Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.

Feuchtgebiete – Wilgotne miejsca

Feuchtgebiete – Wilgotne miejsca

Kurczaki, ale mi się ten film podobał! Ale wiem, że spora część Was zakrzyknęłaby zgodnie: fuuuuu! Takich filmów nie powinno się robić!

Zimny uważa, że film jako film jest całkiem spoko, ale jako ekranizacja niestety nie spełniła jego oczekiwań. A ja Wam powiem, że Wilgotne miejsca w reżyserii Davida Wnenda przerosły moje oczekiwania. Zresztą, najpierw zachęcam do zapoznania się z recenzją książki Wilgotne miejsca autorstwa Charlotte Roche, a najlepiej do przeczytania powieści. Kto już to zrobił, może czytać ze spokojnym sumieniem.

Nastoletnia Helen czerpie niesamowitą przyjemność z obcowania ze swoim ciałem. Sprawdza, jakim warzywem najlepiej się masturbować i para się produkcją tamponów handmade. Daleka jest natomiast od dbania o higienę intymną. Stąd bierze się jej problem, kiedy depilując miejsca intymne rani swoje hemoroidy, po czym trafia do szpitala. Tam, leżąc w sterylnym środowisku, marzy o trzech rzeczach. O tym, by zasiać trochę chaosu i brudu wokół siebie. O przystojnym, przeuroczym pielęgniarzu Robinie. I po trzecie, najważniejsze, by jej skłóceni rodzice wreszcie wrócili do siebie.

Uważam, że dzieło jest bardzo dobrze skomponowane. Zaczyna się od pełnej czarnego humoru komedii, a kończy na rodzinnym dramacie z elementami romansu. Pełno retrospekcji oraz scen z wyobrażeniami głównej bohaterki. Kadry są pięknie skomponowane i intensywnie nasycone barwami. Oczywiste w filmie obrzydliwości wcale nie są takie straszne, choć na pewno film zszokuje większość odbiorców. W książce jednak są opisane bardziej bezpardonowo. A może to ja mam bogatszą wyobraźnię w kwestii świństw, kto wie? Akcja nie galopuje, więc można skupić się na relacjach między bohaterami i zastanowić, o co tak naprawdę chodzi w fabule, bo nie jest to wcale oczywiste.

Na wyjątkową uwagę zasługuje w tym filmie rewelacyjna warstwa muzyczna oraz gra aktorska Carli Juri jako Helen. Bez niej Wilgotne miejsca nie byłyby z pewnością tak wspaniałe.

A dlaczego uważam, że film jest lepszy od powieści?
Po pierwsze, Helen w filmie wydaje się mniej pusta niż w książce. Jest o wiele bardziej zainteresowana światem, miła i zdecydowana. Generalnie: mniej głupia.
Po drugie, rozbudowany został tu wątek rodzinny, więcej uwagi zostało poświęcone matce i ojcu głównej bohaterki. To mnie dziwi, bo Zimny mówił mi zupełnie co innego. To zadziwiające, jak bardzo różnią się nasze spojrzenia w kwestii tych dwóch dzieł. Jestem ciekawa, kto z Was oglądał i czytał Wilgotne miejsca. Koniecznie dajcie znać, jak Wam się w ogóle podobało i gdzie Waszym zdaniem wątkowi temu poświęcono więcej uwagi.
Po trzecie, obraz przypomina momentami moją ukochaną Amelię Jean-Pierre’a Jeuneta. Nic dodać, nic ująć.

Koniecznie obejrzyjcie ten film, ponieważ pokazuje, jak wielki wpływ ma na nas dom rodzinny. Do czego potrafimy się posunąć, by uzyskać namiastkę miłości. I że nie powinniśmy się wstydzić ani własnych uczuć, ani popędów, ani ciał. No bo po co, ja się pytam?

9/10
Charlotte Roche – Wilgotne miejsca

Charlotte Roche – Wilgotne miejsca

Nie wiem, jaki klej wąchała Charlotte Roche podczas pisania Wilgotnych miejsc, ale zdecydowanie wolę zaciągać się inną substancją. Nie chcę wiedzieć, jaka była inspiracja niemieckiej pisarki do stworzenia swojego debiutu literackiego. Wiem za to, że książka zdecydowanie warta jest przeczytania. Co wrażliwsi – uzbrójcie się w kacmiskę albo strestorebkę. Zaczniemy od spoilerów.

wilgotne
Helen ma kalafior na tyłku. Nie, nie łazi z warzywem wepchniętym w majtki. Pomiędzy pośladkami wyrosło jej niezłe paskudztwo. No cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi i nasze ciała mają pełno mankamentów. Niemniej, Helen niekoniecznie przykłada się do dbania o swój organizm. Wręcz przeciwnie. Jak sama mówi, higienę ma w głębokim poważaniu. Dlatego w publicznej toalecie czyści deskę klozetową wnętrzem własnych ud, a by nie zmarnować niestrawionych narkotyków, postanawia wypić zwrócone płyny żołądkowe z wiadra, na spółę ze swoją przyjaciółką.


