Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Dare Wright, o której opowiada biografia napisana przez Jean Nathan, była modelką, fotografką i pisarką książek dla dzieci. Przede wszystkim jednak była córką swojej matki, słynnej portrecistki, Edith Stevenson Wright. Nawet tyle lat po odejściu z tego świata dwóch kobiet, wciąż występują razem. Nie potrafiła rozłączyć ich nawet śmierć. Któż z Was chciałby żyć w cieniu swojej matki przez całą wieczność?

Seria Samotna lalka, publikowana w Stanach Zjednoczonych od roku 1957, natychmiast stała się bestsellerem. Dare Wright stworzyła nie tylko tekst, ale i przede wszystkim zdjęcia. Całość była idealną kompozycją, która podbiła serca dzieci we wszystkich stanach oraz… zapisem głębokich emocjonalnych rozterek artystki. Sama bohaterka historyjek, lalka Edith, wygląda dokładnie jak pomniejszona wersja Dare, zaś swoje imię odziedziczyła po matce tejże, zwanej przez większość znajomych po prostu Edie.

Kiedy Dare jest małą dziewczynką, jej rodzice się rozwodzą. W późniejszych latach przyszła artystka zastanawia się, czy istotnie miała kiedyś ojca i starszego brata, czy też wszystko stanowi dzieło jej bujnej wyobraźni. Edie bowiem, udzielając wywiadów, często przeinacza rzeczywistość. Udaaje, że nie ma syna, a jej mąż nie żyje. Dare całe dnie spędza zaś sama, na czytaniu książek lub zabawie z lalką, podczas gdy jej matka od rana do wieczora maluje portrety i widuje się z prasą. Dopiero wieczorem Dare ma rodzicielkę tylko i wyłącznie dla siebie. Prawdziwą istotę, o której miłość będzie zabiegać do samego końca.

Processed with VSCO with c1 preset

Processed with VSCO with c1 preset

Dopiero po wielu, wielu latach, bliżej trzydziestki, Dare udaje się spotkać z bratem, Blainem. Rodzeństwo natychmiast wpada sobie w ramiona z powodu tęsknoty trwającej całe dzieciństwo i młodość. Edie, jak łatwo sobie wyobrazić, była bardzo niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Już wcześniej zdecydowała, że chce mieć tylko córkę. Nagle zaś niechciany syn zabiera jej ukochaną Dare. Tłumione przez lata uczucia rodzeństwa po spotkaniu zamieniają się zaś w nieprzewidziany żywioł. Dare i Blaine… zakochują się w sobie.

W życiu Dare dochodzi do mnóstwa tragedii, których sama artystka jakby zdawała się nie zauważać. Przez znanych ją ludzi często określana była jako zjawa albo wieczna dziewczynka. Jako nieprzeciętna piękność, przyciągała mężczyzn jak magnes, ale z żadnym nie chciała nawiązać poważniejszej relacji. Interesowało ją głównie robienie zdjęć i pisanie bajek. Dopiero po śmierci matki, kiedy Dare skończyła sześćdziesiąt lat, zaczęła docierać do niej prawdziwa proza życia, z którą artystka totalnie nie potrafiła sobie poradzić.

Biografia napisana przez Jean Nathan wydaje się stanowić bardzo dokładne świadectwo życia Dare Wright. W Sekretnym życiu samotnej lalki odnajdziemy mnóstwo szczegółów dotyczących nie tylko głównej bohaterki, ale i towarzyszących jej osób (choć było ich zatrważająco mało). Dziennikarka wykonała potężną pracę, by jak najwierniej odtworzyć historię artystki. Książka wciąga, jakby była wyborną powieścią psychologiczną z nutką thrillera w tle. A komu i dlaczego polecam tę książkę?

Przede wszystkim po Sekretne życie samotnej lalki powinny sięgnąć matki i córki. By zrozumieć, jak nieświadomie można się niewyobrażalnie skrzywdzić, jednocześnie żywiąc do siebie wielkie uczucie.

Po drugie, biografię polecam każdemu miłośnikowi dobrych biografii, bo lektura jest naprawdę przednia.

