Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Ostatnie popołudnie października spędzam na powolnym pisaniu i głębokim oddychaniu. Trochę mam łzy w oczach, że przetrwałam kolejny ciężki miesiąc i ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolona. Tak więc są to łzy ulgi. Teraz jest mi dobrze i błogo.

Co się działo? Zacznijmy od życia osobistego.

Znaleźliśmy mieszkanie!

Dobrze, nie my znaleźliśmy, a zostało nam znalezione (:*). Praktycznie nie zaczęliśmy jeszcze na dobre szukać, a tydzień później wprowadzaliśmy się już do klimatycznego, przestronnego i schludnego mieszkanka w starej części Miasta Doznań. Nigdy jeszcze nie mieszkałam w tak sympatycznym miejscu. Stara kamienica, w powietrzu wiruje historia, jest dużo przestrzeni na uprawę kwiatów, więc niebawem zamierzam urządzić prawdziwe urban jungle.

Przez przeprowadzkę nie miałam w sumie sporo czasu na czytanie, skończyłam trzy książki. Jolantę, Czerwone dziewczyny i Szaloną geometrię miłości. Tej ostatniej nikomu nie polecam, chyba że najgorszemu wrogowi. Stek emocjonalnych bzdur, który w ogóle mnie nie zainteresował i muszę przyznać, że niektóre opisy po prostu pomijałam. Inaczej bym zasnęła. Totalna tandeta. Z każdej książki zawsze staram się wyciągnąć coś pozytywnego, ale losy bogatej lesbijki i jej nieustanne wzdychania w stosunku do nowej wybranki przez, uwaga, 448 stron, przyprawiły mnie o nic innego jak rozwolnienie mózgu oraz poczucie straty czasu. Fuj.

Myślałam sobie też, że uda mi się ominąć wątek #metoo, bo czy #jateż? Zaczęłam się zastanawiać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, by mężczyzna dotknął mnie wbrew mojej woli? Nie pamiętam. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek molestował mnie psychicznie, czyniąc niestosowne uwagi? Możliwe. Ale też tego nie pamiętam. Natomiast dowiedziałam się dzięki tej kampanii, i uwierzcie mi, spadło to ma nie jak prawdziwy grom z jasnego nieba, że ktoś mi bardzo bliski owszem. Przez długi czas. I muszę przyznać, że ta wiadomość bardzo, ale to bardzo na mnie wpłynęła. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić cierpienia tej osoby. I nie wiem, jakim człowiekiem mnie to czyni, ale wreszcie wiem, po której stronie we Wzgórzu Psów Jakuba Żulczyka bym stanęła.

Konkluzja dalej jest ta sama. Trzeba żyć dalej. Naprzekór wszystkiemu.

Na przykład pracy.

Zatem co tam, panie, w wydawnictwie?

Mindfuck, mętlik, #turkus. Może nie za przyjemnie, ale na pewno i ciekawie, i kolorowo.
Wiecie, miałam taki moment, że strasznie się w tym miesiącu mazałam. No, czułam się jak kupa. Chciałam, żeby ktoś wreszcie zobaczył moje starania i powiedział: tak, Emilka, dobrze zrobiłaś. Doceniam, naprawdę, widzę to. I poklepał po główce. Ale, do cholery, to jest jednak praca na etat. Prawdziwa walka o przetrwanie. A ja już jestem za duża, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy.
Na całe szczęście praca dalej przynosi mi mnóstwo satysfakcji. I tak, w tym miesiącu, premierę mają dwie wspaniałe książki. Dumna jestem, że mogę tytułować się ich redaktorem prowadzącym, bo współpraca z tymi autorkami była po prostu przecudowna, a oba tytuły są niesamowicie wartościowe. Teatr snów autorstwa Iwony Anny Dylewicz to tajemnicza, mroczna historia Rudej, która zostaje porwana przez szkielety (fantastyka, super szybko się czyta, choć to 342 strony, polecam zwłaszcza spragnionym wartkiem akcji kobietom). Natomiast mający dzisiaj premierę Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata to zapis kolejnej podróży wspaniałej, niezrównanej, nieprzewidywalnej Katarzyny Maniszewskiej, którą Sikora określiła mianem Wonder Woman wśród podróżniczek. Zatem jeśli jesteście złaknieni przygód i poznawania świata, no to polecam. Kasia dodatkowo jest osobą obdarzoną świetnym poczuciem humoru, więc W 40 dni dookoła świata aż kipi od anegdotek.

A jakie newsy z blogowego światka?

Jestem z siebie wyjątkowo dumna. Licząc ten wpis, napisałam w październiku aż 8 notek! I, uwaga, do każdej się przyłożyłam. Wam zaś najbardziej spodobał się tekst pt. Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram, a zaraz za nim Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym, jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz. W ogólnej rocznej klasyfikacji zaś cały czas wygrywa kontrowersyjny wpis Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs. Ech, ta kasa, tyle emocji budzi, a niepotrzebnie.

Z drugiej strony miło byłoby mieć kiedyś taki komfort psychiczny, żeby na koniec miesiąca nie walczyć o przetrwanie i zastanawiać się, czy iść do dentysty teraz, czy w przyszłym miesiącu. Tymczasem masło kosztuje dalej 8 zł, a w necie pojawiają się takie piękne rzeczy…!

PolecamWam zatem dzisiaj dwa sklepy z ciuchami,

które absolutnie mnie ujęły.

Pierwszy to Floral Escape, absolutnie niesamowite kurtki, szorty i plecaki we florystyczne wzory, na które nie mogę się napatrzeć. Zresztą, sami zobaczcie:

Rewelacja, prawda?

