10 najważniejszych momentów 2017. Czad, Magellan i brak słów

10 najważniejszych momentów 2017. Czad, Magellan i brak słów

10 najważniejszych momentów 2017. Czego mnie nauczyły?
Zaczynamy nowy, codzienny cykl. Część pierwsza. Trzy, dwa, jeden, start!

Kolosy, 2016.

Sikora wyciągnęła mnie na papierosa. I rzekła:
— Ty, patrz, to ten podróżnik od tej świetnej prezentacji. Podobno szuka wydawcy, ale wszyscy boją się go publikować.
Podeszłyśmy. Porozmawiałyśmy. Raz, drugi, trzeci…

Przeczytałam maszynopis. Totalny odjazd!

Kilka miesięcy napiętej korespondencji i telefonów. (Boże, ile ten człowiek może gadać)!
Wreszcie, we wrześniu, nakładem nowo powstałego Wydawnictwa Dygresje, została opublikowana pierwsza książka. Czad. W poszukiwaniu straconego, autorstwa Aruna Milcarza, podróżnika od tej świetnej prezentacji.
Tytuł po pół roku został uhonorowany Nagrodą Magellana. Niesamowite wyróżnienie po pół roku działalności nowej marki, którą zbudowałyśmy we dwie, czterema rękami. Coś wspaniałego, napawającego czystą radością.

Był tylko jeden mankament.

Żebym mogła odebrać nagrodę, musiałam stanąć na środku sali na PGE Narodowym i przemówić do kilkudziesięciu osób. Osób, które w branży wydawniczej przepracowały często ponad kilkadziesiąt lat. Osób mądrzejszych ode mnie, nieporównywalnie bardziej doświadczonych.

Pewnie dlatego, kiedy wreszcie opuściłam bezpieczne miejsce pośród publiczności i stanęłam przed mikrofonem, wydukałam tylko pospiesznie, że dziękuję Agacie Sikorskiej i oddałam głos Arunowi.

Wtedy właśnie, w maju 2017, zrozumiałam, że muszę wreszcie nauczyć się mówić. Że może czas wziąć przykład z Aruna.

Nie należę do osób, które przekazują jeden prosty komunikat w formie rozległej wypowiedzi, zawierającej obrazowe przykłady i porównania. Zawsze powtarzam, że lepiej mi się pisze niż mówi. Trudno mi na głos sformułować w odpowiedniej kolejności wszystkie myśli kotłujące się w głowie. Robię mnóstwo błędów językowych, a w obecności autorytetów zaczynam się jąkąć. Zdecydowanie wolę słuchać mądrzejszych od siebie niż samej mówić.

Ale mimo że milczę, nie znaczy to, że nie mam nic do powiedzenia.

Wręcz przeciwnie.

Niektóre niewypowiedziane słowa tak bardzo uwierają, że zostawiają na duszy ogromne odciski, które nie chcą się zagoić.

Do tej pory noszę w sobie szereg takich bolesnych niewypowiedzianych zdań. Na przykład:
Czy kiedyś przestaniesz uciekać?
Czy wiesz, kim naprawdę jestem?
Dlaczego nie chcesz mi opowiedzieć o swoim domu rodzinnym?
Kocham cię.
Jestem z ciebie dumna.
Nie bój się, zawsze przy tobie będę.
Duszę się przy tobie.
Nie traktuj mnie jak swoją zabawkę.

To są paradoksalnie bardzo proste sformułowania. Przynajmniej pod względem gramatyki. Tylko że ich głośne wypowiedzenie zmusza adresata wypowiedzi do reakcji. A ja z góry zakładam, że reakcja będzie negatywna i odbije się na mnie w bardzo zły sposób. Że zaboli bardziej niż cisza.

Nieprawda. Cisza jest najdotkliwsza. To przez nią traci się ludzi.

Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że mój strach przed odrzuceniem nie wynika z niepewności drugiej osoby, tylko samej siebie.

Jeśli odpowiedź na zadane pytania byłaby pozytywna, co bym zrobiła?
Czy gdybym na wyznanie miłości usłyszała: ja ciebie też, sama pierwsza nie wzięłabym nóg za pas?
Czy gdybym powiedziała komuś, że jestem z niego dumna, to czy później nie musiałabym zostać przy tej osobie i obserwować każdy kolejny sukces, pozostając w jej cieniu?

Mam jeszcze w sobie na tyle bezczelności, by powiedzieć, że nie czuję się tchórzem.
Jestem raczej zapatrzoną w siebie egoistką, która myśli tylko o końcówce własnego nosa i nie liczy się z uczuciami innych ludzi. Bo nie mówiąc im tego, co czuję, zatajam przed nimi obraz prawdziwej rzeczywistości. Jakim trzeba być debilem, żeby uniemożliwiać najbliższym poznanie prawdy o samych sobie?

Możecie mnie wyśmiać, ale uważam, że jeśli nauczę się mówić o rzeczach trywialnych i przyzwyczaję do kontaktu z większą grupą osób, odbierając feedback od dalszych znajomych albo zupełnie obcych ludzi, to coś się zmieni. Być może wówczas nauczę brać się odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo.

Dlatego chcę mówić do ludzi za pośrednictwem YouTube. Kiedy tylko na FB wybije 1K, zacznę publikować filmiki, na których będę mówić dużo i głośno, by przyzwyczaić się do swojego prawdziwego głosu.

A może dopiero go poznać.

Co o tym myślicie?

Jak zawsze Wasza,

Emilia

Słowa bolą bardziej

Słowa bolą bardziej

Postanowiłam się przed Wami obnażyć. Nie dlatego, że jestem ekshibicjonistką, choć niewątpliwie momentami mam takie zapędy. Nie chcę zrobić sobie dobrze, tylko wytłumaczyć co niektórym, jak ważne jest myślenie o tym, co mówimy bądź piszemy. Słowa są bowiem bardzo niebezpiecznym narzędziem. W końcu, jak głosi japońskie powiedzenie, bardziej boli od języka niż od miecza.

Jako dzieciak byłam przesadnie wrażliwa. Może artyści tak mają, miło to sobie wmawiać. A może wina rodziców, że trzymali mnie pod kloszem i póki nie skończyłam sześciu lat, póty mój kontakt z rówieśnikami był w zasadzie zerowy. Trochę mi to zostało do dziś, że wolę jednak towarzystwo nieco ode mnie starszych. I że wciąż mam problemy z przyjmowaniem krytyki oraz wykazuję przesadną emocjonalność, z czym czasem sobie po prostu nie radzę, ale pracuję nad tym. Podejrzewam, iż większość osób, które poznałam w przeciągu dwóch ostatnich lat, w życiu by mnie nie podejrzewało o takie defekty na psychice.
Kiedy poszłam do zerówki, miałam jedną koleżankę i wolałam zdecydowanie towarzystwo chłopaków. To również pozostało mi do dziś. Już w wieku sześciu lat uznałam, że dziewczyny za dużo gadają. Pamiętam to doskonale, bo zapisałam to w pamiętniku, który wówczas prowadziłam. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się ze zjawiskiem obgadywania. Moje koleżanki z grupy za plecami nie wyrażały się o mnie w najmilszy sposób, a ich zdanie przyczyniło się do tego, że i Ania, którą wówczas miałam za swoją przyjaciółkę do końca życia, odwróciła się ode mnie.
Przez kilka dni skazana byłam wyłącznie na chłopaków, bo żadna dziewczynka nie chciała się ze mną bawić.
Na początku zrobiło mi się przykro. Z zerówkowej liderki w jednej chwili stałam się wyrzutkiem. Dzieci jednak szybko zapominają. Po jakimś czasie wszystko wróciło do normy i znów chodziłam z Anią w parze na spacery.
W podstawówce było dużo gorzej.
Miałam okropne kompleksy i często płakałam, bo odczuwałam intensywne pragnienie przynależenia do dziewczęcej bandy. Nie chciałam, żeby moja sympatia do męskiej płci znów budziła takie kontrowersje. Odrzucenie to najgorsze, z czym kiedykolwiek się spotkałam. Ale dziewczynki w mojej szkole były zdecydowanie bardziej bezlitosne niż chłopcy. Nawet te, które uważałam za swoje przyjaciółki.
Miałam specyficzne poczucie humoru. Często zdarzały mi się napady głupawek. Najczęściej można było spotkać mnie albo zaśmiewającą się do rozpuku, albo czkającą po takim właśnie ataku. Lubiłam żartować, ale zabawy językiem w podstawówce nie trafiały do każdego. No i przede wszystkim uwielbiałam nonsensy, absurdy, za innych postrzegane po prostu jako głupoty, nad którymi nie warto się zastanawiać.
Dlatego to, co słyszałam bardzo często z ust moich koleżanek, to zdawkowe „głupia jesteś”. 
Było mi bardzo przykro. Płakałam. Nie rozumiałam, dlatego śmieszne historyjki, które opowiadam, nie trafiają do moich rówieśniczek. Spisywałam je w formie opowiadań i pokazywałam nauczycielce. Wydawała się zachwycona, ale czy nie kłamała? Zachęcała do wysyłania opowiadań na konkursy, ale czy pani na pewno się znała? Może chciała mnie tylko pocieszyć? Skoro inni mówili, że głupie jest to, co mówię, i głupia jestem ja sama?
Ciężko było się przełamać do tego, by pokazywać publicznie swoje teksty, ale na szczęście w końcu nastała era Internetu i anonimowych blogów w sieci… Tam wreszcie się wyjaśniło, że nie jestem taka głupia, ale wstyd, który wówczas czułam, pozostał we mnie na bardzo długo.
W gimnazjum doszło do mnie, że kolejna dziewczyna, którą miałam za swoją przyjaciółkę, powiedziała swojej siostrze, że mam dupę jak trzydrzwiowa szafa. Kolejne przepłakane dni i noce.
Przed pójściem do liceum powzięłam ważną decyzję w moim życiu.
Słowa innych już nigdy mnie nie zranią. Nie będę płakać przez to, co ktoś powiedział na mój temat. Nie dam zrobić z siebie popychadła, nie jestem szarą myszką. 
Mam fajnego bloga z opowiadaniami, lubią mnie w sieci, w liceum poznam wreszcie nowych ludzi, którzy zobaczą mnie taką, jaka jestem, jeżeli tylko im na to pozwolę. Będą mnie lubić i chłopacy, i dziewczyny. Zostanę popularną, super dziewczyną, bo na to zasługuję.
I wiecie co?
Tak właśnie się stało.
Jak widzicie, nie byłam jakoś specjalnie gnojona. Nigdy nikt nie wyzwał mnie od grubasów, oprócz mojej kochanej Zuzi, którą poznałam już na studiach, i za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Nikt nie powiedział, że jestem ofiarą losu. I nie wydaje mi się, żeby mówienie o tym, iż jestem głupia, było faktycznie wymierzone w mój intelekt. Wynikało po prostu z nieświadomości, z tego, że takie były czasy i podobne teksty uchodziły za w pewien sposób modne. Zdarzały się gorsze sytuacje. Kogoś wyzywano od opóźnionego w rozwoju, innych od ciot i pedałów, przemoc słowna w szkołach jest przecież na porządku dziennym zarówno dziś, jak i te dziesięć, piętnaście lat temu. A jednak dotkliwie cierpiałam. Przez brak pomyślunku innych ludzi, ich niedojrzałość emocjonalną i niezrozumienie.
Teraz uważam, że to była całkiem niezła szkoła życia. Dzięki takim doświadczeniom jestem silniejsza, nie tracę tak łatwo panowania nad sobą i nie uważam się za ósmy cud świata, bo nabrałam dystansu do otoczenia i samej siebie. Częściej robię głupie rzeczy niż mówię. Teraz tak jest, ponieważ ataki słowne innych ludzi pod moim adresem niestety wbiły mi się w pewnym momencie w psychikę tak bardzo, że kiedy nabrałam więcej pewności siebie, sama stwierdziłam, że mogę być wilkiem zamiast owieczką.
I gadałam okropne rzeczy, nie bacząc na konsekwencje,
no bo skoro wszyscy tak robią, to czemu ja nie mogę?
Kiedy zdawałam sobie sprawę, że znowu coś chlapnęłam i kogoś skrzywdziłam, zasłaniałam się argumentem: nie pomyślałam. Przepraszam. Sorry. Ale nie zawsze działało.
To równie ważna lekcja.
Wciąż uczę się, jak rozmawiać z ludźmi. Teraz niekoniecznie po to, by nie sprawiać im przykrości, ale słowem trafiać do celu. Dzięki konkretnym zabiegom trafiać bezbłędnie do celu. Osiągać to, czego chcę. Wysławiać się na odpowiednim poziomie… W końcu pani z wydawnictwa nie przystoi walić kurwami na lewo i prawo.

JEDNAKŻE.

Nie zapominam, kim jestem i kim nie chcę być.
I nie chcę być mdłą osobą, która nie potrafi przyjąć konkretnego stanowiska w danej kwestii, by komuś nie podpaść, która boli się zakląć, gdy ma na to ewidentną ochotę, która jedno mówi, a inne myśli. Nie. Nie i koniec. To nie ja.
Dlatego, choć bywa trudno, staram się mieć mózg zawsze włączony, albo przynajmniej pod ręką, by móc z niego skorzystać w razie potrzeby. 
Pamiętać, że każdy z nas ma inny poziom wrażliwości.
Tak jak niektórzy uwielbiają, gdy tarmosi się ich we włosach (och, och, tak, tak!), tak inni zupełnie nie czerpią z tych pieszczot przyjemności (reasumując: dziwni ludzie). Część osób nie rozwinęła w sobie umiejętności wyłapywania ironii, a jeszcze inna grupa nie ma do siebie dystansu, bo zwyczajnie nie miała okazji go nabrać i nie jest to niczyja wina. Tak się potoczyło ich życie.
Jeżeli uważamy się za osoby inteligentne, powinniśmy zawsze o tym pamiętać. Zaznaczę, że inteligencja nie oznacza bycia biegłym w rozwiązywaniu zadań z fizyki, wysokiej średniej, a czasem wręcz przeciwnie. To szereg umiejętności, jakie można w sobie rozwijać, nawet, jeśli któregoś rodzaju inteligencji mamy w sobie mniej, ale o tym może poczytajcie tymczasem tu, a ja napiszę o tym kiedy indziej.
No to co z tym wpisem Fajferka i zeszłoroczną aferą*, która wydarzyła się w moim życiu po publikacji tej notki?
Nie mamy prawa obrażać innych ludzi. 
Ale mamy prawo do nonkonformizmu, które obecnie bywa przejawem bohaterstwa.
Nie mamy prawa do szerzenia chamstwa.
Ale mamy prawo do wyboru stylu, w jakim chcemy tworzyć.
Nie mamy prawa do tego, by mówić innym, co mają robić.
Ale mamy prawo do tego, by mówić innym, jak warto żyć, by uchronić ich zdrowie.
Nie mamy prawa do wytykania palcami tych gorszych od nas.
Ale nie uważamy, żeby byli od nas gorsi. 
Wszyscy na dobrą sprawę jesteśmy tacy sami. Mamy w sobie tyle dobrego, ile złego. Jedni wpierdalają czipsy i są grubi, ale jednocześnie mądrzy i uprzejmi. Inni piją szejki ze szpinakiem i są chudzi, ale kurwują na prawo i lewo oraz dają się przyłapać w Decathlonie na kradzieży skakanek.
Nic nie jest czarno-białe. To uproszczenie. Złudzenie optyczne.
Medal ma nie tylko dwie strony, awers i rewers. Nie żyjemy w kreskówkowym świecie, tylko trójwymiarowym. Medal ma także grubość, a może i wspomniana trójwymiarowość jest tylko złudzeniem. Co z czasem? Może emocje, jakie nami targają, to kolejny wymiar, o którym nawet Hawkingowi się nie śniło?
Te same słowa mogą najpierw zaboleć, a potem zmotywować.
Jesteśmy na korytarzu w akademiku, Zuzia, Ćpunczyk i ja. Ciężko mi się podnieść z kucków.
– No tak, grubasy tak mają… – komentuję sytuację, kiedy udaje już mi się stanąć z jękiem na nogi.
– Jak ja nie lubię, kiedy dziewczyny tak do siebie mówią. Wiadomo, że tylko po to, żeby od razu ktoś zaprzeczył – mówi Ćpunczyk. – Nie jesteś gruba – dodaje automatycznie.
– Weź przestań, po co to zrobiłeś? Co ty, ślepy jesteś? – Zuzia na to. – Po co ją demotywujesz? Wiszą jej te wałki, czyli jest grubasem, dobrze, że to widzi. Zaraz idziemy ćwiczyć. Jak nie będzie grubasem, sama zobaczy. Zobaczysz, Emka, nie?
Zaczynam widzieć.
Można i w drugą stronę.
Klepmy się nieustannie po główkach. Mówmy sobie, jacy wspaniali jesteśmy codziennie, a to, że rozpinamy guzik od spodni, bo znowu wpakowaliśmy w siebie o siedem pączków za dużo, jest przecież wyjątkiem od reguły! (Bo przez dwa dni w tygodniu udaje nam się zjeść tylko o sześć pączków za dużo). Weźmy się za ręce i zatańczmy w kółku graniastym tłuścioszków, o ile będziemy mieli siłę dźwignąć się z kanapy.
Halo, mówienie, że masz kilka kilogramów za dużo, że jesteś okrągła zamiast spasiona, nie do wszystkich dociera. 
Głaszcząc po głowie nie jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi, tylko hipokrytami, którym należy się wywózka na taczce i wysiadka na kupie gnoju. W ten sposób można skrzywdzić, nie uratować.
Mogłabym naprawdę jeszcze sporo napisać w tej kwestii, serio. Ale czy ma to sens?
Czy nie lepiej położyć się spać, żeby jutro wstać o szóstej, iść na przebieżkę, a potem nie mieć wyrzutów sumienia, że znowu się nie poćwiczyło, a napoleonka za dobrze weszła?
Bo ja lubię się ruszać, i lubię napoleonki. Jedno nie wyklucza drugiego.
To samo, że można być jednocześnie subtelnym, jak i przejawiać bogactwo słowne w zakresie wulgaryzmów.
__________________________
* Ponieważ nie chcę wyjawiać szczegółów z życia osobistego innych osób, niestety nie napiszę Wam na blogu, o co chodzi. Historia jest wszak niewątpliwie warta przekazu w swojej absurdalności, więc jeśli będziemy się kiedykolwiek widzieć, dajcie znać, chętnie podzielę się z Wami kilkoma spostrzeżeniami na temat vlogerek książkowych. 😉