10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

10 powodów, dla których potrzebujesz feminizmu w Polsce, w 2018 roku

Wymyśliłam dla Was dużo więcej powodów, kiedy zaczęłam pisać tę notkę. Zaczęłam sobie przypominać o niesprawiedliwościach, których doznałam ze względu na płeć, nie tylko z ręki mężczyzn, ale i kobiet. Bardzo ciężko mi się zrobiło na sercu, ale morał taki, że z naszego kobiecego uciśnięcia można zrobić materiał na wiele postów. Chętnie oddam materiał za odrobinę egalitaryzmu.

Wpis ten zaczęłam pisać w zeszłym roku, ale Hipis ze Skursywionych przypomniała mi w komentaruz pod ostatnim wpisem,

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

że warto dokończyć temat i wreszcie go opublikować. Bo niektórzy uważają, że feminizm jest potrzebny, ale na Bliskim Wschodzie. Że w naszym kraju jest niepotrzebny, od ponad stu lat. A to mylne przekonanie.

Dlaczego potrzebujesz feminizmu w Polsce, 2018 roku?

1. Bo w naszym sejmie jest 460 miejsc, z czego tylko ok. 130 zajmują posłanki.

To mniej niż 1/3! Czy naprawdę myślisz, że kobiety nie chcą zajmować się polityką i stąd wynika ta nierówność? Nie, po prostu są rzadziej zgłaszane na listy wyborcze. Polityk dalej kojarzy się w naszym kraju głównie z postacią mężczyzny, kobiety niestety są stereotypowo postrzegane jako zbyt emocjonalne, by zajmować się władzą. Hilary Clinton udowodniła przecież, że jest to stek bzdur.

Niedługo wybory samorządowe. Wybierajmy mądrze, bez względu na płeć i partię. Spójrzmy na lokalnych liderów i obdarzmy takim samym zaufaniem zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

2. Bo robotnicy na nas gwiżdżą, kiedy przechodzimy obok placu budowy.

Nie tylko robotnicy. Ledwo co poznani mężczyźni nie krępują się czynić nam seksualnych aluzji, a zwierzchnicy w pracy czy na uczelni wciąż wykorzystują swoją pozycję i składają niemoralne propozycje, stawiając nas niejednokrotnie pod murem.

Wybór wielu z nas sprowadza się do dwóch opcji: albo idziesz do łóżka z przełożonym i dostajesz awans, albo nie. Czy naprawdę odpowiada nam taka definicja wolności?

3. Bo jogurty z wysoką zawartością białka są reklamowane jako produkty dla mężczyzn.

Kobietom białko najwyraźniej niepotrzebne. Powinny siedzieć w domach i lepić pierogi, opiekować się dziećmi oraz sprzątać, zamiast pakować na siłowni i umacniać swoje ciało. Mięśnie są im niepotrzebne, ważniejsze są duże cycki i poślady.

4. Bo kiedy mówisz, że jesteś feministką, musisz się z tego ostro tłumaczyć.

Słysząc Twoją deklarację, część kobiet mówi ci po prostu, że feminizm jest śmieszny i kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro. Zastanawiam się, czy chciałby, żeby ich córki dalej były przyjmowane do pracy tylko dlatego, że są ładne, nie zaś na podstawie wykształcenia i trudno zdobytego doświadczenia. Czy pragną tego, by ich córki nie miały prawa decydować o zachowaniu ciąży, do której doszło w wyniku przemocy na ich ciele i duszy. Bo skoro są przeciwko feminizmowi, to za czym stoją…?

5. Bo boję się biegać samotnie nawet, kiedy na dworze jest jeszcze ciemno.

Wtedy mężczyźni obrzucają mnie przeciągłymi spojrzeniami i zastanawiam się, czy gdyby któryś chciałby mnie zaczepić, zdołałabym uciec. Nie chcę się tak czuć. Nie chcę za każdym razem, kiedy wyjdę z domu, zastanawiać się, czy ten chłopak gapi się na mnie tylko dlatego, bo wyglądam dla niego atrakcyjnie, czy dlatego, że myśli, że gdyby nikogo nie było wokół, mógłby mnie brutalnie przelecieć na najbliższym parkingu.

6. Bo kobiety silne nadal stanowią ewenement.

Te, które podróżują samotnie, które stoją na czele państwa lub ćwiczą boks, a ludzie dziwią się ich poczynaniom i zastanawiają, czy z taką delikwentką jest wszystko w porządku. A może jej w życiu nie wyszło, albo chłop się żaden nią nie zainteresował, to robi z siebie nie wiadomo co?

7. Bo kiedy próbujesz porozmawiać z niektórymi mężczyznami na poważny temat, oni i tak cię nie słuchają, wpatrzeni w twoje piersi.

Nie liczy się dla nich Twój intelekt, umiejętności, opinia, talent. I tak będziesz stała niżej od nich, żyjemy w końcu w patriarchacie, możesz sobie gadać, co chcesz, ale i tak nie wygrasz.

8. Bo wciąż zarabiamy mniej niż mężczyźni,

choć pracujemy na tych samych stanowiskach. Ale często przełożeni to nam dokładają o wiele więcej obowiązków i to my musimy zostawać po godzinach.

9. Bo feminizm wciąż nie jest naturalny,

prawicowym mediom zdarza się go przedstawiać jako bandę rozwrzeszczanych i stukniętych kobiet, a Polacy i Polki uważają, że 100 lat temu może był przydatny, ale teraz, to na co to komu?

10. Bo istnieją tacy politycy, którzy nie wstydzą się publicznie powiedzieć i chyba serio tak myślą, że kobietę zawsze się troszeczkę gwałci.

Że są szanowani przez pewne grono odbiorców. I że kiedy kobietę spotyka gwałt, można usłyszeć: sama się o to prosiła.

NIKT. NIE PROSI SIĘ O TO. BY ZOSTAĆ. ZGWAŁCONYM.

Kiedy następnym razem usłyszysz, że Twoja koleżanka śmieje się z feministek, nie bądź bierna. Użyj jednego z powyższych argumentów. Powiedz, że feminizm jest potrzebny. Masz do tego prawo.

Twoja

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Męczą mnie teksty w stylu: feminizm kończy się tam, gdy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro i tak dalej. Zamawiałam w maju lodówkę na trzecie i dwóch osiłków ledwo dawało sobie radę. Uważam, że autorami tych wypowiedzi są osoby, które totalnie nie rozumieją idei feminizmu. Dlatego postanowiłam go nieco lepiej wytłumaczyć i dziś opowiem Wam o trzech feministycznych wynalazkach, z których korzysta każda z nas.

Dostęp do edukacji wyższej

Sama biję się w piersi, że jeszcze kilka lat temu traktowałam studia jako przykry obowiązek. Zapomniałam, jak wielkim dobrodziejstwem jest dostęp do edukacji wyższej, zwłaszcza w przypadku mojej płci. Kobiety w Polsce przez dziesięciolecia walczyły o możliwość studiowania u boku mężczyzn. Nie same kobiety zabiegały o zmianę. U ich boku stawali również mężczyźni. Wspólnie wygłaszali odczyty, publikowali swoje zdanie na łamach czasopism (m.in. „Bluszczu” czy „Dobrej Gospodyni”) i przekonywali władze do swojego stanowiska.

O ile wszyscy uznają potrzebę wyższego kształcenia młodzieży płci męskiej, uważając wykształcenie średnie tylko za pewną gimnastykę umysłową, umożliwiającą w następstwie właściwą naukę, o tyle dla panny, pensya uważaną jest za alfę i omegę wszelkiej mądrości, jaką kobieta osiągnąć może na tym padole „fortepianu i języków”. To też kiedy brzydka połowa ludzkości nie wiele ustępuje u nas pod względem rozwoju intellektualnego Zachodowi, kobiety nasze stoją na szarym końcu wielkiego pochodu do światła. A jednak wyższe wykształcenie potrzebnem jest dla kobiety, równie jak dla mężczyzny. Nie zapominajmy bowiem o tem, że celem kobiety jest nie tylko być matką, ale i wychowawczynią przyszłych pokoleń, do czego pewnie więcej potrzeba intelligencyi, niż do stosunkowo średniego zakresu obowiązków mężczyzny.

