SHARE WEEK 2018

SHARE WEEK 2018

Andrzej Tucholski jest dla mnie synonimem słowa blogowanie.  Gdyby nie jego działalność jeszcze za czasów jestkultura.pl, nie odnalazłabym swojego miejsca w sieci. W tym roku pierwszy raz biorę udział w jego akcji Share Week. To już siódma edycja, a ja dopiero teraz ośmieliłam się w niej wystartować. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: jeszcze dwa lata temu nie czytałam blogów. Blogosfera była tak zaśmieconym miejscem, taką chaotyczną społecznością, że nie miałam swojego zakątka sieci, nie licząc kilku blogów, których autorki recenzowały książki. Kilka lat temu działałyśmy razem z dziewczynami w blogowym świecie fan fiction. Pisałyśmy tasiemce osadzone w świecie Harry’ego Pottera, Bleacha czy Eragona.  Oceniałyśmy literackie wyczyny innych osób. Potem rozeszłyśmy się w różne strony.

I dopiero niedawno, zupełnie nieświadomie, zrozumiałam, że moje serce zostało skradzione przez kilka blogów, na które mimowolnie powracam. Nie zawsze pamiętam, od kiedy zaczęłam przygodę z czytaniem wpisów konkretnego autora, ale cały czas w głowie kołacze mi się kilka adresów. Głównie są to blogi tworzone przez kobiety z charakterem, o wielkich sercach i umysłach. Ale niespełna dwa miesiące temu trafiłam na genialny blog, o którym napiszę na samym końcu. To zdecydowanie odkrycie tego roku.

Zacznijmy wszak od początku.

Kogo polecam podczas SHARE WEEK 2018?

Riennahera

riennahera

Nie wiem, czy ją lubię. Czasem jej wpisy wbijają mnie głęboko w ziemię, przypominając, że jestem tylko człowiekiem. Choć otacza się przepięknymi rzeczami, bywa, że irytuje mnie jej materializm. Nie wiem, może zazdroszczę jej wyczucia stylu, którego mi zdecydowanie brakuje.

Abstrahując od powyższych, czytam bloga Marty już od wielu lat i nie mogę przestać. Nawet, jeśli nie do końca potrafię ją polubić czy zrozumieć, odczuwam w ogromnej mierze to samo. Lektura niektórych wpisów sprawia, że jest mi mniej samotnie. Szanuję przeogromnie za subtelne poczucie humoru, wyważony język i lekkie pióro. I piękno Instagramu. Jeśli miałabym się od kogokolwiek uczyć, jak prowadzić konto, wykupiłabym warsztaty od Riennahery.

Pani Miniaturowa

miniaturowa

To z kolei kobieta o wiele bardziej energetyczna. Wyrzuca z siebie teksty z szybkością karabinu maszynowego. Pisze prosto i szczerze, humor ma dosadny, pióro zamaszyste. Lektura jej bloga zawsze poprawia mi humor i dodaje animuszu. Siła, która bije z tych tekstów, potrafi naprawdę dać niezłego kopa. Pani Miniaturowa to wspaniała kobieta, która jest dla mnie zwyciężczynią w każdej życiowej kategorii. Jeśli coś Was przerasta, polecam przeczytać obojętnie który wpis i od razu poczujecie się mocniejsi, gwarantuję.

Lady Pasztet

ladypasztet

Styl i klasa. To właśnie Lady pokazała mi piękno feminizmu. Poleca rewelacyjne książki, świetne seriale i pisze o świecie, w którym jest pełno niesprawiedliwości dla naszej płci, ale też piękno tego, że nie poddajemy się i wciąż idziemy do przodu. Każdy wpis jest bardzo mądry, wartościowy, przemyślany oraz dopracowany. Traktujący o zwykłej codzienności, ale pełen wzniosłości, której często tak nam w życiu brakuje.

