Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.

Feuchtgebiete – Wilgotne miejsca

Feuchtgebiete – Wilgotne miejsca

Kurczaki, ale mi się ten film podobał! Ale wiem, że spora część Was zakrzyknęłaby zgodnie: fuuuuu! Takich filmów nie powinno się robić!

Zimny uważa, że film jako film jest całkiem spoko, ale jako ekranizacja niestety nie spełniła jego oczekiwań. A ja Wam powiem, że Wilgotne miejsca w reżyserii Davida Wnenda przerosły moje oczekiwania. Zresztą, najpierw zachęcam do zapoznania się z recenzją książki Wilgotne miejsca autorstwa Charlotte Roche, a najlepiej do przeczytania powieści. Kto już to zrobił, może czytać ze spokojnym sumieniem.

Nastoletnia Helen czerpie niesamowitą przyjemność z obcowania ze swoim ciałem. Sprawdza, jakim warzywem najlepiej się masturbować i para się produkcją tamponów handmade. Daleka jest natomiast od dbania o higienę intymną. Stąd bierze się jej problem, kiedy depilując miejsca intymne rani swoje hemoroidy, po czym trafia do szpitala. Tam, leżąc w sterylnym środowisku, marzy o trzech rzeczach. O tym, by zasiać trochę chaosu i brudu wokół siebie. O przystojnym, przeuroczym pielęgniarzu Robinie. I po trzecie, najważniejsze, by jej skłóceni rodzice wreszcie wrócili do siebie.

Uważam, że dzieło jest bardzo dobrze skomponowane. Zaczyna się od pełnej czarnego humoru komedii, a kończy na rodzinnym dramacie z elementami romansu. Pełno retrospekcji oraz scen z wyobrażeniami głównej bohaterki. Kadry są pięknie skomponowane i intensywnie nasycone barwami. Oczywiste w filmie obrzydliwości wcale nie są takie straszne, choć na pewno film zszokuje większość odbiorców. W książce jednak są opisane bardziej bezpardonowo. A może to ja mam bogatszą wyobraźnię w kwestii świństw, kto wie? Akcja nie galopuje, więc można skupić się na relacjach między bohaterami i zastanowić, o co tak naprawdę chodzi w fabule, bo nie jest to wcale oczywiste.

Na wyjątkową uwagę zasługuje w tym filmie rewelacyjna warstwa muzyczna oraz gra aktorska Carli Juri jako Helen. Bez niej Wilgotne miejsca nie byłyby z pewnością tak wspaniałe.

A dlaczego uważam, że film jest lepszy od powieści?
Po pierwsze, Helen w filmie wydaje się mniej pusta niż w książce. Jest o wiele bardziej zainteresowana światem, miła i zdecydowana. Generalnie: mniej głupia.
Po drugie, rozbudowany został tu wątek rodzinny, więcej uwagi zostało poświęcone matce i ojcu głównej bohaterki. To mnie dziwi, bo Zimny mówił mi zupełnie co innego. To zadziwiające, jak bardzo różnią się nasze spojrzenia w kwestii tych dwóch dzieł. Jestem ciekawa, kto z Was oglądał i czytał Wilgotne miejsca. Koniecznie dajcie znać, jak Wam się w ogóle podobało i gdzie Waszym zdaniem wątkowi temu poświęcono więcej uwagi.
Po trzecie, obraz przypomina momentami moją ukochaną Amelię Jean-Pierre’a Jeuneta. Nic dodać, nic ująć.

Koniecznie obejrzyjcie ten film, ponieważ pokazuje, jak wielki wpływ ma na nas dom rodzinny. Do czego potrafimy się posunąć, by uzyskać namiastkę miłości. I że nie powinniśmy się wstydzić ani własnych uczuć, ani popędów, ani ciał. No bo po co, ja się pytam?

