10 pułapek, które czyhają na Ciebie w wydawnictwie usługowym (vanity press)

10 pułapek, które czyhają na Ciebie w wydawnictwie usługowym (vanity press)

Nie ma nic złego w korzystaniu z usług wydawniczych, co więcej, uważam, że jest to całkiem porządna droga debiutu literackiego. Wydawnictwa typu vanity press są w naszym kraju bardzo popularne, ale jeszcze popularniejsze jest niezadowolenie ich klientów. Część z Was pisze do mnie z pytaniem: co robić?, rozgoryczona i rozczarowana kontaktem z poprzednim wydawcą.

Kluczem do porozumienia między autorem a wydawcą nie są bowiem pertraktacje. Za pośrednictwem reklam oraz w czasie, kiedy autor wstępnie kontaktuje się z wydawnictwem, jego przedstawiciel stara się uwieść kandydata na klienta. Czasem niekoniecznie wyjawi całą prawdę, a specjalnie o czymś nie powie, kiedy indziej obieca za dużo, a zrealizuje za mało… To oczywiście zachowanie bardzo nieprofesjonalne i nie mające po drodze z etyką. Agresywna konkurencja między tymi wydawnictwami zmusza je jednak do pojedynkowania się między sobą, a sprzedaż rządzi się swoimi prawami…

Wielu z Was pyta mnie o najlepsze w kraju wydawnictwo usługowe. Powiem otwarcie, że nie znam idealnego. Każde ma jakieś mankamenty. Nawet Fabryka Dygresji… bo, jak się okazuje, pod szyldem Fabryki jeszcze w tym roku zostanie wydana osobliwa książka. Od razu mówię: nie moja, choć autorka, dziwnym zbiegiem okoliczności, również ma na imię… Emilia! Zupełnie nie planowałam działalności wydawniczej i tak naprawdę określiłabym moją usługę raczej mentorowaniem w samodzielnym wydawaniu książki. Ale stało się, a projekt jest tak zacny, że dołożę wszystkich sił, by został należycie wypromowany. Do meritum: dopiero podpisuję umowy z hurtownikami i muszę zaplanować posprzątanie garażu, by przemienić go w magazyn… Jak widzicie, każdy ma swoje za uszami.

Najgorsza jest jednak nieuczciwość.

Prawdziwym kluczem do porozumienia między autorem a wydawcą jest więc umowa, w której zostaną opisane wszystkie warunki wydania książki. I nie tylko! Bo co dalej z wydrukowaną książką będzie się działo, również musi zostać opisane szczegółowo w takim dokumencie. Uważajcie na nie, gdyż wydawca stara się jak najlepiej zabezpieczyć przed Waszymi pretensjami. Na co powinniście zatem zwrócić szczególnie uwagę?

1. Promocja

Jak wiecie, to mój konik. Uwielbiam marketing książki, choć uważam, że jest bardzo pracochłonny i kosztowny. Absolutnie nie dziwię się więc, że wydawnictwa usługowe nie mają ochoty pomagać autorowi w promocji jego książki i spychają na niego odpowiedzialność. Ale bardzo Was proszę, nie dajcie sobie wmówić, że recenzja Waszej książki zamieszczona na 5 blogach oraz udostępnienie postu na Facebooku to wartościowa oferta! Uważajcie, bo ostatnio dostałam wiadomość z jednego z takich wydawnictw, że wysłanie jednej wiadomości przez ich newsletter to usługa warta ok. 4 tys. zł z powodu rozległej bazy klientów. Nonsens goni nonsens, zwłaszcza w przypadku promocji. Jeśli Wasz wydawca kręci nosem w tej kwestii, nie powinniście się dziwić, to normalna sytuacja. Sprawdźcie tylko, czy za jakieś drobiażdżki nie wyłudza od Was dodatkowych pieniędzy.

2. Magazynowanie

Tak, tak, wielkie sprzątanie garażu dopiero przede mną. Dobrze, że go mam tuż obok domu! Niektóre wydawnictwa nie mają takiego komfortu i często zmuszone są płacić duże pieniądze za wynajęcie magazynu. Przechowywanie książki jest sporym problemem dla wydawcy, zwłaszcza usługowego, bo skoro nie promuje on książek, to jakim cudem mają się sprzedać…? Zalegają więc tylko na półkach i obrastają kurzem. Albo, co więcej, trzeba je przerzucać z miejsce na miejsce i nadwyrężać kręgosłup, by jakoś zapanować nad pogłębiającym się chaosem… W końcu co chwila dochodzą nowe niesprzedawalne tytuły!