Żadna kolejna miłostka

plusa

Marta to wojowniczka i pisarka. Silna, młoda kobieta, która nie boi się krzyczeć, że feminizm to super sprawa, a orgazm jest lepszy od gotowania. Głosi bez jakichkolwiek oporów, że dobrze jest pracować nad swoim silnym duchem i silnym ciałem. Swoim przykładem pokazuje, że jak czegoś chcesz, to możesz to osiągnąć, nawet jeśli inni próbują Cię zatrzymać. To kobieta-drapieżnik, której teksty potrafią być jednocześnie ostre jak żyleta i słodkie jak różowy lukier.

Dopracowani

dopracowani

Oto blog kobiety pracowitej, uzdolnionej artystycznie i mającej najsłodszego buldoga w polskiej blogosferze. Bombur jest po prostu boski. Magda Ostrowska pokazuje, że biznes może i jest trudny, wymaga mnóstwo zaangażowania oraz bywa problematyczny, ale przy tym niesamowicie rozwija, daje mnóstwo satysfakcji, wyzwala w nas nowe pokłady energii oraz uczy mądrości i człowieczeństwa. Najważniejsze, to nigdy nie zapominać o sobie i robić wszystko z miłością. Tak, gdy w pracy ciężko albo potrzebuję inspiracji czy motywacji, wówczas zaglądam właśnie tu i szczerze polecam!

Bezdzietnik

bezdzietnik

To jedno z najnowszych i najmilszych blogowych odkryć. Wiecie, jestem jedynaczką i jakoś szczególnie nie narzekam z tego powodu, ale gdybym miała mieć siostrę, chciałabym, by była tak miła, szczera, zabawna, mądra i śliczna jak Edyta. Życiowy minimalizm, podróżowanie, siła ducha i uśmiech – tego wszystkiego doświadczycie, czytając Bezdzietnik. To blog pisany w bardzo świadomy sposób, choć jednocześnie lekko i ironicznie. Z pazurkiem, powiedziałabym, który nie rani, ale drapie po łepetynie, zmuszając czytelnika do myślenia.

No i na tle tych wszystkich piszących kobiet, tych artystek, rzemieślniczek, przedsiębiorczyń i wojowniczek…

On.

Storyofalife.pl

story

Młody, czarujący, o wyrazistym spojrzeniu, którego miałam okazję poznać osobiście. O ogromnym talencie publicystyczno-literackim, o zaraźliwej pasji do ludzi, zdolny niesamowicie, głodny życia, pozytywny wariat. Świetny fotograf przy okazji. Dziennikarz. Podróżnik. Fajny ziomek. Jego teksty są jak wiatr pachnący wolnością, bo ich lektura przenosi nas do najdalszych zakątków świata oraz naszych własnych serc, by lepiej je poznać. To, co normalne, potrafi przedstawić w niezwykły sposób. To, co zaskakujące, opisuje prosto, by każdy czytelnik zapragnął zrozumieć i przestać się dziwić. Jeździ rowerem po Polsce i puka do drzwi obcych ludzi, by pokazać prawdziwość i szczerość.

Krzysztof Story.

Kurczę, Krzyś, wiesz, o czym mi przypomniałeś? O patosie w zwykłych rzeczach, o tym, że każda przeżyta chwila zasługuje na wzniosłość, bo życie jest cudem. Bardzo Ci za to dziękuję.

Jeśli jesteś tym, co czytasz (a wiemy, że tak jest), stałam się już stuprocentową feministką z nutką podróżniczki. Ale nie ma co się szufladkować. Co rok, to obyczaj, zobaczymy, czy przyniesie kolejny rok, co mam zamiar uczestniczyć w akcji również w kolejnych latach (skoro opuściłam już sześć wcześniejszych edycji, muszę się zrehabilitować). A Wy dajcie mi znać, co czytacie, skoro teraz już wiecie, jakie są moje blogowe typy i możecie polecić coś podobnego.

Serdeczności!