9/10
Charlotte Roche – Wilgotne miejsca

Charlotte Roche – Wilgotne miejsca

Nie wiem, jaki klej wąchała Charlotte Roche podczas pisania Wilgotnych miejsc, ale zdecydowanie wolę zaciągać się inną substancją. Nie chcę wiedzieć, jaka była inspiracja niemieckiej pisarki do stworzenia swojego debiutu literackiego. Wiem za to, że książka zdecydowanie warta jest przeczytania. Co wrażliwsi – uzbrójcie się w kacmiskę albo strestorebkę. Zaczniemy od spoilerów.

wilgotne
Helen ma kalafior na tyłku. Nie, nie łazi z warzywem wepchniętym w majtki. Pomiędzy pośladkami wyrosło jej niezłe paskudztwo. No cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi i nasze ciała mają pełno mankamentów. Niemniej, Helen niekoniecznie przykłada się do dbania o swój organizm. Wręcz przeciwnie. Jak sama mówi, higienę ma w głębokim poważaniu. Dlatego w publicznej toalecie czyści deskę klozetową wnętrzem własnych ud, a by nie zmarnować niestrawionych narkotyków, postanawia wypić zwrócone płyny żołądkowe z wiadra, na spółę ze swoją przyjaciółką.


Pewnego razu Helen ląduje w szpitalu, ponieważ zacięła się przy depilacji miejsc intymnych i wdało się zakażenie. Nudząc się w szpitalnym łóżku, zaczyna analizować swoją sytuację. Wraca wspomnieniami do swoich schadzek z chłopakami, hodowli drzewek awokado i smutnych chwil związanych z rodziną. Bo właśnie swoją rodzinę Helen kocha najbardziej. Pragnie, by jej rozwiedzeni rodzice znów byli ze sobą i jest w stanie dotkliwie się skrzywdzić, by z powrotem zeswatać ojca z matką.

Spośród wszystkich tych wenerycznych okropności, o jakich pisze Charlotte Roche w Wilgotnych miejscach, wyłania się portret młodej dziewczyny, okrutnie samotnej i skłóconej ze światem, bardzo wrażliwej i zmysłowej. Helen co prawda nie przypadła mi do gustu, ale nie dlatego, że podrzuca do wind zużyte tampony własnej roboty lub nosi w pochwie pestki owoców. Cóż, sama jestem zdziwiona, powinno to chyba u mnie wywołać większe odczucie wstrętu, ale ja zamiast opieprzyć Helen, chciałam po prostu ją przytulić. I powiedzieć, że ma bardzo artystyczną duszę, więc niech się w końcu otrząśnie i weźmie do roboty, bo marnuje swoje życie.

Z drugiej strony, nie każdy doznał w swoim życiu takiej traumy, jak właśnie bohaterka Wilgotnych miejsc. To, co wydarzyło się w jej domu, kiedy była dzieckiem, wstrząsnęło mnie o wiele bardziej niż wszystkie opisy jej rany pooperacyjnej razem wzięte. Dzięki temu (oraz niedawnej rozmowie z Zimnym, który zresztą pożyczył mi tę ważną lekturę) uświadomiłam sobie, że wszyscy, mniej lub bardziej, jesteśmy w pewnym sensie ofiarą wychowania naszych rodziców. Pomijając głębokie urazy, które zostały nam zadane z premedytacją, co – mimo upływu lat – może zostać nigdy niewybaczone, nawet pozorne drobiazgi zostają w naszej jaźni przez całe lata… Bycie rodzicem nagle wydaje mi się być niesamowicie skomplikowanym wyzwaniem. Jak to się dzieje, że przez tyle tysięcy lat udało nam się nie wyginąć, a w dodatku jest nas ponad siedem miliardów na tym padole łez? I czy w związku z tym wszyscy jesteśmy w pewien sposób skrzywieni – normalni zwyczajnie nie istnieją? Jak sądzicie?

