Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Co łączy Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i… 50 twarzy Greya???

Czyżby między tą dwójką popularnych polskich pisarzy zrodził się namiętny romans? Czy blisko pięćdziesięcioletnia pisarka lekkich obyczajówek dla kobiet mogła rozkochać w sobie młodszego o 38 lat doktora nauk prawnych, piszącego bestsellerowe kryminały? Czy mogliby wiązać sobie nadgarstki i robić brzydkie rzeczy przy wydobywającym się ze Spoify’a eterycznym głosie Beyonce, śpiewającej Crazy in love?

Oczywiście, że tak! Czy nie jest to wyśmienity pomysł na kolejną romantyczną książkę lub zaczątek serialu?
Oddaję Wam ten koncept za darmo, zrobicie na nim mnóstwo złotówek, proszę tylko o dedykację albo chociaż podziękowania na końcu, dobra?

W rzeczywistości Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i 50 twarzy Greya łączy niestety łączy co innego.

Zła sława.

Zacznijmy od końca.

W dalszym ciągu nie przeczytałam 50 twarzy Greya i nie mam zamiaru. Po przekartkowaniu stwierdzam, że nie jest to książka, której lektura sprawiłaby mi radość. Język zbyt prostolinijny a wyrafinowanej erotyki tak naprawdę brak. Rozumiem wszak osoby, którym lektura się podobała. I są oni w zdecydowanej większości! Inaczej E. L. James nie stałaby się autorką bestsellerowej serii. Serii, podkreślam, nie jednej książki. Dodatkowo historia wydania 50 twarzy Greya jest bardzo ciekawa sama w sobie. Kobieta zajarała się sagą o wampirach, napisała wciągające fanfiction, no kurde, bierzmy z niej przykład! Gratuluję pasji i pracowitości. Odniosła sukces, zarobiła dolary, brawo. Literackiego Nobla raczej nie zdobędzie, ale i tak większość z nas nie ma na to szans.

Jeśli nie znacie twórczości Katarzyny Michalak, zajrzyjcie do biblioteczki mamy lub babci. Wysokie prawdopodobieństwo, że znajdziecie tam któryś z tomów serii leśnej albo z kokardką.

Przyznam, że kiedy byłam młodsza, chciałam zrobić cykl recenzencki książek pani Michalak, najlepiej na YouTube, i mieszać każdą z błotem od góry do dołu, bo, jak wiadomo, od hejtu rosną statystyki. Na szczęście poszłam po olej do głowy. Po pierwsze, nie jestem w stanie się zmusić do lektury takich obyczajówek (chyba że za grube pieniądze albo, no nie wiem, jeśli miałabym ocalić tym czynem stado jednorożców). Po drugie zaś nie jestem grupą docelową tychże tekstów.

Między mną a Katarzyną Michalak jest potężna przepaść pokoleniowa (jeszcze większa niż między nią a Remigiuszem Mrozem), więc odbieramy świat zupełnie inaczej. Rzeczywistość przedstawiona w jej książkach nie jest taka, w jakiej chciałabym żyć (bo wiecie, ja to raczej z bajki o Hanku Moodym), ale dla tysiąca kobiet w Polsce światy wykreowane przez Katarzynę Michalak to spełnienie marzeń! Ciepła rodzina, powolne życie na łonie natury w otoczeniu zwierząt, piękne romanse, wspaniała kuchnia, kochający przyjaciele… Któż nie chciałby się zanurzyć w świecie, w którym problemy ustępują miłości, sprawiedliwości i dobru? Katarzyna Michalak daje wytchnienie i rozrywkę całemu mnóstwu kobiet, które tego potrzebują. I chwała jej za to.

Dobra, popieram Ignacego Karpowicza, który w pewnym numerze Chimery wydawanej przez Rafała Bryndala, zjechał panią Michalak za karmienie bezdomnych lukrowanymi pączusiami (to pafraza, równie dobrze mogło chodzić o donuty z pudrem) zamiast bułką i kiełbasą. Bo wiecie, lepszy konkret, jak już trzeba kogoś karmić, ale nieważne, każdemu zdarzy się taki przypał, jesteśmy tylko ludźmi.

Ale sapanie do Katarzyny Michalak, że jej książki są do dupy, jest po prostu nie na miejscu. Bo nie są, skoro mają czytelników. Należą do nurtu współczesnej literatury popularnej, który nie musi każdego interesować, po prostu. A z ciekawostek dodam, że czytelników muszą mieć sporo, bo w trakcie 11 lat pisarka opublikowała 36 powieści (3,27 rocznie) i współpracowała m. in. z Wydawnictwem Literackim, Filią, Albatrosem, Naszą Księgarnią, Znakiem… To nie są jakieś wydawnictwa krzak, tylko porządne domy wydawnicze.

Bazując na danych z Wikipedii, śmiem twierdzić, że Remigiusz Mróz jest jeszcze bardziej płodny niż przytoczona wyżej Michalak, ale pewnie o tym wiecie. W ciągu 5 lat opublikował 28 powieści, więc wychodzi na to, że rocznie wydaje 5,6 książek. Ma swoich wiernych fanów. Potrafi pisać na potęgę, ludzie chcą go czytać, no to niech pisze dalej! Niech wydawnictwo załatwi mu najlepszych redaktorów i w ogóle jak największy, najzacniejszy zespół, skoro jest na Mroza takie zapotrzebowanie. Bo wyśmiewanie się, że ktoś pisze za dużo, też jest jakimś absurdem. Nie można za dużo pisać, tak samo jak nie można za dużo czytać, bo to nie powoduje żadnej szkody!