Pewnego razu Helen ląduje w szpitalu, ponieważ zacięła się przy depilacji miejsc intymnych i wdało się zakażenie. Nudząc się w szpitalnym łóżku, zaczyna analizować swoją sytuację. Wraca wspomnieniami do swoich schadzek z chłopakami, hodowli drzewek awokado i smutnych chwil związanych z rodziną. Bo właśnie swoją rodzinę Helen kocha najbardziej. Pragnie, by jej rozwiedzeni rodzice znów byli ze sobą i jest w stanie dotkliwie się skrzywdzić, by z powrotem zeswatać ojca z matką.

Spośród wszystkich tych wenerycznych okropności, o jakich pisze Charlotte Roche w Wilgotnych miejscach, wyłania się portret młodej dziewczyny, okrutnie samotnej i skłóconej ze światem, bardzo wrażliwej i zmysłowej. Helen co prawda nie przypadła mi do gustu, ale nie dlatego, że podrzuca do wind zużyte tampony własnej roboty lub nosi w pochwie pestki owoców. Cóż, sama jestem zdziwiona, powinno to chyba u mnie wywołać większe odczucie wstrętu, ale ja zamiast opieprzyć Helen, chciałam po prostu ją przytulić. I powiedzieć, że ma bardzo artystyczną duszę, więc niech się w końcu otrząśnie i weźmie do roboty, bo marnuje swoje życie.

Z drugiej strony, nie każdy doznał w swoim życiu takiej traumy, jak właśnie bohaterka Wilgotnych miejsc. To, co wydarzyło się w jej domu, kiedy była dzieckiem, wstrząsnęło mnie o wiele bardziej niż wszystkie opisy jej rany pooperacyjnej razem wzięte. Dzięki temu (oraz niedawnej rozmowie z Zimnym, który zresztą pożyczył mi tę ważną lekturę) uświadomiłam sobie, że wszyscy, mniej lub bardziej, jesteśmy w pewnym sensie ofiarą wychowania naszych rodziców. Pomijając głębokie urazy, które zostały nam zadane z premedytacją, co – mimo upływu lat – może zostać nigdy niewybaczone, nawet pozorne drobiazgi zostają w naszej jaźni przez całe lata… Bycie rodzicem nagle wydaje mi się być niesamowicie skomplikowanym wyzwaniem. Jak to się dzieje, że przez tyle tysięcy lat udało nam się nie wyginąć, a w dodatku jest nas ponad siedem miliardów na tym padole łez? I czy w związku z tym wszyscy jesteśmy w pewien sposób skrzywieni – normalni zwyczajnie nie istnieją? Jak sądzicie?

Wracając do Wilgotnych miejsc.
To pierwsza książka, która porusza temat kobiecej intymności i higieny, na jaką udało mi się trafić. Nikt wcześniej chyba nie przedstawił tego tematu w formie beletrystycznej. Słyszeliście o czymś podobnym? Mniejsza, ponieważ na pewno nikt wcześniej nie zrobił tego tak dobitnie i obrazowo. Początkowe sceny faktycznie były drastyczne, jednak później przyzwyczaiłam się do hobby Helen, którym była nieustanna zabawa z jej ciałem. Może nawet za bardzo, gdyż straciłam w pewnym momencie zainteresowanie lekturą. Akcja nie jest porywająca i skupia się tak naprawdę tylko wobec nieustannych prób Helen do ponownego połączenia rodziców. Na szczęście książka nie jest długa, a finał można nawet pozytywnie zinterpretować. Prosty język, jaki został zastosowany przez autorkę, tylko przyspiesza lekturę.

Moje wnioski po przeczytaniu tej powieści?
1. To bardzo smutne, że czasem jesteśmy tak złaknieni odrobiny miłości, iż gotowi jesteśmy zadać sobie największy ból, by poczuć jej namiastkę.
2. Rodzice są tak samo największym oparciem, jak i najgorszymi oprawcami dla swoich dzieci.
3. Dziewczyny – myjcie cipki.

8/10

A kto z Was widział ekranizację Wilgotnych miejsc?

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Kiedy czytam tekst o czternastolatce, której losy tak idealnie zbiegają się z moimi perypetiami sprzed kilku lat, zastanawiam się, czy jestem tak niedojrzała emocjonalnie, czy po prostu każda kobieta musi zmierzyć się z podobnymi problemami. A ponieważ każda z nas boi się momentami życia, czuje, że większość spraw ją przerasta, ale jednocześnie wciąż pozostaje wojowniczką… Odpowiedź nasuwa się sama. 