Wracając do Wilgotnych miejsc.
To pierwsza książka, która porusza temat kobiecej intymności i higieny, na jaką udało mi się trafić. Nikt wcześniej chyba nie przedstawił tego tematu w formie beletrystycznej. Słyszeliście o czymś podobnym? Mniejsza, ponieważ na pewno nikt wcześniej nie zrobił tego tak dobitnie i obrazowo. Początkowe sceny faktycznie były drastyczne, jednak później przyzwyczaiłam się do hobby Helen, którym była nieustanna zabawa z jej ciałem. Może nawet za bardzo, gdyż straciłam w pewnym momencie zainteresowanie lekturą. Akcja nie jest porywająca i skupia się tak naprawdę tylko wobec nieustannych prób Helen do ponownego połączenia rodziców. Na szczęście książka nie jest długa, a finał można nawet pozytywnie zinterpretować. Prosty język, jaki został zastosowany przez autorkę, tylko przyspiesza lekturę.

Moje wnioski po przeczytaniu tej powieści?
1. To bardzo smutne, że czasem jesteśmy tak złaknieni odrobiny miłości, iż gotowi jesteśmy zadać sobie największy ból, by poczuć jej namiastkę.
2. Rodzice są tak samo największym oparciem, jak i najgorszymi oprawcami dla swoich dzieci.
3. Dziewczyny – myjcie cipki.

8/10

A kto z Was widział ekranizację Wilgotnych miejsc?

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Kiedy czytam tekst o czternastolatce, której losy tak idealnie zbiegają się z moimi perypetiami sprzed kilku lat, zastanawiam się, czy jestem tak niedojrzała emocjonalnie, czy po prostu każda kobieta musi zmierzyć się z podobnymi problemami. A ponieważ każda z nas boi się momentami życia, czuje, że większość spraw ją przerasta, ale jednocześnie wciąż pozostaje wojowniczką… Odpowiedź nasuwa się sama. 

 

Johanna pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jej ojciec jest rencistą, marzącym o zrobieniu kariery w rockowym bandzie, ale wszelkie jego starania kończą się fiaskiem. Matka zajmuje się praktycznie tylko rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Johanna, najstarsza z rodzeństwa, nie licząc nastoletniego, wyalienowanego Krissiego, pomaga w domu, jak tylko może. Niestety, pewnego razu, z powodu swojego długiego języka, naraża rodzinę na kłopoty finansowe. Wówczas postanawia wziąć się w garść i zarobić pieniądze. Nie jest to łatwe zadanie, gdy ma się czternaście lat i nadwagę, ale Johanna nie poddaje się. Robi to, co sprawia jej największą frajdę, czyli pisze i słucha muzyki. Po wielu pracowitych miesiącach odzywa się do niej londyńskie czasopismo muzyczne… Zaczyna się wielka kariera, spotkania ze sławami, a także alkoholem i narkotykami…


Dziewczyna, którą nigdy nie byłam nie jest wybitnym dziełem literackim. Czytelnik nie spotka się z zadziwiającymi konstrukcjami językowymi, które zaspokoją jego wysublimowane gusta. Nie jest to jednak błaha opowiastka, jak choćby Pamiętnik księżniczki. Książeczki Meg Cabot nie mogą konkurować z opowieścią Caitlin Moran. Tworzona przez nią proza ma w sobie mądrość, błyskotliwość, życiowość oraz poczucie humoru. Od lektury nie można się oderwać, a czyta się szybko. Czasem z uśmiechem na ustach, czasem z zatrwożeniem, ale przede wszystkim z wielką empatią, bo przecież Johanna, główna bohaterka, to właśnie w większej lub mniejszej mierze osoba, która trzyma Dziewczynę, którą nigdy nie byłam.

Strach dał mi solidną nauczkę: nigdy więcej nie powiem nikomu, jak mi źle. Nigdy nie przyznam się do słabości. To wcale nie pomaga. To tylko pogarsza sprawę.

Taki cytat pojawia się na samym początku utworu. To przemyślenia Johanny, która zwierzyła się ze swojego cierpienia bliskiej, jak wówczas myślała, osobie. Niestety, wywołało to nieprzewidywane konsekwencje. Może to zabrzmieć jako antyrada. Jednak to cenna wskazówka, ponieważ uczy, że w dzisiejszym świecie faktycznie warto uważać na słowa i analizować swoje odczucia. Ale to tylko jedna z lekcji, jakich udziela Caitlin Moran.

Autorka przedstawia w fabularnej osnowie swoje własne doświadczenia. Tak jak Johanna, nie skończyła szkoły, a stała się światłą osobą dzięki wielogodzinnym pobytom w bibliotece niemal każdego dnia. W bardzo młodym wieku wygrała konkurs literacki, a później rozpoczęła pracę w popularnym magazynie. Zarówno pisarka, jak i jej bohaterka, pokazują, że warto żyć na swój sposób i tak naprawdę niewiele potrzeba nam do szczęścia. Wystarczy konsekwentnie podążać drogą ku spełnieniu własnych marzeń, robić to, co się lubi oraz pamiętać o byciu dobrym człowiekiem. Recepta prosta i może dla większości banalna, ale warto, naprawdę warto czytać takie książki, by przypominać sobie o tym każdego dnia na nowo. Czasem, jak w przypadku Johanny, bardzo łatwo się zapomnieć.

Nigdy więcej nie pozwól, byś czuła się tak źle. Nigdy nie wracaj do tego miejsca, gdzie pomóc może już tylko nóż. Żyj łagodnie i bądź miła. Nie rób rzeczy, po których chcesz wyrządzić sobie krzywdę. Cokolwiek robisz, każdego dnia, pamiętaj o tym – a potem trzymaj się od tego z daleka.

Oprócz przezabawnych wpadek Johanny, jej usilnych starań polegających na zarabianiu pieniędzy, by wspomóc rodzinę a także pogoni za marzeniami, jesteśmy świadkami fascynującej historii miłosnej dwojga młodych ludzi. W Dziewczynie, którą nigdy nie byłam dotkniemy także samotności, bólu istnienia oraz niedopasowania. A także poczujemy się jak pisarze. Bo dla mnie książka to istny creme de la creme, gdy traktuje o pisaniu. Na koniec jeden z przemiłych cytatów, dotyczących tego fachu.

Pisanie książki jest gorsze niż poród – poród w piekle – po którym się umiera, a potem zostaje przywróconym do życia tylko po to, by urodzić jeszcze jedno dziecko, które tym razem wychodzi oczami – chociaż w oczach nie ma dziur i dziecko nie ma jak stamtąd się wydostać. A może jeszcze gorsze.

Tym przemiłym akcentem chcę polecić Wam rewelacyjną Dziewczynę, którą nigdy nie byłam. Mam nadzieję, że pochłoniecie lekturę tak szybko, jak ja i losy Johanny zostaną w Waszych głowach na długo.

8/10

Boję się życia

Boję się życia. Tak pisze Krzysztof Varga w Nagrobku z lastryko i tak sobie myślę od czasu do czasu, patrząc na przejeżdżające tramwaje. Tak twierdzą bohaterowie Piromanów i tak czują setki z nas. Dlaczego obecnie bardziej boimy się życia niż śmierci? Co jest nie tak z naszą generacją?
Nie wiem, czy oglądałam dużo telewizji, ani czy moi rodzice się kłócili. Może była to wina wściekle czerwonego dywanu w pokoju, w jakim spaliśmy przed przeprowadzką do domu na peryferiach miasta, a może  moja nieokiełznana wyobraźnia od samego początku po prostu pochodziła z rodzaju tych mrocznych. Trudno stwierdzić, miałam wówczas przecież mniej niż trzy lata. Tak, akurat to pamiętam. To i budzenie się w nocy.

Mieszkaliśmy przy samej ulicy. Kiedy tylko zapadał zmrok, po chodniku przed oknami naszego mieszkania na parterze przechadzali się pijacy. Krzyczeli, śmiali się, zataczali i przewracali. Opatulona ciepłą kołdrą, daleko od parapetu, widziałam złote paski światła, które przenikały przez żaluzję i tworzyły na ścianie nieskomplikowany wzór. Zasypiałam. A potem budziłam z krzykiem, bo śniło mi się, że przechadzający się po ulicy mężczyźni to zło w czystej postaci. Że ich brudne, śmierdzące, wielkie łapy przenikają przez szybę, łapią mnie za loki i wyciągają z łóżka. Czułam ból i tęsknotę za objęciami mamy oraz ramionami ojca, na których uwielbiałam siedzieć. Byłam przekonana, że za moment z nimi już mnie nie będzie, ale teraz mogę podjąć ostateczną walkę o to, by nie dopuścić do wiecznej rozłąki. Więc budziłam się z krzykiem.
Teraz mam dwadzieścia trzy lata i chciałabym powiedzieć, że nie krzyczę, ale to nie byłaby prawda.
To, co zmieniło się na przestrzeni lat, to to, że nauczyłam się oddychać. Na razie jeszcze nie mogłabym startować w olimpiadzie, gdyby była to jedna z dyscyplin. Raczkuję w moim oddychaniu. Pomiędzy jednym krzykiem a drugim, staram przytulić się do ściany i z nią stopić, by przypomnieć sobie, że nie muszę krzyczeć, że wystarczy, bym brała powietrze do ust, przepuszczała przez organizm i wypuszczała. Że choć bliscy tak wiele ode mnie oczekują, w istocie wymagają tylko tego, bym była.
„Gdzie mógłbym kupić tabletki na strach?” – pyta konspiracyjnie klient, „A czy boi się pan śmierci?” – pada zwrotne pytanie. „Nie, ja boję się życia” – odpowiadam i wpuszczają mnie dalej, tam gdzie w ciemnościach rozświetlonych czarnymi żarówkami siedzą ludzie, przyciągnięci tu przez strach za włosy, za nogi, za serce; palą papierosy, zapijając bimbrem, a potem piją bimber, zagryzając tytoniowym dymem.
~Krzysztof Varga

Nasz lęk bierze się z pierwotnego dążenia do przetrwania. Gdyby nie strach, homo erectus nie ewoluowaliby w homo sapiens, bo zamiast uciekać przed nosorożcami włochatymi, wpatrywaliby się w nie ze śliną cieknącą po mordzie i dawaliby się im nabić na rogi. Dobrze jest się bać. Sęk w tym, by nie bać się przez cały czas. W dodatku jakichś pierdół. 
Co innego strach przed niedźwiedziem jaskiniowym, przed nadchodzącą lawiną czy utratą dziecka, a co innego lęk przed dorosłością. Kiedyś dusiła mnie perspektywa pójścia do pracy, funkcjonowania po osiem godzin w jednym pomieszczeniu, jakby miała to być klatka z samozaciskającymi się prętami. Nie tak dawno temu bałam się nawet zacząć fitness, bo uważałam, że i tak się nie uda, więc po co mi to? Żebym znowu wpatrywała się w lustro i wyrzucała sobie, iż po raz kolejny dałam za wygraną? 
Po co mam studiować, skoro i tak nie znajdę pracy w zawodzie? Po co mam zachowywać seksualną wstrzemięźliwość, skoro prędzej czy później i tak ktoś może pomyśleć o mnie dziwka? Po co mam urządzać mieszkanie, skoro w przyszłym roku i tak będę musiała się z niego wyprowadzić? 
Można tak myśleć. I można się bać. Tym bardziej, że teraźniejszość młodych ludzi w naszym państwie raczej nie rysuje się w superlatywach ([…] w kraju, w którym wszystko jest jak przyszyta metka, w którym każdy wygląda, jakby pięć minut temu dowiedział się o raku płuc Jakub Żulczyk, Radio Armageddon). Nie mam zagwarantowanego dachu nad głową, jeśli moi rodzice nie mieszkają w mieście, gdzie uczę się lub pracuję. Szukanie pracy może zająć wiele miesięcy. W tym czasie mogę nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego. A jeśli wpadnę w międzyczasie pod samochód i stracę nogi? A jeśli się okaże, że źle wypełniłam PIT? 
A co, jeśli mój chłopak mi powie, że mnie kocha, pójdziemy razem do łóżka, stracę dziewictwo, a później się okaże, że kłamał i mnie zostawi, bo chciał po prostu zaliczyć kolejną dziewczynę? Albo, co gorsza, jeśli on naprawdę będzie mnie kochał, jeśli będzie chciał wziąć ślub i mieć dzieci, i doczekać ze mną późnej starości, a ja uświadomię sobie, że kocham kogoś innego, z kim nigdy nie będę w stanie być, bo miłość to po prostu za mało? A co, jeśli Boga nie ma, a jedynym sensem naszego życia to wybór pomiędzy markami ketchupu? Kotlin czy Włocławek? Przecież ja nawet nie lubię ketchupu.
Ludzie i okoliczności wciąż każą mi wybierać. Nawet, jeśli podejmę dobrą decyzję, skąd mam wiedzieć, że to w ogóle ma jakieś znaczenie? A jeśli ma, to jakie? Co znaczy to gówno, w które weszłam, ślady na niebie po odrzutowcach oraz jego spojrzenie? Czy to, że wciąż rozumiemy się bez słów, czy to, że właśnie przestaliśmy?