A nie, przepraszam, jednak powoduje. I tutaj docieramy do sedna.

Przez to, że Remigiusz Mróz płynie wciąż beztrosko na fali popularności, że książki Katarzyny Michalak nie chcą jakoś znikać z list bestsellerów, a teksty E. L. James dalej uparcie tłumaczone są na różne języki, trudniej jest innym autorom. Dostaną mniejsze honorarium. Ich książka nie będzie tak wybitnie promowana jak tych bardziej skomercjalizowanych autorów. Nie starczy dla nich miejsca na półce w Empiku pod szyldem promowane. Mimo że ich książki będą może nawet lepsze, bardziej wartościowe, ciekawsze. Z takiego stanu rzeczy rodzi się frustracja, kąśliwe docinki, bezsilność i niechęć do popularnych, tudzież majętniejszych. Tak było, jest i będzie.

Moi kochani debiutanci, którzy odwiedzacie tegoż bloga i tak ciężko pracujecie nad swoimi tekstami, posłuchajcie.

Rynek książki jest trudniejszy i nieporównywalnie bardziej skomplikowany niż rynek cukrów czy maseł. Ale, tak jak na każdym innym rynku, ktoś będzie bardziej na topie, a ktoś mniej. Ktoś będzie Lurpakiem za 9 zł, a ktoś regionalnym miksem tłuszczowym za niecałego piątala. Dlatego na sukces trzeba pracować nieustannie. Żeby się doskonalić i być bardziej wartościowym.

Pracowanie nad swoim literackim sukcesem nie obejmuje wszak tylko szlifowania tekstu i doprowadzania warsztatu do perfekcji. Chodzi również o budowanie swojej marki osobistej. Jeśli to zaniedbacie, marny wasz los.

A my, czytelnicy, nie dzielmy się na tych wytrawnych i tych gorszego sortu. Zostawmy takie głupoty partiom politycznym. Mało nas w Polsce. Propagujmy czytelnictwo zamiast dogryzać innym czytelnikom, że czytają jakąś taniochę. Lepsza lektura harlekina niż pranie mózgu za pośrednictwem tv, chyba się zgodzicie? Jako czytelnicy jesteśmy w mniejszości, więc nie obrzydzajmy innym preferowanych przez nich lektur!

Siła!

 

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Ostatnie popołudnie października spędzam na powolnym pisaniu i głębokim oddychaniu. Trochę mam łzy w oczach, że przetrwałam kolejny ciężki miesiąc i ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolona. Tak więc są to łzy ulgi. Teraz jest mi dobrze i błogo.

Co się działo? Zacznijmy od życia osobistego.

Znaleźliśmy mieszkanie!

Dobrze, nie my znaleźliśmy, a zostało nam znalezione (:*). Praktycznie nie zaczęliśmy jeszcze na dobre szukać, a tydzień później wprowadzaliśmy się już do klimatycznego, przestronnego i schludnego mieszkanka w starej części Miasta Doznań. Nigdy jeszcze nie mieszkałam w tak sympatycznym miejscu. Stara kamienica, w powietrzu wiruje historia, jest dużo przestrzeni na uprawę kwiatów, więc niebawem zamierzam urządzić prawdziwe urban jungle.

Przez przeprowadzkę nie miałam w sumie sporo czasu na czytanie, skończyłam trzy książki. Jolantę, Czerwone dziewczyny i Szaloną geometrię miłości. Tej ostatniej nikomu nie polecam, chyba że najgorszemu wrogowi. Stek emocjonalnych bzdur, który w ogóle mnie nie zainteresował i muszę przyznać, że niektóre opisy po prostu pomijałam. Inaczej bym zasnęła. Totalna tandeta. Z każdej książki zawsze staram się wyciągnąć coś pozytywnego, ale losy bogatej lesbijki i jej nieustanne wzdychania w stosunku do nowej wybranki przez, uwaga, 448 stron, przyprawiły mnie o nic innego jak rozwolnienie mózgu oraz poczucie straty czasu. Fuj.

Myślałam sobie też, że uda mi się ominąć wątek #metoo, bo czy #jateż? Zaczęłam się zastanawiać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, by mężczyzna dotknął mnie wbrew mojej woli? Nie pamiętam. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek molestował mnie psychicznie, czyniąc niestosowne uwagi? Możliwe. Ale też tego nie pamiętam. Natomiast dowiedziałam się dzięki tej kampanii, i uwierzcie mi, spadło to ma nie jak prawdziwy grom z jasnego nieba, że ktoś mi bardzo bliski owszem. Przez długi czas. I muszę przyznać, że ta wiadomość bardzo, ale to bardzo na mnie wpłynęła. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić cierpienia tej osoby. I nie wiem, jakim człowiekiem mnie to czyni, ale wreszcie wiem, po której stronie we Wzgórzu Psów Jakuba Żulczyka bym stanęła.

Konkluzja dalej jest ta sama. Trzeba żyć dalej. Naprzekór wszystkiemu.

Na przykład pracy.

Zatem co tam, panie, w wydawnictwie?