Wasza

Emilia

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

W zeszłym tygodniu Wysokie Obcasy uświadomiły mi, że najwyższy czas napisać o tym, dlaczego mając dwadzieścia pięć lat, nie chcę być matką. Choć bywam roztargniona tak mocno, jakbym chorowała co najmniej na zaawansowaną sklerozę i wyjście z domu bez portfela jest na porządku dziennym, to nigdy, przenigdy nie zapomniałam o mojej drogiej przyjaciółce – różowej pigułce. Boję się, że kiedy jej nie wezmę, zrobię w swojej macicy miejsce dla gościa, który sprawi, że zapomnę o samej sobie.

Jestem jedynaczką i moja relacja z matką przypomina istny roller coaster. Byłam dzieckiem trzymanym pod kloszem, wychuchanym od stóp do głów. Matka urodziła mnie po wcześniejszej ciąży pozamacicznej, w wieku trzydziestu pięciu lat, w czasach, kiedy wielu mówiło jej, żeby pożegnała się z marzeniem o dziecku. Kiedy przyszłam na świat, poświęciła mi się bez reszty, co przez wiele lat uważałam za ogromny ciężar psychiczny. Matka nie chciała być tylko moją opiekunką, ale i przyjaciółką. Wydawało mi się to strasznie głupie i naiwne z jej strony. Co nas łączyło prócz tej samej grupy krwi?

Pragnęłam uciec od niej jak najdalej. Po maturze zerwałam się ze smyczy i narobiłam głupot na studiach, za co pokutuję do teraz. Pozwoliło mi to jednak załapać trochę dystansu. I tak naprawdę dopiero, kiedy po kilku latach wróciłam do domu rodzinnego i zaczęłam dostrzegać w mamie prawdziwą kobietę, bo jej cała uwaga przestała się skupiać na mnie, stwierdziłam, że ją lubię. Moje emocje już nie są skupione wokół bezgranicznie kocham czy nienawidzę ze wszystkich sił. Wiem, że są pewne rzeczy, które nigdy do niej nie dotrą, ale tak samo ja nie pojmuję w ogóle świata, w jakim przyszło jej się wychowywać. Jest to przyczyną nieustannego, niepotrzebnego sprawiania sobie wzajemnie bólu. Ale i chwil dumy, euforii, wielkiego szczęścia, kiedy wreszcie, po kilkuletnich próbach, coś tam uda się którejś z nas zrozumieć.

Tylko że bywało tak źle, że uciekałam z domu do koleżanek w trakcie dnia, a w nocy planowałam wielkie wyprawy, by już nigdy nie musieć oglądać twarzy mamy. Pamiętam, jak bardzo jej nienawidziłam, i jak przez to nienawidziłam siebie. To, czego może nigdy jej nie wybaczę, to to, że tak wiele dla mnie poświęciła. A przecież jednocześnie powinnam całować ją za to po stopach, bo mało dzieciaków miało w życiu taki komfort, jak ja.

Każda nasza matka, tak jak każda ich córka, jest najgorsza i najlepsza jednocześnie. Miałam taki etap, że nie chciałam mieć dziecka, bo nie chciałam być dla niego taką matką, jaką miałam ja. Teraz nie chciałabym być matką, bo nie chcę mieć takiej córki, jaką ja jestem dla mojej matki. Totalnie bym sobie nie poradziła. I jest coś jeszcze. Przez wiele lat stawałam się osobą, którą jestem teraz. Dochodzenie do tego, że wcale się nie nienawidzę, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Teraz całkiem się lubię, ale za kilka lat może być ze mnie naprawdę fajna babka. Nie chciałabym tego przegapić, skupiając się na dziecku.

Czy jest to z mojej strony egoizm? Nie chcę mieć dziecka, bo chcę mieć święty spokój. Na to wychodzi.