Myślę, że lęk to taki atrybut młodości. Z jednej strony widmo dorosłości, konieczność działania, z drugiej pustka, niepewność. W naszym świecie ten kontrast rzuca się w oczy jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bardzo szara rzeczywistość nieustannie zderza się z radosną i ekstatyczną wizją życia, którą karmią nas media. Wszyscy boimy się, że nie sprostamy wymaganiom.

Kiedy trafiłam na facebookowy profil Lęki pierwotne, pomyślałam, że może to jest właśnie to, co czuję. Potem, że nie, że to jest właśnie to, co czułam kiedyś, że na szczęście mam to za sobą. A kilka dni później znowu utożsamiłam się z tekstami dwóch zaprzyjaźnionych z sobą studentek. Powyższa wypowiedź to jedna z odpowiedzi na pytania, które skierowałam pod adresem artystek z fan page’a, którego wszystkim Wam polecam.
Z jednej strony uwielbiamy horrory, powieści grozy, opowieści o duchach. Lubimy się bać i strach teraz traktujemy jako rozrywkę, akuratną do pudła z prażoną kukurydzą i wygodnego dresu. Lubimy się bać, bo nasz świat składa się najczęściej z poukładanych blisko siebie cegiełek, które stanowią mur, odgradzający nas od surowej życiowej prawdy. Marzymy o tym, aby stało się coś, co je zburzy, żeby coś wreszcie się zmieniło. Ale co my wtedy zrobimy? Kim wówczas będziemy?

Ludzie zaczynają mówić o tym, że boją się zrobić sobie testy na obecność chorób wenerycznych, że nie mogą odmówić, gdy ktoś prosi ich o pożyczenie kasy, zaczynają mówić, że są niezadowoleni ze swoich bioder, tyłków, braku zarostu, tapicerki, chłopaka lub dziewczyny, psa lub kota, ojca lub matki lub wujka; mówią o próbach samobójczych swoich koleżanek, o tym, że ludzie nie lubią ich za to, za co powinni być lubiani, że wokół otacza ich kłamstwo i obłuda i że nikt nie umie mówić ci pewnych rzeczy prosto w oczy, i że politycy powinni coś z tym zrobić. 