A drugi sklep, który pokazała mi Sikora, to Dzień dobry. Sukienka Zielnik to moje małe marzenie, chyba będzie trzeba odżałować. 😉 Podziwiajcie na Insta, to firma jest Polska, a warto wspierać rodzime biznesy, to forma patriotyzmu, chyba wszyscy się z tym zgadzamy, a nie jakieś ali ekspresy, co nie?

Kończę. Napracowałam się w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę trudy, z jakimi się zmagałam, nie ma tragedii. Żyję. Doceniam to. Najważniejsze to nie zapominać, co w życiu ważne i dbać o to, a potem o dziwo większość rzeczy sama się układa.

Moi mili, życzę nam wszystkiego najlepszego na listopad. Dużo energii, zieleni i ciepłych skarpet. Przesyłam Wam uściski i pozdrowienia!

Wasza

Emilia

 

 

 

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

W zeszłym tygodniu Wysokie Obcasy uświadomiły mi, że najwyższy czas napisać o tym, dlaczego mając dwadzieścia pięć lat, nie chcę być matką. Choć bywam roztargniona tak mocno, jakbym chorowała co najmniej na zaawansowaną sklerozę i wyjście z domu bez portfela jest na porządku dziennym, to nigdy, przenigdy nie zapomniałam o mojej drogiej przyjaciółce – różowej pigułce. Boję się, że kiedy jej nie wezmę, zrobię w swojej macicy miejsce dla gościa, który sprawi, że zapomnę o samej sobie.

Jestem jedynaczką i moja relacja z matką przypomina istny roller coaster. Byłam dzieckiem trzymanym pod kloszem, wychuchanym od stóp do głów. Matka urodziła mnie po wcześniejszej ciąży pozamacicznej, w wieku trzydziestu pięciu lat, w czasach, kiedy wielu mówiło jej, żeby pożegnała się z marzeniem o dziecku. Kiedy przyszłam na świat, poświęciła mi się bez reszty, co przez wiele lat uważałam za ogromny ciężar psychiczny. Matka nie chciała być tylko moją opiekunką, ale i przyjaciółką. Wydawało mi się to strasznie głupie i naiwne z jej strony. Co nas łączyło prócz tej samej grupy krwi?

Pragnęłam uciec od niej jak najdalej. Po maturze zerwałam się ze smyczy i narobiłam głupot na studiach, za co pokutuję do teraz. Pozwoliło mi to jednak załapać trochę dystansu. I tak naprawdę dopiero, kiedy po kilku latach wróciłam do domu rodzinnego i zaczęłam dostrzegać w mamie prawdziwą kobietę, bo jej cała uwaga przestała się skupiać na mnie, stwierdziłam, że ją lubię. Moje emocje już nie są skupione wokół bezgranicznie kocham czy nienawidzę ze wszystkich sił. Wiem, że są pewne rzeczy, które nigdy do niej nie dotrą, ale tak samo ja nie pojmuję w ogóle świata, w jakim przyszło jej się wychowywać. Jest to przyczyną nieustannego, niepotrzebnego sprawiania sobie wzajemnie bólu. Ale i chwil dumy, euforii, wielkiego szczęścia, kiedy wreszcie, po kilkuletnich próbach, coś tam uda się którejś z nas zrozumieć.

Tylko że bywało tak źle, że uciekałam z domu do koleżanek w trakcie dnia, a w nocy planowałam wielkie wyprawy, by już nigdy nie musieć oglądać twarzy mamy. Pamiętam, jak bardzo jej nienawidziłam, i jak przez to nienawidziłam siebie. To, czego może nigdy jej nie wybaczę, to to, że tak wiele dla mnie poświęciła. A przecież jednocześnie powinnam całować ją za to po stopach, bo mało dzieciaków miało w życiu taki komfort, jak ja.

Każda nasza matka, tak jak każda ich córka, jest najgorsza i najlepsza jednocześnie. Miałam taki etap, że nie chciałam mieć dziecka, bo nie chciałam być dla niego taką matką, jaką miałam ja. Teraz nie chciałabym być matką, bo nie chcę mieć takiej córki, jaką ja jestem dla mojej matki. Totalnie bym sobie nie poradziła. I jest coś jeszcze. Przez wiele lat stawałam się osobą, którą jestem teraz. Dochodzenie do tego, że wcale się nie nienawidzę, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Teraz całkiem się lubię, ale za kilka lat może być ze mnie naprawdę fajna babka. Nie chciałabym tego przegapić, skupiając się na dziecku.

Czy jest to z mojej strony egoizm? Nie chcę mieć dziecka, bo chcę mieć święty spokój. Na to wychodzi.

No cóż, każda z nas powinna mieć prawo do tego egoizmu. I każda powinna mieć tak samo prawo do altruizmu, jakim jest macierzyństwo. Do bezgranicznego oddania się na rzecz wychowania nowego istnienia.

max

Ale obecnie, cytując Zadie Smith, ludzie traktują rodzicielstwo jak wybór lifestyle’owy. […] Moje pokolenie wrzuciło posiadanie dzieci do tego samego koszyka co wybór koszuli czy telefonu. Zajdę sobie w ciążę, bo wszystkie moje kumpelki pozachodziły, a co. Albo nie mogę sobie znaleźć faceta, więc pójdę do klubu, dam się przeruchać w kiblu, to może potem się z tego zrobi jakaś istotka do kochania. I będę prowadzić bloga parentingowego, to dostanę może łóżko z Ikei za darmo, a najlepiej to spróbuję urodzić właśnie tam, fajnie, jakby rabaty powpadały.

(Czy muszę w tym miejscu po raz kolejny zaznaczać, że generalizowanie, hiperbola i sarkazm są bardzo lubianymi przeze mnie środkami wyrazu)?