No cóż, każda z nas powinna mieć prawo do tego egoizmu. I każda powinna mieć tak samo prawo do altruizmu, jakim jest macierzyństwo. Do bezgranicznego oddania się na rzecz wychowania nowego istnienia.

max

Ale obecnie, cytując Zadie Smith, ludzie traktują rodzicielstwo jak wybór lifestyle’owy. […] Moje pokolenie wrzuciło posiadanie dzieci do tego samego koszyka co wybór koszuli czy telefonu. Zajdę sobie w ciążę, bo wszystkie moje kumpelki pozachodziły, a co. Albo nie mogę sobie znaleźć faceta, więc pójdę do klubu, dam się przeruchać w kiblu, to może potem się z tego zrobi jakaś istotka do kochania. I będę prowadzić bloga parentingowego, to dostanę może łóżko z Ikei za darmo, a najlepiej to spróbuję urodzić właśnie tam, fajnie, jakby rabaty powpadały.

(Czy muszę w tym miejscu po raz kolejny zaznaczać, że generalizowanie, hiperbola i sarkazm są bardzo lubianymi przeze mnie środkami wyrazu)?

Na powyższe jeszcze mogłabym machnąć ręką. Współczuję dzieciom rodzącym się z takich właśnie pobudek, ale na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy owocem dążenia gatunku homo sapiens do przetrwania. Dlatego nie mnie oceniać motywacje reprodukcyjne ludzi. Jest jednak coś gorszego, co mogłoby mi się stać, gdybym stwierdziła w pewnym momencie mojej egzystencji, że chcę mieć np. synka o imieniu, powiedzmy, Gargamel. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie do Instagramu oraz to, że w mojej rodzinie kobiety mają tendencje do poświęcania się, zmieniłabym nazwę konta z emiliateofila na mamusia_gargusia.

Nie chcę zaśmiecać social media fotografiami własnej buzi, a co dopiero mojego hipotetycznego dziecka. Nie chcę wkurwiać takim spamem koleżanek, nie chcę wysyłać takiego internetowego zaproszenia pedofilom. I nie chcę tracić siebie na rzecz przewijania pampersów, leczenia zapalenia piersi od zatkanych kanalików mlekowych czy tłumaczeniu, że złośliwymi komentarzami w szkole przejmować się nie warto, bo ja sama wciąż pamiętam, jak bardzo to boli, gdy jest się innym niż reszta uczniów. Jestem nieodpowiedzialnym młokosem, który ma problemy z łażeniem do dentysty, bo przeraża go sama myśl o krzywym spojrzeniu lekarza, gdy zobaczy dziurę w zębie. Marzycielką, nie potrafiącą wziąć odpowiedzialności za siebie i rozliczyć się z przeszłością raz a dobrze.

Zatem czy to oznacza, że jestem opóźniona w rozwoju w stosunku do moich rówieśników, którzy wzięli już ślub i mają kilkuletnie dzieciaki?

Czy chcę zasugerować, że wręcz przeciwnie, jestem od nich mądrzejsza i dojrzalsza, bo nie chcę wychodzić za mąż i reprodukować się?

Może tak naprawdę po prostu nie wiem, ile trudów może wynagrodzić uśmiech własnego dziecięcia i że więcej z tego wszystkiego radości niż smutku?

maxxie

Bo może znowu filozofuję, a wokół tyle dzieciaków, no to czy faktycznie jest aż tak ciężar na barkach, to całe wychowanie? No nie, akurat tutaj mogę sobie odpowiedzieć, że okej, łatwo się puknąć, ale z konsekwencjami poradzić sobie dużo trudniej. Niemal każdy z moich przyjaciół ma jakąś traumę wyniesioną z dzieciństwa z powodu czegoś, co zrobił albo czego nie robił ich rodzic. I to stało się tak po prostu. Trzeba myśleć przy dziecku o tylu rzeczach – żeby nakarmić, żeby zapłacić za wycieczkę, żeby nie zostawić w aucie, gdy upał, żeby kupić prezent na imieniny, no po prostu miliard spraw. Więc kiedy już się pada na twarz, nerwy czasem puszczają i ryknie się na tego wkurzającego smarkacza. Kto by podejrzewał, że wiele lat później to odbije się na jego psychice i uniemożliwi pójście dalej ze swoim życiem albo upośledzi jakąś funkcję społeczną?

Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej marzeniem było posiadanie dziecka. I to marzenie się spełniło. Mówiła mi o tym z miłością w oczach, a ja oczywiście musiałam wtedy stać się potworem i powiedzieć jej, że wcale nie, bo jakim prawem może mówić, że mnie posiada? Jestem niezależną istotą, która ma własny rozum i wolę. Nie jestem niczyją własnością. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę.

Dzieci potrafią być tak okrutne, że się kurwa wszystkiego może odechcieć.

Moja mama, jeśli odechciewało się już bycia matką, nigdy nie dała mi tego po sobie poznać. Aż mi łzy teraz lecą z oczu, bo sobie uświadomiłam, że kiedy ostawiałam największe numery, totalne huragany histerii, ona, zamiast się wycofać, przychodziła do mnie, do tej jaskini lwa, by powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Że nieważne, co jej powiem, ona i tak przy mnie będzie.

Musiałam skończyć dwadzieścia pięć lat, by zrozumieć, jak trudne to zadanie.

Matki potrafią być nieświadomie najsurowszymi katami i jednocześnie najpotężniejszymi agregatorami miłości. Ja chciałabym tylko, by przyszłe mamy zdawały sobie z tego sprawę. Jeśli dane będzie mi to w końcu pojąć (bo wiedza a uświadomienie to dwie zupełnie różne sprawy), to niewykluczone, że rozstanę się z różowymi pigułkami. (To będzie cios, bo od kiedy biorę antykoncepcję, nie czuję się podczas okresu jak podczas tortur zadawanych mi przez stado rozszalałych wikingów). I wtedy będę się wyżywać na władzy, że nie mogę zapisać dzieciaka do najbliższego od domu żłobka, bo nie ma miejsc, bo trzeba dużo hajsu bulić, a przecież i tak odciągają mi z wypłaty na ubezpieczenia i inne niezbędne do funkcjonowania pierdoły. Ale póki jeszcze nie rozbudził mi się mój instynkt macierzyński, za co chwała niebiosom, dalej będę przewracać oczami, kiedy jakaś moja koleżanka zmieni swój nick na Instagramie i klikać przestań obserwować u znajomych, którzy za bardzo epatują buziami swojego dzieciaka na Facebooku.

Tyle o macierzyństwie z mojej strony, mamy rok 2017, ciekawe, kiedy mi się odmieni, odpukać.

Tradycyjnie zapraszam Was do polubienia Fabryki dygresji na Facebooku. Każda łapka w górę przybliża nas do 1000 lajków, a wtedy będę kompromitować się dla Was na YouTube. 

Chciałabym wiedzieć, co Wy sądzicie na temat macierzyństwa. Jak relacje z Waszymi mamami? Czy bycie mamą Was przeraża? Czy oczekuje się z Waszej strony reprodukcji i z tego powodu czujecie ciśnienie? Koniecznie dajcie znać.

xoxo

Wasza

Emilia

Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.

Sylwia Chutnik — Cwaniary

Sylwia Chutnik — Cwaniary

Halina Żyleta to główna bohaterka współczesnej powieści gangsterskiej Cwaniary. Autorka książki, będącej dramatem obyczajowym i wyciskaczem łez, to Sylwia Chutnik, którą poznałam literacko w trakcie lektury jej zbioru opowiadań (W krainie czarów). Pisarka nie bardzo życzliwa jest dla swojej pierwszoplanowej postaci. Halinę poznajemy na cmentarzu, kiedy stara się odpicować nagrobek nieżyjącego narzeczonego. Jest samotną, niedoszłą panną młodą a już wdową, w dodatku w ciąży. Na szczęście ma babcię, koleżanki i siłę własnych pięści.

Zarówno Halina jak i Celina, Bronka oraz Stefa, hobbystycznie piorą mężczyzn w bramach albo ciemniejszych podwórkach. Częściowo jest to przyjemność sama w sobie. Ale kobiety tyle razy dostawały cęgi od mężczyzn i życia, że w końcu nie sposób się nie odwdzięczyć. Tytułowe cwaniary zatem mszczą się i wojują. Tak, jak to się robiło kiedyś, w tymże właśnie mieście, czyli stołecznej Warszawie.

Walczę o to samo, o co walczyli ci wszyscy w hełmach i panterkach. O siebie walczę, o swoje koleżanki. O sprawiedliwość.

Okazuje się jednak, że miasto chcą znów zagarnąć dla siebie źli ludzie. Deweloperzy i inni biznesmeni, którzy wzniecają pożary ostałych cudem po bombardowaniu kamienic, wysiedlają ludzi, zabierają im przeszłość i skazują na życie na wygnaniu. A do tego mordują ludzi, chcących im się przeciwstawić. Cwaniary nie mogą na to pozwolić. To bohaterki codzienności, niewyróżniające się wśród tłumu, wszak wiedzące, co jest w życiu najważniejsze. Przystępują zatem do walki o wolność, niemal jak w ’44.

Zdrowaś, cwaniaro, łaskiś pełna, dasz radę. Błogosławionaś ty między samochodami, między tramwajami, a siła twojej pięści wielka.

Jedną z głównych zalet książki jest nietuzinkowe uchwycenie Warszawy jako miasta z krwi i kości. Nie stolicy ze szklanymi konstrukcjami w centrum, nie bezdusznej otchłani dla pracowników korpo, dojeżdżających z pomniejszych wiosek w okolicy i chcących w weekend nabombać się koki. Warszawa to dom. Z warzywniakiem, podwórkiem, zepsutym autem przy garażu, babcią gotującą apetyczny obiad, który pachnie na całą ulicę i sąsiedzką patologią. Z miłością i wyrwą po tym, jak miłości zabrakło. Dzięki opisom Sylwii Chutnik zapragnęłam mieszkać w tym mieście. Może kiedyś się uda.

Kolejnym istotnym motywem jest śmierć. Śmierć, która zostaje tu podobnie opisana jak w przypadku opowiadania pt. W krainie czarów.

Co zrobić z tymi klamotami po zmarłym?
Tysiące przedmiotów, które człowiek pieczołowicie zbiera wokół siebie. Śrubki posegregowane w pudełkach, buty, wyjściowe koszule. Tylko pierwszego planu już nie ma. Śrubki straciły cały swój sens. Buty i koszule zostały pozbawione kontekstu.

Bardzo podoba mi się, że pisarka edukuje czytelników, by świadomi byli nadchodzącego końca i oswaja ich z tym faktem. Śmierć jest tak naturalna jak życie, jedno wynika z drugiego. I tylko materializm nie ima się zupełnie tych dwóch stanów. Ostatnio za każdym razem, kiedy wybieram się do sklepu (co wszak zdarza mi się na szczęście rzadko), zastanawiam się, czy ta konkretna rzecz na pewno jest mi potrzebna. Oczyma wyobraźni widzę niebieskie worki z, jakby to mój tato powiedział, gargamelstwem; nikomu niepotrzebnymi przedmiotami, które ktoś spakował po mojej śmierci. Wolałabym, gdyby zostały po mnie tylko zapisane kartki papieru.

Bez naszej wiedzy i zgody ktoś po prostu odchodzi, znika, umiera. To jest nie do zrozumienia, nie do wybaczenia. Za śmierć należy się zemsta.

Język książki jest bardzo dynamiczny. Sama fabuła wydaje się prosta, ale nie oznacza to, że lekturę można określić jako lekką. W Cwaniarach jest tak dużo śmierci, wzruszających momentów i ciężaru do udźwignięcia, że człowiekowi robi się trochę słabo podczas lektury. No, przynajmniej ze mną tak było. Pomimo jednak początkowej słabości, odczułam wielką siłę płynącego z powieści przesłania. By żyć godnie, póki można. A to oznacza życie aktywne; mówienie nie i niedawanie przyzwolenia na krzywdę. Nawet, jeśli wokół nie ma innych cwaniar. Bo jeśli kobieta sama się o siebie nie zatroszczy, to nikt inny za nią tego nie zrobi.