~ Jakub Żulczyk, Radio Armageddon

Zawsze, kiedy ubieram buty na obcasie i po pewnym czasie zaczynają mnie uwierać, myślę sobie o Chinkach, które w ubiegłym wieku musiały żyć ze skrępowanymi stopami. Z gnijącą skórą i pękającymi kośćmi. Z nieustannym bólem. I jest mi lżej.
Teraz, kiedy się boję, zamykam oczy. 
Myślę o kobiecie, która ostatkiem sił, w ułamku sekundy, uratowała swoje dziecko w centrum handlowym, gdy popsuły się schody ruchome. Dała radę ocalić to, co najbardziej kochała. 
Myślę o tym, czego dokonałam i o tym, czego jeszcze mogę dokonać, że i ja mogę ocalić to, na czym najbardziej mi zależy. A może dopiero to stworzyć i pokochać. 
Myślę o tym, że dźwigam ciężar dokładnie taki, jaki dźwiga każdy inny człowiek. Każdy jeden. I mimo wzrastającej liczby samobójstw, zwłaszcza pośród młodych ludzi, nie wszyscy kończą ze skakanką zaciskającą się na szyi. 
Jestem dokładnie taka, jak każda inna osoba. Ani gorsza, ani lepsza. Nie definiuje mnie metka przy bluzce. Nie daję się zaszufladkować z powodu tuszu do rzęs, którego używam ani samochodu, jakim być może będę jeździć w przyszłości. Określa mnie to, jak o sobie myślę.
A myślę, że jestem twarda. 
I Ty też.
Więc kiedy się boję, zamykam oczy. I uśmiecham się.
Wiem, że żyję. 

Na pięć minut przed egzaminem jesteś w stanie nauczyć się dużo więcej niż w ciągu długich tygodni ślęczenia nad podręcznikami. 
Kiedy goni Cię wściekły pies, biegniesz o wiele szybciej, niż kiedykolwiek byś pomyślał.
Możesz samodzielnie podnieść niewiarygodnie ciężką skałę, jeśli boisz się o życie swojego przyjaciela, przygniecionego w trakcie trzęsienia ziemi. 

Więc mówisz, że boisz się dorosłości?
Rozejrzyj się. Już jesteś dorosły.
To stało się w momencie, kiedy po raz pierwszy poczułeś, że dalej chcesz być dzieckiem. 
Jeżeli nie wiesz, co się dalej będzie z Tobą działo, nie jest to powód do położenia się na podłodze i otulenia kołdrą depresyjnych myśli. To fascynujące. 
Z kolei jeżeli wiesz, że za dwa lata skończysz studia, otrzymasz tytuł magistra, założysz własną działalność gospodarczą i/lub rodzinę, a później będziesz co weekend chodzić do klubu, by poderwać najgorętszą laskę, co dwa miesiące robić zakupy w Ikei, co roku zaś wyjeżdżać na wczasy do Ustki i leżeć do góry brzuchem na dmuchanym materacu, i tak do emerytury… 
Cóż. Tylor Durden tego nie pochwala.

Nie pamiętam więc, czy oglądałam dużo telewizji przed ukończeniem trzeciego roku życia. Mam tylko nadzieję, że nie, i że gdyby mój koszmar znów się przyśnił, nie krzyczałabym.
W końcu nie o to chodzi, by nie dać się wyciągnąć z bezpiecznego miejsca, nawet przez ręce złego świata. Wręcz przeciwnie.
Chodzi o to, by dać wyrwać się z miejsca, czasu oraz przyzwyczajeń, w jakich żyjemy i skonfrontować z lękami. 
Możesz stanąć naprzeciwko pijaka i powiedzieć, że masz go gdzieś, bo nie jesteś już bezbronną dziewczynką, tylko kobietą, która trochę już w życiu przeszła, a przede wszystkim jest trzeźwa i coraz bardziej wysportowana, więc nakopanie mu w jaja będzie zadziwiająco łatwe. 
Możesz powiedzieć swojemu facetowi, że chcesz poczekać z pójściem do łóżka. Możesz też mu powiedzieć, że nie chcesz czekać ani chwili dłużej i po prostu zdjąć przed nim majtki. 
Możesz powiedzieć swojej szefowej, że wcale nie lubisz tej pracy i odchodzisz. Możesz nie czekać na to, aż cię wyleje. 
Możesz też zacząć od przejścia obojętnie obok półki z ketchupem w supermarkecie. 
Możesz.