Tadeusz Radwański, W ważnej sprawie (O wyższe kursy dla kobiet), w: „Bluszcz”, 1904

Dopiero w 1894 roku na Uniwersytet Krakowski (Jagielloński) zostały przyjęte trzy pierwsze kobiety: Stanisława Dowgiałło, Jadwiga Sikorska oraz Janina Kosmowska. Mogły uczęszczać na zajęcia na kierunku farmaceutycznym, ale nie mogły zdawać egzaminów. Obecnie, czyli w roku 2018, mija równe 120 lat od przyjęcia pełnoprawnych studentek na Wydziały Filozoficzne. I to w uniwersytetach galicyjskich, uściślijmy, gdyż, jak wiemy, niepodległość mieliśmy odzyskać dopiero dwadzieścia lat później. I dopiero wtedy Polki miały dostęp do edukacji na wszystkich uczelnianych kierunkach (źródło: TU). Pewnie dlatego tak mi przykro, gdy kobiety, które odebrały swój dyplom i dopisują z dumą mgr przed nazwiskiem, mówią, że feminizm jest śmieszny.

Orgazm

Czy wiesz, że przed 1966 rokiem nie wiedziano powszechnie, że kobieta podczas seksu może również doświadczać przyjemności? Uważano, że przyjemność może odczuwać tylko mężczyzna, a kobieta, no cóż. Ma pomóc mężczyźnie w jej osiągnięciu i potem urodzić mu potomka. Urodzona w 1925 roku Virginia Eshelman Johnson, początkowo asystentka doktora Williama Mastersa, a później jego partnerka w badaniach nad seksualnością człowieka, obaliła ten pogląd. Wspólnie z Mastersem opublikowali przełomowe wyniki badań, najpierw w 1966 roku, a potem w 1970. (Historię tę opowiada serial Masters of Sex, który serdecznie polecam). Naukowcy określili, w jaki sposób mężczyzna może wpływać na podniecenie kobiety i odwrotnie. Dzięki ich wspólnej pracy kobiety zyskały świadomość i prawo do zabiegania o własną rozkosz, co było kolejnym niezwykle ważnym etapem zarówno dla nauki, jak i dla feminizmu.

Spodnie

To, że możemy je nosić i nikt nie wylewa na nas za to wiadra pomyj, to osiągnięcie Amelii Jenks Bloomer, amerykańskiej działaczki na rzecz kobiet. Redagowała pierwsze czasopismo dla kobiet, „The Lily” (lata 50. XIX wieku), w którym promowała spodnie zakładane pod suknie jako element bielizny, teraz określane od jej nazwiska mianem „bloomersów”. Niedługo później z bielizny spodnie zaczęły stawać się również elementem stroju sportowego. Dopiero w 1915 roku, za sprawą działań Coco Chanel, spodnie powoli zaczęły stawać się elementem kobiecej codzienności (źródło: TU). Pierwsza para kobiecych dżinsów została zaś wyprodukowana w 1935 roku. Od tego momentu nie minęło jeszcze nawet 100 lat!

Czasem aż mnie korci, żeby powiedzieć niektórym dziewczynom, które określają się jako przeciwniczki feminizmu (tylko dlatego, że nie wiedzą, na czym feminizm polega), że skoro nie jesteś feministką, to nie masz prawa do przeżywania orgazmu, do noszenia spodni, do chodzenia do szkoły. Ale wiem, że siostry emancypantki wywalczyły prawa dla wszystkich kobiet, nie tylko tych, które będą szanowały wspomnienie po nich i dalej walczyły o swoje. To by było niesprawiedliwe.

Postęp i korzystanie z jego dobrodziejstw jest dla wszystkich.

Nawet dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą go zrozumieć.

Jak widzicie, we wszystkich przedstawionych przeze mnie osiągnięciach kobiety nie były osamotnione. O ważne dla nich sprawy zabiegali również mężczyźni. Nie oznacza to zatem, że feminizm to babska sprawa czy wyższość kobiet nad mężczyznami. Nie! To równość płci i wzajemny do siebie szacunek.

Wszystkie ilustracje z wpisu to dzieła Chloe Joyce, która pozwoliła mi na użycie ich do tego wpisu. Zapraszam Was na stronę Chloe oraz jej Instagram! Jeśli zaś tekst również przypadł Wam do gustu, uprzejmie proszę o polubienie Fabryki na Facebooku.

Pamiętaj, że możesz do mnie napisać również na maila fabrykadygresji@gmail.com To chyba tyle na dziś! Twoja

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Kalmary w cieście smażone w głębokim tłuszczu. Lody o smaku Kinder Bueno, krewetki z zakręconymi frytkami, kulki serowe w panierce, camembert z grilla, Nutella… Oto moje myśli z wczoraj przed zaśnięciem. Tak bardzo chciałabym zjeść coś tłustego i słodkiego! Ale jak moja udręka ma się do Dietolandu autorstwa Sarai Walker?

Bohaterka książki, zabawna, nieco zgryźliwa Plum, postanawia przejść operację zmniejszenia żołądka. Waży ponad sto trzydzieści kilogramów i ma dość ludzi, którzy nie szanują jej z powodu nadwagi. Poznaje jednak w pewnym momencie Verenę, która zmienia spojrzenie Plum o 180 stopni. Okazuje się, że chude kobiety również nie są szanowane. Tak samo jak te z większym lub mniejszym nosem, o ciemniejszej lub jaśniejszej skórze, te które się malują albo w ogóle unikają makijażu…

Sama historia Plum nie jest aż tak ciekawa jak to, co dzieje się niejako na drugim planie akcji książki. To pewnie dlatego Dietoland został nazwamy mianem Fight Clubu w wersji kobiecej. (Chociaż moim zdaniem Fight Club, mimo że się w nim ostro leją po mordach, jest filmem, który tak samo będzie się podobał i kobietom, i facetom). Wyobraźcie sobie, że na całym świecie zaczyna działać tajna organizacja o nazwie Jennifer. Przynależące do nich kobiety wymierzają sprawiedliwość tym, którzy je skrzywdzili, m. in. gwałcicielom i mordercom, którzy wykręcili się z więzienia.

Czyta się więc szybko i bardzo ciekawie, choć nie jest to przyjemna lektura, bo cierpienie kobiet całego świata skondensowane na nieco ponad 410 stronach zdecydowanie udziela się czytelniczce. Ogólnie uważam, że potencjał na rozwinięcie akcji był ogromny i Sarai Walker wykorzystała go w niewielkiej mierze. Skończywszy czytanie, pomyślałam: tak, Emilka, zrobiłabyś to dużo lepiej. Ale machnę na to ręką, bo Dietoland to książka, która naprawdę zmieniła moje życie. W dwóch niesłychanie ważnych aspektach.

Miałam awersję do grubasów. Uważałam, że skoro sama mam kilka kilogramów nadwagi, to przynależę do grupy osób ważących zarówno 5 kg ponad normę, jak i 150, więc mogę się wypowiadać za wszystkich. Nie cierpiałam swojego ciała, ledwo patrzyłam na nie pod prysznicem. Ponieważ mój wygląd był efektem zajadania problemów i stresów słodkościami oraz fastfoodami, przeświadczona byłam o tym, że otyłość jest wynikiem albo głupoty (bo jak można tak o siebie nie dbać?! żeby tak karygodnie wyglądać?!) albo tego, że ktoś ma nie po kolei w głowie i jego nieszczęście uwypukla się w oponie wokół pasa.

Dietoland wyleczył mnie z tego błędnego myślenia. Naprawdę nie liczy się to, jak człowiek wygląda czy ile waży. Istotne jest jego zdrowie, a to na pewno nie będzie w 100% ok, gdy zewsząd taka osoba będzie słyszała kąśliwe bądź agresywne uwagi na swój temat. Poza tym walka z pokusami takimi jak McFlurry jest i tak uciążliwa, po co jeszcze się z ludźmi użerać? 🙁

Wsparcie i szacunek zamiast agresywnej motywacji, która na dłuższą metę po prostu nie działa. Oto pierwsze, co się u mnie zmieniło po lekturze książki.