Polecam. Gorąco. I młodym, i starszym. Bez względu na płeć.

Wasza
Emilia

PS
Niestety, tak wyszło, że wpisy, powiedzmy, lifestyle’owe (o relacjach, o motywacji, o życiu po prostu) będą chyba raz w miesiącu. I tak już do końca roku. Bardzo mi przykro, ale mam czas ograniczony i dużo do zrobienia. Wiecie, druga książka sama się nie napisze. Ale jeśli uda się zebrać na FB 1000 lajków do końca roku, to w 2018 ruszamy z YT. Tak więc zachęcam do polubienia strony poniżej!

 

Sylwia Chutnik — W krainie czarów

Sylwia Chutnik — W krainie czarów

Oglądam sobie czasami Drugie śniadanie mistrzów, taki program publicystyczny w tej lewackiej tv, no bo skoro już oglądam tv, to tylko lewacką, żeby mnie szlag nie trafił. Wiecie, o co chodzi. Patrzę, a tam Sylwia Chutnik. Myślę sobie: to jest mądra kobieta. To jest mój człowiek.

Kiedy indziej buszuję sobie po YT, po tym lesie dziwów, i kiedy znudzi mi się Mieciu albo Gonciu, sprawdzam, co inni mają do powiedzenia na temat tego, czym żyję najbardziej, czyli à propos książek. Klikam, a tam Sylwia Chutnik i jej Barłóg Literacki. Stwierdzam: dobry program. Wartościowy. Lezę na Warszawskie Targi Książki, wlokę się w znoju i pocie na ten stadion, oglądam się przez ramię, a tam element nie z tego świata: różowe włosy. Nadnaturalna pink power. I chciałabym podejść, zagadać, powiedzieć, że podziwiam… Ale Sylwia Chutnik to jest przede wszystkim pisarka, a ja, wstyd się przyznać, no siara totalna, jeszcze z jej twórczością się nie zapoznałam. No to co ja mam powiedzieć? Że lubię pani słuchać, pani Sylwio, bo pani tak zawsze konstruktywnie i z humorem się wypowie? A co z najważniejszym, czyli literaturą?

Pierwsze, co wpadło mi w ręce, to zbiór opowiadań W krainie czarów. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Znacie to uczucie, kiedy oglądacie zwiastun jakiegoś filmu i po jego zakończeniu macie mindfuck? Takie: o kurwa, co tu się wydarzyło? Zajebisty film! Dlaczego w kinie dopiero za miesiąc? Muszę obejrzeć! Wreszcie idziecie na premierowy seans. Tak długo wyczekiwany, całe trzydzieści dni. Pełni nadziei. I po trzydziestej minucie filmu wiara w to, że wydarzy się cokolwiek ciekawego, po prostu Was opuszcza. Nie wiecie już sami, dlaczego chcieliście to obejrzeć. Nie wiecie, jak to się stało, że wydaliście na tę wątpliwą przyjemność 12 zł (bo jesteście mądrzy i na mainstreamowe filmy chodzicie tylko do Multikina, na Czwartki z Kinder Bueno). Wiecie tylko jedno: this is totalne gówno. No, macie tak? Kojarzycie ten zawód? Tę pustkę w żołądku?

Otóż ja z opowiadaniami Sylwii Chutnik tak nie miałam.

chutnik2

Wiedziałam, że jeśli to będzie gówno, to tylko dobre, takie, które można jeść bez końca, bo jest bezkresnie smaczne. Co tam lubicie jeść najbardziej? Bułkę z Nutellą bez masła? Chałwę? Otóż ja najbardziej na świecie kocham pierogi ruskie i każde opowiadanie W krainie czarów było dla mnie jak dobry ruski pieróg. Gdybym miała babcię, to robiłaby tylko takie.

W krainie czarów to jedenaście opowiadań o ludziach, którym nie jest w życiu lekko. Czyli o ludziach z krwi i kości, którzy żyją, bo cierpią i cierpienie to akceptują, co czyni ich wyjątkowymi. Hm, z wyjątkiem wyjątkowego bohatera opowiadania pt. Przeszkadzały. Od początku wiedziałam, że coś jest z nim nie tak i że go nie polubię, nie sądziłam tylko, że będzie tak źle. I ten tekst, jeśli mam być szczera, był takim pierogiem ruskim, który można zjeść w schronisku młodzieżowym Szwajcarka. W sumie nie wiadomo, czy zimny, czy ciepły, czy cebulka to cebulka, a nie papier toaletowy, no, ale jednak, pieróg ruski, a nie jakieś frytki czy inne paskudztwo.

Mam taki problem, że boję się starości, wiecie? Może jej nie doczekam, bo jak sobie czegoś nie potrafię wyobrazić, to to się nie dzieje, ale może po prostu moja fantazja jest wciąż za słabo wyćwiczona. I Sylwia Chutnik W krainie czarów porusza tę sprawę. Starość jest normalna. Tak jak złamana noga, tęsknota za kochankiem oraz naczynia do pozmywania. Nic przyjemnego, ale da się znieść. Autorka pisze o tym w kilku utworach, jak choćby opowiadaniu Pola, o kobiecie, która miała nadzieję, że związanie się z mężczyzną będzie cenniejsze niż zrobienie kariery i po wielu, wielu latach dopiero okazuje się, czy miała rację, czy też nie. Albo w historii Bożeny z Poznańskiej, prostytutki, która łudzi się, że oddana do adopcji córka wiedzie szczęśliwe życie. Czy też ukazują losy tytułowej Anny oraz jej matki, osobliwego duetu, połączonego z pozoru jedynie negatywnymi uczuciami. Nieważne, jak jest źle. Mamy obowiązek, by żyć, w każdym wieku, bo inni nie mieli takiej okazji.

chutnik3

Muranooo i Piwnica to teksty o drugiej wojnie światowej. O piekle, które nie chce wywietrzeć z naszych umysłów, i dobrze. Może jeśli będziemy przechowywać w szkatułkach pamięci zło, rozpoznamy je, kiedy znów będzie chciało zaatakować? Chutnik nam w tym pomoże. Autorka pisze z niebywałą empatią. Czasem i sarkazmem, bo o niektórych sprawach nie sposób pisać wprost. Ale język, jakim się posługuje, trafia prosto do serca czytelnika.

Jedyny dysonans, jaki odczułam, taki dosyć nieprzyjemny zgrzyt, to brak konotacji między tytułem a treścią zbiorku. No bo, kurczę, można to interpretować na wiele sposobów. Jako żart, jako właśnie taki oksymoron, sarkazm, co kto wymyśli, będzie dobre. Ale mi jakoś nie do końca pasuje, nie wiem.

W krainie czarów mimo tego naturalnie polecam, bo to zbiór opowiadań mądrych i nierzadko zaskakujących. Ich lektura momentami mnie wstrząsnęła, zasmuciła, ale ostatecznie, kiedy myślę o tekstach autorstwa Sylwii Chutnik, czuję ciepło. Dobrze byłoby, gdyby z opowiadaniami zapoznał się każdy Polak… Wiem, marzenie ściętej głowy. Polecam zatem szczególnie osobom takim, jak ja: kobietom, które być może są dorosłe, lecz jeszcze nie do końca się na to godzą. Z krainy czarów można się naprawdę dużo nauczyć. To lektura, dzięki której czytelnik zyskuje dużo więcej niż tylko rozrywkę.

Następny krok? Kieszonkowy atlas kobiet. Mam przeczucie, że dokarmi moją feministyczną naturę i porządnie zainspiruje.
Jeśli jesteście fanami twórczości Sylwii Chutnik i chcecie mi polecić jakąś jej książkę, dajcie znać. A jeśli podobał Wam się wpis, to miło będzie, jeśli dacie lajka na fejsiaczku. Z góry dzięki!

;