 

Johanna pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jej ojciec jest rencistą, marzącym o zrobieniu kariery w rockowym bandzie, ale wszelkie jego starania kończą się fiaskiem. Matka zajmuje się praktycznie tylko rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Johanna, najstarsza z rodzeństwa, nie licząc nastoletniego, wyalienowanego Krissiego, pomaga w domu, jak tylko może. Niestety, pewnego razu, z powodu swojego długiego języka, naraża rodzinę na kłopoty finansowe. Wówczas postanawia wziąć się w garść i zarobić pieniądze. Nie jest to łatwe zadanie, gdy ma się czternaście lat i nadwagę, ale Johanna nie poddaje się. Robi to, co sprawia jej największą frajdę, czyli pisze i słucha muzyki. Po wielu pracowitych miesiącach odzywa się do niej londyńskie czasopismo muzyczne… Zaczyna się wielka kariera, spotkania ze sławami, a także alkoholem i narkotykami…


Dziewczyna, którą nigdy nie byłam nie jest wybitnym dziełem literackim. Czytelnik nie spotka się z zadziwiającymi konstrukcjami językowymi, które zaspokoją jego wysublimowane gusta. Nie jest to jednak błaha opowiastka, jak choćby Pamiętnik księżniczki. Książeczki Meg Cabot nie mogą konkurować z opowieścią Caitlin Moran. Tworzona przez nią proza ma w sobie mądrość, błyskotliwość, życiowość oraz poczucie humoru. Od lektury nie można się oderwać, a czyta się szybko. Czasem z uśmiechem na ustach, czasem z zatrwożeniem, ale przede wszystkim z wielką empatią, bo przecież Johanna, główna bohaterka, to właśnie w większej lub mniejszej mierze osoba, która trzyma Dziewczynę, którą nigdy nie byłam.

Strach dał mi solidną nauczkę: nigdy więcej nie powiem nikomu, jak mi źle. Nigdy nie przyznam się do słabości. To wcale nie pomaga. To tylko pogarsza sprawę.

Taki cytat pojawia się na samym początku utworu. To przemyślenia Johanny, która zwierzyła się ze swojego cierpienia bliskiej, jak wówczas myślała, osobie. Niestety, wywołało to nieprzewidywane konsekwencje. Może to zabrzmieć jako antyrada. Jednak to cenna wskazówka, ponieważ uczy, że w dzisiejszym świecie faktycznie warto uważać na słowa i analizować swoje odczucia. Ale to tylko jedna z lekcji, jakich udziela Caitlin Moran.

Autorka przedstawia w fabularnej osnowie swoje własne doświadczenia. Tak jak Johanna, nie skończyła szkoły, a stała się światłą osobą dzięki wielogodzinnym pobytom w bibliotece niemal każdego dnia. W bardzo młodym wieku wygrała konkurs literacki, a później rozpoczęła pracę w popularnym magazynie. Zarówno pisarka, jak i jej bohaterka, pokazują, że warto żyć na swój sposób i tak naprawdę niewiele potrzeba nam do szczęścia. Wystarczy konsekwentnie podążać drogą ku spełnieniu własnych marzeń, robić to, co się lubi oraz pamiętać o byciu dobrym człowiekiem. Recepta prosta i może dla większości banalna, ale warto, naprawdę warto czytać takie książki, by przypominać sobie o tym każdego dnia na nowo. Czasem, jak w przypadku Johanny, bardzo łatwo się zapomnieć.

Nigdy więcej nie pozwól, byś czuła się tak źle. Nigdy nie wracaj do tego miejsca, gdzie pomóc może już tylko nóż. Żyj łagodnie i bądź miła. Nie rób rzeczy, po których chcesz wyrządzić sobie krzywdę. Cokolwiek robisz, każdego dnia, pamiętaj o tym – a potem trzymaj się od tego z daleka.

Oprócz przezabawnych wpadek Johanny, jej usilnych starań polegających na zarabianiu pieniędzy, by wspomóc rodzinę a także pogoni za marzeniami, jesteśmy świadkami fascynującej historii miłosnej dwojga młodych ludzi. W Dziewczynie, którą nigdy nie byłam dotkniemy także samotności, bólu istnienia oraz niedopasowania. A także poczujemy się jak pisarze. Bo dla mnie książka to istny creme de la creme, gdy traktuje o pisaniu. Na koniec jeden z przemiłych cytatów, dotyczących tego fachu.

Pisanie książki jest gorsze niż poród – poród w piekle – po którym się umiera, a potem zostaje przywróconym do życia tylko po to, by urodzić jeszcze jedno dziecko, które tym razem wychodzi oczami – chociaż w oczach nie ma dziur i dziecko nie ma jak stamtąd się wydostać. A może jeszcze gorsze.

Tym przemiłym akcentem chcę polecić Wam rewelacyjną Dziewczynę, którą nigdy nie byłam. Mam nadzieję, że pochłoniecie lekturę tak szybko, jak ja i losy Johanny zostaną w Waszych głowach na długo.

8/10