Ponadto Dietoland nauczył też, że nie warto być cicho. Bo kiedy udajesz, że nie słyszysz albo czegoś nie widzisz, dajesz przyzwolenie na to, by nieprzyjemne dla Ciebie lub otoczenia sytuacje wciąż się powtarzały! Jeśli nie zareagujesz, nie wyrazisz sprzeciwu, jesteś współwinny. Ja wiem, że czasem blokuje nas strach. Wiecie, jak się za dużo powie, można wylecieć z pracy. Albo dostać w mordę. Ale właśnie o to w życiu chodzi, żeby ten strach pokonywać. Sama siedziałam cicho, zamurowana wtedy, kiedy powinnam najbardziej krzyczeć. I to niejednokrotnie. Bałam się, że każdy gwałtowny ruch będzie prowokacją, że każde moje słowo stanie się katalizatorem. Dla niesprawiedliwości. Dla przemocy. Dla naruszania barier. Nie tylko przez mężczyzn, ale to głównie mężczyzn się boję. Bo są silniejsi, bo jak przyłożą, zaboli bardziej niż biłaby dziewczyna.

Czyżby?

Tutaj muszę wspomnieć po raz kolejny o Kasi, która właśnie jest w Siĕm Réab, by trenować kambodżański boks „kun khmer”. I o Sylwii Chutnik, która również potrafi skopać tyłek na ringu. Po zastanowieniu, boks raczej do mnie nie przemawia. Jestem wszak dużo większą fanką Jackiego Chana niż Andrzeja Gołoty. Może jakieś kun tao (z chińskiego: mądre pięści)?

Zobaczcie, sufrażystki nie były ciche i pokorne. Nie mówiły: to nie mój interes i nie odwracały się tyłkiem do koleżanek w potrzebie. Nie były łagodne i delikatne jak źdźbło trawy. One krzykiem i siłą załatwiły nam to, co mamy teraz, że możemy studiować (choć odsetek profesorek jest i tak dużo mniejszy niż profesorów, a to, co dzieje się na uniwerkach, jeśli chodzi o molestowanie, to po prostu materiał na serial dłuższy niż Moda na sukces), chodzić na wybory (choć więcej z nas powinno korzystać z tego dobrodziejstwa) i jeździć po świecie, zamiast siedzieć z dzieciakami w domu, gdyż stosunkowo niedawno spłynęło na nas olśnienie, iż mężczyzna też może sobie wziąć urlop tacierzyński i zająć się maluchem tak samo dobrze, jak kobieta.

Walka o równouprawnienie wciąż trwa. I skoro wciąż mężowie w domach biją kobiety, skoro wciąż mniej zarabiamy i rzadziej dostajemy ważne stanowiska w firmach, nie powinnyśmy przestawać o tym mówić!

Meya, moja koleżanka, ostatnio mówiła, że szykuje się do samodzielnej podróży. Na co jej mama powiedziała: oj, tak samiuśka? Wolałabym, żeby jechał z tobą jakiś kolega, byłoby bezpieczniej. Meya od razu wtedy spuentowała, że nie chce żyć na takim świecie, w którym potrzebuje męskiej ochrony, by radzić sobie z innymi mężczyznami. Feminizm jest dalej potrzebny. Byśmy czuły się bezpieczne, wracając same w nocy do domu na rowerze. Byśmy nie były obłapiane na peronach przez obcych lujów w oczekiwaniu na pociąg. Rety! Czy to naprawdę tak dużo?

Dietoland leci do mojej biblioteczki feministycznej i będzie tam zajmował bardzo ważne miejsce, bo otworzył mi głowę. Na wiele innych spraw, których nie będę poruszać na blogu. Może Wy o nich napiszecie? Jeśli macie coś do powiedzenia, mówcie to. Takie jest jedno z przesłań Dietolandu i bardzo dziękuję za tę książkę wydawnictwu

Jeśli chcecie polecić mi kolejne książki o podobnej tematyce, będę zachwycona! A sama zapraszam Was tradycyjnie do polubienia Fabryki Dygresji na Facebooku i zapoznania się z podobnymi wpisami.

Tyle na razie!

Pamiętajcie: czujność i siła!

Wasza

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Gabrielle Zevin – Wzloty i upadki młodej Jane Young

Możesz sobie go kochać do utraty tchu, załatwiać dla niego mnóstwo spraw, ogarniać mu dupsko i wspierać w trudnych chwilach. A on i tak cię wydyma. Dosłownie i w przenośni. Tak to jest, jak się ma romans z przełożonym. Ale nie tylko o tym opowiada nowa książka Gabrielle Zevin pt. Wzloty i upadki młodej Jane Young. To pozycja o wiele ciekawsza.

