Listopad — parapetówka z dementorem i trzy wykastrowane koty, czyli na szczęście okazuje się, że dalej jestem pisarką

Listopad — parapetówka z dementorem i trzy wykastrowane koty, czyli na szczęście okazuje się, że dalej jestem pisarką

Słysząc dźwięk budzika, zrywam się, by go wyłączyć i przez chwilę siedzę rozwalona na łóżku, nie wiedząc, co się dzieje. Najpierw sobie myślę: oesu, ale dobrze pospałam, nie pamiętam, jak się nazywam i gdzie jestem. Może już sobota? Potem, w ciężkich buciorach,  powraca świadomość, tupiąc głośno i rujnując poranek. Jest dopiero wtorek, wczoraj siedziałaś w pracy do dziewiętnastej, a potem poszłaś do miasta się napić. A teraz chluśniesz sobie wodą w twarz, opatulisz szalem i pobiegniesz przez Półwiejską znowu do biura. I powtórzysz scenariusz co najmniej dziesięciogodzinnego zapierdolu.

Pewnie nie narzekałabym tak, gdyby aura była bardziej sprzyjająca. Gdybym nie topiła się w odmętach czarnych myśli i walczyła desperacko o haust powietrza. Gdyby na dworze zamiast mrozu i pozbawionego koloru nieba świeciło ciepłe słońce. Gdybym w perspektywie miała jeszcze kilka par majtek na zmianę. I gdyby moim śniadaniem nie była zaczęta w zeszłym tygodniu paczka prażynek. I gdyby nie moja Przyjaciółka Jagódka, nie myślałabym w ogóle o wolnym. Ale zadzwoniła do mnie, żeby powiedzieć, że zrobiła już rezerwację na trzy dni w Międzyzdrojach.

Dodatkową niesprzyjającą okolicznością jest ósemka, powoli wyrastająca gdzieś w tyle mojej paszczy. Czuję się co kilka dni, jakbym miała w ustach UFO, wraz ze statkiem kosmicznym i dyskoteką na pokładzie. I to, że dzisiaj właśnie mijają dokładnie trzy lata, odkąd pracuję w wydawnictwie. Bardzo dziwnie mnie to nastraja. W ogóle, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, iż ostatnie trzy miesiące nie były najlepsze, i co było tego główną przyczyną, to myślę sobie, że najwyższy czas to zmienić.

Bossy zapytał mnie ostatnio, kiedy będą Piromani 2. Odpowiedziałam, że nigdy. Nie chodzi o to, że nie przewiduję kontynuacji mojego debiutu literackiego, wręcz przeciwnie (tylko że pod tytułem Piromanki, bo treść z pewnością będzie bardziej feministyczna). Nie wyobrażam sobie braku kontynuacji przygód Lidki. Przecież wymyśliłam je (po części sama przeżyłam) bardzo dokładnie. Ale to nie jest mój priorytet na 2018 rok.

Otóż na początku 2018 roku ukaże się na pewno (co najmniej jedno) moje opowiadanie w kwartalniku Fabularie. (Tak, będzie można kupić w Empiku). Nosi tytuł O trzech wykastrowanych kotach. Na pytanie, o czym traktuje tekst, wersja dla mojej mamy brzmi: o kotach. Pamiętajcie i mnie nie sprzedajcie (przynajmniej nie tanio, dobra?), gdyby przyszło Wam rozmawiać z Mirką. Między nami dodam, że pełna nieoficjalna wersja opowiadania brzmiała O trzech wykastrowanych kotach, czyli metafora mężczyzny po czterdziestce. Różnie można interpretować to, co napisałam, ale tekst ma zdecydowanie silny rys erotyczny. Pada tam słowo kutas i kilka życiowych mądrości, czyli jak najbardziej mój styl znany Wam z Piromanów został zachowany. Jednym z wątków jest choroba głównej bohaterki (oczywiście młodej pisarki, no jakżeby inaczej). Choroba albo z prawdziwej miłości, albo po prostu z powodu uganiania się za kocurami. No co kto woli, ja Wam nie powiem, co myśleć.

No i piszę dalej drugą książkę, miałam ją skończyć 30 grudnia. Nie uda się na pewno, ale szanse na publikację pod koniec 2018 roku wciąż jakieś tam są.

Wiecie, co? Gdybym nie miała oparcia w pisaniu, to naprawdę bym sobie nie poradziła z własną głową.
Oczywiście, nie chcę tu umniejszać wsparcia moich bliskich, dzięki którym zachowuję względną stabilność, otrzymuję od nich ciepło i bliskość, ale wiecie, jak to jest. Im bardziej Ci na kimś zależy, tym bardziej ta osoba może Cię skrzywdzić, nawet mimowolnie. Troska o rodziców, przyjaciół czy chłopaka/dziewczynę też potrafi być wyczerpująca.

Byłabym jednak tępą dzidą, gdybym zapomniała wspomnieć o imprezie. Dziękuję wszystkim gościom za uczestnictwo w parapetówce i przyniesienie przepięknych zielonych maluszków, które dołączyły do mojej miejskiej dżungli. Cieszę się, że pomimo depry i wypruwania sobie flaków po dziesięć godzin w robocie, wciąż o mnie pamiętacie i przyszliście w tak licznym gronie. Boże, jak mi się dobrze zrobiło, gdy zobaczyłam Wasze pysie. Szczególne podziękowania dla Buby, który jako jedyny uwierzył w to, że impreza jest przebierana, więc zrobił furorę w kostiumie dementora. I dla Andrzeja, który, kiedy zwierzałam mu się z moich przeżyć, powiedział szczerze: o rety, a ja myślałem, że u ciebie bardziej kolorowo. Konkluzja? Nie wierzcie mediom społecznościowym. Raczej staram się ukrywać moje doliny, by nie zarażać Was wirusem depresji.

Chociaż może nie, w końcu pierwszy odcinek mojego kanału na YouTube nosi roboczy tytuł Lęki, narkotyki i obsesje, czyli kiła i mogiła wśród literatów. Chyba, że pomożecie mi wymyślić lepszy (na przykład w komentarzach poniżej), to się ustosunkuję. Ale żeby odcinek został wypuszczony, jak już wielokrotnie wspominałam, na Facebooku Fabryki dygresji musi widnieć liczba 1K. Zatem wiecie, co robić, ale dziękuję już za pierwsze szesnaście subskrypcji, to bardzo miłe.

Trzy wnioski na koniec.
Po pierwsze, mniej przejmować się pracą.
Po drugie, jeść zdrowe rzeczy i zacząć znowu ćwiczyć.
Po trzecie, więcej czytać.
(Bo przeczytałam tylko nowego Miłoszewskiego i Artemis, a w kolejce fenomenalne Włam się do mózgu Radka Kotarskiego i Samotna Lalka o amerykańskiej pisarce Dare Wright).

Oto moja recepta na szczęście. A Wasza, na te trudne, ostatnie dni roku 2017?
Proszę o podpowiedzi.

Wszystkie dobrego, moi mili!

Wasza

Emilia

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Ostatnie popołudnie października spędzam na powolnym pisaniu i głębokim oddychaniu. Trochę mam łzy w oczach, że przetrwałam kolejny ciężki miesiąc i ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolona. Tak więc są to łzy ulgi. Teraz jest mi dobrze i błogo.

Co się działo? Zacznijmy od życia osobistego.

Znaleźliśmy mieszkanie!

Dobrze, nie my znaleźliśmy, a zostało nam znalezione (:*). Praktycznie nie zaczęliśmy jeszcze na dobre szukać, a tydzień później wprowadzaliśmy się już do klimatycznego, przestronnego i schludnego mieszkanka w starej części Miasta Doznań. Nigdy jeszcze nie mieszkałam w tak sympatycznym miejscu. Stara kamienica, w powietrzu wiruje historia, jest dużo przestrzeni na uprawę kwiatów, więc niebawem zamierzam urządzić prawdziwe urban jungle.

Przez przeprowadzkę nie miałam w sumie sporo czasu na czytanie, skończyłam trzy książki. Jolantę, Czerwone dziewczyny i Szaloną geometrię miłości. Tej ostatniej nikomu nie polecam, chyba że najgorszemu wrogowi. Stek emocjonalnych bzdur, który w ogóle mnie nie zainteresował i muszę przyznać, że niektóre opisy po prostu pomijałam. Inaczej bym zasnęła. Totalna tandeta. Z każdej książki zawsze staram się wyciągnąć coś pozytywnego, ale losy bogatej lesbijki i jej nieustanne wzdychania w stosunku do nowej wybranki przez, uwaga, 448 stron, przyprawiły mnie o nic innego jak rozwolnienie mózgu oraz poczucie straty czasu. Fuj.

Myślałam sobie też, że uda mi się ominąć wątek #metoo, bo czy #jateż? Zaczęłam się zastanawiać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, by mężczyzna dotknął mnie wbrew mojej woli? Nie pamiętam. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek molestował mnie psychicznie, czyniąc niestosowne uwagi? Możliwe. Ale też tego nie pamiętam. Natomiast dowiedziałam się dzięki tej kampanii, i uwierzcie mi, spadło to ma nie jak prawdziwy grom z jasnego nieba, że ktoś mi bardzo bliski owszem. Przez długi czas. I muszę przyznać, że ta wiadomość bardzo, ale to bardzo na mnie wpłynęła. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić cierpienia tej osoby. I nie wiem, jakim człowiekiem mnie to czyni, ale wreszcie wiem, po której stronie we Wzgórzu Psów Jakuba Żulczyka bym stanęła.

Konkluzja dalej jest ta sama. Trzeba żyć dalej. Naprzekór wszystkiemu.

Na przykład pracy.

Zatem co tam, panie, w wydawnictwie?

Mindfuck, mętlik, #turkus. Może nie za przyjemnie, ale na pewno i ciekawie, i kolorowo.
Wiecie, miałam taki moment, że strasznie się w tym miesiącu mazałam. No, czułam się jak kupa. Chciałam, żeby ktoś wreszcie zobaczył moje starania i powiedział: tak, Emilka, dobrze zrobiłaś. Doceniam, naprawdę, widzę to. I poklepał po główce. Ale, do cholery, to jest jednak praca na etat. Prawdziwa walka o przetrwanie. A ja już jestem za duża, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy.
Na całe szczęście praca dalej przynosi mi mnóstwo satysfakcji. I tak, w tym miesiącu, premierę mają dwie wspaniałe książki. Dumna jestem, że mogę tytułować się ich redaktorem prowadzącym, bo współpraca z tymi autorkami była po prostu przecudowna, a oba tytuły są niesamowicie wartościowe. Teatr snów autorstwa Iwony Anny Dylewicz to tajemnicza, mroczna historia Rudej, która zostaje porwana przez szkielety (fantastyka, super szybko się czyta, choć to 342 strony, polecam zwłaszcza spragnionym wartkiem akcji kobietom). Natomiast mający dzisiaj premierę Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata to zapis kolejnej podróży wspaniałej, niezrównanej, nieprzewidywalnej Katarzyny Maniszewskiej, którą Sikora określiła mianem Wonder Woman wśród podróżniczek. Zatem jeśli jesteście złaknieni przygód i poznawania świata, no to polecam. Kasia dodatkowo jest osobą obdarzoną świetnym poczuciem humoru, więc W 40 dni dookoła świata aż kipi od anegdotek.

A jakie newsy z blogowego światka?

Jestem z siebie wyjątkowo dumna. Licząc ten wpis, napisałam w październiku aż 8 notek! I, uwaga, do każdej się przyłożyłam. Wam zaś najbardziej spodobał się tekst pt. Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram, a zaraz za nim Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym, jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz. W ogólnej rocznej klasyfikacji zaś cały czas wygrywa kontrowersyjny wpis Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs. Ech, ta kasa, tyle emocji budzi, a niepotrzebnie.

Z drugiej strony miło byłoby mieć kiedyś taki komfort psychiczny, żeby na koniec miesiąca nie walczyć o przetrwanie i zastanawiać się, czy iść do dentysty teraz, czy w przyszłym miesiącu. Tymczasem masło kosztuje dalej 8 zł, a w necie pojawiają się takie piękne rzeczy…!

PolecamWam zatem dzisiaj dwa sklepy z ciuchami,

które absolutnie mnie ujęły.

Pierwszy to Floral Escape, absolutnie niesamowite kurtki, szorty i plecaki we florystyczne wzory, na które nie mogę się napatrzeć. Zresztą, sami zobaczcie:

Rewelacja, prawda?

A drugi sklep, który pokazała mi Sikora, to Dzień dobry. Sukienka Zielnik to moje małe marzenie, chyba będzie trzeba odżałować. 😉 Podziwiajcie na Insta, to firma jest Polska, a warto wspierać rodzime biznesy, to forma patriotyzmu, chyba wszyscy się z tym zgadzamy, a nie jakieś ali ekspresy, co nie?

Kończę. Napracowałam się w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę trudy, z jakimi się zmagałam, nie ma tragedii. Żyję. Doceniam to. Najważniejsze to nie zapominać, co w życiu ważne i dbać o to, a potem o dziwo większość rzeczy sama się układa.

Moi mili, życzę nam wszystkiego najlepszego na listopad. Dużo energii, zieleni i ciepłych skarpet. Przesyłam Wam uściski i pozdrowienia!

Wasza

Emilia

 

 

 

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Obwołuję wrzesień najgorszym miesiącem roku 2017. I w zasadzie jedynym złym miesiącem roku 2017. Chciałam Wam napisać, jak było źle, jak okropnie się czułam i co sobie myślałam, ale stwierdziłam, że rzyganie na blogu swoimi negatywnymi uczuciami (po raz kolejny) będzie grubą przesadą. W życiu nie zawsze jest idealnie. I mamy prawo do smutku. Ale zamiast wbijać się wspólnie w dół, lepiej się otrząsnąć. O ile jeszcze się da.

mered

Stres w pracy. Sezon grypowo-anginowy. Zimno. Nieumiejętne zarządzanie hajsem. Smród palonych w piecach plastików, przez co moja wakacyjna trasa do biegania stała się nieaktualna. Spięcia z mamą. Tęsknota za Poznaniem… I dodatkowo, wywołane zapewne wszystkim powyższym, napięciowe bóle głowy. We wrześniu wydarzyło się na prawdę sporo rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Określenie mojego nastroju niezadowoleniem będzie jednak takim eufemizmem jak nazwanie Nangi Parbat pagórkiem. Miesiąc zatem daleki od ideału, ale ważny, bo przypomniał mi oraz uświadomił kilka ważnych zasad, dotyczących higieny zdrowia psychicznego.

  1. Zmęczone ciało to ukojona psychika.
    Dlatego postanowiłam powrócić do ćwiczeń. Biegałam, ćwiczyłam z ciężarkami i robiłam wygibasy na macie. Ponieważ dosyć szybko zauważyłam efekty (m. in. wysmuklone ramiona i sucha koszulka pod pachami przy wchodzeniu na czwarte piętro), stwierdziłam, że nie mogę tego zniszczyć, więc udało mi się omijać też maka, nie pić coli i nie wpieprzać co chwila mąki. Efekt? Cztery kilo mniej i 200% więcej czasu spędzonego przed lustrem na podziwianiu własnego ciała. Coraz bardziej się lubię.
  2. To, kim jesteś, nie jest aż tak istotne w porównaniu do tego, kim chcesz być.
    Wiadomo bowiem, że ludzie są z natury leniwi. Każdy z nas ma do tego inny zestaw wad. Ja na przykład za bardzo jestem podatna na wpływ otoczenia, kiepsko radzę sobie z krytyką i mam ogromne trudności z kończeniem rzeczy (+ miliard innych). Ale chcę być pracowita, odważna, odporna i elokwentna. Dlatego muszę o tym pamiętać każdego dnia i zachowywać się tak, jak przystało na to, kim chcę być. A wtedy stanę się właśnie takim człowiekiem. I gdy inni zaczną to zauważać, będzie już dużo łatwiej (potwierdzone info). Life isn’t about finding yourself. Life is about creating yourself, jak powiedział George Bernard Shaw. Zgadzam się.
  3. Znajdź koło ratunkowe i skorzystaj z niego, zanim będzie za późno.
    Przed wpadnięciem w dół, kiedy jesteśmy już pod wpływem chandry, można jeszcze się uratować. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Dlatego powinniśmy zapisywać rzeczy, które sprawiają nam radość. Małe błahostki. I gdy zbliża się atak złego nastroju, trzeba sięgnąć po zestaw czynności, będący naszym kołem ratunkowym. Bo, jak wiadomo, kiedy depresja atakuje, nie widzimy już żadnych pozytywów. Wszystko jest do dupy, nie ma żadnego wyjścia, to, co kiedyś wydawało się fajne, teraz nie ma żadnej wartości. Jedną z takich czynności jest dla mnie… oglądanie vlogów Krzysztofa Gonciarza. Nic mi nie daje tak wspaniałego kopa do działania. Piękne obrazy, które widzę na wideo, zwracają mojej rzeczywistości właściwe barwy. Postaram się w najbliższych tygodniach napisać Wam więcej na temat koła ratunkowego, bo to wspaniała technika, która nieraz uratowała mnie w tym miesiącu od poważnego załamania. (I na razie jestem przeświadczona, że to ja ją odkryłam, ale to byłoby pewnie niemożliwe, skoro to taki banał. Znacie może jakieś artykuły, gdzie ktoś o takich kołach ratunkowych pisał? Dokształcę się chętnie, dajcie znać)!

Dzięki powyższym żywię nadzieję, że październik będzie o wiele lepszym miesiącem. Co więcej: po prostu nie pozwolę, żeby znowu było tak źle. Zresztą, nadchodzą magiczne wydarzenia! Ale o tym na koniec.

Tylko żebyście sobie nie myśleli, że we wrześniu nie robiłam nic innego, jak chodzenie na wkurwie albo leżenie bez odrobiny reiatsu. (Kto oglądał Bleacha)? Nie, nie, kochani, to już nie ja. I w ten sposób miesiąc razem z Sikorą zaczęłyśmy od udziału w IX Kongresie Kobietkobiet

Bardzo spodobała mi się atmosfera wydarzenia. Można było spotkać najróżniejsze kobiety. Siwe, z siatami pełnymi zakupów albo tytułem profesora. Młode, będące w ciąży albo skupiające się na rozwijaniu swoich artystycznych pasji. Te, które wiedzę chciały przekazać i takie, które chciały ją otrzymać. Uśmiech. Jedność. Wiedza. W skrócie: bardzo mi się podobało. I gdyby znowu nie ten cholerny ból głowy, na pewno wzięłabym udział w mnóstwie wykładów oraz spotkań, na które niestety w niedzielę nie dotarłam, a chciałam bardzo. Na szczęście za rok kolejny Kongres. I nie mogę się doczekać, żeby uczestniczyć w nim aktywniej.

Oprócz edukacji zażyłam też trochę kultury. Przeczytałam i nawet zrecenzowałam Cwaniary Sylwii Chutnik, widziałam i napisałam o moich wrażeniach z seansu The Square. Wcześniej niestety zapoznałam się też z Death Note w wersji Netflixa, czyli totalną porażką i dorzucam to do czynników, które prawie przysporzyły mi nawrotu depresji.

Po ponad sześciu latach mieszkania w Poznaniu pierwszy raz w życiu zwiedziłam też Śródkę. Wiem, straszny syf, że moja stopa dopiero teraz pierwszy raz stanęła na Moście Jordana, mój język posmakował doskonałej kawy z La Ruiny, a oczy na żywo zachwyciły się słynnym muralem… Shame. Fajnie było tak znów odkrywać Poznani, w dodatku w doskonałym towarzystwie… 😉

Na koniec chciałabym Wam polubić coś, co absolutnie mnie zauroczyło. Jak wiecie (albo nie, to się zaraz dowiecie), instagramuję sobie dosyć aktywnie (@emiliateofila) i co jakiś czas wpadam na interesujące profile. Ale to, co zobaczycie poniżej, sprawiło, że moje serce zabiło o wiele szybciej.

dzangiel

Profil @warsawjungle jest absolutnie zachwycający. Kocham roślinki, bardzo poprawiają mi humor. Moim małym marzeniem jest właśnie taka mała prywatna dżangiel w mieszkaniu. A na stare lata chciałabym słynąć jako ta pisarka, która ma własną oranżerię i tylko tam udziela wywiadów. @warsawjungle przypomina mi o tym pragnieniu, a dodatkowo daje mnóstwo inspiracji do aranżowania przestrzeni. Polecam, zarówno profil, jak i roślinki!

Od teraz na koniec każdego miesiąca będę robić właśnie takie podsumowanie. Dzięki temu mam zamiar po prostu więcej działać. Ale żeby i Wam przyszło to z korzyścią, postaram się polecać Wam fajne rzeczy i dzielić się z przeżyciami bardziej intymnymi niż w innych wpisach. Czekam na Wasz feedback. I tradycyjnie już zachęcam do polubienia profilu Fabryki dygresji na fejsie.

Trzymajcie się cieplutko w październiku i pochwalcie się wrześniowymi refleksjami.

Buziaki!

Wasza

Emilia

 

 

Fabryka życia #13 – Tragedia, horror, porażka, czyli… Jesień w odległej galaktyce!

Fabryka życia #13 – Tragedia, horror, porażka, czyli… Jesień w odległej galaktyce!

Zacznę cytatem z Gwiezdnych Wojen, kiedy na koniec Zemsty Sithów Obi-Wan krzyczy do Anakina: You were the chosen one…! I może to banalne, ale każdy powinien być wybrańcem w swoim życiu. Bohaterem swojej historii. Dobrym bohaterem. Tymczasem, nie ma co się oszukiwać, Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża…, a ponieważ Najjaśniejsze światło rzuca najmroczniejszy cień**, czasami wychodzą z nas potwory. Zmieniamy się w Dartha Vadera, ewentualnie w Hulka, jeśli ktoś woli Avengersów, i niszczymy wszystko dookoła.

A potem jest nam łyso, bo okazuje się, że mamy co najmniej piątkę ludzi, którzy oczekują przeprosin, a my nawet nie wiemy, dlaczego postąpiliśmy jak ostatnie chamidła. Zatem, co robić?

Ostatni tydzień był dla mnie po prostu podły. Skończył się najlepszy odcinek Gry o tron. Na następny sezon trzeba czekać ze dwa lata. Kto wie, ilu z nas w ogóle dożyje?

W pracy kadrowe dramaty, nerwówka, że hej. Nawet, jeśli ja się ze wszystkim wyrabiam, to kiedy inni niekoniecznie, ja za to odpowiadam. Suprise, motherfucker! Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, wujek Ben miał rację. Szkoda tylko, że w odróżnieniu od Petera Parkera, nie dysponuję wyrzutnią pajęczyny, która pozwoliłaby mi odsapnąć na szczycie budynku uniwerku ekonomicznego… Na pewno mają stamtąd spoko widok…

Ale kiedy zrozumiałam, że coś jest nie tak, bo wszystko, dosłownie wszystko mnie wkurwia, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego. I przypomniałam sobie o pewnej czynności, którą ostatnio zaniedbałam.

O oddychaniu.

I kiedy tak sobie przed zaśnięciem powolutku oddychałam, będąc świadomą każdego wdechu i wydechu, przyszło mi do głowy, że ja wcale nie jestem wkurwiona. Tylko że jest mi bardzo, bardzo smutno.

Nie trzeba byś specjalistą, żeby dojść do tego, że większość wiecznie wkurwionych ludzi jest po prostu smutnych, bo ma jakiś problem. I albo nie potrafi go pokonać, albo nawet nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia.

Ostatecznie namierzyłam mój problem i zaczęłam go zwalczać, ale apeluję z tego miejsca, żebyście się nie wkurwiali, kiedy napada na was bez powodu wkurwiony człowiek. Współczujcie mu raczej, bo jest z nim coś nie tak.

Niepokoi mnie także nadchodząca jesień. Bo wiecie, the winter is coming. To, że lato tego roku było do dupy, to sobie zapamiętam na długo i żywić będę do Wszechświata tyleż intensywne, co i bezsensowne pretensje… Tylko że noc zaraz wyprze dzień. Ulice zaleje plucha i brud. I będzie zimno w pizdu. I będzie po prostu ciężko trzymać się raźnie, z głową podniesioną do góry, próbując zachować pozory, że wie się, dokąd zmierza…

Oddychajmy.

Strasznie głupie mi się to wydawało, kiedy czytałam jakieś tam poradniki antystresowe i tam była porada: oddychaj głęboko i spokojnie. I co, to rozwiąże mój problem? Powietrze w moich płucach wyeliminuje rzucającego się autora, ból głowy czy tęsknotę za lepszym życiem? Oczywiście, że nie.

Ale kiedy oddycham, zaczynam myśleć szybciej i jaśniej. Nie jestem rozpraszana przez inne bodźce. Mój mózg, otrzymujący więcej powietrza, sam podsuwa rozwiązanie problemu. Mówi: Emilka, zrób tak i tak, no i pozamiatasz. Objawienie. O czym zatem muszę pamiętać, gdy ktoś mnie wytrąci z równowagi? O tym, że nie ma co się nakręcać, wyrzygiwać żalów i obmawiać motywów z przyjaciółmi. Tylko wyjść na chwilę i poodychać. I Wam też to gorąco polecam.

A W PRZYSZŁYM ODCINKU FABRYKI ŻYCIA (następna niedziela) SKANDAL GONI SKANDAL:

Ile schudłam w ciągu trzech tygodni i dlaczego tak mało?!

Co robię, kiedy nie piszę bloga i czemu nie mogę pisać cały czas?!

I co mnie łączy ze znanym masonem, Krzysztofem Gonciarzem?!

To be continued…

Pozdrowionka,
Wasza

Emilia

__________________

* Zemsta Sithów, Matthew Woodring Stover.
** Ibidem.