Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia, zawdzięczasz właśnie feministkom!

Męczą mnie teksty w stylu: feminizm kończy się tam, gdy trzeba wnieść lodówkę na 9. piętro i tak dalej. Zamawiałam w maju lodówkę na trzecie i dwóch osiłków ledwo dawało sobie radę. Uważam, że autorami tych wypowiedzi są osoby, które totalnie nie rozumieją idei feminizmu. Dlatego postanowiłam go nieco lepiej wytłumaczyć i dziś opowiem Wam o trzech feministycznych wynalazkach, z których korzysta każda z nas.

Dostęp do edukacji wyższej

Sama biję się w piersi, że jeszcze kilka lat temu traktowałam studia jako przykry obowiązek. Zapomniałam, jak wielkim dobrodziejstwem jest dostęp do edukacji wyższej, zwłaszcza w przypadku mojej płci. Kobiety w Polsce przez dziesięciolecia walczyły o możliwość studiowania u boku mężczyzn. Nie same kobiety zabiegały o zmianę. U ich boku stawali również mężczyźni. Wspólnie wygłaszali odczyty, publikowali swoje zdanie na łamach czasopism (m.in. „Bluszczu” czy „Dobrej Gospodyni”) i przekonywali władze do swojego stanowiska.

O ile wszyscy uznają potrzebę wyższego kształcenia młodzieży płci męskiej, uważając wykształcenie średnie tylko za pewną gimnastykę umysłową, umożliwiającą w następstwie właściwą naukę, o tyle dla panny, pensya uważaną jest za alfę i omegę wszelkiej mądrości, jaką kobieta osiągnąć może na tym padole „fortepianu i języków”. To też kiedy brzydka połowa ludzkości nie wiele ustępuje u nas pod względem rozwoju intellektualnego Zachodowi, kobiety nasze stoją na szarym końcu wielkiego pochodu do światła. A jednak wyższe wykształcenie potrzebnem jest dla kobiety, równie jak dla mężczyzny. Nie zapominajmy bowiem o tem, że celem kobiety jest nie tylko być matką, ale i wychowawczynią przyszłych pokoleń, do czego pewnie więcej potrzeba intelligencyi, niż do stosunkowo średniego zakresu obowiązków mężczyzny.

Tadeusz Radwański, W ważnej sprawie (O wyższe kursy dla kobiet), w: „Bluszcz”, 1904

Dopiero w 1894 roku na Uniwersytet Krakowski (Jagielloński) zostały przyjęte trzy pierwsze kobiety: Stanisława Dowgiałło, Jadwiga Sikorska oraz Janina Kosmowska. Mogły uczęszczać na zajęcia na kierunku farmaceutycznym, ale nie mogły zdawać egzaminów. Obecnie, czyli w roku 2018, mija równe 120 lat od przyjęcia pełnoprawnych studentek na Wydziały Filozoficzne. I to w uniwersytetach galicyjskich, uściślijmy, gdyż, jak wiemy, niepodległość mieliśmy odzyskać dopiero dwadzieścia lat później. I dopiero wtedy Polki miały dostęp do edukacji na wszystkich uczelnianych kierunkach (źródło: TU). Pewnie dlatego tak mi przykro, gdy kobiety, które odebrały swój dyplom i dopisują z dumą mgr przed nazwiskiem, mówią, że feminizm jest śmieszny.

Orgazm

Czy wiesz, że przed 1966 rokiem nie wiedziano powszechnie, że kobieta podczas seksu może również doświadczać przyjemności? Uważano, że przyjemność może odczuwać tylko mężczyzna, a kobieta, no cóż. Ma pomóc mężczyźnie w jej osiągnięciu i potem urodzić mu potomka. Urodzona w 1925 roku Virginia Eshelman Johnson, początkowo asystentka doktora Williama Mastersa, a później jego partnerka w badaniach nad seksualnością człowieka, obaliła ten pogląd. Wspólnie z Mastersem opublikowali przełomowe wyniki badań, najpierw w 1966 roku, a potem w 1970. (Historię tę opowiada serial Masters of Sex, który serdecznie polecam). Naukowcy określili, w jaki sposób mężczyzna może wpływać na podniecenie kobiety i odwrotnie. Dzięki ich wspólnej pracy kobiety zyskały świadomość i prawo do zabiegania o własną rozkosz, co było kolejnym niezwykle ważnym etapem zarówno dla nauki, jak i dla feminizmu.