Choć napisana bardzo prostym językiem. Na początku styl Gabrielle Zevin bardzo mnie irytował. Nie lubię typowych powieści dla kobiet, bo wydają mi się trochę infantylne, trochę prostolinijne… Takie mało wysublimowane, jakby czytelniczka miała dostać zawału, gdyby w tekście pojawiło się trudniejsze słowo. Wzloty i upadki młodej Jane Young rozdrażniły mnie więc i zastanawiałam się, czy dalej się męczyć… Ale wtedy okazało się, że jestem nagle w połowie książki. Tak bardzo wciągnęła mnie historia! Nawet nie zauważyłam, ile stron zdążyłam pochłonąć!

Książka to opowieść o kilku kobietach, które zostały skrzywdzone wskutek romansu jednej z nich. Na początku wsiąkamy w historię Rachel Shapiro. Żydówki po sześćdziesiątce, która próbuje sobie na nowo ułożyć życie po rozstaniu z mężem. Poznajemy jej najlepszą przyjaciółkę i dowiadujemy się, że bohaterka od lat nie miała kontaktu ze swoją córką, Avivą Grossman.

Później przechodzimy do narracji z perspektywy bohaterki tytułowej, czyli Jane Young. Okazuje się, że to właśnie Aviva, która po romansie z kongresmenem zmieniła nazwisko. Od kilku lat prowadzi własny biznes w Maine, ukrywając przed sąsiadami prawdziwą tożsamość. Ma dojrzewającą córkę o imieniu Ruby.

Relacja Ruby została przedstawiona bardzo ciekawie, bo za pośrednictwem maili pisanych do korespondencyjnej przyjaciółki. Nastolatka po pewnym czasie zaczyna zadawać pytania na temat swojego ojca i w ten sposób odkrywa prawdę o prawdziwym nazwisku matki oraz jej romansie ze słynnym konsgresmanem. Dziewczyna pragnie zatem spotkać się ze swoim prawdopodobnym ojcem, ale na drodze staje jej Embeth, żona kongresmena.

Uważam, że relacja Embeth została przedstawiona najsłabiej. Gabrielle Zevin mogła pokusić się o naprawdę dużo lepsze rozwinięcie tego wątku. Z drugiej strony autorka oszczędna jest w opisywaniu emocji bohaterów. Ich uczucia czytelnik musi pojąć sam, bo w tekście nie ma ich za wiele. Pod tym względem książka trochę mnie rozczarowała. Cieszę się, że czytanie szło mi tak lekko, szybko i przyjemnie, ale wydaje mi się, że prześlizgnęłam się trochę między tematami.

A ważnych tematów w książce jest naprawdę sporo! Wykorzystywanie kobiet przez ich przełożonych, zdrady, dorastanie, różnice kulturowe pomiędzy judaizmem a religią muzułmańską, relacje matka-córka, prześladowania w szkole, polityka, walka z rakiem piersi… To wszystko sprawia, że Wzloty i upadki młodej Jane Young są bez wątpienia książką ważną i wartościową.

Najnowsze dzieło Gabrielle Zevin to ciekawa rzecz pod względem konstrukcji fabuły oraz sposobów narracji. Mamy bowiem do czynienia nawet z tekstem pisanym w drugiej osobie. Retrospekcje są zamieszczone z bardzo dużą wprawą i ostatecznie nie mam tej książce nic do zarzucenia, bo ona ma taka być: prosta, do szybkiego czytania, niezbyt wymagająca. Tak poważne tematy nie zawsze muszą być poruszane w sposób ciężki, trudny do przyswojenia. Cieszę się zatem, że możemy podrzucać koleżankom Wzloty i upadki młodej Jane Young jako lekturę, która zrelaksuje, a do tego napełni duchem kobiecej solidarności i ukaże feminizm we właściwym świetle.

Polecam i dołączam do mojej feministycznej biblioteczki, a za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję!

A jeśli Ty napisałeś i wydałeś książkę i chcesz, by jej recenzja pojawiła się na mojej stronie, zapraszam Cię na podstronę RECENZJA KSIĄŻKI JUŻ WYDANEJ. Dowiesz się wszystkiego o współpracy. Gorąco zapraszam!

 

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.