Na powyższe jeszcze mogłabym machnąć ręką. Współczuję dzieciom rodzącym się z takich właśnie pobudek, ale na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy owocem dążenia gatunku homo sapiens do przetrwania. Dlatego nie mnie oceniać motywacje reprodukcyjne ludzi. Jest jednak coś gorszego, co mogłoby mi się stać, gdybym stwierdziła w pewnym momencie mojej egzystencji, że chcę mieć np. synka o imieniu, powiedzmy, Gargamel. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie do Instagramu oraz to, że w mojej rodzinie kobiety mają tendencje do poświęcania się, zmieniłabym nazwę konta z emiliateofila na mamusia_gargusia.

Nie chcę zaśmiecać social media fotografiami własnej buzi, a co dopiero mojego hipotetycznego dziecka. Nie chcę wkurwiać takim spamem koleżanek, nie chcę wysyłać takiego internetowego zaproszenia pedofilom. I nie chcę tracić siebie na rzecz przewijania pampersów, leczenia zapalenia piersi od zatkanych kanalików mlekowych czy tłumaczeniu, że złośliwymi komentarzami w szkole przejmować się nie warto, bo ja sama wciąż pamiętam, jak bardzo to boli, gdy jest się innym niż reszta uczniów. Jestem nieodpowiedzialnym młokosem, który ma problemy z łażeniem do dentysty, bo przeraża go sama myśl o krzywym spojrzeniu lekarza, gdy zobaczy dziurę w zębie. Marzycielką, nie potrafiącą wziąć odpowiedzialności za siebie i rozliczyć się z przeszłością raz a dobrze.

Zatem czy to oznacza, że jestem opóźniona w rozwoju w stosunku do moich rówieśników, którzy wzięli już ślub i mają kilkuletnie dzieciaki?

Czy chcę zasugerować, że wręcz przeciwnie, jestem od nich mądrzejsza i dojrzalsza, bo nie chcę wychodzić za mąż i reprodukować się?

Może tak naprawdę po prostu nie wiem, ile trudów może wynagrodzić uśmiech własnego dziecięcia i że więcej z tego wszystkiego radości niż smutku?

maxxie

Bo może znowu filozofuję, a wokół tyle dzieciaków, no to czy faktycznie jest aż tak ciężar na barkach, to całe wychowanie? No nie, akurat tutaj mogę sobie odpowiedzieć, że okej, łatwo się puknąć, ale z konsekwencjami poradzić sobie dużo trudniej. Niemal każdy z moich przyjaciół ma jakąś traumę wyniesioną z dzieciństwa z powodu czegoś, co zrobił albo czego nie robił ich rodzic. I to stało się tak po prostu. Trzeba myśleć przy dziecku o tylu rzeczach – żeby nakarmić, żeby zapłacić za wycieczkę, żeby nie zostawić w aucie, gdy upał, żeby kupić prezent na imieniny, no po prostu miliard spraw. Więc kiedy już się pada na twarz, nerwy czasem puszczają i ryknie się na tego wkurzającego smarkacza. Kto by podejrzewał, że wiele lat później to odbije się na jego psychice i uniemożliwi pójście dalej ze swoim życiem albo upośledzi jakąś funkcję społeczną?

Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej marzeniem było posiadanie dziecka. I to marzenie się spełniło. Mówiła mi o tym z miłością w oczach, a ja oczywiście musiałam wtedy stać się potworem i powiedzieć jej, że wcale nie, bo jakim prawem może mówić, że mnie posiada? Jestem niezależną istotą, która ma własny rozum i wolę. Nie jestem niczyją własnością. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę.

Dzieci potrafią być tak okrutne, że się kurwa wszystkiego może odechcieć.

Moja mama, jeśli odechciewało się już bycia matką, nigdy nie dała mi tego po sobie poznać. Aż mi łzy teraz lecą z oczu, bo sobie uświadomiłam, że kiedy ostawiałam największe numery, totalne huragany histerii, ona, zamiast się wycofać, przychodziła do mnie, do tej jaskini lwa, by powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Że nieważne, co jej powiem, ona i tak przy mnie będzie.

Musiałam skończyć dwadzieścia pięć lat, by zrozumieć, jak trudne to zadanie.

Matki potrafią być nieświadomie najsurowszymi katami i jednocześnie najpotężniejszymi agregatorami miłości. Ja chciałabym tylko, by przyszłe mamy zdawały sobie z tego sprawę. Jeśli dane będzie mi to w końcu pojąć (bo wiedza a uświadomienie to dwie zupełnie różne sprawy), to niewykluczone, że rozstanę się z różowymi pigułkami. (To będzie cios, bo od kiedy biorę antykoncepcję, nie czuję się podczas okresu jak podczas tortur zadawanych mi przez stado rozszalałych wikingów). I wtedy będę się wyżywać na władzy, że nie mogę zapisać dzieciaka do najbliższego od domu żłobka, bo nie ma miejsc, bo trzeba dużo hajsu bulić, a przecież i tak odciągają mi z wypłaty na ubezpieczenia i inne niezbędne do funkcjonowania pierdoły. Ale póki jeszcze nie rozbudził mi się mój instynkt macierzyński, za co chwała niebiosom, dalej będę przewracać oczami, kiedy jakaś moja koleżanka zmieni swój nick na Instagramie i klikać przestań obserwować u znajomych, którzy za bardzo epatują buziami swojego dzieciaka na Facebooku.

Tyle o macierzyństwie z mojej strony, mamy rok 2017, ciekawe, kiedy mi się odmieni, odpukać.

Tradycyjnie zapraszam Was do polubienia Fabryki dygresji na Facebooku. Każda łapka w górę przybliża nas do 1000 lajków, a wtedy będę kompromitować się dla Was na YouTube. 

Chciałabym wiedzieć, co Wy sądzicie na temat macierzyństwa. Jak relacje z Waszymi mamami? Czy bycie mamą Was przeraża? Czy oczekuje się z Waszej strony reprodukcji i z tego powodu czujecie ciśnienie? Koniecznie dajcie znać.

xoxo

Wasza

Emilia

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Obwołuję wrzesień najgorszym miesiącem roku 2017. I w zasadzie jedynym złym miesiącem roku 2017. Chciałam Wam napisać, jak było źle, jak okropnie się czułam i co sobie myślałam, ale stwierdziłam, że rzyganie na blogu swoimi negatywnymi uczuciami (po raz kolejny) będzie grubą przesadą. W życiu nie zawsze jest idealnie. I mamy prawo do smutku. Ale zamiast wbijać się wspólnie w dół, lepiej się otrząsnąć. O ile jeszcze się da.

mered

Stres w pracy. Sezon grypowo-anginowy. Zimno. Nieumiejętne zarządzanie hajsem. Smród palonych w piecach plastików, przez co moja wakacyjna trasa do biegania stała się nieaktualna. Spięcia z mamą. Tęsknota za Poznaniem… I dodatkowo, wywołane zapewne wszystkim powyższym, napięciowe bóle głowy. We wrześniu wydarzyło się na prawdę sporo rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Określenie mojego nastroju niezadowoleniem będzie jednak takim eufemizmem jak nazwanie Nangi Parbat pagórkiem. Miesiąc zatem daleki od ideału, ale ważny, bo przypomniał mi oraz uświadomił kilka ważnych zasad, dotyczących higieny zdrowia psychicznego.

  1. Zmęczone ciało to ukojona psychika.
    Dlatego postanowiłam powrócić do ćwiczeń. Biegałam, ćwiczyłam z ciężarkami i robiłam wygibasy na macie. Ponieważ dosyć szybko zauważyłam efekty (m. in. wysmuklone ramiona i sucha koszulka pod pachami przy wchodzeniu na czwarte piętro), stwierdziłam, że nie mogę tego zniszczyć, więc udało mi się omijać też maka, nie pić coli i nie wpieprzać co chwila mąki. Efekt? Cztery kilo mniej i 200% więcej czasu spędzonego przed lustrem na podziwianiu własnego ciała. Coraz bardziej się lubię.
  2. To, kim jesteś, nie jest aż tak istotne w porównaniu do tego, kim chcesz być.
    Wiadomo bowiem, że ludzie są z natury leniwi. Każdy z nas ma do tego inny zestaw wad. Ja na przykład za bardzo jestem podatna na wpływ otoczenia, kiepsko radzę sobie z krytyką i mam ogromne trudności z kończeniem rzeczy (+ miliard innych). Ale chcę być pracowita, odważna, odporna i elokwentna. Dlatego muszę o tym pamiętać każdego dnia i zachowywać się tak, jak przystało na to, kim chcę być. A wtedy stanę się właśnie takim człowiekiem. I gdy inni zaczną to zauważać, będzie już dużo łatwiej (potwierdzone info). Life isn’t about finding yourself. Life is about creating yourself, jak powiedział George Bernard Shaw. Zgadzam się.
  3. Znajdź koło ratunkowe i skorzystaj z niego, zanim będzie za późno.
    Przed wpadnięciem w dół, kiedy jesteśmy już pod wpływem chandry, można jeszcze się uratować. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Dlatego powinniśmy zapisywać rzeczy, które sprawiają nam radość. Małe błahostki. I gdy zbliża się atak złego nastroju, trzeba sięgnąć po zestaw czynności, będący naszym kołem ratunkowym. Bo, jak wiadomo, kiedy depresja atakuje, nie widzimy już żadnych pozytywów. Wszystko jest do dupy, nie ma żadnego wyjścia, to, co kiedyś wydawało się fajne, teraz nie ma żadnej wartości. Jedną z takich czynności jest dla mnie… oglądanie vlogów Krzysztofa Gonciarza. Nic mi nie daje tak wspaniałego kopa do działania. Piękne obrazy, które widzę na wideo, zwracają mojej rzeczywistości właściwe barwy. Postaram się w najbliższych tygodniach napisać Wam więcej na temat koła ratunkowego, bo to wspaniała technika, która nieraz uratowała mnie w tym miesiącu od poważnego załamania. (I na razie jestem przeświadczona, że to ja ją odkryłam, ale to byłoby pewnie niemożliwe, skoro to taki banał. Znacie może jakieś artykuły, gdzie ktoś o takich kołach ratunkowych pisał? Dokształcę się chętnie, dajcie znać)!

Dzięki powyższym żywię nadzieję, że październik będzie o wiele lepszym miesiącem. Co więcej: po prostu nie pozwolę, żeby znowu było tak źle. Zresztą, nadchodzą magiczne wydarzenia! Ale o tym na koniec.

Tylko żebyście sobie nie myśleli, że we wrześniu nie robiłam nic innego, jak chodzenie na wkurwie albo leżenie bez odrobiny reiatsu. (Kto oglądał Bleacha)? Nie, nie, kochani, to już nie ja. I w ten sposób miesiąc razem z Sikorą zaczęłyśmy od udziału w IX Kongresie Kobietkobiet

Bardzo spodobała mi się atmosfera wydarzenia. Można było spotkać najróżniejsze kobiety. Siwe, z siatami pełnymi zakupów albo tytułem profesora. Młode, będące w ciąży albo skupiające się na rozwijaniu swoich artystycznych pasji. Te, które wiedzę chciały przekazać i takie, które chciały ją otrzymać. Uśmiech. Jedność. Wiedza. W skrócie: bardzo mi się podobało. I gdyby znowu nie ten cholerny ból głowy, na pewno wzięłabym udział w mnóstwie wykładów oraz spotkań, na które niestety w niedzielę nie dotarłam, a chciałam bardzo. Na szczęście za rok kolejny Kongres. I nie mogę się doczekać, żeby uczestniczyć w nim aktywniej.

Oprócz edukacji zażyłam też trochę kultury. Przeczytałam i nawet zrecenzowałam Cwaniary Sylwii Chutnik, widziałam i napisałam o moich wrażeniach z seansu The Square. Wcześniej niestety zapoznałam się też z Death Note w wersji Netflixa, czyli totalną porażką i dorzucam to do czynników, które prawie przysporzyły mi nawrotu depresji.

Po ponad sześciu latach mieszkania w Poznaniu pierwszy raz w życiu zwiedziłam też Śródkę. Wiem, straszny syf, że moja stopa dopiero teraz pierwszy raz stanęła na Moście Jordana, mój język posmakował doskonałej kawy z La Ruiny, a oczy na żywo zachwyciły się słynnym muralem… Shame. Fajnie było tak znów odkrywać Poznani, w dodatku w doskonałym towarzystwie… 😉

Na koniec chciałabym Wam polubić coś, co absolutnie mnie zauroczyło. Jak wiecie (albo nie, to się zaraz dowiecie), instagramuję sobie dosyć aktywnie (@emiliateofila) i co jakiś czas wpadam na interesujące profile. Ale to, co zobaczycie poniżej, sprawiło, że moje serce zabiło o wiele szybciej.

dzangiel

Profil @warsawjungle jest absolutnie zachwycający. Kocham roślinki, bardzo poprawiają mi humor. Moim małym marzeniem jest właśnie taka mała prywatna dżangiel w mieszkaniu. A na stare lata chciałabym słynąć jako ta pisarka, która ma własną oranżerię i tylko tam udziela wywiadów. @warsawjungle przypomina mi o tym pragnieniu, a dodatkowo daje mnóstwo inspiracji do aranżowania przestrzeni. Polecam, zarówno profil, jak i roślinki!

Od teraz na koniec każdego miesiąca będę robić właśnie takie podsumowanie. Dzięki temu mam zamiar po prostu więcej działać. Ale żeby i Wam przyszło to z korzyścią, postaram się polecać Wam fajne rzeczy i dzielić się z przeżyciami bardziej intymnymi niż w innych wpisach. Czekam na Wasz feedback. I tradycyjnie już zachęcam do polubienia profilu Fabryki dygresji na fejsie.

Trzymajcie się cieplutko w październiku i pochwalcie się wrześniowymi refleksjami.

Buziaki!

Wasza

Emilia

 

 

25 rzeczy, które możesz na spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą

25 rzeczy, które możesz na spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą

Jak już kilka osób zauważyło (pozdrawiam z tej strony Weronikę, Boharka i mojego najukochańszego Lorda Fathera), choć datę urodzin ukryłam na Facebooku, niebawem kończę 25 lat. Myślałam, że będzie to smutna rocznica, bo wciąż mam na koncie tylko jedną opublikowaną książkę, ale okazuje się, iż nie ma to w tym momencie dla mnie zupełnie żadnego znaczenia. Jest to zasługa moich najbliższych, których grono powiększyło się w stosunku do zeszłego roku. A jak wiadomo, od takiego przybytku głowa nie ma prawa boleć. Nie pamiętam, kiedy byłam tak spokojna, szczęśliwa i kompletna, jak teraz. Z okazji moich urodzin życzę więc wszystkim Wam tego, co najważniejsze: MIŁOŚCI. I dziękuję, że jesteście.

A teraz powiem Wam, co macie pierdolić, żeby być takimi farciarzami, jak i ja. Przynajmniej w wieku 25 lat.

Pierdolcie zatem:

  1. Brzydką pogodę.
    Było już tak pięknie, kiedy miesiąc temu wygrzewałam się w promieniach słońca z papierosem w ręku, mając pod sobą magiczną panoramę na jedno z piękniejszych poznańskich skrzyżowań i jeszcze słodszą perspektywę kolejnych godzin. Tymczasem końcówka kwietnia, a tu śnieg, grad, zawiane ucho. Można by się załamać, gdyby nie świadomość, że po kwietniu zawsze przychodzi maj, a póki co można grzać się pod kołdrą. I zima ma swoje plusy.
  2. Wstyd.
    Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Uważam, że poczucie wstydu to coś, co najbardziej nas niszczy. Strach przed działaniem z powodu obawy przed kompromitacją hamuje nas bardziej niż inne czynniki. Nawet, jeśli palniesz głupotę albo puścisz pawia przed setką ludzi, uwierz: to mogło zdarzyć się każdemu. Straciłam bardzo dużo czasu na niepotrzebne rozpamiętywanie krępujących mnie chwil, kiedy powinnam ugryźć się w język, spojrzeć gdzie indziej albo trzymać ręce przy sobie. Niepotrzebnie. Lepiej wyciągnąć wnioski na przyszłość i iść naprzód.
  3. Hygge.
    Jasny gwint, żyjemy w Polsce. Nie potrzebujemy dziesięciu koców z Ikei i specjalnych lampek, żeby pokonać stany depresyjne. Wizyta u psychiatry jest sto razy skuteczniejsza niż wypierdalanie hajsu w kosmos.
  4. Wyrzuty sumienia.
    Nie da się być idealnym. Możemy próbować i róbmy to, czyniąc dobro i starając się być lepszym z każdym dniem. Ale każdy popełnia błędy i niechcący krzywdzi inne osoby. Kiedy tak się stanie, przeprośmy. Pochylmy głowę ze skruchą. Odpokutujmy nasze winy, o ile się da. Pamiętajmy o tym, co zrobiliśmy źle, by nie powtarzać błędów, ale nie katujmy się bez końca wspomnieniami, których nie zmienimy.
  5. Oglądanie seriali.
    Róbmy to tylko po to, by się odstresować i gdy fabuła naprawdę nas zachwyci. Nie traćmy wielu godzin każdego dnia, ślęcząc przed komputerem czy telewizorem, by oglądać wymyślone życie nieistniejących ludzi. Piszmy własne scenariusze. 
  6. To, co ludzie o Tobie mówią.
    Niektórzy cały czas będą Ci powtarzać, że masz zrzucić na wadze, choć tego samego dnia inni zdziwią się, jak bardzo schudłaś. Kiedy zajmiesz głos w dyskusji, część powie, że trzeba było trzymać buzię na kłódkę, a inni będą mieć pretensje, że nie poruszyłaś danego problemu jeszcze bardziej. Jednym spodoba się Twoja twórczość, drudzy stwierdzą, że jest grafomańska. Kto ma rację? Cóż… Naprawdę będziesz tracić czas na zastanawianie się? Nie lepiej po prostu wzruszyć ramionami? 
  7. To, czego ludzie o Tobie nie mówią, a powinni.
    Komentując Twój wygląd, ludzie często zapominają o Twojej osobowości. Nie zawsze usłyszysz od nich to, czego chciałbyś posłuchać, a często – zupełnie na odwrót. Zamiast słów wsparcia zgarniesz opierdol, zamiast wdzięczności otrzymasz marudzenie. No i trudno.
  8. Się.
    Z facetami, kobietami albo oboma płciami naraz, nieważne, w jakiej konfiguracji, jeśli masz chętkę. Rób to z zabezpieczeniem, ale często i gęsto. Seks jest cudowny. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.
  9. Fastfoody.
    Uważasz, że nie ma na świecie czegoś pyszniejszego niż frytki z maka albo czisek na bombie? Otóż nie, istnieją rzeczy, które smakują wybitnie o każdej porze dnia i nocy, w każdym stanie umysłu, a nie zawierają trucizn takich jak choćby nadtlenki lipidowe.
  10. Podziały międzyludzkie.
    Mój współlokator jest z PiS-u, a sprzeczamy się troszkę tylko wtedy, kiedy jest jego kolej na sprzątanie. Nie sądzę, żeby dzieciak z Aleppo mógł podrzucić mi bombę pod samochód (tym bardziej, że go nie mam), więc nie mam nic przeciwko podzieleniem się z nim skrawkiem mojego kraju. Wpieprzam wołowinę namiętnie jak wytrawny padlinożerca, ale podziwiam wegetarian. Ty tak możesz. 
  11. Politykę.
    Chore dla mnie jest ekscytowanie się słowami polityków – a jak wiadomo, te przeważnie rzucane są na wiatr. Co innego słowa pisarzy – są przynajmniej solidnie uargumentowane tonami przeczytanej przez nich literatury. 
  12. Pacyfizm.
    Walcz o swoje ideały. Nie siedź cicho, kiedy ludzie obok Ciebie cierpią.
  13. Obiecanki-cacanki,
    że niby całujesz się dopiero na trzeciej randce, podczas gdy próbowałaś z milion razy od 18 roku życia i ani razu ci się to nie udało. (Ech). 
  14. Śmianie się z żartów, które Cię nie bawią.
    Może nie masz poczucia humoru, ale przynajmniej nie bądź zakłamany. 
  15. Przeciętne książki.
    Miałam kiedyś taką manię, że gdy sięgałam po jakiś tytuł, musiałam doczytać do końca. Płaciłam przez to kolosalne kary w bibliotece i niszczyłam sobie życie. Na świecie powstało zbyt wiele cudownych tekstów, by przebijać się przez te średnie, jeśli ktoś Cię nie błaga o to na klęczkach. 
  16. Odbieranie telefonów i odpisywanie na wiadomości od razu, gdy ktoś się do Ciebie dobija.
    Po prostu się szanuj. Nie mam nic więcej do powiedzenia w tej kwestii.
  17. Wkurwianie się na innych ludzi.
    Po co, skoro można podejść do nich z uśmiechem? Mogłabym za każdym razem trzaskać drzwiami, gdy ktoś mnie lekceważy, ale to nudne. Grożenie innym lub niekończące się rozmowy, które nie przynoszą żadnych efektów (a wychodzę z założenia, że do trzech razy sztuka), potrafią naprawdę zmęczyć. Szkoda energii. Zamiast wdawać się w jałowe dyskusje, po prostu uśmiechnij się. I rób swoje. Wiem, jakie to trudne. Cały czas się tego uczę.
  18. Martwienie się o brak pieniędzy.
    Lepiej odsapnąć i zastanowić się, co zrobić, by je mieć. Pożyczka od współlokatorki? Odpada, wciąż wisisz jej siedemdziesiąt ziko za dodatkowe zajęcia. Kreska w banku? To może być niezłe tymczasowe rozwiązanie. Ale praca, choćby dorywcza, to jest to. To nie jest tak, że musisz wykonywać zawód, w jakim się kształcisz lub związany z Twoją największą pasją, by zarobić szybkie pieniądze. Czasem wystarczy zastanowić się, co robisz dobrze. Albo co w ogóle możesz robić. I nawet, jeśli ta praca w Twoim mniemaniu hańbi (choć wciąż mówię o legalny sposobach na zarabianie!), to po prostu nie umieścisz jej w swojej ce fałce. I włala.
  19. Odkładanie rzeczy na później.
    Nie mam na myśli takich banałów jak umycie kibla czy kupno kiecki na dancing. Chodzi mi raczej o bardziej istotne dla Twojej egzystencji. Po co planować założenie firmy na za dziesięć lat, skoro nie wiadomo, czy jeszcze wtedy będziesz żył? Jeśli chcesz coś zrobić, zastanów się, jak zrobić to w szybszym terminie. Odkładanie wymarzonych wakacji na emeryturę też jest niewskazane. Jak z Twoim reumatyzmem zdobędziesz Rysy? Postaraj się, by każdy Twój dzień był wypełniony zarówno ciężką pracą, jak i przyjemnościami. Ani jednego, ani drugiego nie odkładaj na później. Później może być czarna dupa, a nie w czasy na Bahamach. Albo płacz i zgrzytanie zębami ludzi, którym wynajmujesz mieszkanie, bo zwlekałeś z opłaceniem rachunku za internet. Humor sytuacyjny mode on! 
  20. Ludzi, którzy nic nie dają w zamian.
    Kiedy po jakimś czasie zaczyna do Ciebie docierać, że byłaś naiwniarą w stylu Orgona ze Świętoszka i dałaś się ojebać jakiemuś Tartuffe’owi może nie z hajsu, a własnego czasu lub uczuć, po prostu ucieknij. Masz błogosławieństwo całego świata, a przynajmniej tej lepszej części. 
  21. Marazm
    Czy wiesz, że to, iż nic się nie dzieje w Twoim życiu, jest najczęściej Twoją winą? Zrób coś nowego, spotkaj się z innymi niż zwykle ludźmi, sięgnij po świeżą literaturę i wyjdź ze swojej komnaty żalu. Nie trzeba wiele, by zacząć żyć. Na każdym rogu czekają na Ciebie wspaniałe możliwości. Czasem wystarczy choćby przejrzeć Facebooka i wziąć udział w niebanalnym przedsięwzięciu.
  22. Roztkliwianie się nad przeszłością
    W Trainspotting 2 mamy do czynienia z tymi samymi ćpunami, co w części pierwszej tego wspaniałego filmu w reżyserii Danny’ego Boyle’a. Główna postać żeńska w bezpardonowy sposób informuje Rentona i Simone’a, że żyją przeszłością, skąd biorą się wszystkie, dosłownie wszystkie ich problemy teraźniejszości. Ty masz zrobić inaczej. Jeśli chcesz ćpać, ćpaj codzienność, ale nigdy nie roztkliwiaj się nad przeszłością. Nigdy. Masz zbyt wiele do zaoferowania światu, by boleć nad tym, co stało się wczoraj. A film, obie jego części, serdecznie polecam.
  23. Odpowiedzi wielokrotnego wyboru (A, B czy C).
    W szkole rzadko kiedy uczą prawdziwie przydatnych rzeczy. A to, co starają Ci się wbić do głowy, nie zawsze ma przełożenie w zetknięciu z rzeczywistością. W życiu nigdy nie ma do wyboru opcji A lub B. To tylko ułuda. Sekret tkwi w odpowiedziach otwartych. Im większe pole do popisu ma Twoja wyobraźnia, tym szybciej wyjdzie z opresji. Pamiętaj: liczba wyborów, jakie możesz podjąć, jest nieograniczona. Wystarczy włączyć mózg.
  24. Bycie w cieniu, jeśli chcesz błyszczeć.
    Nie każdemu psu na imię Burek. Jeśli czujesz, że wykonywanie poleceń innych sprawia Ci przyjemność i zapewnia komfort psychiczny – to też jest ok. Ale jeśli długotrwałe skrywanie się w cieniu innych osób po prostu Cię męczy, daj sobie z tym spokój. Po skończeniu osiemnastu lat jedyne, do czego jesteś w pewien sposób zobowiązany, to prawo kraju, którego jesteś obywatelem, a i od tego są wyjątki. Ty nic nie musisz. Ale możesz – i masz do tego święte prawo – pragnąć. Chcieć od życia więcej i więcej. Dlatego rób to, na co masz ochotę, nie krzywdząc innych. Błyszcz światłem własnym, nie odbitym. Zasługujesz na to. 
  25. Udawanie, że czujesz się ok, kiedy nazywają cię dorosłą.
    Nieprawda, za każdym razem masz ochotę podbiec do najbliższego okna, otworzyć je na oścież i wydrzeć się: nie chcę być kurwa dorosłaaaa!

    I tak miał właśnie brzmieć ten punkt. Ale, tak w zasadzie, nie mam pojęcia, dlaczego kilka dni temu zapisałam powyższe zdania. Przeżyłam ćwierć wieku. Zrobiłam w życiu kilka fajnych rzeczy. Mnóstwa nie zrobiłam, ale chcę. Nikt nie jest w stanie mi niczego zabronić, a odpowiadam sama za siebie od bardzo długiego już czasu. I choć czasem mam ochotę skryć się przed całym światem, tak naprawdę wolę wychodzić mu naprzeciw. Dorosła stałam się więc już dawno temu.
    I wcale nie czuję się z tym źle.

 

Porządek Twoim największym wrogiem

Porządek Twoim największym wrogiem

Nie lubię kobiet, które pachną mydłem […]
Tych kobiet nogi nigdy się nie rozkładają,
Tych kobiet ręce zastygłe czekają
— Tomasz Organek, Nie lubię

Odwiedzam te blogi lifestyle’owe i aż mnie mierzi od rozprzestrzeniających się po nich treści. Nie dość, że na stronach www roi się od postów na temat inteligentnego zorganizowania przestrzeni w miejscu pracy oraz powierzchownych wskazówek dotyczących robienia porządku we własnej głowie, co tak naprawdę jest chuja warte (Wali Ci się życie? Wypij ciepłą herbatę z cytryną, zapal świeczkę i ubierz ciepłe skarpety, na pewno wszystko się ułoży!), to jeszcze są całe blogi na temat sprzątania! Blog o pucowaniu domu? Czy Małgorzata Rozenek aż tak bardzo imponuje Polkom jako Perfekcyjna Pani Domu?

Wkurza mnie mania planowania i organizacji życia co do minuty. Kiedy widzę kalendarze blogerek albo młodych gospodyń domowych, gryzę się w język. Widzę piękne tabelki, kaligraficznie wypisane dni tygodnia, czynności oznaczone kolorami zakreślaczy, czasem jakiś przeuroczy rysunek liska, muchomorka czy innego brokatowego gówna i zastanawia mnie, jak dużo czasu można poświęcić na tylko i wyłącznie planowanie, uzupełnianie kalendarzyków i sprawianie, by były jak najpiękniejsze, żeby pochwalić się nimi koleżankom na insta?

I ten udawany naturalizm i minimalizm, który jest kolejną przykrywką dla obmierzłego kramarstwa XXI wieku, największe zło, które czai się wszędzie.
W księgarniach na przykład. Książka o sztuce minimalizmu? Kup ją i ustaw na półce, na pewno nie zajmie tak wiele miejsca jak pozostałe, w końcu traktuje o minimalizmie.
Koniecznie pamiętaj, by żyć zdrowo i naturalnie. Zamień doniczki z plastiku na doniczki z gliny, żeby dbać o środowisko. Dzięki temu będziesz bardziej eko, rośliny będą Ci wdzięczne, a to, że plastik i tak wyląduje na wysypisku śmieci, to już nie jest Twój problem, ktoś tam odpowiada za recykling, na pewno wszystko będzie super, no bo liczy się Twoje eko mieszkanie, a nie jakaś tam dziura ozonowa nad Antarktydą.
Pamiętaj, by zadbać o swój portfel! Oszczędzaj pieniądze, po co masz przepłacać? Nie idź do LeCrobag, tam kanapka kosztuje dziesięć złotych, idź do Maka na cziska, to tylko trzy pięćdziesiąt…

I don’t want to live on this planet anymore.

A jednak, muszę. Muszę żyć i z tej okazji przekazać Ci kosmiczny banał.

Włącz mózg i przestań przesadzać.

Byłam w tamtym miejscu. Ustalam sobie cel, rozbijam go na podcele, wyznaczam daty ich realizacji, zapierdalam. W dalszym ciągu tak działam, uważam, że ma to ogromny sens, takie porządkowanie swoich wątków życiowych, ale nie muszę tego wszystkiego notować co do minuty. Minimalizm szanuję, doceniam i akceptuję, bo przeprowadzam się co roku i męczy mnie targanie tobołów po schodach, więc pozbywam się ciuchów i przekazuję na jakieś cele charytatywne, no i po prostu staram się omijać sklepy. Zresztą, pisałam już kiedyś o tym. Jakieś trzy lata temu… O, tu. Wiecie, co się od tego czasu zmieniło? Troszkę zmądrzałam. Uczę się odpuszczać.

Życie w porządku nie jest dla mnie. Próbowałam, nie wyszło. Oczywiście, lepiej pracuje się w wysprzątanym pokoju, ale jeśli trzeba się uczyć do sesji albo pisać książkę, to wcale nie trzeba wcześniej przetestować wszystkich cienkopisów, czy jeszcze nie wyschły. Co jest pięknego w pomieszczeniu, w którym wszystko jest idealnie poukładane? Co takiego może nas nagle zainspirować? Te grzbiety książek, które są tak samo poustawiane od zamierzchłych czasów? Pachnąca ajaksem podłoga?

I tak, w dużej mierze lepiej wiedzieć, czy w przyszłym miesiącu będzie się miało dach nad głową, więc należałoby pilnować swoich środków na koncie, spinać rachunki zszywaczem, nie gubić bez przerwy karty przejazdowej… Ale żeby nie móc wypić wieczorem dodatkowego piwa, bo rano trzeba koniecznie wstać o 5:30, przez trzy minuty szczotkować zęby, dwie minuty układać włosy i potem poświęcić osiemnaście minut na przygotowanie i zjedzenie owsianki z mango, bo tak właśnie zaplanowaliśmy w kalendarzu?

Mniej naprawdę znaczy więcej.

Planowanie ma za zadanie urozmaicić nam życie, zobaczyć, jak często powielamy dane czynności, żeby ułatwić nam funkcjonowanie i zapewnić więcej czasu, a nie związać nam ręce i ostatecznie wpakować do pokoju bez klamek z powodu presji nie do udźwignięcia. Którą w dodatku sami sobie wytworzyliśmy.

Wychodzę z założenia, że póki mamy siły odkopywać się z bałaganu, który wokół siebie robimy, nie jest źle. Gorzej, gdy straci się kontrolę nad chaosem wokół. A łatwo się zapomnieć i stracić panowanie nad syfiozą, akurat wiem, co mówię. Dlatego chaos nie jest dla wszystkich i sprzątanie, zarówno przestrzeni zewnętrznej jak i wewnętrznej, tej duchowej, jest bardzo ważne. Apeluję jednak o to, by pomyśleć. O tym, co nas kręci. Najwięcej siły i czasu przeznaczyć na to, co po prostu kochamy robić. O ile nie jest to ćpanie i chlanie na umór. I obowiązki w kalendarzu obowiązkami, nie warto ich nie wykonywać nawet, jeśli ich nie znosimy. Im szybciej je wykonujemy, tym mniej zaległości, ergo jest więcej czasu na przyjemności.

A o przyjemności w życiu chodzi.