Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Jesteś święcie przekonany, że były szef kopie pod tobą dołki. To przez niego nikt nie chce cię teraz zatrudnić! Twój tekst został odrzucony przez trzy wydawnictwa, więc pewnie jest do kitu. Nie ma co próbować w czwartym.Trzy razy próbowałaś na różnych uniwerkach i nie skończyłaś żadnego kierunku, więc pójście na kolejne studia to poroniony pomysł. Zdarzyło Ci się myśleć podobnie? Jeśli tak, czytaj dalej!

Jagódka jakiś czas temu podesłała mi artykuł o błędach poznawczych (zniekształceniach myślowych). Zapoznawszy się z nim, ucieszyłam się, jak bardzo rozsądną, dojrzałą i inteligentną osobą jestem. Chodząca zajebistość, mówiąc dobitniej. To właśnie ja.

A potem młody szczeniak dalmatyńczyka pogryzł mi ulubioną bluzkę. Przez pół godziny zanosiłam się płaczem. Pokonały mnie własne emocje. Totalny wstyd. Przecież tak się zachowuje rozwydrzona nastolatka, a nie kobieta, która prowadzi własną firmę!

błędy myślowe fabryka dygresji depresja

W przeciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin od spotkania szczenięcych kłów z moją bluzką, rozmawiałam z dwoma kolejnymi przyjaciółmi. Uświadomili mi, że jak bardzo cwani byśmy nie byli, nie uciekniemy od tego, że nasz mózg jest leniwy. Lubi upraszczać, spłaszczać, generalizować. Przez jego lenistwo świat staje się czarno-biały.

Bluzka dobra, pies zły.

Ktoś, kto nam powiedział coś przykrego, powinien pójść do piekła. A my, za bycie ofiarą, do nieba.

Pojawiają się natrętne myśli. Bezsenność. Rozpamiętujemy w kółko to, co złego nam się przydarzyło.

W końcu depresja i wrażenie, że brak wyjścia z naszej sytuacji.

I myślimy, że to wszystko prawda.

Kiedy powinęła mi się noga na studiach, pomyślałam sobie: madafaka, ja naprawdę mam powtarzać tyle przedmiotów? Nie dam rady! Matka mnie nie wpuści do domu, bo to praktycznie oznacza kiblowanie! Ubzdurałam sobie, że jeśli ułoży mi się z chłopakiem, to cała reszta też, sama z siebie, jakoś poskłada się do kupy. I na tym się skupiłam. Poświęcałam czas relacji z góry skazanej na fiasko. Zawalałam kolejne przedmioty i przepuszczałam kasę na bzdury. Myślałam, że zakupoholizm pomoże mi ukoić stres.

Możecie się popukać w łeb, ja sama też się pukam, ale uwierzcie mi, byłam przekonana o prawdziwości mojego osądu. Kiedy wszystko do reszty się spieprzyło, zawinęłam się w depresyjny kocyk i przeleżałam w nim aż trzy miesiące. Myśląc o tym, czy można się utopić w kiblu, bo nie chciało mi się za bardzo wychodzić z akademika, żeby popełnić samobójstwo.

Ale oto jestem tu, pisząca dla Was. Ceniąca każdą minutę własnego życia. Pięć lat od tamtych okropnych dni. I trzy dni od zniszczenia depresyjnego kocyka przez narwanego Francisa. Bo bluzka mu nie wystarczyła. Dalmatyńczyk po prostu chciał się ze mną pobawić, a ja nie potrafiłam wytłumaczyć mu, że nie mam ochoty. Ot, cała filozofia.

leniwy mózg fabryka dygresji błędy myślowe

Z ludźmi bywa tak samo. Nie chcą nam zrobić nic złego, ale my nie potrafimy właściwie zinterpretować ich zachowania. A potem…

Palimy za sobą mosty. Z niewiedzy, że tak nie trzeba postępować.

