Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku

Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika

Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko

Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi

Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia

To jak to jest być pisarzem?

Ostatni post o tym, czyli 10 wskazówek, jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem, nakłonił mnie do napisania o tym, jak to samemu jest być pisarzem. Konkretniej, zostałam do tego zainspirowana przez Nieortodoksyjnego, za co mu bardzo dziękuję, którego pozdrawiam, i na którego stronę gorąco zapraszam. 
To jak to jest być pisarzem?
Pewnego dnia budzisz się i wiesz: jesteś pisarzem.
Myślisz sobie: to brzmi dumnie. Artystycznie. W zasadzie bycie pisarzem to bycie częścią bohemy, bycie nadczłowiekiem. To pozytywne odczucie, zdecydowanie. 
Ale potem zdajesz sobie sprawę z tego, że może niekoniecznie. Przez długi czas pisaniem książek nie zarobisz na chleb. Na jeden bochenek nawet. A być może będziesz musiał zainwestować w opublikowanie swojego twórczego dorobku. Wtedy myślisz sobie: o kurwa. 
Dochodzi do tego mnóstwo innych problemów: pertraktacje z wydawnictwami, spieranie się z rodzicami, którzy wciąż łudzą się, że jakimś cudem uda ci się zostać dentystą albo chociaż optometrystą, no dobrze, od biedy weterynarzem albo nauczycielem, byle uczciwie zarobić, bo pisarz tylko chleje. Ewentualnie popada w rozliczne depresje. A jeśli to pisarka, to albo puszcza się z malarzami, albo prowadzi przykładny dom, opiekuje się dziećmi, robi mężowi kanapki do pracy i pisze okropną chałę. Rozumiesz rodziców, bo trudno ci się z nimi nie zgodzić, przecież taka jest prawda. Smutna, ale wciąż prawda.
Wyrywasz sobie włosy z głowy, żeby to, co napiszesz, nie tylko spodobało się tobie, ale i czytelnikowi. Kłócisz się z redaktorem, bo on przecież wie lepiej, o co ci chodzi niż tobie samemu. Po tygodniach, podczas których zaprzyjaźniasz się z neurolem i zomirenem, stwierdzasz, że to bez sensu, więc albo przyznajesz redaktorowi rację, bo to i tak nic nie zmieni, albo zgadzasz się z nim, bo nie pamiętasz, o co ci wcześniej w ogóle chodziło. 
Twój pokój jest oborą. Nie twórczą kuźnią, tylko właśnie oborą. Nie masz gdzie zawiesić korkowej tablicy, którą ukradłeś spod śmietnika, bo nie pozwala ci właściciel mieszkania, które wynajmujesz (szkoda kaleczyć ściany). Trzymasz ją więc pod biurkiem, obok butów do biegania i awaryjnej plastikowej miski. Wyjmujesz ją od czasu do czasu, by dopiąć kolejne karteczki z planem zdarzeń, ale stwierdzasz, że nie masz pinesek. I wtedy przypominasz sobie dopiero, że jest XXI wiek i istnieje coś takiego, jak Google Drive, więc wcześniej po prostu marnowałeś czas, miejsce oraz drzewa. Prawdopodobnie przez ciebie niedługo na Ziemi zabraknie tlenu. 
Ta myśl wytrąca cię z równowagi. Nie, żebyś wcześniej był w jakikolwiek zrównoważony, ale teraz po prostu kręci ci się w głowie. W końcu chcesz, żeby na świecie panował pokój, a żeby tak było, świat musi istnieć, a ty dokładasz swoje trzy grosze do efektu cieplarnianego. Nie wiesz do końca, w jaki sposób. Wiesz, że musisz się uspokoić, więc robisz sobie kawę, która podwyższy ci ciśnienie. Zaczynasz wątpić w logikę swoich poczynań. I słusznie, tylko nie wiesz, co to w ogóle zmienia.
Kawa oczywiście rozlewa ci się na notatki, bo przy wejściu do pokoju potykasz się o karton, w którym stoją książki autorstwa Fitzgeralda, Hemingwaya, Oates, Dickensa i wielu innych mistrzów literackich, którym nigdy nie dorównasz. 
No, oczywiście mógłbyś być jak Twardoch. Napisać kilkanaście powieści, w tym trzy świetne. Jeździć lśniącym merolem, pić wino i jeść dziczyznę w ekskluzywnych lokalach, pisać wtedy, kiedy masz na to ochotę, bo nie musisz chodzić do pracy na etacie… 
Mógłbyś? 
A gdybyś mógł, to czy byś chciał…?
Jedno jest pewne: na pewno nie chciałbyś być Katarzyną Michalak. 
Wchodzisz na fejsa, żeby pośmiać się z jej fanpejdża i od razu pisze do ciebie jedna z przyjaciółek. 
Przypominasz sobie, że jesteś płci żeńskiej, i że ta przyjaciółka to Zuza. Przypominasz sobie następnie, że nie jesteś tylko pisarzem, ale po prostu Emilką. Przechodzisz więc z narracji drugoosobowej na pierwszoosobową, lecz zostaję przy czasie teraźniejszym, żeby nie niszczyć do reszty psychiki Czytelnika (o Czytelniku trzeba myśleć zawsze). 
Zuza dorywa mnie na fejsbuku, bo chce się ze mną zobaczyć. Jest mi strasznie przykro, że nie mogę się z nią spotkać, ale mam plan: będę pisać. Zuza to rozumie, ja wiem, że ona to rozumie, ale i tak jest obu nam po prostu smutno i źle.
Siedzę więc w kuchni i piszę. Naprzeciwko mnie Jagoda uczy się słówek na jutrzejsze kolokwium. Tworzę pierwsze zdanie nowej książki. 
– Jagódka, mogę ci przeczytać? – pytam, dumna z siebie. 
– No – odpowiada, trochę podłamana, bo słówek tak dużo, że trudno to opisać; chyba jakieś siedem kartek. 
– „Ty kretynie jebany, ty chuju zasrany, ślepy krecie pierdolnięty, jedź, jak masz zielone!”
– No nie wiem, John Irving by tak napisał? – pyta sceptycznie.
– No nie, ale ja nie jestem Johnem Irvingiem.
– Ale chciałabyś być.
– Hm, nie do końca. – Nie tłumaczę już, jak to jest mieć autorytet literacki, i po co się go ma, bo to bez sensu, w sumie chciałabym być jak Irving i mojej Jagody nie oszukam. Kłamca kłamcy nigdy nie omami. Lepiej pisać dalej.
Powstaje pierwszy akapit, ale zanim go kończę, do kuchni wchodzi Adam. Pociera swoją kozią bródkę i częstuje nas winogronami. 
– Napisałam pierwsze zdanie nowej książki, chcesz posłuchać?
– No – odpowiada, trochę zmulony, bo jest po zdanym egzaminie i lampce wina, którą, notabene, też skonsumowałam przed przystąpieniem do pisania. 
Czytam. Adam marszczy brwi.
– No nie wiem, trochę wulgarne – wydaje wyrok. I odchodzi.
Kończę pisanie pierwszego akapitu, a do pomieszczenia wkracza dziarsko Bohar. 
– Hop-hop – rzuca beztrosko, przybijając Jagodzie piątkę na powitanie. 
Siada. Podżera winogrona i naleśniki, które spoczywają całkiem dystyngowanie na stole między moim laptopem po przejściach a Jagody notatkami, przez które ciężko jej przejść. Pytam Bohara, czy chce posłuchać pierwszego akapitu mojej nowej książki, ale pod warunkiem, że od razu skomentuje. Zgadza się.
– „Ty kretynie jebany…” – zaczynam.
– Chujowe – wpada mi w słowo.
Czytam całość:
– „Ty kretynie jebany, ty chuju zasrany, ślepy krecie pierdolnięty, jedź, jak masz zielone! –
Szoszana uważała, że trąbienie na innych kierowców jest przejawem skrajnego buractwa. Praktykowała o wiele subtelniejsze metody. Wyjąwszy z ust e-papierosa, opierała smukłe ramię o szlachetnej jak alabaster skórze na okiennej ramie, przechylała się na lewo i raczyła zakorkowaną ulicę soczystą wiązanką, od której większości ludzi więdły uszy, a niektórym nawet dusza w akcie zgorszenia”.
– No nie wiem – rozpoczyna wywód, jak każdy, zero kreatywności. – Ta więdnąca dusza całkiem ładna, ale początek… Hm. Niesmaczny.
– To może to będzie pierwszy rozdział, a wcześniej dodam prolog, bez wulgaryzmów?
Bohar się zgadza i rusza ze swoim życiem. To znaczy: idzie zebrać pranie z suszarki. Do Jagody dzwoni Karola, rozmawiają. Trochę o ciężkich studiach, trochę o jeszcze cięższych powrotach, poruszają też najcięższy z tematów, czyli zahaczają o facetów. 
A ja mam ochotę walić głową w klawiaturę, bo chyba zapomniałam, jak się pisze. 
Co będzie, jeżeli sobie nie przypomnę?
Tu nie ma epilogu, nie ma żadnego wniosku. Jest za to wieczór oraz bardzo nieudane zdjęcie moje i Adama, kiedy próbujemy zrobić sobie ładną, reprezentacyjną fotografię, która pasować będzie klimatem do tej notki na blogu. Ma być depresyjnie, ale z gracją. Wychodzi jak zwykle, czyli zupełnie odwrotnie. Fota tragiczna. Tylko filtr epicki. 