3. Dystrybucja

Bardzo wiele wydawców pisze, że współpracuje z hurtowniami. I jest to prawda – umowy o współpracę są podpisane! Ale jak ta współpraca wygląda? Tego nie wie nikt. Zdradzę Wam moje hobby, jest trochę wstydliwe, ale co mi tam, i tak niektórzy już mówią, że jestem dziwna. Otóż kiedy odwiedzam nową księgarnię, lubię zapytać o kilka książek wydawnictw, za którymi nie przepadam, by utwierdzić się w przekonaniu, że dalej oszukują swoich klientów i mogę ich dalej nie lubić. Na stronach www piszą, że dystrybuują książki do księgarń, ale w istocie można je kupić tylko i wyłącznie w ich własnych księgarniach internetowych.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo sprzedając książkę bez pośrednika, czyli hurtowni, wydawca może włożyć więcej monet do własnej kieszeni, nie dzieląc się z nikim. Hurtownie zaś życzą sobie 50% rabatu od ceny detalicznej (drukowanej z tyłu okładki). Jeśli więc wydawca decyduje się przyjąć cenę 34,90 zł hurtownia otrzyma książkę za 17,45 zł.

Częściowo rozumiem takich wydawców, ale dlaczego nie powiedzieć tego klientowi wprost? Nie robimy dystrybucji hurtowej, bo nam się to nie opłaca, Tobie też, drogi autorze. Ale nie powiemy Ci o tym, bo wtedy zażądasz wyższego honorarium. A, racja, właśnie sama sobie odpowiedziałam na to pytanie.

4. Opóźnienia

Zdarzają się, a i owszem! I ja właśnie siedzę nad redakcją, którą miałam oddać mojemu autorowi dwa tygodnie temu. I wiecie co? Mnie samej cholernie to przeszkadza, ale tak to jest, kiedy się nie podpisuje umowy. Dlatego od teraz na każdą usługę zawieram z klientem umowę, w której przewidziane są sankcje za opóźnienia, by zmotywować się do lepszego rozplanowania czasu na pracę. I Wam również polecam zawarcie takiego opisu w umowie z wydawcą! Jeśli się spóźni z wykonaniem usługi, niech zwróci część kosztów. Chyba, że spóźni się z Waszej winy… (Bo na przykład macie zbyt dużo uwag w trakcie korekty autorskiej). Wtedy Wy również powinniście ponieść dodatkowe koszty, żeby było sprawiedliwie.

5. Ceny

Niestety, wydawnictwa usługowe narzucają gigantyczne marże na wykonywane czynności. Piszą, że jest tanio, a w istocie można by i tak dużo taniej! Dlaczego? Bo muszą utrzymać pracowników, którzy są odpowiedzialni za pozyskanie nowych zleceń, biuro, magazyn, zapłacić podatki (ach, jak ja tego nie cierpię!), a tu jeszcze jakiś wyjazd na targi książki, a tu trzeba na nową inwestycję odłożyć…

6. Redakcja

Często jest albo niewidzialna, albo trzeba za nią dodatkowo słono zapłacić. I wiecie co? I bardzo dobrze. W tym jednym aspekcie lepiej wyłożyć worek pieniędzy i mieć dobrze zredagowaną książkę, nić szczędzić kasy i potem chować głowę w piasek, gdy blogerzy, czytelnicy i inni redaktorzy zaczną wytykać błędy. Sprawdźcie, co się działo w ostatnio wydanej książce Zadie Smith. Jak widać, nawet wydawnictwa tradycyjne oszczędzają na redakcji…

Wszystko o redakcji książki!

7. Kiepska jakość druku

Wydawca usługowy lubi się chwalić, że ma zaufane, tanie drukarnie, i że dopilnowuje jakości druku. Tak, lubi się chwalić, dobrze to ujęłam. A co za tym idzie? Cóż, nie wiele. Jakoś nie widzę, by większość wydawców pędziła w środku nocy do drukarni, by sprawdzić, czy maszyny tną prosto okładki. Widziałam naprawdę wiele wpadek w druku i to każdego chyba rodzaju. Od pomieszanych stron, przez kiepską jakość zdjęć po braki literek ą w całym tekście. Ale nie da się wszystkiego upilnować, kiedy produkuje się książki taśmowo i jest jednym z klientów w firmie, która wydaje 20, 50, 100 i więcej tytułów rocznie! Nauczona takim doświadczeniem, postanowiłam, że jeśli będę pomagać wydawać książki moim autorom, to naprawdę w niewielkiej ilości. Jedna lub dwie rocznie naprawdę w zupełności wystarczą. Chyba, że moja firma kiedyś się rozrośnie, ale na razie tego nie mam w planach.

Jaki nakład ma mieć moja książka? Ile drukować egzemplarzy?

8. Okładka, która odstraszy czytelnika

Z góry przepraszam za to, na co właśnie patrzycie, ale nie mogłam się powstrzymać.

Tę okładkę bym w Paintcie lepszą zrobiła. Najgorsze jest to, że nie wiem, czy to tomik poezji, czy powieść, czy zbiór erotycznych grafik. Tytuł powinien delikatnie to sugerować.

 

Ta okładka to chyba nawet w Paintcie nie była robiona, tylko w Wordzie ’95…

Tutaj mamy do czynienia z tomikiem poetyckim. Ale jak mają się liście do naszego kraju? Nie mam pojęcia. Może Polska potrzebuje walnięcia z liścia? A może wydawca?

Ja rozumiem: autor ma swoją wizję na okładkę i trzeba ją uszanować. Ale świętym obowiązkiem każdego wydawcy jest służyć mu radą. I gdy widzi się, że autor popełnia głupotę, strzela sobie w kolano (tak jest zazwyczaj, dziwnym trafem autor w 90% zawsze wybiera ten najbrzydszy projekt albo najdalszy od marketingu), trzeba się ze wszystkich sił postarać mu to wyperswadować. A przede wszystkim dostarczyć mu dobre projekty, a nie takie… Hm. Wyjątkowo zabrakło mi epitetu. No, śliczności powyżej, prawda?

Przepraszam, mam nadzieję, że graficy i autorzy nie poczują się zbyt dotknięci moimi słowami. Tak, byłam brutalna, nie ukrywam. Potraktujcie to jednak jako mobilizację do czynienia lepszych okładek.

9. Zła marka

Znam blogerów, dziennikarzy czy artystów, którzy słysząc o danym wydawnictwie, nie chcą dotknąć nawet kijem od szczotki ich książek! I z góry skreślają tytuły, które zostały opublikowane pod nielubianym przez nich szyldem. Nie uważam, żeby to było fair. Wiadomo, książka książce nie równa, ale ostrzegam Was po prostu: sprawdźcie reputację danego wydawnictwa, zanim się z nim zwiążecie, bo możecie mieć bardzo pod górkę! Popytajcie innych autorów, czy są zadowoleni albo po prostu zróbcie research w Internecie czy grupach tematycznych na Facebooku. (Przy okazji, zapraszam do moich wspaniałych dziewczyn w grupie Kobiety piszą).

10. Brak honorarium lub ogromne opóźnienie w jego wypłacaniu

Czy znacie piosenkę Kultu Muj wydafca jest złodziejem? Podejrzewam, że gdyby nie wstyd, większość autorów wydających usługowo zaczęłaby chodzić po mieście, nieustannie nucąc tenże utwór. Jedno z wydawnictw typu vanity press obiecuje w swoim newsletterze i na stronie www, że dzięki wydaniu książki razem z nimi, autor stanie się milionerem, bo to najlepsza inwestycja. Bardzo chciało mi się z tego na początku śmiać, ale potem aż łezka mi się w oku zakręciła, bo to wierutne kłamstwo. W moim ostatnim (i pierwszym) podcaście, którego możecie posłuchać TU, opowiadałam, że wydawnictwa mają czelność podsuwać ludziom idiotyczne pomysły, by brali kredyty na wydanie książek. Ale jak to później spłacą, skoro wydawca nie raczy wypłacać honorarium? Załamanie nerwowe gotowe.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Całkiem sporo tych wszystkich pułapek w wydawnictwach usługowych, a ja nawet nie jestem pewna, czy wspomniałam o wszystkich. To, że publikujecie swoją książkę w ramach vanity press, zwłaszcza, jeśli jest ona Waszym debiutem, nie musi kończyć się klęską i zgrzytaniem zębami przez wiele lat na samą myśl o wydawcy. Przeciwnie, Wasza wspólna przygoda może się potoczyć bardzo korzystnie, o ile uzgodnisz wszystkie szczegóły współpracy tak, by zostały spisane w umowie wydawniczej. Wydawnictwa usługowe mają też mnóstwo zalet, ale o tym w kolejnym wpisie… Nie przegap go i polub mój fanpage, by być na bieżąco!

Pamiętaj, że zawsze możesz skontaktować się ze mną pod adresem mailowym fabrykadygresji@gmail.com!
A jeśli trafiłeś na nieuczciwego wydawcę i chcesz podzielić się swoim doświadczeniem w komentarzu, by ustrzec innych, nie krępuj się.

To chyba tyle na dziś!
Twoja

Recenzja książki przed wydaniem? Od tego należy zacząć!

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku

Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika

Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko

Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi

Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia