinek został wypuszczony, jak już wielokrotnie wspominałam, na Facebooku Fabryki dygresji musi widnieć liczba 1K. Zatem wiecie, co robić, ale dziękuję już za pierwsze szesnaście subskrypcji, to bardzo miłe.

Trzy wnioski na koniec.
Po pierwsze, mniej przejmować się pracą.
Po drugie, jeść zdrowe rzeczy i zacząć znowu ćwiczyć.
Po trzecie, więcej czytać.
(Bo przeczytałam tylko nowego Miłoszewskiego i Artemis, a w kolejce fenomenalne Włam się do mózgu Radka Kotarskiego i Samotna Lalka o amerykańskiej pisarce Dare Wright).

Oto moja recepta na szczęście. A Wasza, na te trudne, ostatnie dni roku 2017?
Proszę o podpowiedzi.

Wszystkie dobrego, moi mili!

Wasza

Emilia