To jak to jest być pisarzem?
Chyba całkiem zabawnie. 

10 wskazówek jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem

Poniższy tekst zawiera 10 wskazówek, jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem. Począwszy od podbicia literackiego serduszka poprzez życiowe tragedie w pięciu aktach, a na epilogu wcale nie kończąc, bo zawsze jest jakieś dalej… Tekst pisany trochę z przymrużeniem oka, trochę z autoironią, a trochę z… bólem tyłka. Metaforycznym, na szczęście.

Pamiętnik, źródło: nocturnal-haven.tumblr.com


1. Niezawodnym sposobem na podbicie serca literata jest pisanie listów miłosnych. O tyle, o ile będą poprawne ortograficznie i językowo. Jeśli nie, bardzo szybko zostaniesz zdyskwalifikowany. 

2. Związek z pisarzem przypomina romantyczną relację z kamerą wideo. Przygotuj się na to, że każdy twój krok jest obserwowany i oceniany pod kątem wykorzystania w powieści. Jeśli chcesz powierzyć partnerowi sekret, lepiej dobitnie zaznacz, by nie został opisany w książce. 
3. Jeżeli wasz związek będzie miał niezbyt miłe zakończenie, będziesz mógł później odnaleźć się w powieści jako jeden z czarnych charakterów.
4. Kiedy zostaniesz zapytany o opinię na temat jakiegoś fragmentu, skomentuj niezwłocznie i dokładnie, zdanie po zdaniu, szczerze, lecz z odpowiednią dozą delikatności, o ile zależy ci na tym związku. 
5. Nie musisz za wiele zastanawiać się nad prezentem z okazji rocznicy. Książka jest zawsze najlepszym pomysłem.
6. Kłótnię możesz bardzo łatwo wygrać, używając jako argumentów cytatów z ulubionych książek swojego partnera. 
7. Jeśli zdecydujecie się razem zamieszkać, przygotuj się na bałagan. Wszędzie będą fruwać kartki papieru i bardzo łatwo będzie nadepnąć na długopis. 
8. Będziesz notorycznie zdradzany z całą plejadą postaci literackich albo mistrzów pisania. 
9. Przygotuj się, że jeśli twój partner ma wenę i zapał do pisania, możecie się nie widzieć przez długi czas. 
10. Jeśli twój partner będzie cierpiał na niemoc twórczą, okaż zrozumienie. Wspólnie wybierzcie się do kina albo posłuchajcie audiobooka, który być może natchnie pisarza do stworzenia jakiegoś tekstu. 
Może powinnam dodać coś do 10 wskazówek jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem? Jak sądzicie? Czy o czymś zapomniałam? Walentynki już niedługo, więc można się śmiało zasugerować tekstem. Albo zastanowić się, czy wybrany przez Was obiekt uczuć stanowi na pewno taką dobrą partię. Może lepiej rozejrzeć się za panią inżynier albo panem technikiem? 

11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy

Poniżej przedstawiam Wam 11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy. Ich wartość musicie ocenić sami. Choć mają w sobie sporo prawdy, osobiście użyteczność tych porad szacuję na minus miliard, ale coś muszę pisać, skoro nie potrafię się zmobilizować do pisania powieści, prawda? Blog jest w takim przypadku najlepszym dystraktorem.

źródło: www.flickr.com autor: Azzari

1. Książka się sama nie napisze. To, myśl, która codziennie, kiedy tylko otworzysz oczy, sprawia, że chcesz je z powrotem zamknąć. Nawet na zawsze. Ewentualnie sprzyja występowaniu skurczów pośladków lub przyprawia o trudności z oddychaniem, zwłaszcza, jeśli terminy gonią.
2. To, co Ty uważasz za doskonały owoc swojej ciężkiej pracy, świetlistą perłę, będącą cudownym przeistoczeniem Twojego artyzmu w formę fizyczną, a co inni widzą jako książkę, Twój wydawca widzi jako towar, który musi sprzedać. Totalna bezczelność, prawda? 

3. W związku z powyższym, irytowanie się z powodu niezałatwienia Ci przez wydawcę (lub jego asystentkę) lektyki z Ryczypip do Krakowa, byś mógł stanąć na czerwonym dywanie podczas targów książki, jest totalnym bezsensem. Zaprzestań. Po prostu popłacz trochę i poużalaj się nad swoim nędznym losem. W dzisiejszych czasach nikt nie szanuje artystów.
4. Mówienie o tym, że masz pomysł na książkę, nie sprawi, że prace nad książką posuną się do przodu, ale…
5. …umożliwi to ciekawa dysputa w gronie literatów. Upewnij się wszak przedtem, czy aby na pewno w domu czekają na Ciebie proszki na kaca i kilka litrów wody mineralnej. 
6. Ciągłe porównywanie się ze światłowej sławy twórcami, wprowadza w wymarzony do pisania poezji nastrój beznadziei i zachęca do rozmyślania o stu jeden sposobach na popełnienie samobójstwa. To niezły materiał na serię opowiadań. 
7. Ciągłe porównywanie się z tymi żałosnymi amatorami, blogerami, debiutantami, których niby przypadkiem spotykasz, utwierdza Cię w przekonaniu, że masz tak rewelacyjnie opanowany warsztat i jesteś tak swietnym pisarzem, że tylko jakieś fatum sprawia, iż nikt nie chce kupić Twojej książki. Hm, a może to dlatego, że też jesteś amatorem i jeszcze niczego nie opublikowałeś. Albo też prowadzisz bloga i zamiast pisać książki, piszesz o książkach. Damn it!
8. Wpieprzanie frytek i popijanie ich hektolitrami coli nie sprawi, że książka się napisze. Sprawi, że będziesz gruby, ale potem będziesz mógł opisać swoje zmagania się z nadwagą. Widzisz? Nawet brak weny się na coś przydaje. A może by tak po prostu napisać książkę kucharską?
9. Im bardziej próbujesz się zmobilizować do pisania, tym mniej Ci to wychodzi. Cokolwiek się dzieje, jest to wina wydawcy, nie Twoja. Nagle psuje Ci się laptop? Wina wydawcy. Wypisał Ci się długopis albo zgubiłeś zeszyt z pomysłami? Wina wydawcy. Huragan w Kalifornii? Wina wydawcy. Głód na świecie? Chyba wszyscy wiemy, czyja to wina.
10. Prędzej zyskasz zdolność pirokinezy niż napiszesz coś dobrego, jeśli nie czytasz książek innych autorów. Ach, podpalanie jest takie przyjemne, prawda?
11. To, że dobre teksty rodzą się tylko i wyłącznie z cierpienia, smutku, depresji czy tragicznych przeżyć autora, wcale nie jest absolutną prawdą. Zawsze znajdzie się wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego zawsze dbaj o swoje beznadziejne samopoczucie!
Do powyższych 11 faktów i wskazówek dla początkujących pisarzy można jak najbardziej podchodzić z przymrużeniem oka. Wasze podejście jednak, nieważne, jakie by nie było, nie zmieni faktu, że cholernie trudno mi spiąć poślady i powrócić do pisania. Możecie poklepać mnie po główce i troszkę pożałować. Poniewać nic, prócz samego artysty*, nie zmobilizuje go do podjęcia dalszego  trudu aktu tworzenia.

_________________________________
*Czyli znowu jestem w dupie, bo nie jestem artystą, tylko rzemieślnikiem. Ech, zawsze pod górkę.

Nie sztuka być autorem

Dzisiaj zabawię się w filozofa, języko(nie)znawcę oraz namolnego pytacza. W wersji feministycznej: filozofkę i języko(nie)znawczynię. Od pewnego czasu łażę za ludźmi i zadaję im pytanie, brzmiące: co różni pisarza od autora? Bo to, że się różnią, jest faktem, w końcu każdy pisarz jest autorem, ale nie każdy autor może być pisarzem. A skoro tak, to dlaczego? 

Leonid Pasternak, Pasja tworzenia, źródło: en.wikipedia.org
Pierwszym, najbanalniejszym powodem, będzie pewnie zakres twórczości. Autor obryzganego farbą płotna to malarz. Autor płynących z niebios melodii wykonywanych przez orkiestrę symfoniczną ze szczecińskiej filharmonii to kompozytor.** Z kolei haftów w muszli klozetowej to pijak. Ewentualnie student. Etc… Pisarz zaś musi posługiwać się słowem pisanym. Semantyka i logika się kłania. 

Drugim, nieco głębszym uzasadnieniem takiej teorii, będzie… zarozumiałość. Tudzież skromność właśnie. Autor brzmi tak zdawkowo, lekceważąco, a pisarz? To brzmi dumnie! Lecz prawdopodobnie tylko w opinii autora. Bo kiedy zapyta się o to pisarza, okazuje się, że albo 
a) ma wyjebane,

b) udaje, że ma wyjebane. 

Przykład? Jakub Żulczyk. Cytuję: 

„Literat”, „pisarz„, „autor” to moim zdaniem synonimy, to pierwsze ma swoje zabarwienie bo jest przede wszystkim nieco archaiczne, w PRL-u mówiło się „literaci”, ale moim zdaniem szukanie różnic semantycznych między tymi określeniami to dorabianie niepotrzebnej filozofii. Niektórzy ludzie podchodzą do słowa pisarz bardzo czcigodnie ze względu na bardzo długą tradycję zawodu i trudno im przypiąć to samo określenie zarówno do Marcela Prousta i Jasia Kapeli. Technicznie natomiast obaj pisarzami są, z tym że Jasia Kapelę osądzi ludzka pamięć, bo Prousta dawno już osądziła. Powtórzę się, to są synonimy i niepotrzebnie Pani się tą kwestią, moim zdaniem, zajmuje. Dejmek powiedział kiedyś o aktorach, że są do grania jak dupa do srania. Ja dodam od siebie, że czasami zjawiają się aktorzy wybitni, i z pisarzami jest podobnie. Pozdrawiam.

Oczywiście to, czy Żulczyk jest pisarzem, można zakwestionować, jak zresztą wszystko, co istnieje we Wrzechświecie, włącznie ze Wszechświatem oraz samym istnieniem. Niemniej, o ile nie jestem cieniem w platońskiej jaskini, a nawet jeśli, to wydaje mi się, że Żulczyk jest pisarzem, i to całkiem dobrym. Tak samo zresztą, jak Nikodem Pałasz, choć ten jest nieco inną postacią. Bardziej brodatą, to raz. A dwa, że nie tylko związaną z pisaniem, ale i ze sportem, i z przestępstwami… W końcu tworzy kryminały. Zaś na dany temat wypowiada się następująco:

To zależy od tego, jak jestem przedstawiany. Jeśli jestem przedstawiany jako pisarz – to super! Ale jeśli jako autor, to też fajnie, nie mam kompleksów ani ambicji z tym związanych. Nie wiem też do końca, czy to ma aż takie znaczenie. W końcu nawet wielcy pisarze twierdzili, że są autorami. Najważniejsze, że moja córka mówi o mnie, że jestem pisarzem. Fajne jest to, że mogę pisać i mam wydawcę, który chce to publikować, i nawet motywuje mnie, żebym tworzył kolejne rzeczy. A czy ktoś nazwie mnie pisarzem, autorem, twórcą, gryzipórkiem czy skrybą nie ma dla mnie większego znaczenia.
Kadr z filmu Świat według Garpa. Tytułowy bohater, pisarz, byłby nikim bez wsparcia swojej szalonej rodziny. Źródło: http://radziwill.us/clglrowijoli.html
Może autor Brudnej gry oraz Sam na sam ze śmiercią, tudzież po prostu pisarz kryminałów, odkrył największy z sekretów? Ważne, jakimi jesteśmy w oczach naszych najbliższych? Czy to nie oni definiują cały świat wokół, włącznie z nami samymi?

Po trzecie, autora od pisarza różnią pieniądze. Autor tworzy, ale niekoniecznie na swoich dziełach zarabia, zaś pisarz… Lek-arz, dek-arz, mur-arz, pis-arz… Widzicie pewną koneksję? To zawody są przecież. Albo fachy, zależy. Pół żartem, półserio, gawędziliśmy sobie podczas Warszawskich Targów Książki na ten temat z Michałem Olejnikiem. Opowiadałam mu, że znajomy zdziwił się a propos mojej niezbyt obszernej wiedzy dotyczącej nagród literackich, no bo przecież jestem pisarką i powinnam z tego tytułu lepiej orientować się w temacie. 
M: Przecież jesteś autorką, nie pisarką. Ile książek wydałaś? Jedną.
Emilka: No to od kilu zaczyna się być pisarzem?

M: Od dwóch! <Śmiech>. Pisarzem chyba jesteś wtedy, kiedy żyjesz z pisania. Tak samo jest jak z byciem fotografem. Teraz każdy robi zdjęcia, ale nie każdy na tym zarabia. 

Pisarz listów w Indiach przyjmuje wytyczne od klientki. Praca jak każda inna. Autor zdjęcia: Rita Benjeri. Źródło: en.wikipedia.org  
Trudno się nie zgodzić, prawda? Tym bardziej, że nawet definicja w PWN-owskim Słowniku języka polskiego nakierowuje na podobne wnioski. Według niej, pisarz to 
1. «ten, kto pisze, zwłaszcza prozą, utwory literackie»
2. «w dawnych urzędach miejskich, kancelariach królewskich itp.: urzędnik pełniący funkcję sekretarza»
Jasne? Jasne. 
Ale… 
(Zawsze musi być jakieś ale, w końcu kobietą jestem)!***
…wciąż pozostawia troszkę wątpliwości. Dlatego postanowiłam udać się z moją rozkminką do największego piechura, jakiego znam. Ludzie, którzy dużo chodzą po świecie, powinni dużo wiedzieć o świecie. 
E: Łukasz? Czym się różni pisarz od autora?
Łukasz Supergan: <Długa chwila ciszy&gt;. Najkrócej mówiąc, autor to rzemiosło, a pisarz to sztuka. Każdy, kto coś napisze, jest autorem tego tekstu. Jestem autorem jednej książki i kilkudziesięciu artykułów. Jestem też autorem mojego bloga. Pytanie, czy każdy, kto napisze chociaż jedną książkę, jest pisarzem.
E: No to kim jest ten pisarz?
Ł: <Baaaaaardzo długa chwila ciszy&gt;. Dobre pytanie. Ja na przykład mógłbym napisać jeszcze parę książek, ale nadal się będę uważał za autora tych książek. Pisarzem byłbym, gdyby pisanie stało się moją podstawową działalnością. Mam nadzieję, że tak nigdy nie będzie. Dla Messnera**** himalaizm i wyprawy stanowią jego podstawową działalność, a książki – dodatkową. Ja tak samo, mógłbym zrezygnować z pisania, ale nie z podróży. A dla pisarza? Pisanie jest sprawą pierwszorzędną. Z drugiej strony przychodzi mi taka łatwa kategoria, że są ludzie, których nazywamy pisarzami, niekoniecznie dlatego, że poświęcali się dla pisania, ale dlatego, że stali się klasykami, np. Nicolas Bouvier od Oswajania świata. Pisarzem jest ten, kto staje się klasykiem, nawet za życia. Na bycie pisarzem trzeba sobie zasłużyć. To by była definicja.
Ogólnie rzecz biorąc, zapewne straciłam mnóstwo swojego czasu, zastanawiając się nad kwestią bycia-niebycia pisarzem oraz autorem. Co więcej: zabrałam go innym osobom, być może pisarzom (autorom)? Stwierdzam jednak, że czasem dobrze jest na chwilę zatrzymać się i pogdybać, nawet, jeśli chodzi o oczywistości, które podskórnie rozumiemy. A kiedy dziś po raz kolejny weszłam na stronę Słownika języka polskiego, zobaczyłam, że taka zagwozdka pojawiła się nie tylko w mojej głowie. Ktoś w tej samej sprawie napisał do poradni językowej i zyskał odpowiedź samego profesora Mirosława Bańko:

Są różne kryteria bycia pisarzem, jednym z nich jest np. legitymacja Związku Literatów Polskich, choć oczywiście trudno uważać, aby był to warunek konieczny. Podobne pytania można zadawać niemal o wszystko, np. kiedy obrus jest brudny: czy już wtedy, gdy ma jedną plamkę wielkości łebka od szpilki, czy dopiero kiedy ma dwie takie plamki itd. (a jest to praktyczne zagadnienie, bo od decyzji może zależeć, czy w danej restauracji obrus zostanie wymieniony, czy nie). Eubulides (uczeń Euklidesa) w bardzo podobny sposób pytał, od jakiego momentu ktoś zaczyna być łysy (i od kiedy przestaje, jeśli włosy szczęśliwie zaczną mu odrastać). Jak widać, pytanie, które Pan postawił, ma długą tradycję.

Prawda objawiona. Źródło: demotywatory.pl

Podczas jednego z moich ostatnich spotkań autorskich (których łącznie było trzy, z czego na jedno przyszli sami znajomi, na drugie nie tylko znajomi, a na trzecie nikt), pewien pan powiedział mi, że jestem bardzo dojrzała, jak na swój wiek. Od razu zanegowałam jego wypowiedź. Im starsza jestem, tym częściej czuję się jak dziecko we mgle. Zwłaszcza w kwestii pojęć. Mimo wszystko, cieszę się, że nie straciłam zdolności do stawiania pytań, bo zyskiwanie odpowiedzi – nawet tak różnych, czasami sprzecznych ze sobą – mimo wszystko wzbogaca. Budujące jest też to, że zawsze znajdzie się obok człowiek, który wspólnie będzie chciał się pozstanawiać i pospieszy z podzieleniem się swoimi własnymi refleksjami. Zatem nie słuchajcie matek, które często przywołują Was do porządku, używając sformułowania nie filozofuj zamiennie z nie pyskuj. Róbcie to, do woli! Pamiętajcie jednak, by jednocześnie działać. Dobra rozkmina przy winie nie jest zła – byle nie trwała za długo. 

Dlatego stwierdzam, że czas kończyć. Jutro ostatni dzień Warszawskich Targów Książki i powrót do poznańskiej, lecz równie fascynującej rzeczywistości. I rodzi się właśnie w mojej głowie kolejne pytanie, może nawet bardziej istotne w swej prozaiczności niż rozważania o różnicach między pisarzem a autorem… Gdzie ja spakuję te wszystkie kupione książki?!*****
________________________________________________________
*Sami oceńcie, która opcja Wam bardziej pasuje. Mnie – ta pierwsza, być może dlatego, że mam mentalne jaja.
**I geniusz, a konkretnie Jimek, którego polecam całym sercem. 
***Znowu się utwierdzam, że utrwalam chore stereotypy dotyczące mojej płci, ale nie mogę z siebie tego wyplenić – może w takim razie jestem mizoginistką zamiast feministki? Tak łatwo się teraz pomylić…
****Nie wiem, kto zliczy te gwiazdki w przypisach. W każdym razie: Reinhold Messner, himalaista, alpinista, ogólnie podróżnik, ponoć bardzo sławny.
*****Tak oto po raz kolejny proza życia pobiła na głowę filozoficzne wzniosłości. Po raz kolejny, bo na spotkaniu autorskim w Nowym Tomyślu jeden pan, ten sam, który powiedział, że jestem dojrzała, stwierdził, że Piromani są, z tego co słyszy, bardzo dobrą książką, ale jej nie kupi. Mając do wyboru lekturę za trzydzieści złotych i kilogram szynki w tej samej cenie, jednak wybierze kilogram szynki. Przyznaję mu rację. Papierem nie da się najeść.