Mindfuck, mętlik, #turkus. Może nie za przyjemnie, ale na pewno i ciekawie, i kolorowo.
Wiecie, miałam taki moment, że strasznie się w tym miesiącu mazałam. No, czułam się jak kupa. Chciałam, żeby ktoś wreszcie zobaczył moje starania i powiedział: tak, Emilka, dobrze zrobiłaś. Doceniam, naprawdę, widzę to. I poklepał po główce. Ale, do cholery, to jest jednak praca na etat. Prawdziwa walka o przetrwanie. A ja już jestem za duża, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy.
Na całe szczęście praca dalej przynosi mi mnóstwo satysfakcji. I tak, w tym miesiącu, premierę mają dwie wspaniałe książki. Dumna jestem, że mogę tytułować się ich redaktorem prowadzącym, bo współpraca z tymi autorkami była po prostu przecudowna, a oba tytuły są niesamowicie wartościowe. Teatr snów autorstwa Iwony Anny Dylewicz to tajemnicza, mroczna historia Rudej, która zostaje porwana przez szkielety (fantastyka, super szybko się czyta, choć to 342 strony, polecam zwłaszcza spragnionym wartkiem akcji kobietom). Natomiast mający dzisiaj premierę Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata to zapis kolejnej podróży wspaniałej, niezrównanej, nieprzewidywalnej Katarzyny Maniszewskiej, którą Sikora określiła mianem Wonder Woman wśród podróżniczek. Zatem jeśli jesteście złaknieni przygód i poznawania świata, no to polecam. Kasia dodatkowo jest osobą obdarzoną świetnym poczuciem humoru, więc W 40 dni dookoła świata aż kipi od anegdotek.

A jakie newsy z blogowego światka?

Jestem z siebie wyjątkowo dumna. Licząc ten wpis, napisałam w październiku aż 8 notek! I, uwaga, do każdej się przyłożyłam. Wam zaś najbardziej spodobał się tekst pt. Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram, a zaraz za nim Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym, jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz. W ogólnej rocznej klasyfikacji zaś cały czas wygrywa kontrowersyjny wpis Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs. Ech, ta kasa, tyle emocji budzi, a niepotrzebnie.

Z drugiej strony miło byłoby mieć kiedyś taki komfort psychiczny, żeby na koniec miesiąca nie walczyć o przetrwanie i zastanawiać się, czy iść do dentysty teraz, czy w przyszłym miesiącu. Tymczasem masło kosztuje dalej 8 zł, a w necie pojawiają się takie piękne rzeczy…!

PolecamWam zatem dzisiaj dwa sklepy z ciuchami,

które absolutnie mnie ujęły.

Pierwszy to Floral Escape, absolutnie niesamowite kurtki, szorty i plecaki we florystyczne wzory, na które nie mogę się napatrzeć. Zresztą, sami zobaczcie:

Rewelacja, prawda?

A drugi sklep, który pokazała mi Sikora, to Dzień dobry. Sukienka Zielnik to moje małe marzenie, chyba będzie trzeba odżałować. 😉 Podziwiajcie na Insta, to firma jest Polska, a warto wspierać rodzime biznesy, to forma patriotyzmu, chyba wszyscy się z tym zgadzamy, a nie jakieś ali ekspresy, co nie?

Kończę. Napracowałam się w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę trudy, z jakimi się zmagałam, nie ma tragedii. Żyję. Doceniam to. Najważniejsze to nie zapominać, co w życiu ważne i dbać o to, a potem o dziwo większość rzeczy sama się układa.

Moi mili, życzę nam wszystkiego najlepszego na listopad. Dużo energii, zieleni i ciepłych skarpet. Przesyłam Wam uściski i pozdrowienia!

Wasza

Emilia

 

 

 

Joanna Grzymkowska-Podolak – Zakochani w świecie. Malezja

Joanna Grzymkowska-Podolak – Zakochani w świecie. Malezja

Najlepsza książka na lato 2017 wg serwisu granice.pl. Książka podróżnicza, w której dużo jest o podróżowaniu po samym sobie oraz relacji z najbliższym człowiekiem. Malezja to po Maroko i Indiach trzecia część cyklu Zakochani w świecie autorstwa Joanny Grzymkowskiej-Podolak, która podróżuje wraz z mężem, Jarosławem Podolakiem, w najatrakcyjniejsze turystycznie rejony globu.

Malezja jest krajem pięknym, ciekawym i kontrastowym. W jego stolicy, Kuala Lumpur, pysznią się wieżowce Petronas Towers, mające aż osiemdziesiąt osiem kondygnacji. Na obrzeżach zaś spokojnie, dostojnym krokiem, spacerują w najlepsze dystyngowane warany. To tam żyje najstarszy na świecie las, Taman Negara. I wszędzie dostępne są soczyste owoce, w tym również te najbrzydziej pachnące, jak duriany. Można też spotkać największe i być może najdziwniejsze kwiaty na świecie, raflezje. I właśnie tam, gdzie nowoczesność, biznes i technika świetnie rozwija się obok bujnej przyrody, udali się Zakochani w świecie.

Największą zaletą trzeciej książki Joanny Grzymkowskiej-Podolak jest to, że rozbudza ciekawość czytelnika od pierwszej strony. I, uwaga, zaspokaja ją, ale tylko w pewnej mierze. Przezabawna, głodna wrażeń i energiczna autorka przedstawia bowiem najrozmaitsze informacje o kraju. Opowiada na przykład o religii i świętach.

W Malezji obok meczetów stoją świątynie hinduskie i taoistyczne. Wszyscy, choć może każdy inaczej, celebrują chiński Nowy Rok, hinduskie święto światła Diwali czy muzułmańskie Urodziny Proroka Mahometa. Obok ortodoksyjnych muzułmanek, które nawet dłonie zasłaniają czarnymi rękawiczkami, przechadzają się Chinki ubrane w skąpe spódniczki. Nie mówiąc już o tym, że w wielu miejscach bez skrępowania pojawiają się osoby transseksualne!

Dalej przedstawia też z grubsza charakter malezyjskiej kuchni, wprost przebogatej w smaki. O tych pysznościach mogłabym czytać bez końca. Sęk w tym, że samo czytanie nie wystarcza. Podczas lektury bardzo często zapalała mi się w głowie lampka: jedź tam, poczuj to, zobacz, posmakuj. Mimo że pozornie powinnam mieć dosyć włóczęgi (dopiero wróciłam z urlopu, o czym pisałam ostatnio), naprawdę zaczęłam odczuwać potrzebę spakowania plecaka i opuszczenia domu. To jedna z największych zalet Zakochanych w świecie. Nieodmiennie motywują do podróży.

Nieocenione są wszak wskazówki dla podróżujących, które chcieliby odwiedzić Malezję. Z których lotów skorzystać, gdzie spędzić noc, jakie miejsca zobaczyć przede wszystkim. I miejsca te opisane są rewelacyjnie. Zagłębiwszy się w lekturę, świadomość czytania opuszcza nas i przed oczyma stają kolorowe obrazy, które autorka przedstawia z dużą wprawą. Całości dopełniają zdjęcia, dokumentujące spotkania z niesamowitymi zwierzętami czy ciekawymi postaciami. Jest ich całkiem sporo, choć większość możemy zobaczyć wychodząc poniekąd z książki, lecz cały czas przebywając na terytorium Zakochanych w świecie. Malezja jest bowiem książką interaktywną. Korzystając z aplikacji Tap2C, możemy lepiej eksplorować Malezję dzięki materiałom zgromadzonym przez Asię i Jarka. Bardzo mi się ten pomysł spodobał!

 

Większość z wymienionych wyżej aspektów można odnaleźć w innych książkach podróżniczych. Ale są pewne elementy, których nie uświadczy się nigdzie indziej. Przede wszystkim jest to, jak we wcześniejszych częściach, przyjemny humor. Prosty, sytuacyjny, skuteczny, np. wówczas, kiedy Asia śmieje się z Jarka, że ma w podróży dużą głowę i stanie się celem dla łowców na Borneo. Ponadto jest to książka o radzeniu sobie w podróży, a zatem nie tylko podziwianiu pięknych widoków, ale i sposobach na przetrwanie trudnych momentów, kiedy jest się zdanym na siebie i drugą osobę. Jak pisze sama autorka

Ale podróż to również sztuka wyboru i umiejętność podejmowania nie zawsze wygodnych decyzji.

Zakochani w świecie to nie jest książka w żaden sposób o psychologii związku, lecz dzięki lekturze można wiele w tej dziedzinie się nauczyć.

Nigdy nie kryjemy, że kłótnie i sprzeczki, czasem większe, czasem niewinne, jak ta o za dużą głowę, są stałym elementem naszych podróży. […] Podróże to kawałki naszego życia. Te wyjątkowe. W podróży jest czas na żarty, złośliwości, rozmowy, które pewnie nigdy nie odbyłyby się w stacjonarnym trybie. Myśli, umysł, ciało – po prostu nasze organizmy – funkcjonują inaczej. […] A trudno sobie wyobrazić bardziej intensywne bycie ze sobą niż podczas wspólnych wypraw. Kilka tygodni, miesięcy z mężem lub żoną, partnerem lub partnerką non stop. Dzień w dzień, noc w noc. Bylibyście na to gotowi? Zapewniam, że po jakimś czasie zostaje tylko prawda. […] O tym, jak nam samym ze sobą i ze sobą razem jest. […] Kilka tygodni, miesięcy w podróży – tak moim zdaniem powinno się „przetestować” człowieka, z którym chce się przeżyć resztę życia.

DSCN3181

Nie ukrywam, że choć Zakochani w świecie. Malezja jest książką świetną, to niepozbawioną wad. Czasem dłużyły mi się fragmenty, w których autorka opisywała sposób transportu z jednego miejsca na drugie. Akapity te dla mnie były za długie, czysto techniczne, nie bardzo mnie interesowały, bo przede wszystkim stawiam na akcję i refleksje. To zawsze najbardziej interesuje mnie w książkach podróżniczych, dlatego wielbię książki Piotra Strzeżysza, np. Powidoki, w których podróże stanowią jedynie tło dla rozwoju duchowego autora. Nie przepadam też za dialogami, a zapis codziennych rozmów Asi i Jarka uważałam za zbędny, nie wnoszący nic do relacji.

Kilka słów na temat wydania książki – Edipresse publikuje tytuły książek podróżniczych w sposób luksusowy. Twarda, szyta oprawa, intensywne kolory okładki, papier kredowy… Książka wygląda jak wspaniały album z podróży i doskonale prezentuje się na półce. Tak solidnie i z klasą. Pytanie, czy książka podróżnicza powinna tak wyglądać? Uważam, że nie do końca. Tutaj pozwolę sobie na delikatną refleksję.

Podróżnik to osoba mobilna. Kiedy akurat przebywa w domu, jeśli takowy ma, nie siedzi w miejscu, tylko biega i załatwia różne sprawy. W podróży zaś liczy się dla niego jak najlżejszy bagaż. Dlatego np. Kasia Maniszewska, autorka książek z serii Podróżnik bez powodu, na wyprawę w 40 dni dookoła świata zabrała tak naprawdę kilka kartek wyrwanych z przewodnika. Gdybym chciała wybrać się do Malezji, na pewno nie wzięłabym ze sobą książki Zakochanych w świecie, bo byłaby dla mnie zbyt wielkim obciążeniem. Żal byłoby mi też wyrywać kartki z praktycznymi informacjami, w końcu tomiszcze jest tak pięknie zaprojektowane… Dla mnie książka podróżnicza powinna być lekka, w miękkiej oprawie i przede wszystkim praktyczna swą fizyczną formą. Ale nie każdy musi się ze mną zgadzać. A Wy, moi drodzy Czytelnicy, jak sądzicie?

Zakochani w świecie. Malezja to książka bez wątpienia warta polecenia, nie ustępująca w niczym poprzednim częściom serii. Przeczytajcie koniecznie, jeśli wybieracie się w tamte rejony. A jeśli spodobała Wam się moja recenzja, zachęcam do polubienia fan page Fabryki dygresji na Facebooku!

;

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Pamiętacie recenzję Twierdzy Kimerydu? Postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki oraz kulisy powieści. Nie tylko dlatego, że Magdalena Pioruńska jest bardzo interesującą personą, zaś książka pewnym ewenementem we współczesnej literaturze polskiej. Wydaje mi się, że z lektury poniższej rozmowy będziecie mogli się sporo nauczyć.

Emilia Teofila Nowak: To jak w końcu, Twierdza Kimerydu jest Twoją debiutancką powieścią czy było coś wcześniej? Różne źródła różnie mówią.

Magdalena Pioruńska: Moją pierwszą wydaną książką była notabene książka naukowa na temat rozpadu byłej Jugosławii o jakże oryginalnym tytule: Przyczyny rozpadu byłej Jugosławii w XX. wieku. Potem mój krótki tekst z innego uniwersum fantasy Witajcie w Zoa znalazł się w antologii Dziedzictwo Gwiazd. Moje opowiadanie Ceres trafiło zaś do magicznej antologii opowiadań o Opolu Festiwal Natchnienia. Mogę się pochwalić długim stażem w środowisku literackim. Przez trzy lata uczestniczyłam czynnie w organizowaniu festiwali poświęconych fantastyce we Wrocławiu i Opolu. Prowadziłam spotkania autorskie, zapraszałam pisarzy i kontaktowałam się nawet z zagranicznymi gwiazdami. Ponadto przeprowadziłam kilka konkursów literackich i graficznych na Szufladzie moim portalu kulturalno-literackim, który w sierpniu tego roku skończy sześć lat. Byłam też jurorką przy konkursach literackich na festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu.

Myślę, że moja absolutnie autonomiczna książka musiała się wreszcie pojawić na rynku. Od paru lat byłam na to skazana.

ETN: Ile zajęło Ci napisanie Twierdzy Kimerydu? Od pierwszego pomysłu na powieść do momentu powzięcia decyzji o zwróceniu się do wydawcy?

MP: Twierdza Kimerydu to moja praca dyplomowa w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Od Ono. Kim jest Ono? To specyficzna personifikacja mojego natchnienia, która ujawniła swoje istnienie na zajęciach z poezji właśnie w Studium Literacko-Artystycznym.

Pewnego dnia napisałam długi wiersz z dialogami pomiędzy dziewczyną a stworem, który wiernie towarzyszył jej w podróży po prehistorycznych lasach. Ono tak bardzo spodobało się moim kolegom z roku i wykładowcom, że samoistnie otrzymało dłuższy żywot. Napisałam więc całą serię dziwnych wierszy o Ono i jego Pani, z którą przemierzało fantastyczne światy. Ono miało długi ogon, pomarańczowe ślepia i chowało dłonie w czerwonych rękawiczkach, z których wystawały długie pazury. Teraz nie pamiętam kto, ale chyba któraś z moich koleżanek ze studiów, nazwała Ono dinozaurem. W pewnym momencie Ono zaczęło też coraz mocniej kształtować swój charakter i śmielej poczynać sobie w kontaktach ze swoją Panią. Tak właśnie stworzyłam postać Tyrsa.

Pierwszy dinozaur, który przyszedł mi na myśl przy krystalizacji tej postaci, to oczywiście welociraptor, a właściwie utahraptor, na którym wzorował się Michael Crichton, tworząc swój Park Jurajski. A ponieważ nigdy nie zabieram się za pisanie bez przygotowania, poświęciłam pół roku na oglądanie filmów przyrodniczych z serii Dicovery Channel i BBC na temat życia prehistorycznych gadów w tym szczególnie raptorów, choć najbardziej ujęła mnie historia małego Allozaura ze zwichniętą szczęką. Te obrażenia już w dorosłym życiu zmusiły go do szukania przymierza z roślinożercami…

Sięgnęłam też po książkę uznanego paleontologa Roberta T. Bakkera Raptor Red. Śledzimy w niej losy młodej raptorzycy i jej konfliktowej siostry. Wzruszyło mnie rodzinne życie raptorów, ich usilne i bardzo ludzkie trzymanie się w stadzie i walka o przetrwanie każdego jego członka. Reszta jakby wymyśliła się sama. Chociaż teraz z perspektywy czasu myślę, że Tyrs Mollina nie do końca odegrał rolę mojego Ono. Może to jednak jego mały braciszek Taniel?

Ale wracając do twojego pytania: samo napisanie powieści trwało trochę ponad miesiąc napisałam ją w lipcu ubiegłego roku. Proces jej wymyślania i analizowania poszczególnych wątków trwał za to niecałe dwa lata, począwszy od momentu narodzin Ono.

IMG_20170317_191738_processed

Źródło: archiwum prywatne Magdaleny Pioruńskiej

ETN: Co sprawiło Ci największe wyzwanie podczas pisania?

MP: Anna. Miałam ogromny problem z tą postacią. W miarę jak postępowała fabuła, szybko okazało się, że chłopaki skradli ją w całości, Anna w porównaniu z nimi wypadła bardzo blado. Nie lubiłam pisać jej kolejnych narracji. Wydawały mi się takie uniwersalne, zwyczajne, sztampowe… Wiesz, Anna wprowadza wątek szczeniackiej miłości pomiędzy porządną, szanowaną kobietą a nieokrzesanym buntownikiem. Kiedy to zauważyłam, doszłam do wniosku, że może moja książka powinna mieć trochę inny wydźwięk. Może powinna na całej linii zrywać z różnymi, literackimi stereotypami, w tym właśnie zaginać konwencję romansową. Dopiero wtedy udało mi się wyciągnąć tę bohaterkę z cienia i zrobić z nią coś interesującego. Powiem ci szczerze zmusiło mnie do tego to, że dałam jej oddzielną narrację, wyobrażając sobie, że okaże się całkiem inną postacią. Niestety pomyliłam się i dzięki temu Twierdza Kimerydu wcale nie jest romansem.

ETN: Dlaczego zdecydowałaś się na narrację pierwszoosobową, skoro jest tak mnóstwo postaci? Nie uważasz, że lepiej byłoby spróbować opowiadać historię z pomocą narratora wszechwiedzącego?

MP: Całe życie pisałam książki z perspektywy narratora wszystkowiedzącego i to nie było dla mnie dobre. Rozwlekałam wątki, rozbudowywałam światy, mnożyłam bohaterów. Z biegiem czasu sama zapominałam, jaki był główny wątek powieści i jego główny bohater. Narracja z perspektywy czterech bohaterów to i tak duże z mojej strony ustępstwo. Ja nie cierpię głównych bohaterów zarówno w książkach, jak i w filmach. Ciągnie mnie właśnie w stronę antybohaterów i ludzi z otoczenia protagonisty, którzy zwykle wydają mi się bardziej interesujący. Dlatego też nie chcę mówić, że Tyrs Mollina jest głównym bohaterem Twierdzy Kimerydu. Owszem, pod koniec dojrzewa do tej roli, ale na szczęście wciąż czuwa nad nim Tycjan, a zmiana nastroju i scenerii wcale nie oznacza, że w drugiej części Twierdzy nie pojawią się jego godni konkurenci.

ETN: Którego ze swoich bohaterów lubisz najbardziej?

MP: Zdecydowanie Taniela Mollinę. Po pierwsze dlatego, że Tyrs naturalnie się przy nim zmienia. Taniel wydobywa z niego najlepsze cechy, trafia w jego czułe punkty, tym samym wzmacniając ich i tak już silną więź. Taniel jest ukochanym dzieckiem Tyrsa, jego małym schronieniem, światłem jego życia i być może jedyną osobą, przy której całkowicie czuje się sobą. Po drugie… czytałaś Twierdzę, wiesz jak trudnym i tajemniczym dzieckiem jest Taniel. Pisząc końcówkę książki, już byłam podekscytowana perspektywą drugiej części i wiedziałam, że dorastający Tanni będzie grał w niej jedną z głównych ról. Poza tym on ma boską moralność, a właściwie jej boski brak. Z jednej strony wydaje się być najbardziej ludzki z rodzeństwa raptorów, a z drugiej najbardziej przypomina zwierzę… Podejrzewam go o bardzo zwichniętą psychikę. Mam słabość do takich ludzi.

IMG_20170317_193951_processed

 

ETN: Czy Twoje postaci są wzorowane na kimś z Twojego bliskiego otoczenia? Wymyśliłaś ich sama od początku do końca, czy noszą cechy Twoich znajomych?

MP: Nie wiem. To zawsze dla mnie trudne określić, ile tak naprawdę rzeczywistości wkradło się do moich książek. Wiem za to na pewno, że moja relacja z pewnym specyficznym młodym człowiekiem wpłynęła na ukształtowanie niektórych przyjaźni i rodzinnych relacji w tej powieści. Wiesz, ciężko mnie zainspirować rzeczywistością. Łatwo się też nudzę, nie lubię tracić czasu na zamartwianie się drobiazgami. Owszem, potrafię mocno zainteresować się ludźmi, ale tylko tymi wybranymi przeze mnie. Mam taki wewnętrzny radar, który ciągnie mnie do ludzi utalentowanych, myślących inaczej o świecie i przez to często trudnych w odbiorze przez większość. Ale zdradzę ci za to, że przyjaźń Tyrsa i Tycjana, szczególnie kiedy razem imprezują i prowadzą swoje specyficzne rozmowy, to częściowo odbicie mojej przyjaźni z dziewczyną, z którą mieszkałam w akademiku podczas studiów. Ewcia, serdecznie cię z tego miejsca pozdrawiam. 😉

ETN: W książce mamy do czynienia z postacią Tulii, będącej również Tuliuszem, a może na odwrót. Rozbuchana seksualność tej nieokreślonej płciowo postaci pewnie budzi kontrowersje. Jaki jest Twój stosunek do transpłciowości?

MP: Otwarty. Jestem otwarta na środowisko LGBT, mam tam dobrych znajomych i to nawet bardzo dobrych. Nie mam nic przeciwko wątkom genderowym w powieściach. Sama je przecież propaguję na Szufladzie z działem gender, w którym Ania Godzińska, moja redaktorka, zajmuje się czytaniem i recenzowaniem powieści pod kątem genderowym.

Tuliusz miał być kontrowersyjny i tragiczny. Zresztą każda z moich hybryd miała być w jakiś sposób uszkodzona psychicznie, złamana przez życie. Pomyślałam sobie, że nie można być do końca normalnym, posiadając geny dinozaura. Chociaż wydaje mi się, że to nie te geny same w sobie sprawiły, że moi bohaterowie nie do końca radzą sobie z życiem. Twierdza Kimerydu to przede wszystkim powieść o inności i o reakcjach ludzi na tę inność. Moi chłopcy na swój sposób nauczyli się radzić sobie z ostracyzmem społeczności…

ETN: A co ma z tym wszystkim wspólnego schizofrenia, na którą zdaje się cierpieć postać?

MP: Słuchaj, nie chcę tutaj zdradzać zbyt dużo z fabuły książki, ale podpowiem ci, że może jest ona tylko wymówką… Może Tuliusz Donner po prostu nie akceptował samego siebie i na podobieństwo Normana Batesa z Psychozy Alfreda Hitchcocka do końca nie potrafił uwolnić się od cienia swojej matki?

ETN: Jestem bardzo ciekawa Twojego stosunku do gender studies. Niektóre Twoje postaci, np. Tyrsa Molliny, są tragicznie stereotypowe w swoim przywiązaniu do płci kulturowej. Ale z drugiej strony Tulia…? Zresztą, to kobiety tak naprawdę stoją za wszystkimi aferami, które napędzają fabułę Twojej książki, czyli głównie Anna i Arabella. Czy współczesna kobieta musi być przebiegła, inteligentna i zabójczo piękna? Czy to nie kolejny stereotyp?

MP: Wspomniałam ci wcześniej, że miałam kłopot z kreacją Anny. Za to Arabella jest moim zdaniem fantastyczną postacią. Jej motywacją jest bowiem chęć dorównania ojcu: szalonemu naukowcowi, ale też przede wszystkim czysta ciekawość, jaki będzie efekt każdego jej najokrutniejszego eksperymentu. Arabella miała być psychopatką, zimną suką. Miała przerażać. Miała niszczyć i wypalać po sobie ziemię. Anna jest od niej słabsza charakterologicznie i to wpłynęło na wszystkie jej decyzje. Bohaterka zmaga się z przeszłością, boleśnie dostrzegając przy tym, że tak naprawdę niewiele się zmieniło. Jest przez to ślepa na konsekwencje własnych czynów. Przyzwyczaiła się bowiem do roli tej lepszej siostry”.

A Tyrs i Tuliusz… Cóż, myślę, że mimo dwóch totalnie sprzecznych postaw i podskórnej niechęci, łączy ich przecież coś ważniejszego potrzeba zrozumienia i przebywania blisko człowieka, który nie zadaje zbędnych pytań, po prostu oferuje wsparcie. Lubię tę ich kruchą przyjaźń. To w końcu Tyrs zawsze staje za Tuliuszem, nawet kiedy sypie się relacja Tuliusza i Tycjana. Chyba chodziło mi o to, żeby pokazać, że prawdziwa przyjaźń nie musi wcale opierać się na podobieństwach… Wiesz co? Są rzeczy ważniejsze, niż kulturowe nastawienie do płci. I właśnie one połączyły Tyrsa i Tuliusza.

ETN: A Afryka? Dlaczego akcja nie dzieje się na wyspie w rodzaju Isla Nublar tylko na Czarnym Lądzie? I skąd w ogóle nazwa: Twierdza Kimerydu?

MP: Wcześniej to miała być Nikaragua. Serio, napisałam osiem rozdziałów o młodości Teobalda Elasmosa i ich akcja toczyła się… właśnie w Nikaragui. Potem to przemyślałam; pojawiło się Ono, akurat kiedy zabrakło mi pomysłów na pisanie i Teobald wylądował w Afryce w towarzystwie dinozaurów. Wybrałam Afrykę, ponieważ pasowała do mojej koncepcji totalitarnego świata. Gra w nim bowiem rolę wielkiego śmietnika Cesarstwa Europejskiego, które ją lekceważy i sukcesywnie niszczy. Kimeryd zaś to nazwa jednej z podepok Jury, kiedy na Ziemi żyły największe dinozaury. Pomyślałam, że skorzystam z wszelkich dobrodziejstw prehistorii.

ETN: Zamierzasz wyjechać do Afryki i pisać stamtąd książki? Jak w ogóle widzisz swoją literacką przyszłość? Czy za dziesięć lat Magdalena Pioruńska otrzyma Nagrodę Nike? Co jest Twoim największym celem?

MP: Niczego w swoim życiu nie wykluczam. Chcę się zmieniać. Chcę iść do przodu. Chcę być lepsza. Chcę pisać książki dużo książek i dalej prowadzić Szufladę i budować coraz lepszą markę. Mój sukces to efekt kilkuletniej ciężkiej pracy, orania tematu u samych podstaw, czasem z przygarbionymi ze zmęczenia plecami, ale nadal ze sztywnym kręgosłupem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mój się nie zgina, że niektórzy ludzie się tacy rodzą. Cieszę się, że widzisz we mnie kandydatkę do Nagrody Nike. 😀 Jestem tak próżna, że na pewno się z niej bardzo ucieszę. A potem pomyślę o Noblu. 😉

ETN: Jak wygląda Twój dzień powszedni i skąd bierzesz czas na pisanie? Czym na co dzień się zajmujesz?

MP: Pracuję w tygodniu. Głównie z młodymi ludźmi. Lubię młodzież, jest naprawdę ciekawa, dostarcza mi wiele tematów do rozważań i konstruowania fabuły. Ostatnio w związku z premierą Twierdzy Kimerydu, żyję w ciągłym biegu. Nie mam czasu dobrze zjeść, potrafię pół dnia chodzić głodna, jak wilk, bo zwyczajnie zapominam, że jestem głodna… Tak jak na przykład teraz, kiedy odpowiadam ci na pytania. Już dawno powinnam coś zjeść, no ale…

Właśnie. Jak się za coś zabieram na poważnie, to zwykle po drodze kruszę skały. 🙂 Czekam aż ten szum trochę ucichnie, moje życie się ustabilizuje i wrócę do spokojnego, regularnego pisania. Przypominam Ci, że poza pisaniem książek, zarządzam też portalem i piszę do niego teksty.

ETN: Jakie masz wskazówki dla osób, które marzą o wydaniu swojej debiutanckiej książki?

MP: Nie można zrażać się niepowodzeniami. Ale też nie zawsze zgadzać się z odmową. Może chodzi o to, żeby pokazać, że nie mieli racji, nie doceniając twojego talentu? Bo to się liczy przede wszystkim. Talent. A potem dopiero ciężka praca. I nie ukrywam, że przebojowość i odwaga bardzo się przydają.

ETN: Co dla Ciebie, jako czytelniczki, jest najcenniejsze w literaturze?

MP: Autentyczność. Inność. Czasem dziwność. Lubię, kiedy literatura czymś we mnie EPATUJE. Lubię coś mocno odczuwać i lubię, jak moje serce zamiera albo bije zbyt szybko.

ETN: Jakie książki możesz polecić, podobne do Twojej?

MP: Nie wiem, bo na nikim się nie wzorowałam. Kiedy pisałam o Tuliuszu, przypominał mi się za to bardzo ciekawy film Mandarynka o społeczności transwestytów w Hollywood. Zrobił na mnie ogromne wrażenie właśnie taką czułością i niezwykle kruchym pięknem na tle brudnego, odrażającego świata. Jeszcze raz chętnie polecę też Raptora Red. Mimo że bohaterka jest prehistorycznym gadem, a całość przypomina raczej zapis serialu przyrodniczego, książkę czyta się jednym tchem.

ETN: A gdybyś miała wybrać swój literacki wzór do naśladowania, jakiegoś twórcę, kto by to był?

MP: I tutaj mam znowu problem. A wiąże się on z moją specyficzną osobowością i światopoglądem. Nie wierzę we wzory do naśladowania. Nie wierzę w autorytety. Wierzę za to w mój talent, wierzę w to, że warto pisać mimo wszystko. A jako skrajna indywidualistka powiem ci jeszcze, że każdy artysta powinien sam odnaleźć swoją własną drogę. Nie tylko w pisaniu, ale również w życiu.

ETN: Kiedy kolejna książka?

MP: Kiedy się napisze. Będzie dłuższa od pierwszej części, bo akcja będzie się toczyć równocześnie w Afryce i w Europie. Ale już zaczęłam i świetnie się bawię w trakcie pisania.

Droga Magdaleno, bardzo dziękuję Ci za wartościową rozmowę. Myślę, że Twoje słowa będą pomocne dla każdego, kto marzy o pisaniu. Mnie wywiad z Tobą bardzo zainspirował i zmotywował do dalszej walki z samą sobą o dokończenie pisania książki. Życzę Czytelnikom, by śmiało brali z Ciebie przykład osoby tyleż samo pracowitej, co przebojowej i kreatywnej. A Tobie, by pisanie kolejnej książki dostarczyło Ci co najmniej tyle samo frajdy, co przy pierwszej części Twierdzy Kimerydu. Przy okazji zapraszam też wszystkich na jeden z moich ulubionych portali literackich www.szuflada.net. Naprawdę warto!