Po trzecie, fanom wstrząsających historii i książek dostarczających mnóstwa intensywnych wrażeń. Muszę Wam powiedzieć, że kiedy przeczytałam, jak mizernie wyglądał schyłek życia Dare pomimo odniesienia wielkiego sukcesu, nie mogłam przestać płakać przez dobre kilka godzin. Minęły trzy dni od przeczytania przeze mnie Sekretnego życia samotnej lalki, a ja cały czas rozpamiętuję ostatnie strony.

lalka2

Życie Dare Wright utwierdza mnie w przekonaniu, że nieważne, jak bardzo sławny albo bogaty będziesz. Jeśli nie masz z kim podzielić się swoimi sukcesami, są one totalnie bez znaczenia.

Za wspaniałe i dające do myślenia chwile spędzone z książką Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright składam gorące podziękowania Wydawnictwu W.A.B.

WAB--logo_100px_72dpi

 

Sylwia Chutnik — W krainie czarów

Sylwia Chutnik — W krainie czarów

Oglądam sobie czasami Drugie śniadanie mistrzów, taki program publicystyczny w tej lewackiej tv, no bo skoro już oglądam tv, to tylko lewacką, żeby mnie szlag nie trafił. Wiecie, o co chodzi. Patrzę, a tam Sylwia Chutnik. Myślę sobie: to jest mądra kobieta. To jest mój człowiek.

Kiedy indziej buszuję sobie po YT, po tym lesie dziwów, i kiedy znudzi mi się Mieciu albo Gonciu, sprawdzam, co inni mają do powiedzenia na temat tego, czym żyję najbardziej, czyli à propos książek. Klikam, a tam Sylwia Chutnik i jej Barłóg Literacki. Stwierdzam: dobry program. Wartościowy. Lezę na Warszawskie Targi Książki, wlokę się w znoju i pocie na ten stadion, oglądam się przez ramię, a tam element nie z tego świata: różowe włosy. Nadnaturalna pink power. I chciałabym podejść, zagadać, powiedzieć, że podziwiam… Ale Sylwia Chutnik to jest przede wszystkim pisarka, a ja, wstyd się przyznać, no siara totalna, jeszcze z jej twórczością się nie zapoznałam. No to co ja mam powiedzieć? Że lubię pani słuchać, pani Sylwio, bo pani tak zawsze konstruktywnie i z humorem się wypowie? A co z najważniejszym, czyli literaturą?

Pierwsze, co wpadło mi w ręce, to zbiór opowiadań W krainie czarów. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Znacie to uczucie, kiedy oglądacie zwiastun jakiegoś filmu i po jego zakończeniu macie mindfuck? Takie: o kurwa, co tu się wydarzyło? Zajebisty film! Dlaczego w kinie dopiero za miesiąc? Muszę obejrzeć! Wreszcie idziecie na premierowy seans. Tak długo wyczekiwany, całe trzydzieści dni. Pełni nadziei. I po trzydziestej minucie filmu wiara w to, że wydarzy się cokolwiek ciekawego, po prostu Was opuszcza. Nie wiecie już sami, dlaczego chcieliście to obejrzeć. Nie wiecie, jak to się stało, że wydaliście na tę wątpliwą przyjemność 12 zł (bo jesteście mądrzy i na mainstreamowe filmy chodzicie tylko do Multikina, na Czwartki z Kinder Bueno). Wiecie tylko jedno: this is totalne gówno. No, macie tak? Kojarzycie ten zawód? Tę pustkę w żołądku?

Otóż ja z opowiadaniami Sylwii Chutnik tak nie miałam.

chutnik2

Wiedziałam, że jeśli to będzie gówno, to tylko dobre, takie, które można jeść bez końca, bo jest bezkresnie smaczne. Co tam lubicie jeść najbardziej? Bułkę z Nutellą bez masła? Chałwę? Otóż ja najbardziej na świecie kocham pierogi ruskie i każde opowiadanie W krainie czarów było dla mnie jak dobry ruski pieróg. Gdybym miała babcię, to robiłaby tylko takie.

W krainie czarów to jedenaście opowiadań o ludziach, którym nie jest w życiu lekko. Czyli o ludziach z krwi i kości, którzy żyją, bo cierpią i cierpienie to akceptują, co czyni ich wyjątkowymi. Hm, z wyjątkiem wyjątkowego bohatera opowiadania pt. Przeszkadzały. Od początku wiedziałam, że coś jest z nim nie tak i że go nie polubię, nie sądziłam tylko, że będzie tak źle. I ten tekst, jeśli mam być szczera, był takim pierogiem ruskim, który można zjeść w schronisku młodzieżowym Szwajcarka. W sumie nie wiadomo, czy zimny, czy ciepły, czy cebulka to cebulka, a nie papier toaletowy, no, ale jednak, pieróg ruski, a nie jakieś frytki czy inne paskudztwo.

Mam taki problem, że boję się starości, wiecie? Może jej nie doczekam, bo jak sobie czegoś nie potrafię wyobrazić, to to się nie dzieje, ale może po prostu moja fantazja jest wciąż za słabo wyćwiczona. I Sylwia Chutnik W krainie czarów porusza tę sprawę. Starość jest normalna. Tak jak złamana noga, tęsknota za kochankiem oraz naczynia do pozmywania. Nic przyjemnego, ale da się znieść. Autorka pisze o tym w kilku utworach, jak choćby opowiadaniu Pola, o kobiecie, która miała nadzieję, że związanie się z mężczyzną będzie cenniejsze niż zrobienie kariery i po wielu, wielu latach dopiero okazuje się, czy miała rację, czy też nie. Albo w historii Bożeny z Poznańskiej, prostytutki, która łudzi się, że oddana do adopcji córka wiedzie szczęśliwe życie. Czy też ukazują losy tytułowej Anny oraz jej matki, osobliwego duetu, połączonego z pozoru jedynie negatywnymi uczuciami. Nieważne, jak jest źle. Mamy obowiązek, by żyć, w każdym wieku, bo inni nie mieli takiej okazji.

chutnik3

Muranooo i Piwnica to teksty o drugiej wojnie światowej. O piekle, które nie chce wywietrzeć z naszych umysłów, i dobrze. Może jeśli będziemy przechowywać w szkatułkach pamięci zło, rozpoznamy je, kiedy znów będzie chciało zaatakować? Chutnik nam w tym pomoże. Autorka pisze z niebywałą empatią. Czasem i sarkazmem, bo o niektórych sprawach nie sposób pisać wprost. Ale język, jakim się posługuje, trafia prosto do serca czytelnika.

Jedyny dysonans, jaki odczułam, taki dosyć nieprzyjemny zgrzyt, to brak konotacji między tytułem a treścią zbiorku. No bo, kurczę, można to interpretować na wiele sposobów. Jako żart, jako właśnie taki oksymoron, sarkazm, co kto wymyśli, będzie dobre. Ale mi jakoś nie do końca pasuje, nie wiem.

W krainie czarów mimo tego naturalnie polecam, bo to zbiór opowiadań mądrych i nierzadko zaskakujących. Ich lektura momentami mnie wstrząsnęła, zasmuciła, ale ostatecznie, kiedy myślę o tekstach autorstwa Sylwii Chutnik, czuję ciepło. Dobrze byłoby, gdyby z opowiadaniami zapoznał się każdy Polak… Wiem, marzenie ściętej głowy. Polecam zatem szczególnie osobom takim, jak ja: kobietom, które być może są dorosłe, lecz jeszcze nie do końca się na to godzą. Z krainy czarów można się naprawdę dużo nauczyć. To lektura, dzięki której czytelnik zyskuje dużo więcej niż tylko rozrywkę.

Następny krok? Kieszonkowy atlas kobiet. Mam przeczucie, że dokarmi moją feministyczną naturę i porządnie zainspiruje.
Jeśli jesteście fanami twórczości Sylwii Chutnik i chcecie mi polecić jakąś jej książkę, dajcie znać. A jeśli podobał Wam się wpis, to miło będzie, jeśli dacie lajka na fejsiaczku. Z góry dzięki!

;

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Caitlin Moran – Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

Kiedy czytam tekst o czternastolatce, której losy tak idealnie zbiegają się z moimi perypetiami sprzed kilku lat, zastanawiam się, czy jestem tak niedojrzała emocjonalnie, czy po prostu każda kobieta musi zmierzyć się z podobnymi problemami. A ponieważ każda z nas boi się momentami życia, czuje, że większość spraw ją przerasta, ale jednocześnie wciąż pozostaje wojowniczką… Odpowiedź nasuwa się sama. 

 

Johanna pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jej ojciec jest rencistą, marzącym o zrobieniu kariery w rockowym bandzie, ale wszelkie jego starania kończą się fiaskiem. Matka zajmuje się praktycznie tylko rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Johanna, najstarsza z rodzeństwa, nie licząc nastoletniego, wyalienowanego Krissiego, pomaga w domu, jak tylko może. Niestety, pewnego razu, z powodu swojego długiego języka, naraża rodzinę na kłopoty finansowe. Wówczas postanawia wziąć się w garść i zarobić pieniądze. Nie jest to łatwe zadanie, gdy ma się czternaście lat i nadwagę, ale Johanna nie poddaje się. Robi to, co sprawia jej największą frajdę, czyli pisze i słucha muzyki. Po wielu pracowitych miesiącach odzywa się do niej londyńskie czasopismo muzyczne… Zaczyna się wielka kariera, spotkania ze sławami, a także alkoholem i narkotykami…


Dziewczyna, którą nigdy nie byłam nie jest wybitnym dziełem literackim. Czytelnik nie spotka się z zadziwiającymi konstrukcjami językowymi, które zaspokoją jego wysublimowane gusta. Nie jest to jednak błaha opowiastka, jak choćby Pamiętnik księżniczki. Książeczki Meg Cabot nie mogą konkurować z opowieścią Caitlin Moran. Tworzona przez nią proza ma w sobie mądrość, błyskotliwość, życiowość oraz poczucie humoru. Od lektury nie można się oderwać, a czyta się szybko. Czasem z uśmiechem na ustach, czasem z zatrwożeniem, ale przede wszystkim z wielką empatią, bo przecież Johanna, główna bohaterka, to właśnie w większej lub mniejszej mierze osoba, która trzyma Dziewczynę, którą nigdy nie byłam.

Strach dał mi solidną nauczkę: nigdy więcej nie powiem nikomu, jak mi źle. Nigdy nie przyznam się do słabości. To wcale nie pomaga. To tylko pogarsza sprawę.

Taki cytat pojawia się na samym początku utworu. To przemyślenia Johanny, która zwierzyła się ze swojego cierpienia bliskiej, jak wówczas myślała, osobie. Niestety, wywołało to nieprzewidywane konsekwencje. Może to zabrzmieć jako antyrada. Jednak to cenna wskazówka, ponieważ uczy, że w dzisiejszym świecie faktycznie warto uważać na słowa i analizować swoje odczucia. Ale to tylko jedna z lekcji, jakich udziela Caitlin Moran.

Autorka przedstawia w fabularnej osnowie swoje własne doświadczenia. Tak jak Johanna, nie skończyła szkoły, a stała się światłą osobą dzięki wielogodzinnym pobytom w bibliotece niemal każdego dnia. W bardzo młodym wieku wygrała konkurs literacki, a później rozpoczęła pracę w popularnym magazynie. Zarówno pisarka, jak i jej bohaterka, pokazują, że warto żyć na swój sposób i tak naprawdę niewiele potrzeba nam do szczęścia. Wystarczy konsekwentnie podążać drogą ku spełnieniu własnych marzeń, robić to, co się lubi oraz pamiętać o byciu dobrym człowiekiem. Recepta prosta i może dla większości banalna, ale warto, naprawdę warto czytać takie książki, by przypominać sobie o tym każdego dnia na nowo. Czasem, jak w przypadku Johanny, bardzo łatwo się zapomnieć.

Nigdy więcej nie pozwól, byś czuła się tak źle. Nigdy nie wracaj do tego miejsca, gdzie pomóc może już tylko nóż. Żyj łagodnie i bądź miła. Nie rób rzeczy, po których chcesz wyrządzić sobie krzywdę. Cokolwiek robisz, każdego dnia, pamiętaj o tym – a potem trzymaj się od tego z daleka.

Oprócz przezabawnych wpadek Johanny, jej usilnych starań polegających na zarabianiu pieniędzy, by wspomóc rodzinę a także pogoni za marzeniami, jesteśmy świadkami fascynującej historii miłosnej dwojga młodych ludzi. W Dziewczynie, którą nigdy nie byłam dotkniemy także samotności, bólu istnienia oraz niedopasowania. A także poczujemy się jak pisarze. Bo dla mnie książka to istny creme de la creme, gdy traktuje o pisaniu. Na koniec jeden z przemiłych cytatów, dotyczących tego fachu.

Pisanie książki jest gorsze niż poród – poród w piekle – po którym się umiera, a potem zostaje przywróconym do życia tylko po to, by urodzić jeszcze jedno dziecko, które tym razem wychodzi oczami – chociaż w oczach nie ma dziur i dziecko nie ma jak stamtąd się wydostać. A może jeszcze gorsze.