Spodnie

To, że możemy je nosić i nikt nie wylewa na nas za to wiadra pomyj, to osiągnięcie Amelii Jenks Bloomer, amerykańskiej działaczki na rzecz kobiet. Redagowała pierwsze czasopismo dla kobiet, „The Lily” (lata 50. XIX wieku), w którym promowała spodnie zakładane pod suknie jako element bielizny, teraz określane od jej nazwiska mianem „bloomersów”. Niedługo później z bielizny spodnie zaczęły stawać się również elementem stroju sportowego. Dopiero w 1915 roku, za sprawą działań Coco Chanel, spodnie powoli zaczęły stawać się elementem kobiecej codzienności (źródło: TU). Pierwsza para kobiecych dżinsów została zaś wyprodukowana w 1935 roku. Od tego momentu nie minęło jeszcze nawet 100 lat!

Czasem aż mnie korci, żeby powiedzieć niektórym dziewczynom, które określają się jako przeciwniczki feminizmu (tylko dlatego, że nie wiedzą, na czym feminizm polega), że skoro nie jesteś feministką, to nie masz prawa do przeżywania orgazmu, do noszenia spodni, do chodzenia do szkoły. Ale wiem, że siostry emancypantki wywalczyły prawa dla wszystkich kobiet, nie tylko tych, które będą szanowały wspomnienie po nich i dalej walczyły o swoje. To by było niesprawiedliwe.

Postęp i korzystanie z jego dobrodziejstw jest dla wszystkich.

Nawet dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą go zrozumieć.

Jak widzicie, we wszystkich przedstawionych przeze mnie osiągnięciach kobiety nie były osamotnione. O ważne dla nich sprawy zabiegali również mężczyźni. Nie oznacza to zatem, że feminizm to babska sprawa czy wyższość kobiet nad mężczyznami. Nie! To równość płci i wzajemny do siebie szacunek.

Wszystkie ilustracje z wpisu to dzieła Chloe Joyce, która pozwoliła mi na użycie ich do tego wpisu. Zapraszam Was na stronę Chloe oraz jej Instagram! Jeśli zaś tekst również przypadł Wam do gustu, uprzejmie proszę o polubienie Fabryki na Facebooku.

Pamiętaj, że możesz do mnie napisać również na maila fabrykadygresji@gmail.com To chyba tyle na dziś! Twoja

Przeczytałam Dietoland Sarai Walker i przeszłam przemianę. Girl power!

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Kobieto! Daj siebie sobie, a potem mężczyźnie

Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.

Czy jestem feministką?

Kiedyś typowa feministka jawiła się w mojej wyobraźni niczym cyklopica z włosami na nogach, który, z racji możliwości posługiwania się tylko jednym okiem, nie potrafi dostrzec niczego poza własnym nosem. Ewentualnie transseksualista, zmierzający nie wiadomo w stronę jakiej płci, z długimi rozczochranymi włosami oraz mocno zarysowaną, kwadratową szczęką. Albo bizneswoman w krótko ostrzyżonej fryzurze, która okłada teczką każdego, kto spróbuje otworzyć jej drzwi lub odsunąć krzesło, by mogła usiąść. Na szczęście – takie dziecięce, ignoranckie fantazje to już zdecydowanie przeszłość. Porozmawiajmy o feminizmie w Dzień Kobiet!

J. Howard Miller, We can do it!
Dlaczego w ogóle miałam w mózgu zakodowane powyższe postrzeganie na feminizm? 
Wydaje mi się, że to wina niedoedukowanego społeczeństwa, jak zwykle zresztą. Do mnie, małej dziewczynki, w latach dziewięćdziesiątych, docierały do mnie z telewizji jakieś dalekie, niezrozumiałe odgłosy walki o równość praw kobiet. Nie pamiętam konkretnego przesłania, tylko ogólne wrażenie. Słowa na temat feminizmu były agresywne, nasycone nienawiścią do mężczyzn, z reguły padające z ust brzydkiej pani. I ta pani nie przypadła mi do gustu. 
W szkole nie nauczono mnie feminizmu. W szkole nie uczą wielu rzeczy, nie tyle ważnych, co wręcz fundamentalnych. Nikt, podczas trwania mojej dwunastoletniej edukacji w państwowych placówkach oświaty, nie nauczył mnie, że indywidualizm jest dobry, a płynięcie pod prąd – trudne, ale przynoszące więcej pożytku niż robienie tego, co wszyscy. Wszyscy za to przekonywali, że hierarchia jest niezwykle istotna i niezbywalna, że jeśli ktoś jest na wyższym stanowisku, jego zdanie jest zawsze bezwzględnie słuszne i nieważne, czy sprawiedliwe – ważne, że trzeba się podporządkować. I koniec dyskusji. Z wyjątkiem krótkiej wzmianki o paradzie sufrażystek w 1912 gdzieś na marginesie podręcznika do historii, o feminizmie nie było ni hu-hu. 

Kiedy zaś pod koniec gimnazjum lub na początku liceum usłyszałam od jakiegoś kolegi, że moja dalsza znajoma jest feministką, skrzywiłam się z niesmakiem. (Trudno mi się do tego przyznać, ale tak było, może nawet zaserwowałam jakiś niewybredny komentarz). I tak jej wcześniej nie lubiłam. A dodatkowo uważałam, że skoro jest się feministką, to pewnie nie przepada się za mężczyznami. A mężczyźni są przecież świetni! (Akurat ten pogląd na szczęście się u mnie nie zmienił). Mężczyźni są silni fizycznie, zostali obdarzeni umiejętnościami logicznymi i mogą poszczycić się tym, że raczej nie miewają często zmiennych humorów spowodowanych huraganami hormonów, przetaczających się przez ich organizm raz w miesiącu. Jak można ich nie cierpieć? 

I wyobraźcie sobie, że w liceum nie lubiłam kobiet. Nie dlatego, że nie lubiłam siebie. Och, w czasach liceum byłam świetną dziewczyną. (To nie jest egoizm i samouwielbienie, tylko stwierdzenie faktu. W podstawówce byłam raczej przemądrzałym bachorem, w gimnazjum to samo, tylko pryszczatym i z krzaczastymi brwiami, liceum… Liceum to było to!). Ale w klasie miałam trzynście innych osobniczek mojej płci i jednego samca. Te trzy lata stanowiły serię dosyć mrocznych wydarzeń i niefortunnych zbiegów okoliczności. Stopie zdarzało się wpadać w histerię na języku angielskim. Ilona cały czas gadała. Cały czas! Najwyższa w klasie dziewczyna lubiła sporadycznie rzucić się na nauczyciela z kąśliwą uwagą, a później zgrywać ofiarę. Wierzba i Ataga popadały regularnie w konflikty na temat ekologii, a zwłaszcza prawdziwych futer, zaś Aga karciła wszystkich wzrokiem, podczas gdy jej ręka bezwiednie dotykała zawieszonego na szyi srebrnego krzyżyka. My z Pauliną, zwaną Mistrzem, obśmiewałyśmy nasze koleżanki, a przed lekcjami wf-u, kiedy się rozbierałyśmy, mówiłyśmy, jak bardzo nienawidzimy naszych cycków, które przeszkadzają czasami w przyjęciu piłki podczas gry w siatkówkę. Jagódka za to siedziała cicho, nie odzywając się prawie do nikogo, z dala nie tylko od kłótni, ale i chyba całego rzeczywistego świata, obserwując reakcje Michała, który dawno się w tym wszystkim już pogubił, i kto wie, co się wówczas działo w jej głowie. 
Dziewczyny są kłótliwe, opryskliwe i przeważnie skupione tylko na ciuchach albo imprezkach. Ewentualnie chłopakach. Względnie pozbawione charakteru, bezbarwne, nudne. Takie miałam wrażenie. Teraz mój punkt widzenia zmienił się radykalnie. Nie znałam zbyt dobrze tych dziewczyn, mimo że spędzałyśmy ze sobą praktycznie dziesięć godzin dziennie. Tak naprawdę uwielbiałam ich charaktery, ale nie to, że są kobietami. Kiedy wracam jednak do tamtego czasu we wspomnieniach, fascynują mnie te migawki z naszego wspólnego życia. Oraz to, co obecnie dzieje się z tymi pięknymi, młodymi kobietami. Jak z nieogarniętej artystki Ataga stała się kochającą matką. Jak Wierzba, która na pierwszy rzut oka jest ładną, lecz typową blondynką, kończy prawo i realizuje swoje marzenia. Jak Dziupla walczy o swoje wykształcenie mimo wielu ogromnych przeszkód na jej drodze. 
Dziewczyny może nie są więc za fajne. Część z nich nigdy nie dorośnie i nie stanie się prawdziwą kobietą. Pełnokrwistą, pragnącą czegoś więcej niż znalezienia dobrego męża i kupowania sobie pięciu sukienek tygodniowo, o otwartym umyśle, mającą solidnie uargumentowane poglądy na świat oraz dużą o nim wiedzę. Ale świadomość, że spora garść jednak w takie postaci się zmieni, sprawia, że już nieco lepiej patrzę na nastolatki, zwłaszcza te, które mogę spotkać w trakcie przeglądania rozmaitych blogów. Dziewczyny coraz więcej czytają. I to napawa mnie optymistyczną wizją przyszłości.

źródło: kadr z serialu Gilmore Girls

Ale jak to się stało, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy jestem feministką
Moje błędne przekonanie na temat feminizmu naprawdę długo się nie zmieniało. Mimo podjęcia nauki na tak wzniosłym kierunku, jakim wydaje się być filologia polska, na którym liczba mężczyzn jest doprawdy znikoma. Tutaj dopiero zaczęłam dostawać szału przez dziewczyny. Kiedy słyszałam, że studiują filpol tylko dlatego, że nie dostały się na prawo, trafiał mnie szlag. Kiedy któraś udzieliła nie do końca przemyślanej odpowiedzi na pytanie zadane przez prowadzącego ćwiczenia, miałam ochotę rzucić podręcznikiem prosto w jej utapetowaną twarz (tapeta to pół biedy, gorzej, gdy była pryszczata, tłusta od łoju i przysypana łupieżem, sypiącym się z brwi prosto na nos). Wielbiłam za to wypowiedzi moich kolegów. Zawsze elokwentne. Zawsze adekwatne do tematu. Prawie zawsze błyskotliwe lub z ciętą ripostą. 
Pewnego razu przydarzyła mi się Magda.
Nie pamiętam jak, nie pamiętam kiedy, ale kompletnie mnie… wystraszyła. Nieustannie czesała sięgające do pasa lśniące włosy, smarowała usta jasnoróżowym błyszczykiem i wydymała je przekonywująco oraz bez skrępowania mówiła o swoim życiu seksualnym, dochodząc do rezolutnych wniosków podanych w dosyć absurdalnej, zabawnej formie. A na zajęcia była zawsze przygotowana. Poproszona o wypowiedź przez profesora podczas zajęć z romantyzmu, ze spokojem spełniała oczekiwania jego i grupy. I pięknie pachniała. (Zresztą czas przeszły jest troszkę nie na miejscu, bo Magda ma się dobrze, żyje zapewne ekscytująco i kwitnie). 
Pewnego razu usłyszałam od jednej z dziewczyn, że Magda nie prowadzi się zbyt dobrze. I, jako kobieta, powinna bardziej uważać na to, co mówi lub jak się zachowuje.
Kurwa mać, pomyślałam sobie, po czym zaczęłam spędzać więcej czasu z Magdą. 
Jakim prawem jedna kobieta mówi drugiej kobiecie, jak ma żyć, i to w dodatku za plecami? Jakim prawem wpycha ją, a przez to i siebie, w jakieś prehistoryczne ramy, powielając chamskie stereotypy?
She needed a hero. Never wait on anyone to make you happy....you have everything you need staring back at you in the mirror ~
Najzabawniejsze jest chyba to, że moje oburzenie zakrawa na totalną hipokryzję. Wczoraj, podczas rozmowy z Bohem, tłumaczyłam moje irracjonalne zachowania tym, że jestem kobietą. Zupełnie tak, jakby bycie kobietą pozwalało mi zachowywać się infantylnie lub wyłączać myślenie. A to nie tylko obłuda, ale czysta głupota, która w podobny sposób działa upokarzająco i niekorzystnie rzutuje na współczesny obraz kobiety, utrwalając jej zakłamany stereotyp. 
Z jednej strony podoba mi się, iż wreszcie (z pomocą) dochodzę do takich wniosków. Z drugiej żałuję, że tak późno. 
Wiadomo, zdarzają się kobiety głupie, bo i mężczyźni tacy są. Wszędzie są ludzie lekkomyślni. Dlaczego niektórzy nie przepadają za gejami? Bo jeden z nich, bez żadnego kontekstu, podczas parady równości, przed setkami kamer, rzucił się na policjanta albo wyciągnął z majtek swojego penisa i zaczął nim machać. A także dlatego, że nie mają większej styczności z osobami o odrębnych preferencjach seksualnych, a mieszkając choćby na jakichś peryferiach, trudno dotrzeć do rzetelnego obrazu takiej sprawy. To samo, jeśli chodzi o feminizm. 
W zeszłym roku, ni z gruszki, ni z pietruszki, Bambol powiedział, że jestem totalną feminą. Zaczęłam gwałtownie zaprzeczać, wydawało mi się to uwłaczające. A teraz? Chyba zaczęłam dojrzewać do prawdy o samej sobie, a wiedza o feminizmie dotarła nawet i do mnie. (Choć przyznam, że nie czytałam nigdy książek o feminizmie – myślę, że z okazji Dnia Kobiet wyborię się dziś do księgarni i kupię coś sympatycznego na ten temat). 
Zaczęłam myśleć.
Przecież jedną z moich ulubionych postaci w „Harrym Potterze” była Hermiona Granger. Mądra, uczynna i skłonna do pomocy przyjaciołom, rezolutna i odważna. Moje ukochane bajki Disneya opowiadały zaś o nie o szukających królewicza dziewczynach. Śpiąca Królewna Aurora czy gotująca obiadki krasnoludkom Śnieżka jakoś nie zaskarbiły mojego serca. To Mulan, która wyrusza na wojnę i walczy o niepodległość swojego kraju, by ratować życie ojca i honor rodziny, była moją inspiracją. To Pocahontas, pragnąca pokoju między światem białych i czerwonych, gotowa oddać w imię idei oraz miłości swoje życie, motywowała mnie do działania w imię wyższych celów niż wygranie z mamą sporu o pójście na imprezkę. 
Przecież dobrze czuję się, będąc kobietą. Okej, pewnego razu, znienacka, dokładnie tak, jak pisze Lena Dunham w Nie takiej dziewczynie, obudziłam się w nowym ciele. Zdałam sobie sprawę z tego, że oprócz piersi mam też całkiem wydatne biodra otulone kołdrą tłuszczu oraz masywne uda. Znienawidziłam wszystkie niedoskonałości, które wyhodowałam sobie przez lata, ale to nie oznacza, że nie lubię zakładać kobiecych sukienek z dekoltami i obcisłych spódnic (o ile zasłaniają to, co powinno być zasłonione). Wręcz przeciwnie! Lubię wyglądać jak lala. Dla większości z Was może być to dziwne lub nie do przyjęcia, ale lale są spoko. Może nie te z tynkiem odpadającym z twarzy, brzeżkiem bluzki utytłanym we fluidzie, spalonymi od prostownicy włosami czy tipsami w oczojebnym odcieniu różu. Ale te w żakiecie, ze starannie namalowanymi na powiekach kreskami, ustami podkreślonymi czerwoną szminką i w spódnicy z baskinką – taką lalą chciałabym być. I się staram. Chyba, że mam kaca albo anginę. 
Przecież bycie kobietą uważam za błogosławieństwo. Możemy się znacznie różnić od mężczyzn, co faktycznie oznacza, że w pewnych względach jesteśmy gorsze. To znaczy też jednak, że pod innymi względami jesteśmy lepsze. Potrafimy znieść więcej psychicznego bólu, a nawet i fizycznego (tak uważam), co nie wyklucza tego, iż jednocześnie pozostajemy delikatne. Do tego wszystkiego fajnie jest chyba urodzić dziecko oraz przybić sobie piątkę z lustrzanym odbiciem za dzielnie zniesienie wyjątkowo ohydnego okresu. A tak samo zaś, jak mężczyźni, potrafimy odnosić spektakularne sukcesy. 
źródło: Ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży
Jeśli ktoś stwierdzi, że feminizm jest niepotrzebny, bo już mamy to całe równouprawnienie, to chyba zapomniał o tym, co dzieje się w krajach arabskich, gdy zamężna kobieta zostanie zgwałcona. Albo nie jest świadomy, co Japończycy robią w komunikacji miejskiej z tyłkami obcych kobiet. Nie wie nic na temat przemysłu porno. 
A w Polsce? 
Przykład z dzisiejszego poranka. Wzmianka mojego kolegi na temat „zasady 200 kilometrów”. Kiedy mężczyzna ma dziewczynę, ale wyjeżdża i znajduje się od niej dalej niż 200 kilometrów, może pójść do łóżka z inną. Ale w drugą stronę to już nie działa. Bo nie. 
Ciekawe, co by na ten temat powiedziała Emma Watson. Ona, razem z Leną Dunham są przedstawicielkami nowego pokolenia feministek, w które chyba wierzę. Co prawda Emma i Lena różnią się od siebie jak woda i ogień, ale dobrze prawią. Myślę, że to świetne wzory dla młodych dziewczyn, bo pokazują, jak walczyć o siebie w czasach wciąż dominowanych przez mężczyzn, choć już nie tak, jak kiedyś.
Emma Watson is a true role model for young girls today. We love her fashion style and she  just glows with confidence.The star of Girls, whose memoir, "Not That Kind of Girl," is out this month, on squeezing in nap time and embracing her inner cheerleader.
A zatem: czy jestem feministką? I czy Ty nią jesteś? Odpowiedzmy sobie na to pytanie same przed sobą. I zastanówmy się, co to znaczy tak naprawdę być kobietą. Oto zadanie na najbliższe dni. 
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
Bądźcie mądre i piękne, subtelne i pełne odwagi!

Ewolucja kobiety

Nie tak ogólnie, bo to temat rzeka. Albo galaktyka, bo wątpię, by temat został wyczerpany po zapisaniu zwoju długiego na sześć tysięcy sześćset kilometrów (Nil); o kobietach można pisać tak wiele, że i ciężko byłoby zmieścić się na stu tysiącach lat świetlnych (Droga Mleczna) takiego zwoju, oczywiście o tyle, o ile faktycznie nasz gatunek pociągnie jeszcze te kilka miliardów lat, do przemiany Słońca w czerwonego olbrzyma. (W zasadzie wątpię – jeśli nie powybijamy się nawzajem, to zamordują nas frytki z Mc’a albo wzrastające ceny papierosów). Zresztą, pieprzyć gatunek. Czy same kobiety przetrwają? Moje ostatnie obserwacje nasuwają mi trzy czarniejsze niż czarna dziura scenariusze.
Abstrachując od powyższych ciekawostek z zakresu geoastronomii (które powinny być wszystkim znane co najmniej z gimnazjum), przejdźmy do popkulturowego, kaszanowego show Eurowizji. Wiem, że możecie być zmęczeni tym tematem, w końcu media aż huczą i nie sposób nie wiedzieć, że pierwsze miejsce w tym roku zostało zajęte przez Conchitę Wurst, czyli Thomasa Neuwirtha. Miło, że Europa chciała pokazać, jaka jest tolerancyjna, szkoda, że z tego powodu ucierpiały lepsze piosenki, w tym również nasza polska, „My Słowianie”. Z teledysku produkcji Donatana bił co prawda erotyzm w nieco prostackiej formie i nie sądzę, by wokal Cleo ujmował, ale w kategorii hiciora na pewno jest to lepszy kawałek niż „Rise Like a Phoenix”. I tak kobiecość została pokonana przez akceptację dla wszystkiego, co związane z transpłciowością. Nie, nie mówię, że to dyskryminacja. Ale… (Cała Ameryka się z nas śmieje, że Europejczycy, mając do wyboru słowiańskie dziewczyny i TAKĄ kiełbasę, wybrali to drugie. Ale co z tego, Stany są głupie, nie?)
Naturalnie (stwierdzenie ostatnimi czasy tyleż samo względne, co i niebezpieczne), skoro Thomas może być Conchitą i tym samym upodabniać się do kobiety, to i randomowa Ela czy Salomea może zapragnąć wyglądać jak facet, nie zmieniając przy tym płci. Na ulicy coraz częściej widzę przechodniów, którzy naprawdę wyglądają jak młodzi, przystojni chłopacy, a w istocie są po prostu dziewczynami, mającymi na sobie full capa, bejsbolówkę oraz szerokie spodnie. O tym, że taki trend się przyjmuje, utwierdziłam się w przekonaniu, znalazłszy osadzoną w tej stylistyce sesję fotograficzną zatytułowaną „Girls Will Be Boys”, której przykładowe elementy przedstawiam poniżej.

 

Mnie się taka moda nie podoba. Popieram transseksualistów, bo przecież ich potrzeby są uwarunkowane psychologią, w końcu jak tu żyć jako kobieta, jeśli się jest mężczyzną i odwrotnie. Nawet, jeśli zaistnieje niedługo trzecia płeć, albo niezaspokojony artystycznie gatunek ludzki wymyśli nawet czwartą płeć, piątą, siódmą, bo przecież ani orientacja, ani religia, ani narodowość (choć podobno Żydzi żądzą światem) czy właśnie tożsamość narządów płciowych nie wpływa na intelekt, to również nie jestem chyba jej przeciwna (być może tylko na razie, nie wiem). Tylko czy to nie sprawi, że kobieta zostanie zepchnięta na margines, poczuje się nudna, będąc sobą? Czy już tak się nie dzieje? Czy to nie sprawka mężczyzn przypadkiem?
Nie mam zielonego pojęcia. Chciałabym tylko móc za dziesięć lat nie tęsknić za czerwonymi szminkami, szpilkami oraz sukienkami. Mam nadzieję, że nie znikną ze sklepów, ustąpiwszy bezrękawnikom z postrzępionymi rękawami oraz niewyprofilowanymi spodniami. Czy to oznacza, że staję się tradycjonalistką? Albo, gorzej: zacofaną kwoką, która zaraz zacznie walczyć o prawa kobiet?
Zaraz, zaraz. Zaraz.

Może to tylko moje czarne prognozy, związane z wariacjami hormonów? Comiesięczne stany około depresyjne? Ale przypadkowy kolega, któremu pokazałam powyższe zdjęcia, zapytawszy mnie najpierw, czy to kobiety, czy mężczyźni, stwierdził, że nie, nie podobają mu się, gdyż „kobiecość to kobiecość”, a gdy zapytałam Zuzię o nazwę stylu modowego, polegającego na upodobnianiu się kobiet do mężczyzn, rzuciła bez zastanowienia: „Lesbijstwo”.

Po co więc głodzić się, by utracić piersi oraz tyłek? Włosy pod pachami (już nie mówię o twarzy…) to naprawdę nowe osiągnięcie światowego stylu? O to walczyły sufrażystki? By już wiek później kobieta pragnęła upodobnić się do swojego rzekomego oprawcy?
Jeśli kobiet nie zabije ich fascynacja mężczyznami/walka z mężczyznami zamiast braku skupienia na sobie, to zabije ich tylko… skupienie na sobie.
Sama już nie wiem, kiedyś byłam przeciwko aborcji, bez żadnych wyjątków, teraz mam pewne obiekcje. Pieprzyć te gwałty (zdaję sobie sprawę z tego, że to zabawny dobór słów), ale co z karierą?! Tylko znowu, czy kobieta musi często w tak bezpardonowy sposób walczyć o swoje prawa, czyli drzeć mordę, że coś jej się należy i koniec? O retoryce to już zapomniały? 
Kobiety w ogóle coraz częściej kręcą na siebie bata. Jak tu mówić poważnie o feministkach, skoro spora ich część, będąca w mediach, nie wygląda zbyt przyjemnie? Jeśli ktoś mi powie, że wygląd nie gra roli, to wybuchnę mu śmiechem w twarz.
A przypomniałam sobie o tym z powodu zorganizowanego dziś w Poznaniu Marszu dla Życia. Dawno już nie byłam tak zirytowana na wszechświat, jak wtedy, kiedy wlokłam się za śpiewajacymi „Ja jestem, ja czuję, ja żyję…” rodzinami i duchownymi. Wydaje mi się, że i jedna, i druga strona jest trochę śmieszna.
Nieco wcześniej, w sklepie na dworcu PKP, spostrzegłam żywe zainteresowanie szczególnym gatunkiem powieści. Rozglądające się między półkami kobiety sięgały nie po sensacje Dana Browna, nie po Cobena, a co dopiero odgrzewanego Pilcha, a „cudeńka” pani Michalak, Grocholi i jeszcze jakiejś Kołakowskiej (nie mylić z Kołakowskim, Leszkiem, znamienitym profesorem, mimo że pochodzącym z Radomia). Cieszę się, że kobiety czytają, a jakże, ale dlaczego odmóżdżające dziełka, skupiające się wyłącznie na miłości oraz piciu gorącej czekolady z wiśniami? (Przez to, że jest popyt na literaturę kobiecą, nie mogę się wybić, foch). STRASZNE RZECZY!
Im częściej jestem świadkiem takich wydarzeń, zaczynam się zastanawiać, gdzie się podziewają prawdziwe kobiety (bo że prawdziwi mężczyźni chowają się pewnie po jakichś jaskiniach, dziesięć kilometrów pod dnem Rowu Mariańskiego, to dawno wiadomo), temperamentne, a jednocześnie subtelne, inteligentne i zmysłowe? Takie jak na przykład:
???
Miejmy nadzieję, że Katarzyna Nosowska ma rację:
Ko­bieta jest or­ga­niz­mem ul­tra­dos­ko­nałym. Pot­ra­fi się re­gene­rować po ek­stre­mal­nie ciężkich doświad­cze­niach. Przet­rwa wszystko.