Nie pozwólmy naszemu leniwemu mózgowi, by decydował o naszym życiu. Kontrolujmy go. Dowiedzmy się, na czym polegają najpopularniejsze błędy poznawcze. Spróbujmy je u siebie wyłapać. A potem nad nimi popracować. Potem utwierdzimy się w błędnym przekonaniu, że jesteśmy super, bo nie popełniamy tychże błędów, więc wrócimy do listy i zaczniemy cykl od nowa. Dobra?

Efekt statusu quo

Status quo to w języku łacińskim nic innego jak stały stan rzeczy. Większość ludzi za wszelką cenę pragnie tego, by zachować stałość. Żyjemy w mylnym przeświadczeniu, że zmiany są złe, a punkt, w którym jesteśmy teraz, jest w miarę dobry. Inaczej mówiąc: chujowo, ale stabilnie. W ten sposób pracownik, który użera się z szefem-frajerem, ma roboty na trzy etaty i od dwóch miesięcy nie odnotowuje na swoim koncie pieniędzy, dalej będzie tkwił w tej samej pracy. Bo w innej może być jeszcze gorszy szef.

Efekt autorytetu

Dobrze mieć w życiu autorytet, ale nie można zapomnieć o tym, że ma się własny rozum. W większości przypadków rodzice są ogromnym autorytetem dla swoich dzieci. Część z nich z takiego przeświadczenia nie wyrasta. Jeśli matka mówi nam za dzieciaka: bądź grzeczny, słuchaj pani, to mały szkrab będzie starał się wypełnić to polecenie. Bo dlaczego nie? W końcu powiedziała to mama, a ona wie najlepiej. Kiedy dwadzieścia lat później matka powie do syna: ta dziewczyna nie może być twoją narzeczoną, przecież jest kompletną idiotką, mężczyzna może powiedzieć: mamo, odczep się, ja ją kocham. Ale jeśli podlega dalej efektowi autorytetu, zerwie z narzeczoną.

Hiperbolizacja

Przeczytałeś ostatnio cztery książki w miesiącu, ale w grupie moli książkowych, do których należysz, napiszesz, że przeczytałeś aż pięć. Ledwo co poznałeś dziewczynę w pubie, ale swoim ziomkom powiesz, że prawie się całowaliście. I albo sam w to uwierzysz, więc przy następnym spotkaniu postarasz się pójść z dziewczyną do łóżka i zaliczysz ostrego liścia, albo będziesz sobie wyrzucał przed zaśnięciem, że znowu skłamałeś. I nie da ci to spokoju.

Widzenie tunelowe

Pies pogryzł moją ulubioną bluzkę, będę więc płakać i tupać nogami. Zły pies. Pies skurwysyn.
A tak naprawdę przecież to tylko szczeniak, który chce się bawić. Bluzka kosztowała 15 zł, kupiłam ją w towarzystwie osoby, z którą nie chcę już nigdy więcej mieć nic wspólnego, więc dobrze się stało. W końcu to tylko kawał materiału. Drugi identyczny albo i pięć razy lepszy mogę kupić w każdym momencie.

Lekceważenie lub pomijanie pozytywnych informacji

Często słyszę to od moich koleżanek, które narzekają na swoich chłopaków. Mówią bez przerwy o tym, jaki on jest okropny, nieczuły, chamowaty, skąpy, burkliwy, głupi i ogólnie kasztan z niego, a nie mężczyzna. Słysząc to po raz wtóry, sugeruję dziewczynom, by skończyły taki związek, no bo ile można wytrzymać? Ale okazuje się, że to tylko połowa prawdy, która do mnie dociera. Bo przecież ostatnio ten kasztan przygotował jej pyszną kolację, z samego rana powiedział, że kocha ją jak nikogo bardziej na świecie, jest taki przystojny i taki odważny… Tylko że tamte informacje wcześniej w ogóle do mnie nie docierały. Co więcej, podejrzewam, że moje koleżanki same po pewnym czasie związku widzą tylko te złe strony swojego partnera. Można uważać, że to słabe zachowanie, takie nie w porządku. Ale teraz wiemy, że jego przyczyną jest leniwy mózg.

I trzeba nad nim nieustannie pracować!

Najpełniejszą listę błędów poznawczych znalazłam na Wikipedii. Przedstawiłam Wam tylko piątkę jako zachętę do zbadania tego tematu samemu. Mam nadzieję, że udało mi się Was zainteresować tematem.

Pamiętajmy: to, co nam się wydaje lub o czym nawet jesteśmy przekonani, wcale nie musi być zgodne z tym, co jest w rzeczywistości. Korzystajmy ze swoich pięciu zmysłów i nie dajmy się wywieźć w pole meandrom naszego umysłu, który raz funkcjonuje lepiej, raz gorzej. Ćwiczmy mózgi i dbajmy o swoje zdrowie psychiczne. Bo wiecie, to, że pójdziemy raz w roku do internisty, żeby wypisał nam receptę na antybiotyk albo łykamy w okresie grypowym rutinoscorbin, to może i jest dbanie o swoje ciało. Ale psychika na nie nieustannie oddziałuje. Więc żeby ustrzec się przed wrzodami czy po prostu ocalić własne życie, pracujmy choć trochę nad tym, co mamy w głowie.

Jasna sprawa?

Tak? To proszę o łapkę w górę.

Jeśli jesteście zainteresowani tematem, macie podobne przemyślenia lub doświadczenia, koniecznie dajcie znać w komentarzu.

To byłam ja!
Wasza

Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku:

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Siedem rewelacyjnych podróży, niezliczona ilość spotkań z barwnymi postaciami, odebranie Nagrody Magellana w Warszawie na PGE Narodowym, 113 zdobytych punktów GOT, miłość, fajerwerki na Moście św. Rocha, dżungla, dwie przeprowadzki… I momenty słabości. O tym, dlaczego rok 2017 był najlepszym rokiem mojego życia i dlaczego przyszły będzie również, w corocznym podsumowaniu, ja, Emilka Teofilka, dla Was, najmilsi!

Tytułem wstępu: to już szóste podsumowanie noworoczne na Fabryce dygresji. Poniżej możecie sprawdzić, jak wyglądał rok

20122013 (w skrócie: beznadziejnie), 2014, 2015 (w skrócie: zajebiście), 2016.

Wniosek jest jeden, Emilka dorasta. W tym roku bardzo to odczułam. W 2016 roku postanowiłam sobie, że przyspieszę, tymczasem rok 2017 upłynął mi spokojnie. W dosyć szybkim tempie, faktycznie, ale pamiętam, iż pisząc tamte słowa, miałam na myśli moją karierę literacką. Pisanie książki nie poszło mi tak dobrze, jak planowałam. Zboczyłam za to w… podróżowanie.

To z pewnością zasługa wyjątkowego mężczyzny, który skradł moje serce. Dzięki jego stałej obecności w moim życiu nie czuję się już taką nieodpowiedzialną szczeniarą jak wcześniej, która chodziła wiecznie z petem w mordzie, robiła z siebie niezrozumianą artystkę i co chwila zakochiwała w innym osobniku o wątpliwej zdatności do faktycznego statecznego użycia. A może jego obecność jest po prostu wynikiem metamorfozy, która zaczęła się już wcześniej? Zaczęłam odczuwać potrzebę opiekowania się innymi istotami, bo ingerowanie w sprawy innych ludzi i pragnienie uratowania ich, choć sami woleli zaprzepaścić siebie i swój rozwój, za bardzo mnie wyczerpywały. W końcu zrozumiałam, że podejmując karkołomne próby zbawienia ludzi wydawałoby się mi bliskich, siebie samej nie zbawię, a o to tu przecież chodziło. Dlatego kupiłam sobie (i otrzymałam w licznych prezentach) zieloną szajkę, która co chwila powiększa swe grono.

Processed with VSCO with c1 preset

Ale wybaczcie, to wszystko dygresja, miało być o podróżowaniu. Jak co roku z Agatą wybrałyśmy się na Kolosy. Balety z bandą podróżników jak zwykle obfitowały w intensywne doznania, a przy okazji rozmówiłam się z gdyńskim wydawnictwem, które skroiło mój tekst. Na szczęście ich reakcja była szybka i taktowna, więc po przeczytaniu przeprosin i zadośćuczynieniu szkód, udzieliłam rozgrzeszenia, bo każdy może popełnić błąd i każdy powinien mieć szansę jego naprawienia. Tak więc kwas anulowany.

W międzyczasie skończyłam 25 lat.

Nie planowałam więcej wyjazdów aż do maja na Warszawskie Targi Książki, ale tuż po Kolosach spadły mi klapki z oczu i zadurzyłam się jak porąbana, więc postanowiłam wyruszyć w Beskidy razem z nowym chłopakiem. Wtedy zrozumiałam, w jak opłakanej kondycji jestem, bo łażenie po pagórkach z plecakiem wyglądało mniej więcej tak: dziesięć metrów, postój, dziesięć metrów, postój, pięć metrów, postój, kurwa mać, ja pierdolę, nie idę dalej. Ostatecznie, kiedy ukochany wziął mój plecak, jakoś zmusiłam się do marszu, ale nie potrafiłam się cieszyć pięknymi widokami. Z opresji wyratowała mnie Ciocia Ebi, u której zaliczyliśmy nocleg. Było nam szalenie miło gościć w pałacu Ebi i jej szanownego mężonka. Zapraszamy w dalszym ciągu do Poznania, koniecznie!

W Warszawie rozwaliliśmy z Sikorą i Arunem system, zdobywając nagrodę dla Wydawnictwa Dygresje Nagrodę Magellana. Fajne jest to, że moja praca daje mi możliwość stworzenia sobie wydawnictwa, którego nazwa będzie pochodzić od mojego bloga, i że mogę sobie pojeździć po Polsce. Już w miesiąc później bowiem wybraliśmy się do Ząbkowic Śląskich na festiwal PodRóżni – festiwal o krok dalej. Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale praca w wydawnictwie podróżniczym zniechęciła mnie trochę do podróżowania. Nie miałam ochoty poznawać świata, bo wiedziałam już, co może mi się przydarzyć na Sulawezi czy gdybym pokonywała wózkiem sklepowym kilometry gdzieś w południowoamerykańskiej głuszy… Ale kiedy ukochany powiedział mi o wyprawie w Sudety, po początkowym wahaniu (ze względu na mękę w Beskidach) postanowiłam ruszyć tyłek. Kupiliśmy solidne buciory, śpiwory i wsiedliśmy bladym świtem w pociąg. Moja kochliwość jest chyba nieodłącznym elementem mojego charakteru, ale tym razem zakochałam się w dzikiej górskiej naturze.

Processed with VSCO with c1 preset

Później minęły trzy lata mojej pracy w firmie, powiedziałam po raz pierwszy kocham Cię i na zaproszenie Jagódki udałam się nad morze, gdzie po raz kolejny zakosztowałam natury. Samej udało mi się ogarnąć szlaki! Odwiedziłyśmy Woliński Park Narodowy, widziałyśmy żubry, przeszłyśmy plażą pieszo z Międzyzdrojów do Świnoujścia, wdrapałyśmy się na pierwszą w naszym życiu latarnię morską i łapałyśmy autostopa, by uciec przed dzikami.

A potem z najbliższymi stałam na Moście św. Rocha, w samym centrum Poznania i widziałam fajerwerki wystrzeliwane dookoła, a najpiękniejsze nad katedrą, bo odbijały się w nieprzeniknionej tafli Warty.

I tak, bywało w tym roku wkurwę ciężko. Kiedy miałam załamanie nerwowe, kiedy zerwałam niszczącą mnie relację (a może nawet dwie…?), kiedy dowiadywałam się mrocznych sekretów z przeszłości, kiedy trzeba było iść do sądu, kiedy po raz pierwszy zderzyłam się ze śmiercią koleżanki z liceum, która popełniła smobójstwo… To prawda. Życie łamało mnie w pół sporo razy.

Ale wszystko, co się wydarzyło, dobre czy złe, stanowiło dla mnie cenną naukę.

Znajoma, będąca chyba pod wpływem moich wpisów o depresji, wywnioskowała, że jest u mnie do bani, więc zaoferowała swoje ramię do wypłakiwania się. Andrzej, kiedy mu opowiadałam, co u mnie słychać, stwierdził, że wydawało mu się, że u mnie jest bardziej kolorowo. Nie ukrywam, że rok 2017 spłynął parę razy moimi gorzkimi łzami, nie kąpałam się w złocie i diamentach ani nie jadłam na śniadanie bitej śmietany z tęczową posypką, ale pomimo tego to był chyba najlepszy rok mojego życia. Może nie najlepszy… Najpełniejszy. Najbardziej świadomie przeżyty prawdziwie, a nie przeżyty marzeniami. Tak się cieszę, że się udało.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, jak twierdzi p. Jacek Walkiewicz, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Nie czuję się mocniejsza, czuję się bardziej wrażliwa…

Już Was pewnie zanudziłam na śmierć, ale ten wpis akurat, wybaczcie, ten jeden właśnie, nie jest dla Was, tylko dla mnie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale chyba pozbyłam się też uporczywych bólów głowy.

Przeczytałam trochę książek, spośród których Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Czarną Wojciecha Kuczoka stawiam absolutnie na pierwszym miejscu.

1

Kupiłam sobie wreszcie okulary, ponownie więc stałam się okularnikiem.

Dowiedziałam się, że moje opowiadanie ukaże się w czasopiśmie Fabularie. (To już w tym miesiącu)!

I planuję, by rok 2018 był kolejnym najlepszym rokiem mojego życia.

Nie wiem do końca, jak to zrobić. Niby miałam dużo postanowień, ale wszystkie są chyba nie są na dłuższą metę istotne. Jedyne, co powinnam zrobić, to pomnożyć moje szczęście dzięki ciężkiej pracy. Zaraz w końcu Kolosy i premiera Oceanu o Olku Dobie, mojego najgrubszego projektu w pracy na ten kwartał, a wcześniej festiwal podróżniczy Śladami Marzeń… Czuję, że potrzebuję bardziej się zorganizować, a ten wpis to początek tej procedury. W końcu potrzebuję wygospodarować mnóstwo czasu na dokończenie książki…

Z blogiem mam głębszą rozkminę. Chciałam sobie zrobić pół roku urlopu, a moi przyjaciele zdeklarowali się, że będą za mnie przygotowywać dla Was teksty, ale, cholera… Przeglądałam wszystkie wpisy. Wasze reakcje, słowa kluczowe, statystyki… Jeśli odpuszczę w tym roku, który może być kluczowy lub blisko kluczowego, tego wiecie, jebnięcia, mogę coś zaprzepaścić… Dlatego dalej się waham. No, trza tutaj ostro pogłówkować, jak to rozwiązać, bo mam niestety tylko jedno życie i 24 godziny do dyspozycji.

Ale, na dobrą sprawę, jeśli 2018 rok miałby wyglądać jak 2017, byłabym przeszczęśliwa.

Na koniec, sobie i Wam, życzę mnóstwa czasu na poznawanie nowych, fascynujących ludzi, rozwijające podróże po Polsce i świecie, zacieśnianie więzów rodzinnych, relacji przyjacielskich i romantycznych, zdrowia. Satysfakcji w każdej dziedzinie Waszego życia. I nawet, jeśli to życie będzie Was łamać (niestety nie da się tego uniknąć), byście potrafili szybko się ogarnąć, posklejać do kupy i trwać naprzekór wszystkim trudom.

Wasza

Emilia

 

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

W czerwcu, kiedy tak bardzo nie radziłam sobie ze sobą i miałam wszystkiego dość, co opisałam ze szczegółami w poprzednim poście, głupio stwierdziłam, że ucieczka od rutyny, której nie mogę udźwignąć, sprawi że sobie poradzę. Praktycznie złożyłam wypowiedzenie, na szczęście nie zostało ono podpisane.

Pamiętam, że po tym wydarzeniu mój chłopak zabrał mnie nad jezioro, poznańską Rusałkę. Siedziałam nad jej brzegiem, wiatr szeleścił trzcinami, a nad pobliskim lasem gromadziły się sino fioletowe burzowe chmury. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo oderwana jestem od rzeczywistości. Jak bardzo depresja mnie odrealniła. Byłam odcięta niewidzialnym murem od leżącego obok mnie mężczyzny, od krzyku bawiących się nieopodal dzieci, a źdźbło, które trzymałam między palcami, miało niespotykanie obcą fakturę.

Wreszcie dopadła nas burza. Schowaliśmy się w pobliskiej knajpie i przeglądaliśmy przy piwie zgromadzone tam książki. Światło lamp kłuło mnie w oczy, a gdy pod lokal podjechał uber, zanim do niego dotarliśmy, byliśmy już doszczętnie przemoczeni.

Podobał mi się ten porywisty wiatr, bo każdy podmuch czułam jak chlaśnięcie w policzek. Było mi zimno w mokrych ciuchach i aż się roześmiałam, bo żywioły uświadomiły mi, że dalej czuję i jestem żywa.

Zaczęłam powoli wracać do siebie. Pomyślałam sobie, że dlatego, że tak pędzę, żyję między tymi betonowymi murami i szarpię ze wszystkich sił życie, by jak najszybciej zrealizować swoje cele, źle się czuję. Idea slow life, którą wcześniej wykpiłam w myślach setki razy, nagle zaczęła brzmieć racjonalnie.

Przyroda? Po co mi ona, to tylko wstrętne robale i piasek w trampkach. Przez wiele lat nie mogłam zrozumieć mojej mamy, która wszystkie siły wkładała w utrzymanie ładu w domu oraz uprawę wspaniałych roślin w ogrodzie. Po co, na co i jak to możliwe, że daje jej to tyle satysfakcji, skoro później narzeka na bycie obolałą?

Mając dziewiętnaście lat, uciekłam ze wsi do miasta, by zamanifestować swój opóźniony okres buntu. Uważałam, że wrosłam w beton miasta i nikt i nic nie jest mnie w stanie z niego wyrwać. Czy dorosłość sprawiła, że spokorniałam i wstawiłam sobie do pokoju mnóstwo doniczkowych roślin, by stworzyć własną urban jungle?

Uciekałam od wrażliwości, przez którą bardzo wiele wcześniej utraciłam. Zmienna pogoda i kruche, delikatne rośliny pomogły mi zrozumieć, że to, co dzieje się wewnątrz mnie, te wszystkie emocje, jakie odczuwam, nie są złe. Są naturalne. Większa krzywda dzieje się tym, którzy starają się wyprzeć z siebie uczucia albo marnują energię na ich maskowanie. Tak jak i ja to robiłam.

Wróciłam do pracy i stopniowo, z umiarem, dalej wykonywałam swoje obowiązki. Po urlopie na łonie natury, w Sudetach, bez telefonu i internetu, wróciłam całkowicie do formy. Co więcej, na kilka miesięcy zdecydowałam się dojeżdżać z domu rodzinnego do Poznania. Z radością kosiłam trawę, przekopywałam ogród i patrzyłam na pnącą się w górę fasolę, którą posadziła moja mama.

Kiedy przestałam wypierać, że jestem częścią przyrody, zaczęłam odczuwać, że gdziekolwiek bym się nie znalazła – w pracy, w domu rodzinnym, u znajomych – jestem u siebie.

Na swoim miejscu.

Emilia