Tym przemiłym akcentem chcę polecić Wam rewelacyjną Dziewczynę, którą nigdy nie byłam. Mam nadzieję, że pochłoniecie lekturę tak szybko, jak ja i losy Johanny zostaną w Waszych głowach na długo.

8/10
Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Oni są w nas zapatrzeni, ale kiedy zapominają o patrzeniu na siebie, my również przestajemy na nich patrzeć. Przypominajmy im wobec tego, jak ważni są w naszym życiu. Kochajmy siebie i ich po równo. Choć czasem jest, kurwa, ciężko. 
 
Obserwowałam mężczyzn wokół siebie. Widziałam ich dokładnie, wraz z ich niedoskonałościami. Lekceważące podejście do poważnych tematów; zdawkowość w kwestiach, wydawałoby się, niewątpliwie istotnych. Słyszałam ciszę, kiedy komentarz aż cisnął się na usta oraz dysonans pomiędzy tym, czego my, kobiety, tak głośno się domagamy, a tym, czego mężczyźni od nas potrzebują; o co żebrzą muśnięciami dłoni albo spojrzeniami, które im krótsze, tym bardziej intensywne. Myślałam sobie: kiedy oni się przestaną gapić albo czy kiedykolwiek dorosną, bo jako nastolatka narzekałam na to, że chłopacy w moim wieku to straszne gówniarze. Mam już dwadzieścia trzy lata i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Zachodziłam w głowę, czy są głupi, czy robią mi na złość, kiedy po raz kolejny zignorowali moją prośbę. Rzucałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć długimi nocami, bo zastanawiałam się, jaka mam być, żeby im dogodzić. Grzeczne są dla nich za nudne, emanujące seksualnością to najczęściej dziwki, te, które potrafią się odszczeknąć, są zarozumiałymi babsztylami, a te małomówne nic sobą nie reprezentują…

Po tych wieloletnich, trwających od dzieciństwa obserwacjach, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem dziewczynką i to coś zupełnie innego od bycia chłopcem, otworzyłam oczy. Tym razem naprawdę.
Zobaczyłam, że nie zawsze, kiedy na czymś bardzo mi zależy, jest to warte mojego tak głębokiego zaangażowania. Nerwy często udaje mi się odłożyć na bok i pamiętać o tym, że mam prawo, takie samo prawo jak mężczyzna, by odkurzyć jutro, a nie dzisiaj, skoro jestem wycieńczona fizycznie i psychicznie, na półce dobra książka, a lodówce uchowała się jeszcze resztka wina. Usłyszałam, że czasem lepiej zdecydowanie trzymać język za zębami, niż wdawać się w bezsensowne spory, które do niczego nie prowadzą. Nauczyłam się, że jeśli kobieta łaknie pieszczot, nie musi się ze swoim pragnieniem chować, a już na pewno nie przed swoim mężczyzną. Kobiety od tak długiego czasu zmuszone były wykorzystywać kartę przetargową między swoimi nogami, by coś dla siebie wywalczyć, że zapomniały, co sprawia największą przyjemność. Takie odnoszę wrażenie. I zapomniały chyba również o tym, że nie musimy wciąż walczyć z mężczyznami. Że łączy nas bycie człowiekiem; chęć bycia wysłuchanym, podtrzymanym na duchu i pocieszonym. Trzymanym za rękę w ciężkich chwilach. Mamy potrzebę wspólnego śmiania się i chwytania pięknych chwil. A jeżeli ktoś zaszufladkuję cię, dobra kobieto, jako puszczalską, bo powiedziałaś coś bądź zrobiłaś, pamiętaj, że nieważne, z ust której płci padła ta kalumnia.
 
Bzdura pozostaje bzdurą bez względu na to, czy ma cycki, czy fiuta. 
Pamiętam, jak bardzo samotna czułam się w gimnazjum, kiedy wszystkie koleżanki miały chłopaków. Jaka byłam na siebie zła i sfrustrowana. Zastanawiałam się, czy to przez moje gęste brwi? Albo brzydkie oprawki okularów? Niemożliwe, żeby chodziło o moje zęby, nie są chyba AŻ tak krzywe… Zagłębiałam się więc w otchłani swoich gorzkich uczuć, a nienawiść do własnej osoby narastała w zatrważającym tempie. O co chodziło? O ograniczone horyzonty. Zapatrzona w jednego chłopaka, uważałam go za cały świat, podczas gdy prawdziwy świat, reprezentowany przez innych chłopaków, co chwila dostawał kolejnego kosza, a ja nawet nie byłam tego świadoma! I wreszcie, po akcie rozpaczliwej desperacji i totalnym zaćmieniu mózgu, skompromitowałam siebie na tyle, że nie mógł się do mnie nie uśmiechnąć.
I przypomniałam sobie, jaka jestem naprawdę. I jaka chcę być, i jaka mogę.
I że jeśli przestanę chcieć być jak wszyscy, stanę się o wiele szczęśliwsza.
Do tej pory często się nienawidzę, ale częściej na szczęście jestem sobą zafascynowana. To nie egoizm, nie brak skromności, ale uczciwe podejście do tematu, choć wiem, że tak to może nie brzmieć w tym momencie. Wiem, że tam, gdzie z innych emanuje smrodliwe tchórzostwo, tam ja odważnie występuję z szeregu i bohatersko staję na wysokości zadania. Z drugiej strony uciekam przed najprostszymi odpowiedziami… Kiedy indziej jestem człowiekiem niezachwianej wiary, co napędza innych do działania, lecz często chwieję się jak chorągiewka na wietrze, gdy trzeba podjąć ważką decyzję.
Wszystko sprowadza się więc do tego, że jestem nie tylko kobietą, ale przede wszystkim człowiekiem. Mam wady, tak jak mężczyźni, i mam zalety. Nie więcej i nie mniej. Tyle samo. Jeśli fascynuje mnie mężczyzna, staram się być dla niego równie fascynująca, co on dla mnie. Nie chowam się pod kocem i nie jęczę, że to się nie uda, więc lepiej skończyć wszystko zanim cokolwiek w ogóle się zaczęło, wyjechać za granicę (tudzież nie wracać). Lub wrócić właśnie. Do punktu wyjścia, tylko jeszcze bardziej pogrążonego w depresji niż przy ostatnim facecie.
Jeśli pragnę bycia wysłuchaną, muszę przede wszystkim słuchać.
A jeśli zależy mi na przeżyciu wspólnie z mężczyzną wielu lat, nie mogę liczyć na to, że weźmie na siebie wszystkie moje kłopoty i udźwignie je zamiast mnie. Ponieważ on też jest tylko człowiekiem.
Niemniej, od kiedy przeczytałam Nieznośną lekkość bytu Milana Kundery, dręczy mnie jedno zasadnicze pytanie. Dlaczego my, ludzie, zawsze chcemy coś w zamian? Dlaczego nie potrafimy kochać bezinteresownie? Dlaczego pragniemy, by kto inny poświęcał dla nas swój czas, energię i uwagę? Czemu nie potrafimy kochać po cichu, całymi sobą, bez nieustannego kalkulowania, co się opłaci, a co nie? Przecież, jeśli kochamy we właściwy sposób nas samych i staramy się, by było nam w życiu jak najlepiej, możemy zadziałać podobnie na osobę, na której nam zależy. Ale może właśnie w tym problem. Za mało robimy dla siebie. Zbyt małym uczuciem darzymy nasze wnętrza, więc chcemy, by inni robili to za nas?
Kobieto! Z okazji 8 marca apeluję do Ciebie: pokochaj siebie. 
 
Jeżeli nienawidzisz się za jakieś fałdy na brzuchu, ewidentnie nie możesz przeskoczyć tematu, bo nie potrafisz mieć głęboko w dupie własnego odbicia w lustrze, zrób coś z tym. A potem się pokochaj.
Jeżeli czujesz do siebie wstręt, bo po raz kolejny skrzywdziłaś złym słowem bliską ci osobę, idź może do psychologa albo zastanów się, na czym naprawdę polega problem. I zrób coś z tym, a potem się pokochaj.
Dopiero, jeśli pokochasz siebie, będziesz mogła obdarzyć prawdziwą miłością tego, którego chcesz. I on to odwzajemni. Wiecie, o co chodzi, prawda? Ludzie to nie pantofelki. Mają więcej zmysłów, nie tylko te pięć czy sześć, o których mówi się na lekcjach biologii. Czują, kto jest wart ich zainteresowania, a im większe zainteresowanie, tym bardziej lgną do takich osób.
Ja się sobą interesuję bardzo, bardzo. Jeżeli Ty nie – czas najwyższy.
To Was na pewno przekona: